Autor Wątek: Poszukiwanie lata w Górach Bystrzyckich, czyli jak nie należy chodzić po górach  (Przeczytany 1928 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline dave

Po dłuuuuuugiej, kilkumiesięcznej przerwie wreszcie udało mi się wyskoczyć w jakieś górki. Tym razem padło na Góry Bystrzyckie, bez większego planu - początek łazikowania żółtym szlakiem z Międzylesia, a potem się zobaczy. Myślę że do niedzieli uda mi się sklecić całość tekstu, więc teraz czas na krótką, ukochaną przez wszystkich zajaweczkę ;D

Początek wędrówki, start z Międzylesia w stronę Kamieńczyka, nadjeżdża wehikuł z Lichkova:



Trawersując Gniewosza (853m):



I zejście do Polanicy-Zdroju:


forum.outdoor.org.pl


Offline dave

07.04.2018r.: Międzylesie - okolice szosy Niemojów-Różanka

Aby dotrzeć na miejsce, standardowo dałem zarobić PKP. Zasadniczo droga przebiegła spokojnie, pociągi dojechały punktualnie (!) i nawet nie wydarzyłoby się nic wartego opisania, gdyby nie jeden "mały" incydent. Nie mam biletu na odcinek Wrocław Główny-Międzylesie, we Wrocku zachodzę więc na hol dworca głównego, celem jego nabycia. Ustawiam się grzecznie w kolejce, z nudów zaczynam się rozglądać dookoła, nagle patrzę i oczom nie wierzę - w kolejce do kasy obok stoi Menel. ;D Podchodzę się przywitać, okazuje się że uderza z Red Angelem we Wzgórza Włodzickie. Szybko łapiemy kontakt, rozmawiamy jeszcze przez dłuższą chwilę na peronie, po czym uciekam na banę do Lichkova, jakże miłe spotkanie. Wysiadam na stacji w Międzylesiu, głód się nasila i przypomina mi się z zeszłorocznego łazikowania, że nieopodal dworca przy żółtym szlaku jest pizzeria, do której warto byłoby się wbić. Tak też czynię, kotlety serowe z frytkami i surówką błyskawicznie znikają w moim żołądku, całość zapijam colą, a w łazience uzupełniam kranówę. ;)

Dobra, idę żółtym szlakiem w stronę Kamieńczyka, Międzylesie zostaje za mną.:



Tymczasem Polska w wycince. Jeszcze o tym nie wiem, ale za dłuższą chwilę będę klął na czym świat stoi ;) :



Cały czas mam widok na Masyw Śnieżnika, póki co jestem oczarowany. Gdzieś tam gubię szlak po raz pierwszy, krótkie motanko i do Kamieńczyka dochodzę, jak to się w Wielkopolsce mawia, na szagę.

Na chwilę zatrzymuję się przy kościele p.w. św. Michała Archanioła. Wzniesiony w 1710 r., jest najstarszym z czterech drewnianych kościołów Kotliny Kłodzkiej. Po drugiej stronie ulicy znajduje się obszerna wiata, a kościół prezentuje się następująco:



Widoczki rozwalają system:



Docieram na Przełęcz nad Kamieńczykiem (705m), na chwilę uwalam się na ławeczce, nadjeżdżają Czesi na motocyklach. Po chwili ruszam dalej w stronę Lesicy, przez moment żółty szlak biegnie równolegle z zielonym szlakiem granicznym Złoty Stok-Niemojów, nadal jest miło i przyjemnie:



Po chwili jednak zaczynają dziać się cuda. Wszedłem chyba w strefę działalności Rumburaka, który rzucił na mnie zły urok. Dochodzę do skrzyżowania (niegdyś) leśnych ścieżek, przy skrzyżowaniu znajduje się pomnik:



