Autor Wątek: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!  (Przeczytany 10788 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« dnia: Styczeń 01, 2007, 16:01:21 »
pozegnanie z Ameryka Poludniowa i Nowa Zelandia (w koncu:)
2006-grudnia-30 23:53:51


Wigilia w Ushuaia. Od rana Luca i Izabel, wlasciciele hostelu, w ktorym mieszkalismy przyrzadzali niestworzone ilosci jedzenia. My zabralismy sie do krojenia warzyw, ktore potrzebowali do makaronow, salatek i innych potraw. Ze wzgeldu na to, ze Luca jest wlochem przewazaly makarony. Jedno danie, na zimno zrobil z 2kg makaronu, druga pasta al horno (dwie warstwy makaronu, przeplatene z pulpetami, dwoma sosami – wszystko razem zapieczone), na cieplo z 1,5kg. Poza tym gotowane, a pozniej smazone warzywa, salatki i grill (parilla), ktory mial swoje zaszczytne miejsce na ulicy:) Byl zrobiony z beczki na nozkach, tak by naraz mozna bylo polozyc duza ilosc miesa. Pablo, rodowy Argentynczyk, byl odpowiedzialny za odpowiednie przyrzadzenie stekow, z ktorych Argentyna slynie.

W miedzyczasie, gdy juz wiekszosc chodzila nerwowo kolo jedzenia, pobieglismy na spotkanie z Rodzicami na skypie. Pomimo poczatkowych problemow technicznych wszystko sie udalo. Jacka chrzesniak grajac na organkach spiewal koledy, a my dzielilismy sie oplatkiem. Po spotkaniu przed komputerem wrocilismy do hostelu, by zaraz rozpoczac Wigilie. Bylo ponad 25 osob, w skladzie: 3 osobowa rodzinka z Wloch, Kanadyjczycy, Holendrzy, Wlosi, Francuzi, Belg, Hiszpanie, Australijka, Argentynczyk, Anglik, Niemcy i my. W hostelu mieszkali takze Izraelczycy, ale ze wzgledu na to, ze nie obchodza Swiat, nie chcieli z nami usiasc przy stole.

O 21 rozpoczelismy Wigilie. Po calym dniu wpatrywania sie w przygotowane jedzenie wreszcie nadszedl czas na jego spozycie. Wszyscy sie na nie rzucilismy, tak ze po chwili ledwo moglismy sie ruszac. W ramach zgrania calej Wigilijnej ekipy postanowilismy zrobic grupowe zdjecie przed hostelem. Smiechu bylo co nie miara, bo bylo kilkanascie aparatow poustawianych po drugiej stronie ulicy, po czym odbywaly sie gromkie krzyki: ;run faster, faster; i caly tlum biegl z powrotem pod hostel by ustawic sie i pozowac do zdjec. Po kilku probach udalo sie wszystkim dobiec na miejsce i mamy fajne pamiatkowe zdjecia.



(w Wigilie przed naszym hostelem w Ushuaia, Argentyna)


Luca i Izabel przygotowali 4 prezenty, ktore dostaly wylosowane osoby. Mozna bylo wygrac 2 szampany, jedna noc w hostelu za darmo i kubek do yerba mate z wygrawerowanym napisem Cruz del Sur (nazwa hostelu). Martin, Argentynczyk, ktory pierwszy wygral szampana, postanowil sie podzielic nim ze wszystkimi, ale w bardzo niekonwencjonalny sposob. Najpierw kilka razy nim potrzasnal podczas wybierania, a pozniej otworzyl, przy czym ucierpial caly hostel oraz my...W szczegolnosci ja, bo nie wierzylam, ze Martin zacznie nas oblewac. W momencie gdy Jacek juz schowal sie za sciana, mi pozostalo schowanie sie za malym taboretem ,ktory zdecydowanie nie uchronil mnie od przemoczenia!

Bawilismy sie do 3, bo nastepnego dnia mielismy lot do Buenos Aires. Ostatni zladowali do hostelu ok. 10 rano:) Byly to Swieta jedyne w swoim rodzaju i na pewno niezapomniane!

Nastepnego dnia rano musielismy sie spakowac i wyjechac z Ushuaia...Nie bylo tak latwo. Pomimo, ze wiele osob twierdzi, ze nie ma tam zbyt wiele do robienia i wystarczy pojechac  na 2 dni,  po 8 dniach niesamowicie zaprzyjaznilismy sie z wieloma osobami i polubilismy miasto na koncu swiata. Pozegnalismy sie jak z Rodzina. Luca zamowil dla nas taxowke by w poludnie po raz ostatni w najblizszych latach przejechac przez miasto i udac sie na lotnisko.

Po poludniu dolecielismy do Buenos Aires. Bylismy tam dokladnie 5 miesiecy i 10 dni wczesniej, pierwszego dnia naszej podrozy dookola swiata. Zastala nas sliczna pogoda, wraz z parzacym sloncem. Busem dojechalismy do hostelu, w ktorym zatrzymal sie Kamil. Akurat leczyl sie yerba mate po Wigilii, ktora dla niego skonczyla sie bardzo pozno...a moze mozna powiedziec, ze w ciagu dnia...:) Mimo naszego i Kamila zmeczenia poszlismy cos zjesc. Pozniej chodzac po miescie uslyszelismy glosne granie na bebnach. Poszlismy w ich strone i zobaczylismy ok. 200 – 300 osob idacych po ulicy Buenos Aires tanczycych w rytm samby. Cos niesamowitego. Rozpietosc wiekowa byla od kilku to kilkudziesieciu lat. Bylo to spontaniczne wyjscie kilkunastu osob grajacych na bebnach, do ktorych stopniowo dolaczali kolejni. Tlum przesuwal sie powoli do przodu, przechodzac przez kolejne skrzyzowania, tym samym blokujac przejezadzajace samochody. Mysle, ze wlasnie to jest Buenos Aires. Duza stolica, ale ciagle z klimatem, gdzie kilkanascie osob, moze porwac do tanca przechodniow, blokujac drogi, bez zadnej obstawy policji, zezwolen...:) Nie doszlismy do konca trasy bebniarzy i wrocilismy wczesniej do hostelu. Kolejnego dnia czekalo nas zwiedzanie Buenos i przede wszystkim zmiana kontynentu...

Od rana ruszylismy do La Boca – dzielnicy portowej, ktora slynie z kolorowych domow. Marynarze, ktorzy wracali do domu przywiozili ze soba resztki farby, ktora pozostawala im z malowania statkow. Wykorzystywali ja do malowania swoich domow, co powodowalo, ze prawie kazdy roznil sie kolorem. Teraz port w La Boca juz praktycznie nie istnieje, a sama dzielnica stala sie miejscem, do ktorej ciagna masy turystow. Pomiedzy roznokolorowymi budynkami jest pelno kafejek, przy ktorych tancza tango.



(La Boca - Buenos Aires)

Stamtad chcielismy wrocic do hostelu, ale wpadlismy na pomysl, zeby pojsc zrobic zdjecia na plac Libartador, na ktorym spedzilismy kilka pierwszych godzin w Buenos. Chcielismy zrobic zdjecie doskladnie w tym samym miejscu, w ktorym robilismy je pierwszego dnia podrozy. Jedno z bardziej charakterystycznych pierwszych zdjec w Ameryce Poludniowej to to, na ktorym stoje w czapce pod palma. Pomyslelismy, ze fajnie byloby zrobic kilka podobnych tuz przed wyjazdem z tego kontynentu, po pierwszych 5 miesiacach naszej podrozy! Mamy troche podzielone zdania do tego, pod ktora palma robilismy moje zdjecie, ale na wszelki wypadek zrobilismy pod oboma:)

Po poludniu juz powoli nie moglismy sie doczekac wylotu do Nowej Zelandii, dlatego na lotnisko dojechalismy 4h przed odlotem, po czym okazalo sie ze lot ma opoznienie 1,5 godziny. Ale to jeszcze nic takiego. Zjedlismy cos, po czym ze stoickim spokojem poszlismy odprawic bagaze. Po dojsciu do bramki, Pani z Aerolineas Argentinas powiedziala, ze musi  sprawdzic nasze paszporty, bo cos sie jej nie zgadza i mamy czekac. Po 20 minutach wrocila i powiedziala, ze potrzebujemy wize do Nowej Zelandii. Poczatkowo sie przestraszylismy, ale kategorycznie zaprzeczylismy temu i powiedzielismy, ze od maja zeszlego roku Polacy juz jej nie potrzebuja. Po chwili na nasze szczescie okazalo sie, ze maja blad w systemie i rzeczywiscie nie potrzbujemy wizy. Wyszla jeszcze raz i wrocila z kolejnym pytaniem - gdzie mamy bilet wyjazdowy z Panstwa Kiwi? My powedzielismy, ze nie mamy takiego, poniewaz chcemy znalezc jacht do Australii, a jesli nie to zarezerwowac bilet do Australii juz w NZL. Po chwili przyszla szefowa zmiany i powiedziala, ze nie mozemy wejsc na poklad samolotu, poniewaz wladze nowozelandzkie wymagaja biletu wylotowego. Nie wiedzielismy co zrobic. Poczatkowo chcielismy leciec do NZL i prosic na miejscu o pozwolenie na wjazd bez biletu wylotowego, ale Aerolineas Argentinas powiedzialy, ze nie moga nas wpuscic na poklad samolotu, poniewaz jesli wladze NZL nie wpuszcza nas, to linie lotnicze beda musialy za nas zaplacic 3000US$ oraz zabrac z powrotem do Buenos Aires na co oczywiscie nie mogly sie zgodzic. Bylismy w totalnej kropce. Chcielismy kupic bilet do Australii, ale potrzebujemy tam wize, na ktora czeka sie przynajmniej tydzien, do Singapuru tak samo. Najblizszym panstwem, do ktorego moglismy leciec bez wizy jest Tajlandia. Dlatego wlasnie kupilismy bilet na 24 marca do Bangkoku. W miedzyczasie rozmawialismy z konsulem w Wellington, zeby sie dowiedziec, czy nie bylo innego wyjscia niz kupno biletu wyjazdowego z NZL. Jeszcze dzwonilismy takze do ambasady w Canberrze, by upewnic sie, ze mozemy przeleciec tranzytem przez Sydney nie posiadajac wizy.

Po okazaniu wydruku kupionego biletu do Bangkoku Aerolineas Argentinas wpuscily nas 15minut przed odlotem na poklad i lecielismy!! Ilosc wykonanych przez nas dzialan myslowych siegala zenitu. Jesli tak sie buduje odpornosc na stres, to naprawde dobrze nam idzie. Wolimy nawet nie myslec, co by bylo gdyby samolot nie byl opozniony...

Ale to jeszcze nie koniec przygod z dolotem do Nowej Zelandii...Rano, juz po wyladowaniu, pilot powiedzial, ze wladze nowozelandzkie prosza o pozostanie pasazerow w samolocie. W tym momencie 3 policjantow podeszlo do nas i wyprowadzilo z samolotu. Mysleli, ze jestesmy przemytnikami narkotykow, poniewaz nie mieli na liscie naszych bagazy, i ze wybralismy sie z Argentyny do NZL tylko z malymi podrecznymi plecakami co wydalo im sie dziwne. Poza tym slyszeli ze mielismy w Buenos Aires problemy z wejsciem do samolotu...Po przejsciu przez urzad imigracyjny, w obstawie policjantow wyszlismy z lotniska i wreszcie moglismy odetchnac i stanac na nowym kontynencie!!!

 

Auckland – stolica zeglastwa;). Jest to najwieksze miasto w Nowej Zelandii. Mieszka tu 1,5 mln ludzi, czyli biorac pod uwage, ze na obu wyspach mieszka tylko 4 mln jest to naprawde duze miasto. Po dojechaniu do hostelu bylismy padnieci po ostatnich lotsniskowych przezyciach. Mimo to poszlismy na spacer w ramach przyzwyczajenie sie do 16godzinnego przesuniecia w stosunku do Argentyny ( do Polski 12 godzin). Pogoda nas zaskoczyla, bo nie jest bardzo cieplo. Za to czesto sie zmienia, od deszczu po upalne slonce w ciagu 40minut.

Port jest niesamowity. Jachty, ktore startowaly kilka lat temu w Pucharze Ameryki stoja w najbardziej prestizowym miejscu. Setki ludzi przychodza podziwiac wlasnie je oraz muzeum morskie, przed ktorym stoi (na brzegu) jacht z America;s Cup 1988 – gigantyczny, szczegolnie widziany od dolu.

Nad miastem goruje Sky Tower – wysoka wieza, ktorej glowna atrakcja jest mozliwosc skoku z 192 metrow – twarza w dol. Nie wyglada to dokladnie tak jak bungy, ale w oczach skoczkow widac mocno podniesiony poziom adrenaliny. 



(Sky Tower - Auckland)

Drugiego dnia, w supermarkecie, spotkalismy Marcina - Polaka, ktory przyjechal do Nowej Zelandii z Nowego Jorku. Spotkalismy sie wieczorem i razem z Kacprem pokazali nam miasto, opowiedzieli o Nowej Zelandii i wielu innych rzeczach. Bylo nam milo, no i znowu spotkalismy na swojej drodze przyjaznych ludzi.

Sylweser u nas juz dzisiaj i za 12 godzin przywitamy Nowy Rok. Chcielismy wszystkim zyczyc zeby byl jeszcze lepszy niz poprzedni, szczesliwy i zeby wszyscy mieli marzenia i wierzyli w ich realizacje!

 

Pozdrawiamy z Auckland
Agnieszka i Jacek
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 05, 2007, 00:02:37 wysłana przez admin »

forum.outdoor.org.pl

Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« dnia: Styczeń 01, 2007, 16:01:21 »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #1 dnia: Styczeń 10, 2007, 00:03:20 »
Rowerem po Nowej Zelandii
2007-stycznia-06 01:30:50

Mamy rower!!!

Dwa dni temu kupilismy rower. Nie jest to zwykly rower. To tandem:) Zostal ochrzczony jako Zlota Strzala (Golden Arrow:). Jest duzy i piekny. Zapakowalismy sie do sakw. Jestesmy przygotowani i za 10 minut ruszamy z Rotorua do Taupo (polnocna wyspa).

Wszystko jest ok. Nowa Zelandia jest ciekawa, ale ma swoje slabe strony. Jest drogo, sklepy szybko zamkniete i jezeli chcesz cos zalatwic to trzeba to robic od rana.

Jedziemy po przygode. Bedziemy odzywac sie z trasy.

Ponizej zdjecia naszej Strzaly.

Pozdrawiamy



(my z rowerem 15 minut temu w hostelu)



(Strzala przygotowana do jazdy)



(kaski - na specjalna prosbe Rodzicow)
Agnieszka i Jacek
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 05, 2007, 00:02:21 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #2 dnia: Styczeń 10, 2007, 00:08:33 »
Skydiving
2007-stycznia-09 23:11:38

Z Rotorua dojechalismy na rowerze do Taupo. To co sie tu robi to Skydiving. Prostymi slowami: ubieraja cie w uprzaz, wsiadasz do samolotu, lecisz na 3, 4 lub 5 tys metrow i razem z instruktorem (jest sie do niego podpietym) wyskakujesz z samolotu:)
No i ... zrobilismy to:) (z 5 tys. metrow - jako jedyni - znaczy maximum - podawali nam nawet tlen z butli w samolocie) Bylo super. Niesamowicie, pieknie. 60 sekund swobodnego spadania. Pozniej szybowanie nad jeziorem i miastem. Bylo swietnie.
Caly dzien dochodzimy do siebie. Mamy zdjecia ktore robil nam specjalny powietrzny fotograf oraz film. Fotki sa ponizej, ale na film bedziecie musieli poczekac.
Jestesmy cali, zdrowi, szczesliwi i ... chyba troche walnieci, ale to juz przeciez wiecie.
 
Z Taupo (gdzie byl ten skok) pojechalismy na poludnie. Po 20 km kolo zaczelo robic sie lekko krzywe - nbaprawilismy ile sie dalo i dalej. Pozniej na zjezdzie od hamowania obrecz rozgrzala sie tak ze poszla detka i rozwalilo opone. Wszystko porzucilismy w krzakach i stopem wrocilismy do miasta. Tam szybka naprawa i znowu stopem po rower. Dalej poszlo juz ok. Spalismy na polu kempingowym.
 
Wczoraj wyjechalismy z Turangi i jechalismy Desert Road. Powinni zmienic nazwe na cos z gorami, bo przez jakies 35 km mielismy prawie caly czas pod gore. Na zjazdach bez szalenstw bo caly czas padalo. Pozniej jednak wjechalismy na plaskowyz (ok 800 m.n.p.m.) i jechalismy po plaskim i z gorki (max 47 km/h), przez kilka km w ogole nie pedalowalismy.
Dzien byl trudny, ale fajny. Nocleg znalezlismy u wlascicielki kafejki internetowej w ogrodzie, wiec tam rozbilismy namiot. Nie ma tu nawet sklepu wiec musielismy isc do knajpy.
 
Pogoda nieciekawa, caly czas pada, ale jakos dajemy rade:) Rower zachowuje sie tak jak powinien - jedzie i nie protestuje. Dzisiaj zrobilismy ok 66 km, wiec srednia na dzien (60 km) wyrobiona. Jutro ruszamy dalej na poludnie. Gdzie bedziemy spali i czy bedzie tam internet - nie wiemy, wiec nie denerwujcie sie.
 
Pozdrawiamy i zapraszamy do ogladania



(lista skoczkow)



(Agnieszka ze swoim instruktorem)



(Agnieszka na progu - w dole (5000 metrow nizej) jezioro Taupo)



(Agnieszka - freefall - czyli swobodne spadanie)



(... leca zurawie :)



(200 km/h twarza w dol)



(nowe wcielenie Goofy;ego z bajki Disneya)



(bye-bye, do zobaczenia na dole)



(pociagniecie w gore po otwarciu spadochronu)



(bylo super! :)

A teraz troche zdjec Jacka



(w samolocie w drodze na 5000 metrow - podawali nam tlen ze wzgledu na wysokosc i stad ta maska)



(ojej... wypadnalem :) zaraz po wyskoczeniu z samolotu)



(duuuuzo adrenaliny)



(jak widac - podobalo sie nam)



(w dole lodki na jeziorze Taupo, a dwoch szalencow leci z predkoscia swiatla w dol)



(moment wypuszczenia spadochronu)
 
Jezeli dotarlas/es do tego miejsca to znaczy ze masz dobre polaczenia internetowe. Przepraszamy za taka forme przedstawienia zdjec, ale inaczej sie nie dalo.
 
Jeszcze raz pozdrawiamy
Agnieszka i Jacek
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 05, 2007, 00:02:01 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #3 dnia: Styczeń 23, 2007, 22:21:05 »
Z Waiouru do Wellington i dalej do Blenheim
2007-stycznia-20 06:22:53

Dzisiejszy news bedzie opisem ostatnich kilku dni, przygotujcie sie wiec na duzo czytania.

10.01.2007

Z Waiouru jechalo sie nam bardzo dobrze. Szybko bo po plaskim i z gorki. Pierwsze 30 km to radosc z predkosci, z pokonania Desert Road i z tego ze wszystko jest ok. Widzielismy tez coraz wiecej Nowej Zelandii takiej jaka sobie wyobrazalismy – zielono i duzo owiec. Odcienie zieleni sa tak niesamowite, ze nie pokaza tego zadne zdjecia. Owce w zaleznosci od farmy sa juz ostrzyzone albo jeszcze biegaja z welna na grzbiecie. Coraz bardziej nam sie tu podoba. W pierwszym napotkanym miescie zrobilismy przerwe na banany i picie. 30 km bylo juz w nogach, slonce lekko swiecilo, wiec cos nam sie od zycia nalezalo:) Dalej kilka podjazdow i po kolejnych 20 km dojechalismy do Mangaweka. Typowe miasteczko przy drodze. Kilka domow, stacja benzynowa, galeria i firma oferujaca splywy na pobliskiej rzece. Tutaj zastanowilismy sie czy kupic cos do jedzenia na obiad, ale nasz cel – Vinegar Hill – wygladal na jakies w miare rozrosniete miasteczko. Pojechalismy wiec dalej i po kolejnych 20 km znalezlismy sie w Vinegar Hill. Okazalo sie, ze kropka na mapie to tylko pole namiotowe. Piekne miejsce, nad rzeka, przy lesie, za darmo, ale z pewnym minusem – bez sklepu... Do najblizszego miasta mielismy 10 km stromego podjazdu, a ze soba kilka bananow, herbate i cukier. Poratowali nas poznani tam ludzie, ktorzy dali nam batony i ciastka. Niesamowita sprawa. Dzieki temu moglismy wykapac sie w rzece i polozyc spac.

11.01.2007

Rano przywital nas upal. Slonce postanowilo pokazac na co je stac przy malej warstwie ozonu. Nawet pakowanie szlo nam jakos wolniej niz zwykle. Dzien zaczal sie od podjazdu... i tak bylo przez nastepne 12 km. Kiedy rower z nami wazy ok 200 kg, slonce pali, jest pod gorke i nadzieja na porzadne jedzenie za jakies 25 km to jest po prostu ciezko. W koncu, na przemian pchajac i jadac dostalismy sie na Stormy Point. Nie ma tego w przewodnikach, a miejsce jest w sumie ciekawe. Widac stamtad jedne z najlepiej zachowanych tarasow rzecznych na swiecie. Punkt widokowy, informacja z rysunkami itd. itd. Taki nowozelandzki standard. To miejsce bylo tez dla nas przelomem bo zaczelo sie bardziej z gorki, a przynajmniej po plaskim. Predkosci zrobily sie przyjemniejsze, a widoki ciekawsze. Znowu wzgorza, owce, zielen i slonce. Ta zielen... Piekna.

Po 30 km bylismy w Chaltenham. Pierwsze wieksze miasteczko i sklep. Okazalo sie, ze akurat maja fish and chips i jest to tansze niz cokolwiek innego. Czekajac pochlanialismy zimne napoje. Ryba z frytami podana zostala jak nalezy czyli zawinieta w gruba warstwe starych gazet. Bylo pyszne. Ledwo weszlismy na rower. Okazalo sie, ze mapa nas oszukala i do Palmerston mamy 32, a nie 22 km. Musielismy sie sprezyc, bo chcielismy jeszcze oddac kolo do naprawy. Przez 30 km srednia predkosc nie schodzila ponizej 24 km/h. Agnieszka przeklinala pod nosem, a ja jezeli przestalbym pedalowac to moglbym juz nie zaczac. W koncu jednak dojechalismy. Niezawodny punkt informacyjny I-Site, który jest w kazdym wiekszym miescie znowu stanal na wysokosci zadania. Dokladne mapy, adresy i godziny otwarcia sklepow rowerowych, lokalizacja i ceny hosteli itd. Wszystko z usmiechem i za darmo. Kiedy my sie czegos takiego doczekamy w Polsce? Zapewniamy – nie jest to polska Informacja Turystyczna.

Znalezlismy miejsce do spania, oddalismy kolo do naprawy i okazalo sie, ze obsluza nas poza kolejnoscia. Moze dlatego, ze jeden z pracownikow sklepu widzial nas kilka dni wczesniej jadacych w deszczu po Desert Road?

12.01.2007

Z Palmerston North wyjechalismy dosc pozno, bo musielismy odebrac kolo i rozmawialismy z rodzicami na skypie. Na poczatku mielismy lekkie problemy ze znalezieniem odpowiedniej drogi wyjazdowej, ale w koncu trafilismy na Pahiatua Track. Malownicza droge, ktora odwiedza niewielu turystow. Po pierwsze jest dalej do Wellington, pod drogie duzo zakretow i gorek. My tez musielismy troche podprowadzac rower, ale naprawde bylo warto. Slonce znowu dawalo o sobie znac, a kazde kolejne wzgorze wystawialo nasza psychike na test wytrzymalosci. W koncu dojechalismy Pahiatua. Miasto, którego nazwa wiekszosci ludzi nic nie mowi. To wlasnie tutaj w 1944 roku trafila grupa 734 dzieci z Polski z ponad setka opiekunow. Byly to sieroty wojenne, które z Syberii dostaly sie do Iranu i stamtad na zaproszenie rzadu nowozelandzkiego trafily wlasnie do Pahiatua. Wlasnie w tym miasteczku stworzono dla nich oboz i tutaj przebywaly przez kilka lat. Teraz stoi tu pomnik i tablica informacyjna po polsku i angielsku. Niesamowita sprawa.

Wszystko zaczelo sie od tego, ze zona ambasadora Wodzickiego wyslanego do Nowej Zelandii przez polski rzad na uchodzctwie – Mina Wodzicka z.d. Woloska – przyjaznila sie z zona owczesnego premiera Nowej Zelandii. To wlasnie po ich rozmowie narodzil sie pomysl sprowadzenia grupy polskich dzieci przebywajacych w Iranie. Te mysl podsunely premierowi, który sie zgodzil. Dzieki temu zapewnily lepsze zycie i oderwanie od dramatu wojny ponad 800 Polakom. Mina Wodzicka byla tez przedstawicielem Czerwonego Krzyza i zorganizowala m.in. zbiorke przyborow szkolnych i ubran dla polskich dzieci plynacych przez Nowa Zelandie do Meksyku. Dzieci te nie mogly zejsc na lad, ale otrzymaly przedmioty, które na pewno byly im potrzebne.

Wracajac do obozu w Pahiatua, wladze nowozelandzkie chcialy pocztkowo rozdzielic dzieci i rozproszyc je po calym kraju i jak najszybciej zasymilowac. Jednak na wniosek opiekunow wszystkie dzieci zostaly w obozie. Zrobiono tak, zeby czuly sie Polakami, zeby uczyly sie w polskiej szkole. Nawet jezeli pozniej starsze dzieci wysylane byly do katolickich szkol, to robiono to zawsze grupami, zeby i tak juz zmeczone tulaczka po Azji, czuly ze moga liczyc zawsze na kogos znajomego.

W Nowej Zelandii ukazalo sie kilka, a nawet kilkanascie ksiazek na ten temat. Pisali je m.in. wychowankowie obozu w Pahiatua, a także ich opiekunowie. Dwie z nich, które zaczelismy czytac to ;Invited; i ;Utracone dziecinstwo;. W Polsce niewiele osob wie o tym wydarzeniu, a nam bylo bardzo milo, ze moglismy to zobaczyc i poznac historie z zupelnie innej strony.

Wieczorem na kempingu rozmawialismy z miejscowymi. O Nowej Zelandii, o turystach, o jedzeniu i wielu innych sprawach. Na koniec dla Agnieszka obciela mnie pozyczona maszynka do wlosow. Wyszlo naprawde dobrze:)

http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 05, 2007, 00:01:42 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #4 dnia: Styczeń 23, 2007, 22:21:17 »
13.01.2007

Przy sniadaniu poznalismy Colina z Nowej Zelandii. Ma swojego vana, którym jezdzi po obydwu wyspach. Jeszcze nie wiedzial dokad jedzie, ale smialismy sie, ze jesli bedzie zmierzac do Masterton (który byl naszym celem na ten dzien) to jestesmy w stanie zostac jeszcze jeden dzien, tak by wzial nas na stopa. Oczywiscie byl to zart i poszlismy przygotowywac sie do jazdy. Po chwili przyszedl do nas i pytal sie czy te wszystkie rzeczy chcemy wsadzic na rower, czy nie jest nam ciezko itd. Ale zanim zdazylismy odpowiedziec powiedzial, ze taxowka bedzie za pol godziny. Nie wiedzielismy o co mu chodzi, ale wytlumaczyl, ze postanowil jechac do Masterton i moze zabrac nas i rower:) Nie przypuszczalismy, ze sie zmiesci, a jednak. Zmiescil sie idealnie i 65km, które nam zajeloby pol dnia przejechalismy w 1,5 godziny:) Po drodze Colin pokazal nam swoja ksiazke. Jest znawca kawy i napisal przewodnik po Nowej Zelandii, gdzie można wypic dobra kawe. W Masterton juz chcial nas wysadzac, po czym stwierdzil, ze moze nam pokazac okolice. Jezdzilismy przez prawie godzine. Podwiozl nas na dworzec kolejowy, z ktorego nastepnego dnia mielismy wyjechac do Lower Hutt, gdzie mielismy sie spotkac z moja Rodzina.

W Masterton mielismy sie spotkac z Florence (moja kuzynka). Colin pozyczyl nam telefon, by sprawdzic czy jest w domu, bo wg planu mielismy sie dopiero spotkac wieczorem. Juz po 5 minutach bylismy u niej, poniewaz Colin także tam nas podwiozl. Spotkalismy sie z nia pierwszy raz w zyciu, a od razu mielismy dobry kontakt. Colin jako znawca kawy wszedl do domu i stwierdzil, ze przygotuje wszystkim kawe. Tak sie wczul, ze przegadalismy dwie godziny i zjedlismy lunch:) Nasz kierowca pojechal dalej szukac najlepszych kaw, a my postanowilismy pojechac na wybrzeze do Castle Point, które jest ok. 60km od Masterton. Fajnie bylo zobaczyc Pacyfik od drugiej strony, w ktorym kapalismy sie w Montanicie w Ekwadorze. Miejsce spokojne i zdominowane przez latarnie morska. To wlasnie tutaj Florence spedza od trzech lat sylwestra. Chodzilismy po okolicy i rozmawialismy. My czulismy sie troche dziwnie nie siedzac na rowerze, ale przeciez takie dni tez sa potrzebne.

W drodze powrotnej do Masterton Jacek zasnal na tylnym siedzeniu. W domu Florence zjedlismy obiad i poszlismy razem z nia i jej kolezanka na piwo. Ciekawie bylo zobaczyc ;zycie nocne; takiej miesciny. Wiekszosc przechodzacych kolo naszego stolika to znajomi. Nie siedzielismy tam dlugo, poniewaz nastepnego dnia o 8 rano mielismy pociag.