jednak znaki szlaku się skończyły, drzewa powycinane, nie ma nic :D. Stoję na skrzyżowaniu jak ten debil, krążę to w lewo (zakaz wstępu: wycinka drzew), to prosto, oznakowania nigdzie nie widać. Wyciągam mapę i decyduję się iść na wprost, zgodnie z zasadą, że skoro nigdzie nie ma znaków, to szlak prowadzi prosto. Po chwili kolejne skrzyżowanie (znaków nadal nie ma), podnosi mi się ciśnienie i postanawiam iść na czuja, sądząc że prędzej czy później powinienem przeciąć szlak, bądź wyjść w okolicach Lesicy. W pewnym momencie dość znacznie tracę wysokość, nic mi tu nie pasuje, aż tu nagle owszem, wychodzę prosto na żółty szlak, ale... w Międzylesiu. Mój wnerw sięga już zenitu, szwędam się od kilku godzin, a jestem w punkcie startowym. Decyduję się podklepać do Lesicy szlakiem rowerowym ER-2, biegnie on asfaltem, więc przynajmniej się nie zgubię :D. Wk****ony prawie do białości zaczynam wymyślać na czym świat stoi: przeklinam bezmyślnie wycinających drzewa pracowników leśnych, przeklinam znakarzy PTTK, przeklinam swoją niefrasobliwość, słabą orientację w terenie i to przeklęte hobby, dzięki któremu łażę bez ładu i składu z szafą na plecach, straszę sarny i wiewiórki, roztaczając wokół siebie delikatny aromat przepoconej, plastikowej koszulki, zamiast jak każdy, normalny człowiek obżerać się kiełbasą, popijać Harnasia i oglądać w telewizji Taniec z Gwiazdami. Będąc mniej więcej w połowie drogi do Lesicy, z powyższych rozważań wybija mnie miejscowe małżeństwo, które zatrzymuje obok mnie samochód i proponuje podwózkę. Jednak są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie. ;) Morale od razu skacze w górę, skwapliwie korzystam z okazji i proszę o wysadzenie przy żółtym szlaku (tak, mam gdzie spać).

Kontynuuję marsz (właściwym szlakiem, żeby nie było), tymczasem zaczyna się robić późno. Pomimo całego zamieszania, szlak bardzo mi się podoba, prowadzi otwartymi terenami i jest co oglądać. Pięknie musi być tu w maju albo w połowie października. Minąłem opuszczony dom i powoli zaczynam myślec o biwaku, jak na pierwszy dzień mam dosyć wrażeń:



Pomimo znakomitych miejsc na rozbicie namiotu decyduję się podejść jeszcze kawałek, aż łapię w zasięgu wzroku asfaltówkę do Niemojowa. Stoję na skraju polanki, miejsce osłonięte od wiatru, szosa wygląda na mało uczęszczaną, rewelacja.



Siadam na pieńku, przygotowuję sobie kolację i rozbijam mój nowy nabytek - namiot MSR Hubba HP. Namiot rozkłada się w try miga, w przedsionku spoko mieści się szafa Deutera, para butów i nawet jest gdzie rozstawić maszynkę gazową. Doceniam też wysoką sypialnię: wreszcie mogę usiąść w pozycji wyprostowanej, a nie zgięty jak pałąk od wiadra. Myję jeszcze zęby i pakuję się do śpiwora. Pogodynki coś tam straszyły przymrozkami w nocy, ale koniec końców było ciepło: spakowane w ostatniej chwili wełniane legginsy okazały się niepotrzebne.

08.04.2018r.: Okolice szosy Niemojów-Różanka - Schronisko PTTK "Jagodna"

W nocy deczko wiało, w przeciwieństwie do legginsów przydały się zatyczki do uszu. Wstawiam wodę na herbatę, na śniadanie tradycyjnie porcja musli, zaiste znakomity jest to zapychacz. Szybko zwijam obozowisko i podchodzę na Czerniec (891 m), dobra do tej pory pogoda coś zaczyna klękać:



Dalej trawersik Gniewosza, wiatr nadal się wzmaga. Nawiewana mgła wychładza błyskawicznie, na postoju muszę pod wiatrówkę ubrać polar, bo zaczynam zamarzać:



Szybko wchodze do lasu i idę w stronę Autostrady Sudeckiej. Po lewej otwierają się widoki, czemu nie. ;)



Po chwili wychodzę na łąkopolanę i znowu jestem rozwalony. Gdyby ktoś chciał spędzić leniwy weekend w ciszy i spokoju, siedząc pod namiotem, jedząc konserwy i obserwować jak trawa rośnie, Góry Bystrzyckie są ku temu znakomitym miejscem. ;)



Ale żeby nie było zbyt różowo, znowu muszę coś sknocić. Wychodząc z lasu, przegapiam znak nakazujący odbicie w prawo i zamiast tego idę prosto. Wskutek czego zataczam ogromne koło dookoła tej łąki, tracę sporo czasu i dochodzę do punktu wyjścia. Traktuję to jako promocję Gór Bystrzyckich, można pooglądać i docenić. Będąc już na właściwym tropie spotykam grupkę czeskich turystów, zamieniam parę słów z jedną z uczestniczek wycieczki i idę dalej. Tymczasem dochodzę do asfaltówki, pomimo "ukochanej" przeze mnie nawierzchni, idzie się całkiem przyjemnie:



Docieram do Przełęczy nad Porębą, gdzie urządzam sobie dłuższy postój. Pogoda zaczyna się poprawiać, co w kontekście zapowiadanych, popołudniowych opadów bardzo mnie cieszy. Nieopodal czai się Jagodna (977 m):



Idę żółtym szlakiem w stronę schroniska PTTK "Jagodna". Droga praktycznie przez cały czas prowadzi lasem, nic szczególnego:



Uwalam się przy schronisku i gotuję sobie obiad, obserwując jednocześnie odwiedzających schronisko gości. Ludzi jest sporo, patrząc po zaparkowanych samochodach, w większości miejscowi. Dominują auta na kłodzkich rejestracjach. Ze swego rodzaju zaciekawieniem spoglądam na próby zaparkowania pojazdu przez co niektóre osoby jak najbliżej schroniska, pewnie gdyby mieli taką możliwość, wjechaliby furmanką prosto do jadalni.



Na obiedzie schodzi mi trochę czasu. Trochę się jeszcze szwędam w te i wewte, po czym ni z gruchy ni z pietruchy, postanawiam tutaj zanocować. W "Jagodnej" nigdy nie spałem, a na kolejną okazję pewnie nie będę miał ochoty. Przy okazji podsuszę namiot i śpiwór. Montuję się zatem do środka i wieczorem bimbam sobie w schronisku.

09.04.2018r.: Schronisko PTTK "Jagodna" - zbiornik retencyjny w okolicach Rozdroża pod Bieścem

Rano zwlekam się z wyra i schodzę na śniadanie i kawę. Schronisko udostępnia całodobowo jadalnię i czajnik, czym znacznie u mnie plusuje. Ledwo rozsiadłem się przy stole, A TU NAGLE zaatakował mnie schroniskowy kot. ;)



Zwijam barłóg, namiot już suchy i dumam, dokąd by tu sobie dziś wyskoczyć. Menel wspominał o nowym przebiegu GSS, więc może to będzie niezła opcja? Mam co prawda nieaktualną mapę (Góry Bystrzyckie/Góry orlickie, wyd. Plan Jelenia Góra z 2014r.), ale liczę że oznakowanie będzie przyzwoite. Dobra, idę. Wchodzę na szlak czerwony, kierunek - Przełęcz pod Uboczem.



Od samego rana jest już mega gorąco. Niby początek kwietnia, a lato w pełni. Las daje mi nieco ochłody, tu i ówdzie natykam się na wiatrołomy:



Jestem już na przełęczy. Mapę mogę schować głęboko do plecaka, aż do Zieleńca się nie przyda. Liczę na dobre oznakowanie i moją (hehe) orientację w terenie. Przez pewien czas GSS prowadzi równolegle z zielonym szlakiem narciarskim:



Docieram do pierwszych zabudowań Lasówki. Te ukryte w lesie domy bardzo mi się podobają. Ktoś może wie, jaką rolę pełniły przed laty? Są większe od stanadrdowych domów jednorodzinnych:



Wychodzę na otwartą przestrzeń i teraz zaczyna się magia. Zdecydowanie jest to jeden z najlepszych odcinków mojego łażenia, dobrym pomysłem było poprowadzenie tędy szlaku:







Okolica jest tak urokliwa, że nie wytrzymuję, muszę uwalić cztery litery na trawie ;)





Dosyć tego dobrego, trzeba się ruszyć. Ponownie wkraczam w las, tu i ówdzie wygrzewają się żaby ;)



Dalej asfaltówka, do pewnego momentu szlak biegnie równolegle z zielonym szlakiem rowerowym ER2:



Docieram na Polanę św. Huberta, gdzie urządzam sobie dłuższy popas:



W pewnym momencie szlak zbacza w stronę Zieleńca, biegnąc obrzeżami rezerwatu Torfowisko pod Zieleńcem. Idę w stronę Zieleńca, tam wciągnę jakiś obiad, a potem zerknę na te torfowiska i pójdę w stronę Polanicy. Szlak prowadzi w środku lasu, generalnie nic ciekawego:



Docieram do Rozdroża pod Hutniczą Kopą i wychodzę na asfalcik, którym przebiegał stary wariant GSS na tym odcinku. Parę kroków i jestem już w Zieleńcu. Moje odczucia są... dziwne. Oglądacie czasami westerny? Praktycznie w każdym tego typu filmie jest scena, w której kowboje przyjeżdżają do miasteczka, a tam głucho, wszyscy schowani w obawie przed bandytami, na ulicach nie ma żywej duszy, a pomiędzy domostwami hula wiatr, przetaczając kolczaste krzaki... dokładnie tak samo wygląda Zieleniec poza sezonem narciarskim. Wymarłe miasto upiorów, nie ma ani ludzi, ani nawet samochodów i tylko czekać, aż zza któregoś budynku wysunie się Boris Karloff, z zamiarem... STOP, to chyba nie ta bajka. W każdym razie pusto, wszystkie sklepy pozamykane i o zrobieniu zakupów można zapomnieć. Dobrym pomysłem było jednak spakowanie większej ilości jedzenia.