14.01.2007

Pozegnalismy sie z Florence i Rossy i pojechalismy na stacje. Tam poczatkowo mielismy problem, poniewaz nie chcieli nas wpuscic z rowerem, bo okazalo sie, ze w Upper Hutt (ok 25km przed Lower Hutt, do ktorego jechalismy)wzszyscy pasazerowie musza wysiasc i przesiasc sie do autobusu, ktorym moga dalej jechac. Ostatecznie wytlumaczylismy, ze chcemy dojechac tylko do Upper Hutt, a potem mozemy jechac na rowerze. W koncu sie zgodzili, a my jeszcze zdazylismy zmienic bilety tak by mniej zaplacic. W drodze do Upper Hutt przejezdzalismy ponad 10 minut przez tunel, który uratowal nas od olbrzymich gor, które oddzielaja Masterton i Hutt Valley. Po wyjsciu z pociagu zastal nas deszcz i mgla. Zupelnie nas nie nastawiala pozytywnie do jazdy.

Przed ruszeniem w droge poszlam jeszcze zadzwonic, ze bedziemy pozniej, jak sie okazalo dobrze, poniewaz po drodze zlapalismy jeszcze pane, ktorej wymiana troche czasu nam zabrala.

Wreszcie bylismy w Lower Hutt! Juz nie moglam sie doczekac momentu kiedy tam dojedziemy. Ciocia Kasia byla pierwsza osoba, która widzialam wczesniej od czasu wyjazdu z Polski.

Przez kolejne 4 dni zatrzymalismy sie u nich. Odpoczelismy od jazdy rowerem, choc od razu trzeba zaznaczyc, ze nie byly to najbardziej spokojne dni w naszej podrozy:) Juz godzine po przyjezdzie zaczal dzwonic telefony od Rodzicow, ktorzy wreszcie mogli do nas zadzwonic, a nie musieli czekac na znak od nas:)

Popoludnie mielismy juz zaplanowane:) Pojechalismy samochodem do Wellington, by spotkac sie z Ambasadorem, ale tam nikogo nie zastanalismy. W zwiazku z tym pojechalismy zrobic runde po miescie. Pozniej mielismy isc do kina ze Stefanem (synem Cioci Kasi i Charlesa) i Arati, jego zona do kina. Stefan i Arati dzisiaj wyjezdzaja na rok do Stanow i Europy. Mam nadzieje, ze sie z nimi tam zobaczymy. Bylismy na filmie Babel. Niesamowity film, mowiacy o problemach w porozumieniu sie miedzy ludzmi, o tym, ze wszyscy ludzie niezaleznie od pozycji spolecznej maja problemy. Kazda osoba moze wplynac w jakis sposob na zycie innych ludzi. Po kinie wrocilismy na kolacje do domu. Wieczorem pojechalismy odwiezc Stefana i Arati do Wellington. Po drodze chcielismy pojechac na Mount Victoria, z ktorej można widziec cale miasto. Niestety przy ostatnim podjezdzie samochód po prostu stracil moc. Na wszystkich biegach probowalismy wjechac, ale nie moglismy nawet ruszyc. Zadzwonilismy po AA, któren odholowalo samochód do salonu Audi. Jak sie okazalo, najprawdopodobniej ABS sie wlaczyl i dlatego nie bylo zadnej reakcji silnika. Tego dnia taxowka wrocilismy do domu.

15.01.2007

Rano poszlismy do sklepu, bo tam podobno czekala na nas niespodzianka. Ciocia Kasia i Charles postanowili kupic nam koszulki z welny Merino (made by Icebreaker). Ogladalismy je jakis czas temu w sklepach. Sa to koszulki oddychajace, które wygladaja przy tym jak zwykle koszulki. Produkowane sa tylko w Nowej Zelandii z welny owiec Merino – wlasnie mamy je na sobie i spisuja sie swietnie:)

Po tym pojechalismy do miasta szukac obudowy do dysku ze zdjeciami, zeby dostac sie do 50GB zdjec. W Ameryce Poludniowej w zadnym sklepie nie moglismy tego znalezc. Jednak widac, ze Nowa Zelandia jest znacznie bardziej rozwinieta pod wzgledem technicznym i mamy juz obudowe:)

Tego dnia musielismy wrocic wczesniej do Lower Hutt, bo mielismy sie spotkac z Zoe, Theo (który w wakacje byl w Polsce) i Maxem. Fajne spotkanie. Na pewno inne niz wszystkie. Szczegolnie jak zastanawialismy co mozemy zobaczyc w Wellington. My mowilismy, ze chcemy zobaczyc Parlament, Te Papa itd., a chlopacy zgodnie mowili...Nieeee:)

16.01.2007

Od rana znowu mielismy napiety grafik. Przede wszystkim Parlament. Juz samo to, ze moglismy zwiedzic Parlamet bylo czyms niespotykanym w Polsce. Przede wszystkim dlatego, ze w Wellington kazdego dnia jest kilka wycieczek ze specjalnie wyszkolonymi ludzmi. W Polsce jest tylko jeden dzien otwarty dla publicznosci. Bardzo charakterystycznym budynkiem jest Beehive (ul,w ktorym mieszcza sie gabiety ministrow, premiera i innych doradcow rzadowych. Ponizej sa trzy restauracje, kafejki oraz pub. Niektore sciany sa wykladany specjalnym marmurem nowozelandzkim, by tlumily dźwięk.

Najwieksze wrazenie zrobila na nas sala tzw. Maori Committe. Wystroj sali odpowiada wszystkim tradycjom maoryskim, a posiedzenia sa tlumaczone bezposrednio na angielski i maori.

Ciekawa sprawa jest taka, ze rzad publikuje w gazetach reklamy ustaw – czyli krotkie informacje o tym jaka ustawa lub poprawka jest przygotowywana. Jesli ktorys z obywateli bylby zainteresowany podzieleniem sie swoimi uwagami, to moze napisac do odpowiedniego sekretarza komitetu. Wszystkie zgloszenia sa numerowane i wszyscy chetni zostana wysluchani. W sklad komitetu wchodza zarowno przedstaiwciele rzadu jak i opozycji. Jego sklad zalezy od tego jaka sprawe chce poruszyc zainteresowany. Mowiacemu przysluguje pelna wolnosc slowa (absolute freedom of speech). Jest to najbardziej bezposrednia forma demokracji i udzial obywateli w sprawowaniu wladzy na swiecie. Dla nas cos niesamowitego i nie do pomyslenia by bylo tak samo w Polsce – niestety. Wszystkie posiedzenia komitetow i sejmu sa otwarte dla publicznosci. Jedynym wymogiem jest noszenie butow:)

W nizszej izbie parlamentu nie moze przebywac zaden z czlonkow rodzny krolewskiej i dlatego dywany sa zielone. Jezeli ma dojsc do spotkanie pomiedzy Krolowa a parlamentarzystami wszyscy sa proszeni do przejscia do izby wyzszej, w ktorej dywany juz sa czerwone. Izba wyzsza praktycznie caly czas jest pusta, poniewaz rzadko dochodzi do takiego spotkania. W izbie wyzszej obowiazuje scisly protokol, ktry mowi, ze nikt nie moze przejsc przed tronem i na wprost tronu. Krolowa ma prawo skazac nieposluszna osobe nawet na sciecie. W zwiazku z tym po wejsciu do sali rzad ustawia sie po lewej stronie, a opozycja po prawej.

Po tym pojechalismy na spotkanie w Ambasadzie Polskiej. Bylo bardzo milo. Rozmawialismy o naszej podrozy, pokazalismy zdjecia. Nie obeszlo sie bez rozmowy o Polsce...Dowiedzielismy sie również dlaczego nie jestesmy w programie Working Holiday, jak wiekszosc naszych sasiadow. Na pozegnanie dostalismy dwie male flagi Polski, które chcemy umocowac na naszej Strzale:) Po ponad 2 godzinach rozmowy pojechalismy do muzeum Te Papa. Jesli ktokolwiek wybiera sie do Nowej Zelandii i bedzie w Wellington niech pojedzie i odwiedzi Polska Ambasade! Nie tylko w momencie gdy bedzie juz bez paszportu, albo bez bagazu...:)

Prosto stamtad pojechalismy do Te Papa. Jest to szesciopietrowe muzeum o historii Maorsow, geologii Nowej Zelandii, sztuce, owcach, produktach nowozelandzich itd. Olbrzymie muzeum, ktorego w jeden dzien nie jest sie w stanie odwiedzic. Wiele ekspozycji jest przedstwionych sposob multimedialny, co sprawia ze wystawy robia sie bardziej interesujace.

O 18 poszlismy z Ciocia Kasia i Charlesem do amatorskiego teatru na monodramat. Byl on dosc specyficzny, ktorego szczerze powiedziawszy trudno bylo go zrozumiec. W kazdym razie aktor musial powiedziec ;it's the end; :) Po nim poszlismy na kolacje. W drodze powrotnej weszlismy do kina, w ktorym byla premiera Wladcy Pierscieni. Kino robi wrazenie, a szczegolnie lazienki (mamy kilka zdjec, hehe:) Przed dojazdem do domu tym razem udalo nam sie wjechac na Mount Victoria!:) Widok rzeczywiscie niesamowity!

17.01.2007

Od rana wrocilismy do Te Papa by dowiedziec sie wiecej o Maorysach. W srodku, w muzeum, sa zbudowane oryginalne domki Maorysow, do ktorych można wejsc tylko bez butow ze wzgledu na ich kulture i szanowanie ich tradycji. Dowiedzielismy sie również jak wyglada proces przetwarzania welny od momentu strzyrzenia do konca, czyli do tego jak np. powstaja nasze koszulki:) Po muzeum postanowilismy dac w prezencie Cioci Kasi i Charlesowi zdjecie. Troche nam to czasu zajelo, poniewaz nie moglismy znalezc odpowiedniej ramki do rozmiarow zjdecia. Naprawde udalo sie ja znalezc przez totalny przypadek:)

W miedzy czasie naprawilismy komputer, w ktorym znalezli 210 zawirusowanych plikow...Jeszcze przed placeniem wspomnielismy, ze jestesmy w podrozy dookola swiata, obecnie podrozujemy rowerem itd. i zaplacilismy 60% mniej niz mowili na poczatku:)

W domu ostatnia kolacja (tego pobytu, bo wrocimy do Wellington za 1,5 miesiaca), a po niej obejrzelismy wszyscy dwa filmy. Pierwszy ;Whale Rider; o Maorysach, a drugi ;The World's Fastest Indian; z Anthonym Hopkinsem w roli glownej, który chcial pobic rekord predkosci na motorze. To co najbardziej do nas pasuje to tekst: ;jesli nie bedziesz miec marzen to zostaniesz warzywem...; i wlasnie dlatego, Mamo, Tato, nie ma nas w domu:)

18.01.2007

Ostatni dzien w Wellington. Zanim jeszcze wyjechalismy pojechalismy z Ciocia Kasia do rzeznika, ktoremu Ciocia przetlumaczyla polskie przepisy na angielski jak robic Polska Kielbase i teraz je robi! Pycha:) Codziennie na sniadanie jemy suszona kielbase, ktora Ciocia suszyla dla nas przez ostatnie dwa tygodnie – jeszcze raz pycha!

Jeszcze przed wyplynieciem na poludniopwa wyspe Jacek mial mozliwosc poprowadzenia samochodu. Pierwszy raz od pol roku, kierownica po prawej stronie, biegi w kierownicy...duze wyzwanie, ale dal rade:) Kilka moich piskow, bo prawie scielismy kilka lusterek, ale dojechalismy do domu bezpiecznie!

O 13 wyplynelismy promem do Picton. Zaczyna sie szukanie pracy, a pozniej jazda pod gore na rowerze:)

W czasie przeplywania przez ciesnine Cook;a mielismy piekne widoki. Plynac przez Queen Charlote Sound juz na poludniowej wyspie coraz bardziej nam sie podobalo. W koncu wyladowalismy w Picton. Mala miescina zyjaca dlatego, ze przyplywaja tu promy z Wellington. Jest tez kilka innych atrakcji (gory, rzeki), ale promy i turysci sa najwazniejsi. Znalezlismy nocleg na polu kempingowym i poszukalismy pracy w internecie. Okazalo sie, ze w Blenheim (30 km na poludnie) jest hostel, w ktorym moga zalatwic nam prace. Powiedzieli: ;przyjedzcie to cos znajdziemy;. Nadzieja odzyla, a my mielismy juz plan na nastepny dzien – jedziemy do Blenheim.

19.01.2007

Od rana tylko jeden podjazd i dalej szybkie 30 km do Blenheim. W miasteczku niezawodny I-Site. Znalezlismy hostel, mamy miejsce na namiot. Kiedy kobieta z hostelu zobaczyla, ze podania o Work Permit mamy juz wydrukowane z internetu byla mile zaskoczona. Pomogla nam ze sprawami, ktorych nie bylismy pewni i poszlismy do miasta zeby wyslac dokumenty do Christchurch. Okazalo sie jeszcze, ze musimy zrobic sobie nowe zdjecia, bo nasze paszportowe sa zle i dlatego podanie moze zostac odrzucone. W koncu wyslalismy komplet dokumentow, paszporty itd. do Immigration Office w Christchurch i czekamy. Czekamy na zezwolenie na prace sezonowa. Papiery i odpowiedz maja przyjsc we wtorek. Jezeli je dostaniemy, to najprawdopodobniej nastepnego dnia zaczniemy juz pracowac w winnicy:) Podobno ciezka praca, ale i tak jest latwiej niz przy zbiorze kiwi. Mamy nadzieje, ze wszystko bedzie dobrze. Musimy jeszcze zlozyc wniosek o przyznanie numeru podatkowego i do pracy.

Tymczasem piszemy zalegle maile i przygotowujemy zdjecia. W dziale FOTO jest juz kilka nowych galerii z Am. Pld i Nowej Zelandii. Zapraszamy do ogladania.

Pozdrawiamy

wasi podroznicy

Agnieszka i Jacek
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 05, 2007, 00:01:31 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #5 dnia: Luty 01, 2007, 20:26:05 »
Pracownicy winnicy
2007-lutego-01 08:08:57

Tak jak planowalismy pracujemy w Nowej Zelandii. Przez pewien okres nie bylismy pewni czy sie uda, ale jak sie okazalo z bliska wyglada to znacznie latwiej i przyjemniej.

Zlozylismy podanie o pozwolenie na prace i dostalismy je wraz z olbrzymia naklejka w paszporcie w ciagu 2 dni. Podobnie bylo z numerem podatkowym IRD. Jedno pismo i mozemy odprowadzac podatek. Konto bankowe mozemy zalozyc za darmo i dostaniemy od razu karte platnicza. Czy moze byc latwiej?

Jezeli chodzi o prace to najwazniejsze jest to ze ja mamy. Przez pierwsze dwa dni byly problemy z transportem, m.in. raz kierowca zapomnial po nas przyjechac (byla godz. 5.30 rano), a my czekalismy jak jelenie przez 1,5 godziny. W koncu jednak pracujemy i chcielismy sie podzielic kilkoma spostrzezeniami na ten temat.

Po pierwsze mamy miedzynarodowe towarzystwo. W hostelu glownie Niemcy, ale w pracy to juz mieszanka wybuchowa: Japonczyk, Chinczyk, facet z Malezji, Niemcy, Czesi, Nowozelandczyk i Anglicy, Tajowie, dziewczyna z Tajwanu no i my:) Ta cala gromadka dowodzi Bon – rozrywkowy gosc z polnocnej wyspy, a jeszcze nad nim stoi Ram – szef z Indii.

Pracujemy w godzinach badziej cywilizowanych niz mielismy na poczatku. Odbieraja nas sprzed hostelu ok 7.10, a praca trwa zwykle 8-9 godzin. My akurat pracujemy 7 dni w tygodniu, ale przymusu nie ma i można sobie w zasadzie wybierac kiedy chce sie isc do pracy.

Wielu z Was zastanawia sie pewnie co można w takiej winnicy robic. Po 5 dniach pracy jestesmy juz po zajeciach typu: wirelifting, leaf pluckling i zamykanie pudelek. Teraz po kolei wyjasnienie.

Wirelifting – drzewka winogronowe sa ustawione pomiedzy trzema rzedami drutow, które z kolei przymocowane sa do slupow. Cala zabawa polega na tym zeby odpiac drut od slupka, zebrac jak najwiecej galezi pod drut (tak zeby nie wystawaly) i zaczepic go wyzej. I tak przez caly dzien. Taka praca wykoynwana jest jako kontrakt – placa ;za drzewko; - cale 3,5 centa! W zwiazku z tym zrobilismy wczoraj z Agnieszka 4000 drzewek:)

Leaf Plucking – po polsku obrywanie lisci. Juz sama koncepcja, zeby ktos placil nam za obrywanie lisci byla ciekawa. Trzeba by pomyslec nad zatrudnieniem dzieci w wieku 3 – 10 lat – zostaliby milionerami. Nam mamy zawsze mowily, ze nie wolno, ale musielismy sie przemoc. Cala sztuka polega na tym, zeby obrywac liscie tylko w okreslonym przedziale (miedzy dolnym a srodkowym drutem) i w taki sposob, zeby ;...ekspozycja osiagnela 90 procent; - co oznacza, ze po przejsciu ma byc widoczne 90 procent owocow. Oczywiscie nikt nie bedzie chodzil z miarka, ale jak przyjedzie zarzadca winnicy i spojrzy okiem profesjonalisty to wszystko bedzie wiedzial. W tej pracy zdecydowanie najlepsi sa Tajowie. Robia to tak szybko, ze czasem zatrzymywalismy sie zeby podpatrzec technike. Ta praca tez jest kontraktowa i w zaleznosci od wielkosci drzewek placa od 9 do 16 centow za sztuke.

Zamykanie pudelek – zamiast drzewek widac las slupkow z drutami, a pomiedzy nimi zielone plastikowe pudelka. W kazdym pudelku jest male drzewko. Chodzi o to, zeby sprawdzic wszystkie pudelka, czy sa dobrze zamkniete, czy sa od dolu przysypane ziemia, czy sa odpowiednio przymocowane do drutow itd. Po pewnym czasie okazuje sie, ze zamknietych jest wiekszosc ale niestety trzeba przysypywac. W tym momencie wszyscy zachowuja sie jak kury na podworku przysypujac stopami troche ziemi. Po takiej akcji mamy w butach mala piaskownice, ale jednoczesnie satysfakcje, bo ta praca jest liczona NA GODZINY! Znacznie bardziej oplacalne, bo można poruszac sie w mysl zasady: ;Nie przyjechalismy tu pracowac tylko zarabiac;.

My jak narazie wiecej pracujemy niz zarabiamy, ale powoli sie to zmienia, bo przyzwyczajamy sie do palacego slonca, poszczegolnych zadan i do lekkiego ;odmozdzenia; - mozg po kilku godzinach obrywania lisci po prostu przestaje funkcjonowac, a czlowiek zamienia sie w robota. Zreszta sprobujcie przy najblizszej okazji znalezc drzewo i obrywac liscie na czas przez kilka godzin:)

Nasze nowe miasteczko – Blenheim – jest dosc kameralne, ale przyjemne. Jest czysta rzeka, w ktorej można sie kapac, niedaleko mamy ocean, a ludzie jak wszedzie w Nowej Zelandii sa bardzo mili i pomocni.

To chyba tyle na dzisiaj.

Pozdrawiamy

Podroznicy Pracownicy Winnicy (czyli My)

P.S. W ramach uczenia sie od lepszych kupilismy najnowszy numer National Geographic. Zdjecia ciekawe, artykuly tez, ale najbardziej w pamiec zapadl nam cytat:"

;If you worry you die, if you don;t worry you also die. So why worry?; - Mike Horn, w czasie zimowego dojscia do bieguna polnocnego.

Proste, ale zawiera w sobie duzo madrosci.
Autor: Agnieszka i Jacek
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 05, 2007, 00:01:07 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #6 dnia: Luty 10, 2007, 10:42:03 »
Ciekawostki z Nowej Zelandii
2007-lutego-10 07:29:28




W tym tygodniu mamy kilka ciekawostek prosto z Nowej Zelandii. Milego czytania.

Kiwi – owoc znany wszystkim w Polsce i najczesciej kojarzacy sie z Nowa Zelandia. Kilka osob pytalo czy jedlismy duzo kiwi i jakie one tu sa. Prawda jest taka, ze chyba wiecej kiwi jedlismy w domu niz tutaj. Powod jest prosty – cena; wyzsza niz w Polsce. W swiatowej stolicy kiwi – Te Puke , gdzie jest nawet gigantyczny posag przekrojonego owocu – kosztuja ok 6 NZD (1 NZD = 2,25 zl) za kilogram. Szok i zwiatpienie. Najtansze, które udalo sie nam znalezc kosztowaly 1.99 NZD, ale srednio cena to ok 4.75.

Co powoduje, ze cena jest tak wysoka? Po pierwsze Nowa Zelandia eksportuje wiekszosc swoich owocow. Eksportuje ich tak duzo, ze w zeszlym tygodniu znalezlismy w ;naszym; supermarkecie w Blenheim – UWAGA! - W L O S K I E Kiwi. Tak, Wlochy sa drugim po Nowej Zelandii producentem kiwi na swiecie, a Nowozelandczycy eksportuja tak duzo, ze musza importowac wloskie.

Po drugie – podobno kiwi, takie jakie znamy (zielone), przestaja rosnac w Nowej Zelandii i uprawcy przerzucaja sie na inne odmiany, m.in. zlote (golden kiwifruit).

Po trzecie – Nowa Zelandia ma dziwna polityke skazywania wlasnych obywateli na placenie za produkowane tutaj produkty tyle samo lub wiecej niz w innych krajach.

Ze spraw innych. Winnice. Dowiedzialem sie ostatnio, ze wiele z winnic, w ktorych pracujemy jeszcze 5 lat temu w ogole tu nie bylo. Kiedys Nowozelandczycy byli podobni do Anglikow – pili piwo. Jednak pozniej zaczeli wiecej zarabiac i poziom zycia sie podnosil. Zachcialo sie kultury i zaczeli pic wino. W ten radosny sposob powstaly niewyobrazalnej wielkosci winnice, zatrudniono wielu ludzi, a przy okazji okazalo sie, ze miejscowe warunki pozwalaja na produkcje najlepszego Savignion Blanc na swiecie.

Z sila robocza nie ma problemu, bo turystow, ktorzy chca dorobic jest duzo. W firmie, dla ktorej pracujemy ponad 60% pracownikow to turysci, tzw. backpackersi. Pozostala część to Azjaci, ktorzy moga tu zarobic znacznie lepiej niz w swoich krajach. Miejscowi pracuja jedynie na wyzszych stanowiskach, a jezeli juz znizaja sie do naszego poziomu to tylko w najlepszych okresach, czyli czyszczenia drzew (prunning) i w czasie zbioru.

Craig (miejscowy) w czasie sezonu potrafi zarobic 1000 NZD netto w ciagu tygodnia. I tak przez 4-5 miesiecy. W zasadzie przez reszte roku moglby nie pracowac, ale kiedy ostatnio robilismy to ... zrywanie lisci to zarabial 25-30 NZD na godzine! Powiedzial mi jednak, ze trzeba ok 2 lat pracy w winnicy, zeby dojsc do takiej wprawy. Jeszcze wieksze wrazenie robi fakt, ze tak samo zarabiaja Tajowie, dla ktorych sa to naprawde ogromne pieniadze (zreszta dla kogo nie sa?).

Kolejna sprawa to Japonczycy. Nie znam sie zupelnie na tej kulturze, nie poznalem wczesniej zadnego Japonczyka ani Japonki, ale mam w glowie pewien stereotyp. Wyksztalceni (przynajmniej ci ktorzy podrozuja), bez problemow obslugujacy urzadzenia elektroniczne i mowiacy po angielsku. Tymczasem poznalismy ostatnio kilku Japonczykow i lekko sie zdziwilismy. Wiekszosc naprawde slabo mowi po angielsku i po naszym pytaniu, np.: ;Jak minal ci dzien?; nastepuje ;taka niezreczna cisza;, osobnik sie usmiecha, cieszy sie coraz mocniej, ale nic z tego nie wynika. Po chwili mamy juz tak dziwna sytuacje, ze ciezko sie wyplatac. Zapytac jeszcze raz glupio (bo przeciez wiadomo, ze uslyszal/a), a czekac kolejne 30 sekund az rozmowca przemowi... W koncu, po kolejnym napadzie usmiechow ze strony Japonczyka/Japonki kazdy wraca do swoich zajec... Nie zawsze jest tak zle, ale zdarzylo sie.

Druga sprawa to elektronika. W moim pojeciu Japonka/Japonczyk powinni sie na tym znac, a przynajmniej potrafic obslugiwac. Jednak nasza kolezanka Mari (Kraj Kwitnacej Wisni) przyszla do nas lekko zmieszana. Lamanym angielskim wytlumaczyla, ze cos jej nie dziala w telefonie. Okazalo sie, ze przed uzywaniem komorki zatrzymala ja... blokada klawiatury. Zaznaczam, ze nie byl to najnowszy model, tylko zwykla nokia. Wytlumaczylismy co i jak, a Mari byla tak uradowana, ze cieszyla sie przez reszte dnia. Oczywiscie na odchodne obdarzyla nas szerokim usmiechem.

Ze spraw dotyczacych Nowej Zelandii. Podobno jest tutaj jeden z najwyzszych odsetkow skazanych na okreslona liczbe mieszkancow. Co ciekawe jako oskarzeni pojawiaja sie glownie nastolatkowie (3 razy wiecej dziewczyn niz chlopakow!!) i mezczyzni po 40 roku zycia. Jest na to calkiem proste wyjasnienie. Mezczyzni (ojcowie) popelniaja przestepstwa – zaczelo sie to po II Wojnie Swiatowej – i zostaja zamknieci w wiezieniu, a dzieci (nastolatkowie) pozbawieni taty popelniaja przestepstwa (rozboje, kradzieze, narkotyki). Nowa Zelandia ma tez bardzo duzy problem z samobojstwami. Powody podobne jak wyzej. Wsrod mezczyzn wiekszosc to Maorysi lub ludzie o maoryskich korzeniach – do konca nie wiem dlaczego tak jest. Podobno w maoryskich rodzinach nawet ok 90% nie ma ojcow!

Jezeli chodzi o narkotyki to Nowozelandczycy zawdzieczaja ich obecnosc m.in. Chinczykom. Kiedy ci przyjezdzali do kraju Kiwi pracowac potrzebowali jakichs rozrywek. Poniewaz do Nowej Zelandii ciezko jest wwiezc (lub produkowac na miejscu) heroine i kokaine, pracownicy z Kraju Srodka kupowali amfetamine produkcji miejscowej. Tym sposobem Nowa Zelandia jest tez w czolowce panstw, w ktorych zazywa sie amfetamine.

Tego wszystkiego dowiedzialem sie od Craig;a, z ktorym ostatnio pracowalem. Ciekawy gosc. Rozbite malzenstwo, trojka dzieci, starszy syn w wieku 13 lat mial romans z 26 latka... duzo informacji. Najwazniejsze jest to, ze teraz pomaga dzieciakom w sadach. Studiowal prawo i historie i chodzi z nastolatkami do sadow i pomaga im rozmawiac z sedziami (tutaj oskarzony moze bezposrednio rozmawiac z sedzia, bez adwokata). Adwokaci z urzedu (dostaja po 20000 NZD rocznie tylko za to) nie robia sobie niczego z sytuacji tych dzieci i przychodza do sadu zeby sie pokazac. Craig pracowal przez ostatni rok w winnicach, a teraz zaczyna 3 letni kurs na temat winnic i produkcji wina na miejscowym uniwersytecie. Trzeba podziwiac.

Za nami kolejny tydzien pracy. Przez caly czas pracowalismy ;na godziny;, wiec wiecej zarabialismy niz pracowalismy. Czasem bylo strasznie cieplo, ale jestesmy juz przyzwyczajeni. Agnieszka opalila sie na brazowo (nie często sie to zdarza), a ja jestem juz bardzo brazowy. Najciekawiej bylo dzisiaj (sobota). Wczoraj wszyscy imprezowali w hostelu, a my grzecznie o 22 do namiotu. Pobudka o 5:20 i o 7 zaczelismy prace. Bylo to tylko tzw. pol dnia, wiec przed 12 bylismy z powrotem w hostelu. Okazalo sie, ze niektorzy dopiero sie budza, a my zarobilismy juz po 45 NZD i mielismy caly dzien przed soba:) Pieknie.

Jutro mamy dzien wolny, wiec bedziemy mogli sie wyspac.

Pozdrawiamy
Autor: Stopa
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 05, 2007, 00:00:53 wysłana przez admin »

forum.outdoor.org.pl

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #6 dnia: Luty 10, 2007, 10:42:03 »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #7 dnia: Marzec 13, 2007, 17:45:15 »
Koniec pracy i film z winnic



2007-lutego-18 07:51:50
Po ponad trzech tygodniach pracy w winnicach w Blenheim pozegnalismy sie ze znajomymi i ruszylismy autostopem do Motueki. Jest to miejscowosc wypadowa do Parku Narodowego Abel Tasman slynacego z pieknych widokow i czystej wody.
We wtorek wypozyczamy kajak i ruszamy na czterodniowy podboj zlotych plaz i malych wysepek.

Mamy dla Was prezent w postaci filmu o naszej pracy w winnicach.
Czekamy na wrazenia.

Odezwiemy sie za kilka dni.
Agnieszka i Jacek

P.S. Film ogladajcie koniecznie z dzwiekiem

http://www.youtube.com/watch?v=8lCkJFqRMsE

http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 05, 2007, 00:00:28 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #8 dnia: Marzec 13, 2007, 17:46:27 »
Kajakiem po Abel Tasman
2007-lutego-25 07:59:34

Przez ostatnie cztery dni zmienilismy srodek transportu na kajak. Postanowilismy tylko wypozyczyc i poplynac sami, bez przewodnika i planu na cztery dni do przodu. Dzieki temu moglismy byc niezalezni, na czym nam najbardziej zalezalo.

Plywalismy po najmniejszym parku narodowym Nowej Zelandii - Abel Tasman. Slynie on ze zlotych plaz, czystej wody oraz koloni fok.

Penetrowalismy male rzeczki, do ktorych da sie tylko wplywnac podczas przyplywu. Roznica poziomow wody podczas wysokiego stanu a odplywem jest spora, poniewaz 4 merty. Pierwszy raz w zyciu moglismy to obserwowac z bliska. Do wysp, do ktorych musielismy plywac kajakiem, wieczorem podchodzilismy na piechode. Niesamowite zjawisko.