W każdym razie docieram do obiektu PTTK (bo już nie posiada statusu schroniska) "Orlica", gdzie w promocyjnej, pozasezonowej cenie 45 zł można przenocować, względnie zjeść obiad, ta druga opcja bardzo mnie interesuje, również z innego względu: idąc przez Zieleniec nadwyrężyłem sobie coś w przodostopiu lewej stopy (bardziej w wierzchniej części) i każdy krok cholernie mnie boli. Liczę że dłuższy odpoczynek mi pomoże, po czym odbiję na zielony szlak do Polanicy-Zdroju. Zamawiam sobie schabowego, ale w sumie to nie polecam: po początkowym zachwycie wywołanym rozmiarami kotleta, okazuje się że jest tam więcej panierki niż mięsa; surówka za to przyzwoita. Słońce grzeje ostro, na trasie Jagodna-Orlica 1,5 l wody pękło w całości. Fota z Wikipedii:



Dobra, ile można siedzieć. W łazience uzupełniam kranówę i ruszam zielonym szlakiem do głównej części Torfowisk pod Zieleńcem. Ile przejdę, tyle przejdę, mam namiot, wodę jedzenie, więc tak w zasadzie, to w razie awarii mogę zabiwakować gdziekolwiek i z głodu i pragnienia nie umrę. Schodzę zielonym szlakiem, w międzyczasie smaruję sobie nadwyrężone miejsce żelem, ale nie bardzo pomaga. Widoczki za to całkiem niezłe, czemu nie. ;)





Wlokę się w tempie żółwia, nagle EUREKA! Przecież mam w plecaku klapki! Nie jestem co prawda w Tatrach, ale może po Sudetach też da się chodzić w klapkach. Szybko dokonuję podmianki obuwia, od chwili obecnej idę w prawym Meindlu, a lewym klapku (marki Adidas, jakby kto pytał) i żałuję tylko że nie zrobiłem zdjęcia, bo musiało to wyglądać wyjątkowo komicznie. Tempo od razu wzrasta, od dziś twierdzę, że klapki są najlepszym obuwiem do chodzenia po górach, a kto tego nie spróbował, ten wiele traci. Mijam wiatę z miejscem na ognisko:



I jestem już w rejonie torfowisk, w sumie spodziewałem się czegoś więcej:







Człapię sobie dalej przez las, docieram na Rozdroże pod Bieścem i zaczyna się robić późno. Wypadałoby gdzieś zabiwakować, tylko gdzie? Wszędzie gęsty las, nie bardzo widzę miejsce na namiot, rzut oka na mapę: niedaleko jest jakieś bajoro. Dobra, idę tam i zobaczymy co zastanę na miejscu. A zastałem to:



Obok ławki, miejsce na ognisko, wyjąwszy wysoką wilgotność powietrza spowodowaną bliskością zbiornika wodnego, miejsce super. Jem kolację, rozbijam namiocik i pakuję się do środka. Może przez noc stopa się zregeneruje, zobaczymy co będzie rano. Jestem tak padnięty, że zasypiam praktycznie od razu.

10.04.2018r.: Zbiornik retencyjny w okolicach Rozdroża pod Bieścem - Polanica-Zdrój PKP

Rano tradycyjnie musli, herbatka, po czym zwijam (cia)majdan. Przez pierwsze dwa kilometry wszystko wydaje się być OK, niestety później ból się uaktywnia ponownie. Postanawiam nie szaleć, zejdę sobie spokojnie do Polanicy i wrócę do domu, góry nie zając, nie uciekną. Schodzę zielonym szlakiem, później odbijam na czerwoną ścieżkę rowerową. W pewnym momencie przecinam czarny szlak, którego nie mam zaznaczonego na mapie, następnym razem musze koniecznie zaopatrzeć się w aktualne wydanie. Mapa-turystyczna.pl mówi, że jest to szlak relacji Sarny-Kamienna Góra k. Pokrzywna.