Spalismy na wyznaczonych kempingach, ktore trzeba wczesniej rezerwowac, gdyz wprowadzono ograniczona liczba osob przebywajacych w jednym miejscu noclegowym. Na noc jedzenie musielismy chowac do kajaka, by posomy - podobne do norek, tylko ze troszke wieksze - nie zaczely buszowac nam po workach z zywnoscia...Niestety nie udalo sie tego uniknac jednej nocy i o 2 w nocy mielismy goscia w namiocie:) Niestety przez przypadek uderzyl w menazki, ktore staly na jego drodze i obudzil nas na tyle wczesnie, ze nie mielismy strat w jedzeniu.

W pogode trafilismy idealnie, ale to juz zobaczycie na filmie ponizej:) Oprocz ruchomego obrazu dodalismy sporo nowych zdjec w galerii.

Z planow na najblizsze dni to we wtorek spotykamy sie z Rodzina Agnieszki, ktorzy przyjechali na wakacje do Nowej Zelandii. Zabieraja nas na najblizsze dwa tygodnie w objazd po poludniowej wyspie. Oznacza to kolejna zmiene transportu na samochod tym razem.
22 lutego na swiat przyszla siostrzenica Jacka - Tosia. Jest pulchna brunetka. Wymiary 53 - 3200 (dlugosc, bo ciezko to wzrostem nazwac - waga w gramach:) Rodzicom i Dziadkom gratulujemy!
 
Tacie Agnieszki gratulujemy zdania egzaminu!
 
 
Film prosimy ogladac konieczne z glosem!
 
http://www.youtube.com/watch?v=Uj4KiSbp8Q0
 

Pozdrawiamy,

Agnieszka i Jacek

http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 05, 2007, 00:00:16 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #9 dnia: Marzec 13, 2007, 17:47:23 »
Dookola wyspy poludniowej
2007-marca-13 02:28:04

Ostatnie 2 tygodnie byly bardzo, bardzo intensywne. Po wioslowaniu w Abel Tasman odpoczelismy troche w Motuece, poznalismy ciekawych ludzi i nadeszla chwila kiedy spotkalismy sie z rodzina Agnieszki, akutalnie podrozujaca po Nowej Zelandii.

Po pierwsze chcielibysmy Im bardzo podziekowac: ze chcieli nas ze soba zabrac i dzielic swoj samochod, ze przemycali nas do roznych hoteli i moteli, ze moglismy zobaczyc ogromny kawal poludniowej wyspy, pogadac po polsku i razem sie posmiac.

Ale od poczatku.

Z Nelson pojechalismy przez Punakaiki, gdzie znajduja sie Pancake Rocks. Niesamowite skaly, ktorych warstwy wygladaja jak ponakladane na siebie nalesniki. Ciekawa sprawa. W miedzyczasie wykapalismy sie w oceanie i zobaczylismy z niezwyklej perspektywy jak tworza sie morskie fale.

 W Hokitika zobaczylismy ptaki kiwi – symbol Nowej Zelandii. Co prawda bylo to cos na ksztalt zoo, ale i tak bylo warto. Kiwi generalnie zeruja i poruszaja sie w nocy, a na ich widok mozna sie jedynie smiac. Dwie kulki (cialo i glowa), nogi i dziob jak slomka. Agnieszka po partyzancku zrobila zdjecia, a jak to wyszlo zobaczcie w galerii (kara za robienie zdjec 500$!!).

 Miejscowosc Franz Josef, u stop lodowca o tej samej nazwie przywitala nas piekna pogoda. Tutaj czekala na nas wielka atrakcja – lot nad Alpami Poludniowymi. Widzielismy Aoraki/Mt. Cook – najwyzsza gore NZL, Mt. Tasman, kilka lodowcow i wielkie doliny. Z lotu ptaka robi to ogromne wrazenie. Wieczorem poszlismy jeszcze do czola lodowca Franciszka Jozefa.

 Kolejny dzien to rzut oka na lodowiec Fox;a i dalsza droga przez przelecz Haast i Wanaka do Queenstown. Po drodze, jak kazdego dnia, piekne wodospady, olbrzymie jeziora i duzo widokow, ktore w tym natloku zapamietalismy tylko dzieki zdjeciom.

Queenstown – nowozelandzkie Zakopane. Mekka sportow ekstremalnych, miejsce narodzin skokow bungy i setki mozliwosci na zwiekszenie poziomu adrenaliny. Samych miejsc gdzie skacze sie na bungy jest kilkanascie, do tego paralotnie, lot pod helikopterem, rowery gorskie, zeglarstwo, nurkowanie, narciastwo itd.

W okolicach podobno produkuja bardzo dobre wino – slowem raj na ziemi.

Co prawda w zwiazku z polozeniem miasta ceny wszystkiego sa znacznie wyzsze niz na polnocy, ale takie ich prawo.

To wlasnie w Queenstown, Ola, kuzynka Agnieszki leciala na paralotni, a my zjezdzalismy specjalnymi saneczkami w dol betonowego toru. Tam tez odwiedzilismy lodowy bar Minus 5. Wejscie jest platne, ale w cenie dostalismy specjalne kurtki , buty i rekawiczki, a to wszystko po to, zeby chronic nas przed temperature w srodku. Przy wejsciu ostrzezenie od barmana – szklanki z drinkami podnosimy zawsze dwoma rekoma. Powod? Sa zrobione z grubego lodu. W srodku tylko podloga i sufit nie byly z lodu. Poza tym sciany, krzesla, kanapy, bar, polki i rzezby to czysty lod. To naprawde cos innego, szczegolnie, ze na zewnatrz chodzimy w krotkich spodenkach.

 Z Queenstown pojechalismy do Te Anau i dalej do Milford Sound – fiordu nazywanego osmym cudem swiata. Mimo, ze caly dzien padalo I bylo pochmuno to widoki zapieraly dech w piersiach. To wlasnie zasluga deszczu, bo po scianach dolin lecialy setki wodospadow. W samym fiordzie wialo bardzo mocno, ale dzieki temu zobaczylismy to miejsce w innym swietle niz na cukierkowych pocztowkach.

 Kolejny dzien spedzilismy w Dunedin, ktore szczyci sie mianem najbardziej studenckiego miasta w Nowej Zelandii. Atrakcja dla nas byl polwysep Otago, gdzie mozna zobaczyc niebieskie pingwiny (jedne z najmniejszych) i albatrosy. Pingwiny my z Agnieszka sobie odpuscilismy (lekki uraz po AntarktydzieJ, a albatrosy… nie bylo ich widac, bo zlaly sie z mgla.

 Z Dunedin pojechalismy do Moeraki, gdzie na brzegu leza Moeaki Boulders – wielkie okragle kamienie. Podobno to kawalki wapienia wokol ktorych przez 60 mln lat nagromadzila sie gruba warstwa innych mineralow. Ciekawe, ale podobno robia wieksze wrazenie w czasie przyplywu.

Dalej dotarlismy do Mt. Cook Village, u stop gory, na ktore Sir Edmund Hillary trenowal przed wejsciem na Everest. Maoryska nazwa Mt. Cook to Aoraki i wszystkie nazwy pisane sa Aoraki/Mt. Cook. Widocznosc byla swietna, a odbicie w jeziorze niesaleko gor bylo piekne.

 Nastepnego dnia przez jezioro Tekapo dojechalismy do Christchurch. Tam po ostatnim juz ;waletowaniu; w hotelu pozegnalismy rodzine Agnieszki i ruszylismy do Kaikoury. Kiedy Agnieszka zapytala dziewczyne z hostelu czy jest szansa na zobaczenie delfinow, odpowiedziala: Jasne. Dzisiaj widzialam jakies 40 z balkonu… Zatkalo nas. Wiedzielismy, ze to miejsce slynie z delfinow, wielorybow i fok, ale zeby bylo az tak latwo. Nastepnego dnia mimo zlej pogody poszlismy na plaze i po 5 minutach pojawily sie. Na poczatku tylko kilka, ale z kazda chwila coraz wiecej. W koncu na zdjeciu doliczylismy sie ponad 30 w jednym tylko miejscu. Skakaly, bawily sie i wygladaly jakby w ogole nie sprawialo im to zadnej trudnosci.

Zadowoleni pojechalismy do Blenheim, gdzie czekal na nas rower i troche bagazy. Kiedy szlismy do hostelu przed nami stanela Jana, Czeszka, ktora poznalismy w czasie pracy. Mieszka tu tez jej chlopak Lukas i jego brat Alex. Od razu zaproponowali, ze mamy spedzic noc u nich. Bardzo sie ucieszylismy tym bardziej, ze rower przechowywalismy wlasnie u nich. Pojechalismy jeszcze zobaczyc Blenheim, zjesc tradycyjne lody w Seymour Park (2 litrowe) i odebralismy nasze rzeczy. Wieczorem rozmawialismy o Nowej Zelandii i pokazywalismy zdjecia. Wszystko po polsku-czesku, bo oni sa z Ostravy, a polski znaja bo ogladali Czterech PancernychJ

 Wczoraj od rana udalo sie nam sprzedac nasza Zlota Strzale. Nie bylo nam latwo rozstawac sie z naszym tandemem, ale koszt sprowadzenia go do Polski bylby zbyt duzy. Dostalismy dobra cene, a w sprawach platnosci I przelewu pieniedzy pomogla nam ciocia Agnieszki, ktora mieszka w Wellington, gdzie wlasnie jestesmy.

Z Blenheim bez problemu pojechalismy stopem do Picton, kupilismy bilety na prom i znowu jestesmy na polnocnej wyspie. Pogoda sie popsula, bo jesien idzie, ale te 10 dni, ktore zostalo nam w Nowej Zelandii chcemy mocno wykorzystac.

 
Na zakonczenie zapraszamy do ogladania zdjec (6 nowych galerii) i prosimy o wrazenia (szczegolnie dotyczace zdjec czarno-bialych).

 
Pozdrawiamy
Autor: Agnieszka i Jacek
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 04, 2007, 23:59:49 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #10 dnia: Kwiecień 21, 2007, 19:13:51 »
Wylot z Nowej Zelandii
2007-marca-24 09:11:19

Wlasnie siedzimy na lotnisku w Auckland i czekamy na lot do Bangkoku (przez Sydney). Za nami niesamowite 3 miesiace. Na podsumowanie Nowej Zelandii jeszcze przyjdzie czas, ale wydaje sie nam, ze zobaczylismy naprawde duzo, poznalismy milych i pomocnych ludzi poza tym dobrze sie bawilismy. Ostatnie dni spedzilismy u Tony;ego (kuzyna Agnieszki) i Kiri (jego zony) w Bay of Plenty. Plywalismy na kajakach po oceanie, jezdzilismy na rowerach, zalatwilismy wszystkie sprawy i zobaczylismy nieznane nam czesci Auckland.

Przed nami Azja. Nowa kultura, nowi ludzie, nowe miejsca. Na pewno bedzie ciekawie. Plan na poczatek to kilka dni w Bangkoku i zalatwienie wizy do Laosu. Co pozniej... zobaczymy.

Mamy tez mala niespodzianke. Zmienilismy plan podrozy i wracamy troche wczeniej. Wiecej szczegolow juz wkrotce...;)

Pozdrawiamy

Agnieszka i Jacek

P.S. Newsa wysylamy juz z Sydney, gdzie czekamy na kolejny lot do Bangkoku.
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 04, 2007, 23:58:51 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #11 dnia: Kwiecień 21, 2007, 19:14:36 »
Ostatnie dni w Nowej Zelandii i Tajlandia
2007-kwietnia-02 09:09:42

Ostatnie dni w Nowej Zelandii spedzilismy w polnocno – wschodniej czesci polnocnej wyspy, na polwyspie Coromandel. Ladne plaze i zielone pagorki – tak mozna to w skrocie opisac. W Whitianga spotkalismy Monike – Polke mieszkajaca w Anglii.

Stamtad pojechalismy do Papamoa, zeby spotkac sie z Tony;m (kuzynem Agnieszki) i Kiri (jego zona). Spedzilismy z nimi ostatnie 3 dni w kraju kiwi i bylo super. Plywalismy na kajakach po oceanie, jezdzilismy na rowerach, a wieczorek pozegnalny w Auckland zakonczylismy wyscigami na wozkach sklepowych po miejscowym parkingu. Bylo super. Nastepnego dnia zwiedzilismy jeszcze Auckland, a na koniec Tony i Kiri zawiezli nas na lotnisko. Wielkie dzieki!

Od tego miejsca zaczyna sie pamietnik Agnieszki, z ktorego dowiecie sie jak minely nam pierwsze dni w Tajlandii. Mamy nadzieje, ze spodoba sie Wam taki rodzaj newsa.


Niedziela, 25.03.2006 Bangkok

Lot z Auckland do Bangkoku minal nam bardzo dobrze. Lecielismy liniami Emirates, które wszystkim bardzo polecamy! W pewnym momencie nie moglismy sie opanowac i zrobilismy kilka zdjec, gdy zaserwowano nam kilka salatek, kurczaka, deser, wino itp.:)

W kazdym razie do Bangkoku dolecielismy o 1 w nocy i informacja o pogodzie nas zaskoczyla -  na zewnatrz 29st C! Cala noc siedzielismy na lotnisku, gdzie czekalismy na Nan, zone wujka Agnieszki, ktora rano odebrala nas z lotniska. Po wyjsciu na umowione miejsce z klimatyzowanego lotniska zastal nas po prostu skwar, lepkie powietrze i wiaterek, który powodowal, ze po 5 minutach jest sie oblanym potem.

Nan zawiozla nas do siebie do domu. Jest to troszke pod Bangkokiem, ale naprawde swietny dom. Mieszka z mama i poltoraroczna coreczka – Ada.

Po prysznicu i sniadaniu zdecydowalismy sie pojechac na najwiekszy targ w Bangkoku – Chuchatak. Ponad 15000 straganow i srednio 200000 klientow. Cos niesamowitego. Spedzilismy kilka godzin krecac sie po alejkach targu. W koncu temperatura, zmeczenie i halas wygnaly nas stamtad. Pojechalismy na plac Siam – centrum Bangkoku. To wlasnie tu znajduja sie najwieksze domy towarowe, a wiekszosc marek, które sa tu prezentowane nie ma nawet w Polsce – bylyby zbyt drogie. Nie zawitalismy tam dlugo – z wiadomych wzgledow:)

Pokrecilismy sie jeszcze troche po miescie i wrocilismy do Nan lokalnymi autobusami, w ktorych bylismy jedynymi turystami i wzbudzalismy nie male zainteresowanie.


Poniedzialek, 26.03.2007  dom Nan – Bangkok

Dzisiaj byl drugi dzien w Tajlandii. Znow strasznie goraco, jest potwornie wilgotno i duszno. Czasem jest ciezko oddychac, ale na szczescie na kazdym kroku można kupic wode, wiec pomaga nam to przezyc.

Dzisiaj wyjechalismy z domu o 7.30 razem z Nan, ktora jechala do pracy. Bardzo sie przejmuje czy nigdzie sie nie zgubimy. Napisala nam na kartce jak trafic do niej do domu autobusami, nazwy po tajsku, tak bysmy mogli pokazac miejscowym. Tak samo dzisiaj rano zawiozla nas na ulice, ktora prowadzila w strone ambasady laotanskiej, zatrzymala taksowke i powiedziala kierowcy gdzie ma nas zabrac. Wize dostalismy bez problemu. Skorzystalismy w drozszej wersji “express” i wyrobienie wizy trwalo tylko 30minut!!!

Mielismy maly problem zeby sie stamtad wydostac. Taksowkarze widzac nas od razu wylaczali liczniki i podawali swoja chora cene, w momencie gdy my podawalismy im swoja oni odmawiali. Naszczescie podczedl do nas jakis biznesman, który mowil po angielsku i powiedzial, ze najlepiej wziac taksowke do najblizszego metra i wyjdzie to najtaniej. Tak zrobilismy i rzeczywiscie bylo tanio. Metrem akurat dojechalismy na stacje kolejowa, gdzie sprawdzilismy mozliwosci polaczenia z miejscem w ktroym bedziemy prekraczac granice z Kambodza. Jest pociag o 5.50 rano, 48B za 5 godzin jazdy!!!! - smiech na sali!!!

Chcielismy zalapac sie na lodke, ktora rozwozila turystow i miejscowych po najwiekszych swiatyniach Bangkoku, ale nie moglismy do niej trafic. Po spytaniu sie kilku ludzi i otrzymaniu od kazdej osoby innego wskazania drogi, oraz po informacji, ze dzisiaj zadne lokalne lodki nie plywaja i trzeba wziac tour boat za 1200 bathow oraz moim obrazeniu sie (odwrocenie sie na piecie i marsz w przeciwna do Jacka strone- wrr, niestety:() dogadalismy sie i pojechalismy wreszcie tuk-tuk;iem do miejsca gdzie lodka przyplynela. Przed zwiedzaniem obiad, oczywiscie u miejscowych, razem z nimi przy jednym stole – pyszne jedzenie, choc moze samo miejsce przechowywania i przygotowywania nie nastraja.

Grand Palace i kilka swiatyn, które robia olbrzymie wrazenie. Sa cale pokryte zlotem i maja niesamowite ksztalty. Zeby wejsc do swiatyn trzeba miec zakryte kolana oraz ramiona. Oczywiscie buty trzeba zostawiac przed wejsciem. W jednej ze swiatyn ludzie sie modlili, w innej turysci biegali z aparatami i robili mnostwo zdjec. W pierwszej ze swiatyn widzielismy malego Budde siedzacego na szczycie swiatyni ze zlota (oczywiscie zapomnialam nazwy, bardzo popularny). Miejsce naprawde warte odwiedzenia – wstep 250B. Czas ograniczony - mozliwosc zwiedzania do 15.30 i upal zlozyly sie na to, ze skonczylismy zwiedzanie Palacu i poszlismy do jeszcze jednej swiatyni (Wat Pho) by obejrzec posag lezacego Buddy. Jeden z najwiekszych na swiecie – 46m dlugosci i 15 wysokosci. Jest olbrzymi, ledwo miesci sie w swiatyni, lezy na boku z podparta reka pod glowa. Naprawde podziwiam ludzi ktorzy tworzyli takie cuda w 18 i 19 wieku.

Jeszcze raz wzielismy lodke i poplynelismy do pierwszej stacji dla lodek i ostatniej dla Sky Train. Dwoma liniami dojechalismy do Mo Chit skad przez prawie 2 godziny jechalismy do domu. Wrocilismy ok. 20.

Juz jest 22 wiec lece spac, bo jutro nie wstane.


Wtorek, 27.03.2007  Bangkok

Jednak udalo sie wstac:) Rano zdecydowanie nie chcialo mi sie wstawac. Wczoraj przesadzilismy z chodzeniem w upale. Mimo wszystko zabralismy sie z Nan. Najpierw pojechalismy na dworzec, zeby kupic bilet do Chiang Mai – nie bylo zadnego problemu. Ludzie na dworcu sa tak mili i pomocni, ze naprawde bardzo to uderza. Nawet dziewczynki sprzedajace wode, sprzedawcy biletow mowia po angielsku. Zastanawialismy sie jak to jest w Poznianiu, czy turysta dogadalby sie z lokalnymi po angielsku...no nie jestem do konca przekonana...Potem podjelismy kolejna probe odnalezienia przystanku nr 4 dla lodek. Niestety po raz kolejny przeoczylismy go i trafilismy bezposrednio do nr 3. Jednak po drodze przechodzilismy przez niesamowite miejsca – cale ulice silnikow samochodowych, psy zywiace sie smarem itp. I po raz kolejny okazalo sie, ze osoby nie znajace jezyka najbardziej pomagaja w odnalezieniu wlasciwej drogi. Potem odnalezlismy przystan nr 4 patrzac z lodki. Jest to chyba tylko stop dla wojskowych, bo zadnego turysty tam nie bylo, ale za to sami mundurowi. Bylo strasznie goraco, wiec tempo dzisiaj mielismy wolniejsze. Przeplynelismy na druga strone rzeki do kolejnej swiatyni - Wat Arun (Swiatynia Poranka). Jest to jedna z najwyzszych swiatyn w Bangkoku – 64 metry wysokosci. Zdobiona porcelana, ktora zostala przywieziona na statkach chinskich jako balast. Dlugo niestety tam niezabawilismy, poniewaz jakos zmeczenie po dniu wczorajszym dawalo sie we znaki. Potworny upal, duchota nie do wytrzymania i niewyspanie spowodowaly ze przeplynelismy z powrotem na druga strone rzeki, gdzie zjedlismy obiad - znowu ze straganu:) Ryz i kurczak plus makaron i cos z morza:) Pyszotka:)

Potem postanowilismy wrocic do Nan, co i tak nam zajelo nam sporo czasu. Po drodze wysiedlismy ze Sky Train robiac jeszcze zdjecia polu golfowemu w centrum miasta.

Na jutro nie mamy konkretnego planu. Wieczorem jedziemy na dworzec, skad o 19.35 jedziemy do Chiang Mai. 14 godzin w pociagu – mamy kuszetki!! za 700B (ok 22$):). Przed poludniem nie mamy nic specjalnego do robienia, wiec zostajemy w domu.

Ide wziac prysznic:)


Sroda, 28.03.2007 pociag z Bangkoku do Chiang Mai

Kolejny dzien z serii nic nie robienie. Postanowilismy nie zrywac sie rano by jechac z Nan, lecz zostac w domu.

Rano nie moglismy sie zebrac. Wylegiwalismy sie do 10, po czym zaczelismy wykonywac powolne ruchy w strone lazienki.

Zupelnie nie chcialo mi sie pakowac. Dzien byl tak leniwy, ze moglabym caly przespac. Na sniadanie zeszlismy ok 12. Mama Nan nie mowi w zadnym innym jezyku niz tajski, dlatego oprocz slow ;dzien dobry i do widzenia; nasz pobyt na dole minal nam na miczeniu.

O 15.30 Mama Nan zadzwonila po melexa, który zawiozl nas do bramy glownej, gdzie kierowca zlapal dla nas taksowke. Gdy powiedzielismy mu, ze chcemy jechac do Mo Chit, on pokiwal glowa, ze rozumie i ruszylismy. Po pewnym czasie zorientowalismy sie, ze jedzie dookola. Nic nie powiedzielismy, ale gdy zatrzymal sie i zaczal nam mowic, ze to jest Mo Chit, to po prostu sie wkurzylismy. Powiedzielismy, ze ma nas natychmiast zawiezc do wlasciwego Mo Chit i nie zaplacimy mu ani batha wiecej niz cena, ktora w danej chwili byla na liczniku. Nic nie mowiac pognal we wlasciwe miejsce. Za kazdym razem gdy chcemy wziac tuk-tuk;a lub taksowke to chca nam wmowic zle miesjce wysiadki, albo cene wzieta z kosmosu. Jest to naprawde irytujace, jesli upieraja sie dlugo przy swoim, zdajac sobie sprawe, ze klamia!

Po dojechaniu na dworzec ciagle mielismy 1,5 godziny do pociagu. Jako, ze znajdujemy sie w nowym miejscu musielismy sprobowac tutejszego piwa:) Zasiedlismy przy straganie i wypilismy duza Singhe:)

Teraz jedziemy juz w pociagu. Wprawdzie wyjechalismy godzine pozniej, ale do tego jestesmy juz przyzwyczajeni. Mamy kuszetki, ale znacznie wygodniejsze niz w Polsce. można na nich siedziec bez wyginania kregoslupu. Mamy lampke (ktora dziala!), wieszak i maly woreczek na drobiazgi.

Padam na twarz. Do jutra.


Czwartek, 29.03.2007 Chiang Mai

Pociag byl niesamowicie wygodny. Moze troszke za mocno wlaczyli klimatyzacje, ale ogolnie bylo naprawde przyjemnie. Niestety rano zamiast o 9.45 bylismy po 10. Na dworcu w Bangkoku prawie nic nie zjazdlam, co spowodowalo moje oslabienie nad ranem. Czulam sie slabo, ale Jacek zalatwil mi sniadanie. Poczatkowo w ogole nie moglam spojrzec na to jedzenie, bo tak mocno mialam skurczony zoladek, ale w koncu wcisnelam w siebie kanapke, banana i sok pomaranczowy. Trzeba bylo wziac do pociagu cos do jedzenia zamiast 4 butelek wody...

Na dworcu w Chiang Mai od razu przypomniala nam sie Ameryka Poludniowa, gdy stado wylapywaczy staralo sie przekanac kazdego turyste do skorzystania z jego oferty. My wybralismy hotel za 150B (4$ za dwie osoby!), bez prysznica, tylko z wiatrakiem i na 7 pietrze (nie ma windy), ale za to jest basen:)

W Chiang Mai, pomimo tego co mowila Nan, ze jest tu 40st, nie odczuwa sie tego az tak bardzo jak w Bangkoku.

Po przyjezdzie, nie wiem dlaczego, ale nawet bez prysznica, poszlismy sie przejsc po miescie. Czasem wydaje mi sie kapiel przy takiej pogodzie jak obecnie jest calkowicie zbedna, poniewaz zanim zdaze wyjsc spod prysznica, jestem juz totalnie spocona.

Praktycznie caly dzien zlecial na zwiedzaniu miasta.. Wieczorem kapiel w basenie i spotkanie w sprawie wycieczki do dzungli nastepnego dnia. Nie bylismy do niej calkowicie przekonani, ale po dogadaniu wszystkiego z przewodnikiem zdecydowalismy sie na dwudniowy trekking.

Nasz hotel (Royal Guest House) znajduje sie bardzo blisko od Night Market, który slynie z tego, ze nie wraca sie z niego z pustymi rekami (zreszta jak wiekszosc targow w Tajlandii!). Kilka ulic zapelnionych straganami, tysiace turystow, miliony podrobek i minimum 40% zbijanie ceny:) Tak w skrocie można opisac Night Market. Ja wzbogacilam sie o 2 koszulki na naramkach, a Jacek o jeden t-shirt.

Do hotelu wrocilismy dosc pozno, a jutro poudka o 7.40 i jedziemy na trekking.


Piątek, 30.03.2007

O 9.30 rozpoczal sie trekking. Cala ekipe turystow (Anglik. Kolumbijka. Australijczycy, Francuzi, Szwedzi i my) wsadzili do samochodu i pojechalismy 40 minut na polnoc od Chiang Mai na targ, zeby kupic jedzenie na dzisiaj i jutro. Potem kolejne 30 minut i dojechalismy do wodospadu, w ktorym moglismy sie wykapac. Najlepsza rzecz, ktora moze spotkac czlowieka w takim upale jak dzis.

Zaplacilismy po 200B za wejscie do parku narodowgo i zaczelismy 3-godzinne podejscie. Wydaje mi sie, ze nawet chodznie po Andach bylo latwiejsze niz chodzenie w takim upale. Pot lat sie z nas ciurkiem, a kazde zatrzymywanie sie przewodnika by powiedziec nam cos o dzungli bylo na wage zlota:) Pierwsze minuty byly najgorsze, bo zupelnie nie moglam sie przyzwyczaic do chodzenia w takim upale. Jednak z kazda chwila bylo coraz lepiej. W koncu po 3 godzinach doszlismy do miejsca, gdzie moglismy miec nocleg. Jednak Soskin (przewodnik) powiedzial, ze mozemy pojsc jeszcze godzine i dojdziemy do miejsca, z ktorego bedziemy jutro jechac na sloniach jako pierwsza grupa. Wszyscy, pomimo goraca i zmeczenia, postanowilismy isc dalej, bo to oznaczalo, ze jutro juz nie bedziemy musieli w ogole chodzic. Nie minela nawet godzina, a my juz bylismy na miejscu naszego noclegu. Odnosnie drogi, ktora przeszlismy dzisiejszego dnia, to potwierdzilo sie to, co mowila Nan o pozarach w okolicach Chiang Mai. Przechodzilismy obok terenow, które byly juz wypalone, albo takich, które sie wciąż tlily. Przewodnik mowil, ze podpalenia sa kontrolowane, ale naprawde po niektorych miejscach zupelnie tego nie bylo widac. Soskin mowil tez o kontrolowaniu pozarow tak by nie naruszac drzew, a to często mijalo sie z rzeczywistoscia.

Pierwsza rzecza jaka zrobilismy po dojsciu na miejsce, bylo wskoczenie do rzeki:) Pysznie! Potem pomoglismy budowac bambusowe tratwy na nastepny dzien.

Nocleg mielismy w wiosce plemienia Karen. Mielismy chatke, w ktorej bylo kilka materacy z moskitierami.

Dzi (nie wiem jak sie to pisze po tajsku) – nasz kucharz/tragarz przygotowal gore pysznego tajskiego jedzenia. Jak zwykle przesadzilam z iloscia i Jacek zjadal po mnie resztki:) (normalne). W miedzyczasie w wiosce nie male zamieszanie zrobil szczur, który zagryzl jedna z kur. Poczatkowo nie chcielismy wierzyc, ale gdy uslyszelismy strzal z pistoletu i w nastepstwie zabitego szczura -  uwierzylismy:) Szczur wg mnie byl olbrzymi, jednak miejscowi zarzekali sie, ze byl to jeden z mniejszych.

Po tych przezyciach rozpalilismy ognisko i zaczelismy grac i Ping-peng-pong!:) Usiedlismy w kregu, tak by kazdy kazdego mogl widziec. Gra polegala na tym, ze pierwsza osoba mowi ping, kolejna po lewej mowi peng, a kolejna osoba, ktora mowi pong, musi roznoczesnie wskazac inna osobe, ktora musi zaczac od slowa ping...Wszystko trzeba robic bardzo szybko. Byla kupa smiechu, bo kazdy, który sie pomylil musial wypic lyka wodki ryzowej – moon chai:) Potem do lyka wodki doszla kreska sadzy na twarzy za jeden blad. Ten kto mial 10 kresek, ten przegrywal, oraz pozostali gracze mieli prawo do zrobienia jednej kreski na twarzy przegranego. Przegral...Jacek:) Potem szybko po zrobieniu sobie zdjec, pobieglismy do rzeki by sie umyc. Niestety poczatkowo jak usmoleni gornicy, ale po uzyciu odpowiednio duzej ilosci mydla domylismy sie i poszlismy spac.