W Pokrzywnie zamieniam ze dwa słowa z lokalsami, którzy pomimo wczesnej godziny siedzą już nad zupą chmielową. W Polanicy pewnie złapię jakiś pociąg do Wrocka, liczę na to że nie będę musiał długo czekać. Widok na Polanicę zdecydowanie daje radę:





W Polanicy bezpośrednio przy szlaku znajduje się Lewiatan, gdzie uzupełniam zapasy na drogę powrotną. Zachodzę na dworzec i okazuje się, że za 13 min mam bezpośredni pociąg do Wrocławia, super. We Wrocku IC do Poznania ma 55 min poślizgu, więc późnym popołudniem ląduję w domu.

W sumie to jakiegoś wielkiego kilometrażu nie urobiłem, ale i tak mi się podobało. Południowa część Gór Bystrzyckich jest absolutnie warta uwagi i polecam ją każdemu, kto lubi wędrowanie bez napinki z namiotem w plecaku, rozczarowania być nie powinno. To byłoby na tyle, oddaję głos do studia.


Offline misiak76



  • Pomógł: 38

No i tylko pogratulować pięknej trasy z przygodami ;) Mój namiot już dotarł ale jeszcze go nie rozbijałem z braku czasu :(

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline piterito



  • Pomógł: 55

Fajne te torfowiska, nigdy nie widziałem na żywo.
https://forum.outdoor.org.pl/index.php?topic=17575.msg274814#msg274814


piję tylko czystą, palę tylko Klubowe... zdejm kapelusz

Offline dave

Mój namiot już dotarł ale jeszcze go nie rozbijałem z braku czasu :(

Porobisz jakieś foty, jak znajdziesz chwilę? Sam jestem ciekawy tych konstrukcji. ;)

Offline misiak76



  • Pomógł: 38

Zdjęcia mam już zrobione z ważenia poszczególnych elementów i ogólnie nie przekracza 2,5 kg. Więc w porównaniu z moim starym namiotem, który waży ponad 4 kg czuję lekkość ;) Jak będzie jakaś ładniejsza pogoda to skoczę na szybko gdzieś do lasu i zrobię zdjęcia i dla porównania starszy.

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline Elwood



  • Pomógł: 19

No... Panie, czekam na ten test.
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

forum.outdoor.org.pl


Offline Gryf



  • Pomógł: 0
  • Świniopas,łazęga, powsinoga,wałkoń i szaławiła

Relację nie powiem czyta się klawo i to że łzami w oczach  ale na miły Bóg, waszmościowie, baczę jakbym czytał relację wyskrobaną piórem waćpana Menela z sąsiedniej zagrody forum n.p.m.
   
Rafał Łoziński
http://woodcraft.pl - Portal leśnej mądrości

Offline dave

Gryf, nie marudź. Nigdy nie ukrywałem swoich inspiracji, a i Darek ani razu nie zgłaszał mi żadnych obiekcji.

Offline Grzesiek



  • Pomógł: 33

dave , ponieważ wspomniano tu Twoje kontakty z "n.p.m" , pozwolę sobie na O.T. ( ja tam nie mam kąta)
Tamto forum , dział z fotozagatkami , przedostatnie zdjęcie z Muszyny.....
pierwszy grzbiet po lewej taki jasny , nie zalesiony: to Średnia Góra , rozdziela Muszynę i Rusinów ( obecnie ul.Podgórna),
za nim widać ciemniejszy , schodzący do Popradu grzbiet Pieronki.
Po prawej (przysłania gałąż)stok Wesołówki a w głębi PRAWDOPODOBNIE Zbojnicki vrch na Słowacji. Lub w tym samym masywie Zdiar.

Gdyby ktoś chciał zmależć to na mapie , to te Słowackie górki leżą na przeciw Leluchowa , Zdiar może nie być opisany nazwą , tylko wysokością ok. 630 m.
Natomiast nazwa Średni wierch??? ja nie znam. Może to inna nazwa albo polskiego Zdziaru albo wspomnianej Pieronki.
To tak , gdyby to kogoś interesowało.

Offline dave

Przyznam się, że do tamtego wątku zaglądam raczej rzadko, tym niemniej chciałbym sobie przy okazji wyskoczyć w ten rejon. Informacje na pewno się przydadzą. ;)

Offline Grzesiek



  • Pomógł: 33

Napisałem, bo widziałem , że mieli Panowie problem z identyfikacją a wydawali się zainteresowani.
Pomyślałem ,że może zechcesz błysnąć. 8) A tu g...