W nocy oprocz tego, ze wydawalo mi sie, ze caly czas pod nasza chatka biega szczur, to o 3 w nocy kury, koguty, piskleta postanowily dac alarm do wstawania, który trwal do samego rana...:/

 
Sobota, 31.03.2007

Od rana porobilismy troche zdjec z bannerami. Probowalismy tez przeniesc rzeczywiste kolory na zdjecia, ale bylo to niemozliwe. Niektore zdjecia wychodzily przeswietlone, inne z kolei niedoswietlone. Coraz czesciej dochodze do wniosku, ze widoki na zdjeciach oddaja tylko maly procent tego co my widzimy.

W miedzy czasie przyprowadzono slonie z dzungli. Olbrzymie zwierzeta. A tajskie slonie i tak nie sa najwieksze. Sa niesamowite, monstrualne, jednak nie wyczawalo sie (przynajmniej przy tych sloniach) zagrozenia z ich strony, które tak naprawde moglyby kazdego zmiazdzyc jedna noga.

Siedzielismy na drewnianych podwojnych siedziskach umocwanych na grzbiecie slonia. Nasz ;przewodnik-kierowca; siedzial na glowie naszego transportu. Pozniej my zajelismy jego miejsce. Skora slonia jest strasznie szorstka, a wloski tak sztywne, ze wrzynaly sie w moje uda. Siedzenie na glowie slonia wymaga utrzymania rownowagi. Nie ma sie czego chwycic, a czasem slon portafi wykonac niespodziewany zwrot, który powoduje strumien potu na plecach pasazera:)

Na sloniu jechalismy przez 1,5 godziny po czym przesiedlismy na bambusowe tratwy, ktore budowalismy wczoraj.

Poczatkowo rzeka nie byla wymagajaca, jednak z kazdym zakretem zaczynaly sie coraz trudniejsze odcinki, podczas ktorych osoby, które nie posiadaly kija sterujacego (nie wiem jak to opisac:/) musialy zejsc z tratwy i przejsc do miejsca, gdzie nie bylo zagrozenia wypadniecia.

Po 2 godzinach doplynelismy do miejsca, z ktorego odbieral nas samochód.

Po powrocie do Chiang Mai i kapieli spotkalismy sie z ludzmi z trekkingu na piwie i powloczylismy sie troche po miescie.

 
Niedziela, 1.04.2007 Chiang Mai

Caly dzien lenistwo. Przygotowywalismy zdjecia, pisalismy pamietniki i newsa. Jedyne przerwy to poszukiwanie straganu z miejscowym jedzeniem i kapiel w hotelowym basenie. Wieczorem znowu spotykamy sie z ludzmi z trekkingu i idziemy razem na coniedzielny targ. Jutro chyba zlapiemy pociag z powrotem na poludnie.


Poniedzialek, 2.04.2007 Chiang Mai

Wlasnie siedzimy w kafejce i dopisujemy te slowa. Wreszcie udalo sie nam wrzucic wszystkie zdjecia, poczawszy od ostatnich dni w Nowej Zelandii do trekkingu na polnoc od Chiang Mai.  (koniec pamietnika)

Mamy tez rozwiazanie zagadki z ostatniego newsa. Mimo wielu spekulacji wszystko jest ok. Wracamy do Polski z Bangkoku (samolotem) 17 maja. Zobaczylismy juz naprawde duzo, rodzice tesknia, my jestesmy chyba lekko przeladowani wrazeniami, a poza tym, jak to mowi moja (Jacka) siostra: czego sie nie najesz, tego sie nie nalizesz. Mamy dopiero 21 lat, duzo czasu przed nami.

Chetnych do stworzenia ekipy powitalnej zapraszamy na lotnisko miedzynarodowe w Dusseldorfie 17. maja ok. godz. 19.

 
Pozdrowienia z Chiang Mai

A & J

P.S. Jeszcze raz przypominamy o zdjeciach.
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 04, 2007, 23:58:18 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #12 dnia: Kwiecień 21, 2007, 19:15:24 »
Plywajacy targ, rzeka Kwai i pierwsze dni w Kambodzy (Angkor)
2007-kwietnia-13 16:32:56

Z Chiang Mai wyjechalismy nocnym pociagiem. Nie liczylismy, ze ta noc bedzie nalezec do najwygodniejszych, poniewaz mielismy miesca siedzace. Godzina odjazdu byla dosc plynna, ale kiedy ruszylismy spotkala nas mila niespodzianka. Niczym w samolocie dostalismy wode i ... uwaga... obiad! Goracy ryz, warzywa, dwa rodzaje miesa i cos na ksztal deseru. Naprawde bylismy zaskoczeni. Noc minela calkiem dobrze i rano wyladowalismy na Hua Lomphong – glownym dworcu kolejowym stolicy.

Prysznic w dworcowej toalecie dobrze nam zrobil i ruszylismy na spacer po miescie. Wloczylismy sie bez specjalnego celu. Po poludniu musielismy odebrac plecaki z przechowalni bagazu i dojechac na poludniowy dworzec autobusowy. Trwalo to godzine co okazalo sie i tak calkiem dobrym czasem. Autobus do Damnoen Saudak zlapalismy w ostatniej chwili i zupelnie przypadkowo.

Nasz cel to miejsce gdzie codziennie od rana można ogladac plywajacy targ. To bodajze jedna z rzeczy, ktora ludzie najbadziej kojarza z Tajlandia. Kobiety w tradycyjnych strojach, na lodziach wypelnionych owocami i innymi produktami. To wszystko na malych kanalach otoczonych palmami i malymi chatkami. Podobno tak to wygladalo wiele lat temu. Teraz plywajacy targ to glownie atrakcja turystyczna, a zamiast jedzenia i najpotrzebniejszych produktow na straganach kroluja produkowane w Chinach (!) kiczowate pamiatki i ubrania. Szczytem komercji okazal sie stragan z wielka wywieszka ;All credit cards welcome – Money exchange;. Po raz kolejny okazalo sie, ze twarda reka rynku wygrywa z tradycja. Podobno ludzie przyjezdzaja tam, zeby zobaczyc prawdziwy plywajacy targ, ludzi, ktorzy tam handluja, sprobowac jedzenia. W odpowiedzi dostaja czysta komercje, bankomaty (zeby na pamiatki starczylo), biura wynajmujace lodki, ;tradycyjne ozdoby z kokosa;, i okoliczne stoiska tworzace atmosfere jak na warszawskim Stadionie Dziesieciolecia czy poznanskim Bema. Przykre to. Nam udalo poczuc sie troche atmosfere miejsca, poniewaz zanim dotarlismy do targu przez ok 30 minut plywalismy po odleglych kanalach, gdzie ludzie nadal zyja swoim rytmem. Wbrew zapowiedzi przewodnika targ zrobil sie naprawde ciekawy ok 9 – 10 rano, kiedy pojawily sie kobiety sprzedajace owoce i inne potrawy z lodzi. Wczesniej, wychodzac z zalozenia, ze wszyscy turysci czytali przewodnik i pojawia sie skoro swit, czekaja na nich tylko sprzedawcy koszulek, drewnianych sloni, wazonikow i pocztowek.

Mimo wszystko wyjazd na targ byl ciekawy, a my w koncu zobaczylismy to co chcielismy. W drodze powrotnej do domu Arii;ego (wlasciciela ;naszej; lodzi) odwiedzilismy swiatynie i po prostu patrzylismy jak zyja ludzie.

W miedzyczasie zdecydowalismy, ze pojedziemy do Kanchanaburi. Ta nazwa moze niewiele mowic, ale most na rzece Kwai juz troche wiecej. To wlasnie w Kanchanaburi slynna kolej smierci, z Tajlandii do Birmy, przecina rzeke Kwai. Kolej smierci zostala zbudowana jako szybka droga dostarczania zapasow i broni dla wojsk japonskich w Birmie. Jej trasa przebiegala przez dzungle i gory, a sile robocza stanowili Birmanczycy, Amerykanie, Brytyjczycy, Holendzy, Koreanczycy i pomniejsze grupy jencow wojennych. Swoja zla slawe zawdziecza ponad 100 000 ofiar, które zginely pracujac dzien i noc. Japonscy inzynierowie, ktorzy projektowali kolej przewidywali ze zostanie ona zbudowana w ciagu 5 lat – faktycznie ukonczona ja po 16 miesiacach.

Historie budowy, warunki pracy i zycia wiezniow, a także problemy z jakimi sie zmierzali przedstawione sa w bardzo ciekawym muzeum. My oprocz tych miejsc postanowilismy zobaczyc tez okoliczne wioski. W zwiazku z tym wypozyczylismy dwa skutery i ruszylismy w trase. W ciagu 1,5 dnia zrobilismy blisko 100 km i mielismy naprawde dobra zabawe. Szczegolnie ciekawe byly domki wiejskie sklecone z blachy, sklejki i kartonow posrod pol z papryczkami chilli.

Nastepnego dnia wrocilismy do Bangkoku i z dworca autobusowego musielismy dostac sie do Nan. Z pomoca autobusow miejskich zajelo nam to ponad 3,5 godziny. Bardzo mili ludzie, ktorzy pomimo bariery jezykowej starali sie jak najbardziej pomoc, niespodziewany spacer po nocnym Bangkoku i bebny kolo Victory Monument. Niezapomnieane przezycie.

W koncu nasza tajska wiza powoli sie konczyla i trzeba bylo ruszyc sie w strone Kambodzy. Najtaniej (niekonieczne najlatwiej) jest to zrobic pociagiem. Za 6 godzin na trasie BKK – Aranyaprathet (granica) placi sie ok 1,5 USD. Okazalo sie, ze na pociagi 3 klasy bilety można kupowac tylko w dniu wyjazdu, wiec pojawilismy sie na dworcu ok 04.40. Bilety kupione, miejsca zajete – czekamy. Twade lawki informuja, ze nie bedzie latwo, wspolpasazerowie, glownie miejscowi, patrza na nas z zaciekawieniem, a my probujemy zasnac.

W koncu pociag rusza. Kilka sekund pozniej slyszymy przerazliwmy krzyk, widzimy zamieszanie na peronie i w koncu pociag staje z piskiem. Okazalo sie, ze jakas dziewczyna wpadla miedzy pociag i peron! Nie wiemy dokladnie jak to sie stalo, ale najwazniejsze, ze z nia bylo wszystko dobrze. W tym momencie sluzby porzadkowe poczuly wladze i panowie w mundurach zaczeli nerwowo chodzic po pociagu. W koncu ruszylismy.

Po prawie 6 godzinach znalezlismy sie w Aranyaprathet. To male miasteczko graniczne, ale ruch jest tu niesamowity. Tysiace tzw. mrowek transportuja najrozniejsze towary na plecach, na wozkach, motorach, ciezarowkach i w kazdy inny mozliwy sposob. Dojazd do granicy trwal kilka minut. Tam jeszcze wieksze zageszczenie ludzi i pojazdow. W koncu przebilismy sie przez część Tajska mijajac po drodze kilkoro nagich dzieci siedziacych na chodniku i sikajacych pod siebie.

Po stronie kambodzanskiej zaczal sie festiwal naciagan i lapowek. Jeden gosc proponuje szybsze zalatwienie wizy, kto inny zrobienie zdjecia, a poza tym kilku facetow caly czas proponuje nam transport. W koncu wypelnilismy wniosku wizowe i podchodzimy do okienka, a tam niespodzianka – oprocz przepisowych 20 dolarow za wize panowie chca od nas po 100 bathow. Nie wiadomo za co. W koncu wydukali ze za obsluge. Pewien Anglik spytal czy to na ich wieczorne piwo, wszyscy sie usmiechneli, ale powstala dosc niezreczna sytuacja. Wszyscy rozumieli, ze jezeli nie zaplacimy to nawet nie otworza okienek, nie mowiac juz o tym zebysmy dostali wize. Jeden z urzednikow powiedzial, ze to 100B to w zasadzie za szybsza obsluge. Kiedy spytalismy ile potrwa wydnaie wiz jezeli nie zaplacimy – odpowiedzi brak. Znaczy albo jest szybko albo w ogole. W koncu, widziac, ze nikt nie zaplaci, celnicy sie ruszyli i wystawili wizy. Dalej juz tylko kolejka po pieczatke i : Welcome to Cambodia.

W miedzyczasie powstala mala grupka turystow, ktorzy czekali razem z nami na wizy. Najblizszy autobus do Siem Reap odjezdzal za 2 godziny i mial jechac 6. Bylo nas 7 osob i postanowilismy zrzucic sie na 2 taksowki, które nie sa wcale duzo drozdze od autobusy, a ruszaja zaraz i jada 3 godziny.

Droga z Poi Pet (granica) do Siem Reap podobno jest w budowie, ale prawde mowiac – nie widac tego. Kurz, pyl, gigantyczne dziury i duzy ruch skladaja sie na niepowtarzalne przezycie. Niektore odcinki wygladaly jak dla samochodow terenowych, ale ;nasza; Toyota Camry dawala rade. Po drodze jeszcze tankowanie gazu (na wage) i po ok. 3 godzinach jestesmy w Siem Reap.

To miasto jest baza wypadowa do swiatyn Angkor, m.in. do znanej na calym swiecie Angkor Wat – najwiekszej budowli skaralnej na swiecie. Bilet wstepu do swiatyn kosztuje 40 USD (3 dni) lub 60 USD (tydzien) a do tego trzeba dodac koszty transportu. Mimo wszystko co roku sciagaja tam setki tysiecy ludzi z calego swiata, ktorzy chca podziwiac te niesamowite Khmerskie swiatynie.

Na temat swiatyn napisano juz wiele ksiazek, wiec zainteresowanych odsylamy wlasnie do nich. Na nas swiatynie zrobily duze wrazenie. Wiele z nich zostalo zniszczonych w czasie panowania Czerwonych Khmerow Pol Pot'a, ale caly czas prowadzone sa prace badawcze i restauracyjne majace na celu odbudowac niektore z nich. Co ciekawe wiele projektow badawczych sponsorowanych jest przez rzady innych panstw, np. Indii, Japonii czy Korei.

Tysiace turystow widac tak naprawde tylko w najwiekszych swiatyniach, ale odpowiednie planowanie, wczesne pobudki i troche szczescia pozwalaja cieszyc sie widokami. My ostatniego dnia zwiedzania pojechalismy o 4:30 rano (rowerami!) do Bakhong, zeby zobaczyc wschod slonca. Sama jazda na rowerach o tej godzine, posrod budzacych sie ulic i zasypiajacych barow, ludzi jadacych z wiosek do miasta i z miasta do swiatyn byla niesamowita. Kiedy w koncu dojechalismy na miejsce i weszlismy na wzgorze, na ktorym polozona jest Bakhong wszystko wygladalo bardzo tajemniczo. Bylismy tam sami – zupelnie sami. Pozniej pojawilo sie kilka osob, ale i tak bylo pieknie. Wschod slonca zamienil sie tego dnia w ulewe zwiastujaca powolne pogorszenie pogody. Mimo deszczu poszlismy do Angkor Wat. Przewodnik, który czytalismy zaleca kilkukrotna wizyte w tym miejscu. Teraz wiemy juz dlaczego – po prostu ciezko ogarnac to za jednym razem. My spedzilismy tam 2,5 godziny, a to i tak niewiele.

Wieczorem tego dnia zrobilo sie troche chlodniej i temperatura spadla do 30 st C. Dla nas byl to naprawde przyjemny chlod.

Przez caly czas naszego pobytu w Siem Reap objadalismy sie jedzeniem ze straganow na targu i ulicach. Smazony ryz, ryz na parze, kilka rodzajow makarowow, smazony kurczak, smazone warzywa i pyszne sosy, a to wszystko za 1 – 1,5 USD za duza porcje. Do tego shake'i z miejscowych slodkich bananow i naprawde bylo nam dobrze.

W koncu jednak opuscilismy Siem Reap i wczoraj przyjechalismy do Phnom Pehn – stolicy Kambodzy. Jestesmy tu z kilku powodow. To wlasnie tu rezim Pol Pot'a dokonywal najwiekszych zbrodni m.in. w tajnym wiezieniu S-21 i na polach smierci. Tutaj tez znajduje sie Palac Krolewski i Srebrna Pagoda, a także wlasnie tutaj obejdziemy Khmerski Nowy Rok przypadajacy na 3 dni miedzy 14 i 16 kwietnia. Jest to ogromne wydarzenie religijno – imprezowe. Zobaczymy jak to bedzie. Mamy tez szanse dobrze poznac okolice – do poniedzialku nie kursuja zadne autobusy poza miasto, wiec dopiero wtedy pojedziemy na polnoc.

Na zakonczenie zapraszamy do galerii (3 nowe)

Pozdrawiamy
Autor: Agnieszka i Jacek
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 04, 2007, 23:56:19 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #13 dnia: Czerwiec 04, 2007, 23:47:05 »
Phnom Penh i Don Det w Laosie


W koncu sie odzywamy. Jestesmy juz w Laosie. Siedzimy na malej wyspie Don Det w rozlewisku Mekongu. Atmosfera jest tu niesamowicie wyluzowana, ludzie przyjazni, a ceny niskie.

Chwilowo mieszkamy we wlasnym bungalowie z trzciny, z tarasem, dwoma hamakami, no i oczywiscie wielkim lozkiem. To wszystko nad brzegiem Mekongu i codziennie mamy niesamowity zachod slonca.

 Historia naszego dojazdu tutaj jest dosc dluga, ale napiszemy tylko o najwazniejszych rzeczach. Chodzi o to, ze na granicy po stronie kambodzanskiej (mala wioska, najlepszy domek sluzyl za biuro) przyszedl facet w t-shircie z walizka pelna pieczatek. Bez zadnych wstepow zarzadal 1$ od osoby. Kiedy spytalismy: ;za co?; - odpowiedz: ;za pieczatke; lekko wybila nas z rytmu. Podjelismy jednak gre i kolejne pytanie : ;czy za zaplaconego dolara mozemy prosic o jakis rachunek?; dostalismy szybka odpowiedz: ;rachunki bedziemy wydawac od jutra;. Pozostalo nam zaplacic, bo jeszcze przed zadaniem nastepnego pytania facet nas uprzedzil, mowiac ze jesli nie zaplacimy nie odda nam paszportow.

Po stronie laotanskiej bylo dokaldnie to samo, ale przynajmniej dostalismy rachunek:) byly to oczywiste lapowy, ale co zrobic. Co kraj to obyczaj.

 Pozniej nasza ciezarowka, na ktorej jechalismy zatrzymala sie kolo jakiejs imprezy. Dwoch facetow wskoczylo na pake, z piwem w reku i okrzykami Happy New Year. Tym razem swietowalismy laotanski nowy rok. W koncu wyciagneli nas na impreze – kierowca juz tam byl. Znowu darmowe piwo, tance itd. Okazalo sie ze byl to posterunek celny na granicy laotanskiej!!!

 W koncu dotarlismy na nasza wysepke i jest nam tu dobrze. Zostaniemy tu pewnie jeszcze dzien, dwa. Nie chcemy sie spieszyc – nic nas nie goni. Codzienne kapiele w Mekongu pozwalaja nam uciec od kwietniowego zaru, a jedyny halas to kilka lodek przeplywajacych po rzece.

 Musimy jeszcze napisac kilka slow o Phnom Penh – stolicy Kambodzy. Spedzilismy tam, calkiem nieoczekiwanie, 6 dni. Znowu zupelnie przypadkowo znalezlismy przyjemne miejsce do spania. Poznalismy tam przyjaznych ludzi i naprawde udalo sie nam odpoczac.

Tak naprawde jedynym miejscem, które zobaczylismy w Phnom Penh bylo S-21 – tajne wiezienie zalozone przez Czerwonych Khmerow. Zanim osadzono tam tysiace ;przeciwnikow rewolucji; znajdowalo sie tam liceum. Klasy zmieniono w cele i sale tortur. We wszystkich oknach wstawiono zelazne kraty, a cale budynki pokryto drutem kolczastym – zeby zdesperowani wiezniowie nie mogli odebrac sobie zycia skaczac z wyzszych pieter. Dookola tego wszystkiego palmy kokosowe i bloki mieszkalne – centrum stolicy. Pomyslec, ze tworcy i najwyzsi ranga pracwnicy tego wiezienia zaprzeczali, ze takie miejsce, w ogole istnialo.

W ciagu kilku lat funkcjonowania S-21 wieziono i torturowano ponad 15000 osob. Z wyjatkiem 7 z nich reszta zostala wywieziona na pobliskie ;pola smierci;, gdzie zostali zamordowani i zlozeni w masowych grobach. Tak naprawde jest to tylko jedno z udokumentowanych miejsc broni Czerwonych Khmerow. W calej Kambodzy znaleziono ponad 19000 masowych grobow. Wedlug roznych zrodel  w czasie dyktatury Pol Pot;a zginelo od 1 do 3 milionow osob.

Bedac w Kambodzy czytalismy ksiazki na ten temat, pamietniki ludzi ktorzy przezyli, ogladalismy filmy. W polaczeniu z tym co zobaczylismy w S-21 daje to dopiero pewien obraz tego co tu sie dzialo jeszcze 25 lat temu...

 Polowa kwietnia to czas kiedy Kambodza obchodzi najwieksze swieto w roku – Khmerski Nowy Rok. Cala rzecz trwa 3 dni i dla nas, tak jak zreszta dla wiekszosci miejscowych i turystow, sprowadza sie do wielkich bitew wodnych, obsypywania sie talkiem i imprez do bialego rana. Walki na wode zaczynaly sie ok 18. Najpierw delikatnie. Punktem zapalnym byl często bar w naszym guest housie. Dziewczyna z obslugi wykorzystala zraszacz do kwiatow i oblala jednego z klientow. On/ona nic sobie z tego nie robiac podnosi z ziemi przygotowana wczesniej butelke i splukuje przeciwnika. Od kropli do kropli cala podloga, sciany, bar, stol bilardowy i nawet niebiaracy udzialu goscie sa zupelnie mokrzy. Do tego dochodzi sypanie talkiem i po pewnym czasie wszyscy byli pokryci bialymi plamami. W tym czasie kilka osob (w tym Agnieszka) zakradlo sie do kuchni(!) i wyniesli stamtad (za zgoda wlascicieli) wiadra i garnki. No i zaczynamy od nowa:) Takie polewanie i sypanie trwalo od 14 do 16. kwietnia. Duzo smiechu, duzo zabawy i pelna integracja.

Dzien pozniej zostalismy zaproszeni przez rodzine prowadzaca nasz hotelik do parku wodnego. Tak – w Phnom Penh jest park wodny. Fakt, ze pewnie nie spelnial kilku zachodnich norm bezpieczenstwa i czystosci, ale wszyscy szalelismy na zjezdzalniach jak male dzieci i dobrze sie bawilismy. Bylo super!

Jeszcze wieczorem okazalo sie, ze ktos bardzo blisko zaprzyjaznil sie z sandalami Agnieszki i gdzies zniknely. W Kambodzy (tak jak w Tajlandii i Laosie) nalezy zdjac buty przed wejsciem do czyjegos domu. Podobnie jest przy wchodzeniu do hotelikow. Dlatego tez, wszyscy turysci zostawiali buty przed wejsciem, ale wygladalo, ze nie bedzie z tym problemow. Okazalo sie jednak, ze sandaly Agnieszki naprawde sie komus spodobaly. Szkoda...

Nie zmieni to jednak naszej opinii, ze Kambodza to kraj ludzi wyluzowanych, spokojnych i chetnych do pomocy. Jezeli do tego dodamy bezpieczenstwo, niskie ceny i dobre jedzenie (chociaz troche ubozsze w smaku niz tajskie) to wychodzi naprawde ciekawe miejsce i moze warto zamiast lezec dwa tygodnie na plazy w Tajlandii przyjechac tu i zobaczyc jak tu jest naprawde.

 
Zdjecia beda wkrotce, bo lacze jest wolne.

 
Pozdrawiamy.
Autor: Agnieszka i Jacek
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 04, 2007, 23:56:01 wysłana przez admin »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #14 dnia: Czerwiec 04, 2007, 23:49:26 »
Koh Tao - powoli koniec
2007-maja-09 08:31:51

Ostatnie dwa tygodnie nie byly specjalnie intensywne pod wzgledem podrozowania. Jeszcze w Vang Vieng kupilismy smoczy owoc (dragon fruit). Z wygladu rozowozielony, miekki. W srodku podobny jest do kiwi, tyle ze jest bialy i wazy ok 0.5 kg. Byl calkiem dobry, smakiem przypominal kiwi i nic nie wskazywalo na to, ze popsuje nam troche pobyt w Laosie. Mimo, ze przez cala podroz z naszym zdrowiem bylo bardzo dobrze przyszedl kryzys. Jeszcze tego samego wieczoru zle sie poczulem i jak sie okazalo mialem dosc wysoka goraczke. W srodku nocy okazalo sie, ze Agnieszka tez ma goraczke, tyle ze jeszcze wyzsza. Wzielismy leki, probowalismy spac i jakos dotrwalismy do rana. Wtedy sie zaczelo. Oprocz goraczki zaczela sie biegunka (sraczka). W formie i intensywnosci wczesniej przez nas nie notowanej. Probowalismy wielu rzeczy, zeby temu zapobiec, ale caly czas biegalismy do lazienki. Po dwoch dniach takiej walki bylismy juz niezle oslabieni, ale czulismy sie na tyle dobrze, ze pojechalismy do Luang Prabang. Centrum swiatowego dziedzictwa kultury – niesamowite swiatynie, ladne gory, wodospady. Czulismy sie lepiej, zaczelismy normalnie jesc. Na nocnym targu spotkalismy grupe Polakow, ktorych jak sie okazalo jest w Laosie calkiem duzo. Kasia, Agnieszka, Kajtek i Grzesiek ugoscili nas w swoim pensjonacie i do pokoju dotarlismy ok 2.30 nad ranem.

Nastepne dni w Luang Prabang to znowu hustawka zdrowotna: raz lepiej, raz gorzej. W tym czasie zobaczylismy niesamowite wodospady, które na kilku poziomach tworza naturalne baseny. Wykapalismy sie, ale temperatura wody nie zachecala do dluzszego siedzenia.

W koncu podjelismy decyzje, ze z naszym zdrowiem nie jest tak zle i kupilismy bilety autobusowe do Vientiane, ostatniego miasta w Laosie w drodze do Bangkoku. Jednak to co dzialo sie w nocy przed wyjazdem skutecznie zniechecilo nas do podrozy. Cala noc wymioty, biegunka, problemy ze snem itd. Rano zwrocilismy bilety i zaczelismy sie zastanawiac co dalej. Do tego wszystkiego pora deszczowa zaczela sie na dobre i caly dzien lalo. Udalo sie nam znalezc bilety lotnicze bezposrednio z Luang Prabang do Bangkoku. Oczywiscie byly drozsze niz autobus i pociag, ale dzieki temu nie musielismy spedzic dwoch dni w drodze.

Mimo obaw rodzicow laotanskie linie lotnicze sa bezpieczne i bez problemow przylecielismy do stolicy Tajlandii. Tutaj po raz kolejny okazalo sie, ze komunikacja autobusowa  jest naprawde dobrze rozwinieta i dzieki Nan, ktora powiedziala nam, w który autobus wsiasc zamiast 20 dolarow na taksowke wydalismy tylko 2 na autobus i wcale nie trwalo to dluzej.

W Bangkoku doszlismy do siebie i przyjechalismy na Koh Tao – mala wysepke w Zatoce Tajlandzkiej. Mimo, ze do Tajlandii tez zawitala pora deszczowa i prognozy pogody nie byly optymistyczne nie mozemy narzekac. Dni spedzamy na plazy, plywajac , nurkujac (Ko Tao znana jest na calym swiecie z raf koralowych) i jezdzac skuterem, zeby dostac sie do mniej dostepnych plaz.

Zostaniemy tu pewnie jak dlugo sie da, czyli do 15 maja. Pozniej pociagiem wrocimy do Bangkoku. Tam pakowanie i ... 17 maja lecimy z powrotem: do domu, do rodzin, do znajomych, do Was. 

Pozdrawiamy i do zobaczenia niedlugo

P.S. Zagladajcie od czasu do czasu do galerii bo jestesmy w trakcie ladowania nowych zdjec.


Autor: Agnieszka i Jacek
http://dookolaswiata.org/
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 04, 2007, 23:55:45 wysłana przez admin »

forum.outdoor.org.pl

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #14 dnia: Czerwiec 04, 2007, 23:49:26 »

Offline admin



  • Pomógł: 65535

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #15 dnia: Czerwiec 04, 2007, 23:52:09 »
Powrot do Polski, czyli koniec...
2007-maja-16 19:30:52

Ostatnie dni spedzilismy na Koh Tao. Pelen luz, spokoj, nicnierobienie i myslenie o powrocie do domu.
Dzisiaj dojechalismy do Bangkoku i wlasnie skonczylismy sie pakowac.
Juz jutro lecimy do Dusseldorfu, skad odbieraja nas rodzice i Magda (siostra Agnieszki) i w piatek (18 maja) bedziemy w Poznaniu. Juz jutro przelatujac nad Warszawa zamkniemy okrazenie dookola swiata. Spelnimy kolejne marzenie:)

Nasza strona nadal bedzie ;zyla; , bedziemy pisac relacje, wrzucac zdjecia, opisywac jak nam idzie powracanie do rzeczywistosci.

Chcielibysmy tutaj wszystkim, ktorzy odwiedzali nasza strone bardzo, bardzo mocno podziekowac. Za wsparcie, za maile, za komentarze, za rozmowy z rodzicami, ktorzy tego potrzebowali.

Pozdrawiamy jeszcze z Bangkoku.

Agnieszka i Jacek

P.S. Ponizej kilka zdjec z ostanich dni


(zachod slonca na Koh Tao)

(razem na Koh Tao)

(Agnieszka w czasie pakowania w Bangkoku - zwroc uwage na szklana butelke:) - nasze pozegnalne wino)

(nasze rzeczy, ktore w koncu udalo sie spakowac)

forum.outdoor.org.pl

Odp: Round The World Expedition czyli przygody Stopy i Siekaczki:)!
« Odpowiedź #15 dnia: Czerwiec 04, 2007, 23:52:09 »