Autor Wątek: Bieszczadzki Anioł zimowy  (Przeczytany 553 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Sted



  • Pomógł: 9

Bieszczadzki Anioł zimowy
« dnia: Wrzesień 09, 2018, 20:16:15 »
Dzień 1 – 18 Luty (niedziela)
Łódź – Sanok – Jabłonki



To mój trzeci wyjazd zimowy w góry i miałem chrapkę na Bieszczady. W niedzielę rano ruszam w całodzienną podróż do celu. Na przesiadkę w Sanoku mam mieć tylko 10 min i to mnie trochę martwi. Jak nie zdążę będę musiał szukać noclegu w Sanoku bo nic innego już o tej porze nie kursuje. Na szczęście udaje się i już jadę autobusem w kierunku Wetliny ale według planu wysiadam w Jabłonkach gdzie mam zamiar zanocować w schronisku młodzieżowym. Plan na wyjazd jest zawsze taki sam, ogólny zarys tras, żadnych rezerwacji żeby nie być niewolnikiem własnych planów, jedynie śpiwór i zaczynamy panie i panowie  :) Szukam chwile trochę tego schroniska bo już ciemno a nic szczególnego nie rzuca mi się w oczy. Okazało się, że w schronisku nikogo nie ma, nie ma też prądu, nie ma wody, nie grzeją, pani opiekująca się obiektem mówi, że jest awaria i jeszcze nie naprawili, więc proponuje udać się w kierunku innych domków. Tak też czynię ale nie udaje mi się nic znaleźć, ogólnie nikogo nigdzie nie ma. Wracam i biorę swoją nikczemną postać na litość  ;D że ja nie mam wygórowanych potrzeb i jednak proszę o ten nocleg. Dobra pani okazuje współczucie takiej sierocie i wbijam się do pokoju sąsiadującego z pokojem opiekunki obiektu, jest nawet zimna woda, prąd też się znalazł w tym jedynym pokoju, z deczka zimno ale odpaliłem grzejniczek i choć słabo dawał to zawsze coś. Pśiworek syntetyczny za 80 zł to jednak nie jest to co mogłoby mnie ogrzać ale były jeszcze koce, kołdry i tak się opatuliłem aby przetrwać do rana. O dziwo nie zmarzłem a nawet zrobiło mi się za gorąco od tych kołder  ;D

Dzień 2 – 19 Luty (poniedziałek)
Jabłonki – Łopiennik – Dołżyca – Falowa – Schronisko Jaworzec



Budzę się i nawet nie chcę wyskakiwać z ciepełka na to zimno. Czajnik jest więc po śniadaniu z własnych zapasów napełniam termos bez którego nie wyobrażam sobie żadnego wyjazdu zimowego, zimnych płynów nie jestem w stanie przełknąć. Zwijam majdan i podekscytowany ruszam bo za oknem lampa jak się patrzy  ;) Pomnik w Jabłonkach jeszcze stał ale jak się okazało kilka dni później został rozebrany tak, że jako jeden z ostatnich byłem świadkiem jego istnienia. Słonko pięknie świeci, mróz, śnieg skrzypi pod butami, tak to jest to co lubię. Wkraczam na czarny szlak na Łopiennik i już na dzień dobry witają mnie dość świeże ślady niedźwiedzia   :o… no nic jestem dzielny i ruszam dalej. Z początku szlak przetarty przez ludzi pracujących przy gospodarce leśnej ale potem robi się coraz gorzej i widać że jednak ta trasa nie jest popularna. Idę jakimś marnym śladem i wychodzi na to, że ten ktoś postanowił ominąć masyw Łopiennika tak że zgubiłem szlak i odpalam gps. Okazuje się że muszę dawać teraz stromo pod górę w tym kopnym śniegu. Co się umęczyłem, upociłem to moje, padło trochę  brzydkich słów a że byłem sam nikogo ucho nie powinno boleć  ;D Zapadnako po uda idąc stromo pod górę nie jest moim ulubionym zajęciem ale wreszcie po tej nierównej walce udało się  i wyszedłem na ten masyw na którym jeszcze nigdy nie byłem. Sama trasa bez widoków ale już u celu piękna panorama. Wygrzałem się na słońcu, zjadłem, popiłem arbatą cytrynową i patrzę gdzie się podział mój znak i czarny szlak do Dołżycy, chyba nikt go nie zajumał  ;D ale nic nie wskazuje aby coś takiego było, więc znów odpalam gps i ruszam dziewiczym szlakiem. Po pewnym czasie udaje mi się nawet znaleźć słabe oznakowanie, widocznie ten szlak jest zlikwidowany albo zaniedbany. Po dotarciu do Dołżycy  ruszam dalej czarnym szlakiem przez Falową i w pewnym momencie już musiałem ubrać rakiety bo zapadanie był dość spore a noc już mnie zaczęła zastawać. Wprawdzie wiedziałem, że mogę nie zdążyć przed zmrokiem ale byłem świadomy na co się piszę. Ostanie dwie godziny  szedłem już po zmroku, momentami przy świetle czołówki bo jednak noc była bezchmurna, księżyc pięknie świecił a niebo było czyście- gwiaździście  :) Tutaj już musiałem cała drogę korzystać z gpsa i przy sporym mrozie ale w bardzo dobrym nastroju dotarłem wreszcie ok. 21 do schroniska. W środku tylko jeden chłopak z obsługi i trójka turystów. Załapałem się jeszcze na ciepły posiłek i tak siedzieliśmy wszyscy w jadalni, rozmawiając pijąc co nieco i słuchając czeskiego jazzu, po takim ciężkim dniu było bardzo ale to bardzo przyjemnie. Dostałem osobny pokój, ciepło w środku, czego można więcej chcieć …wreszcie pora spać  ;)

























Dzień 3 – 20 Luty (wtorek)
Jaworzec – Smerek – Przełęcz Orłowicza – Chatka Puchatka – Przełęcz Wyżna – Wetlina


Planem na dzisiejszy dzień jest Połonina Wetlińska i okazuje się że pozostała trójka tez tam idzie. Ruszam jako pierwszy a że nie jestem fanem szybkiego marszu chłopaki mnie wyprzedzają co nawet mnie cieszy bo jednak trzeba torować w śniegu  ;D Wychodząc poza granice lasu trochę boje się iść jednak tym szlakiem w stronę Przełęczy Orłowicza, która na pewnym odcinku jest oznaczona na stronach Gopru jako miejsce lawiniaste. Postanawiam bezpośrednio uderzyć na Smerek poza szlakiem co okazuje się nie być dobrym pomysłem bo jednak borówka pokryta złudnym śniegiem tworzy piękne pułapki w które co chwile się zapadam i dotarcie na szczyt jest istna mordęgą  >:( Na Smerku po przerwie na jedzenie, garnuch gorącej arbaty i napawanie się widokami ruszam w stronę Chatki Puchatka. Na Przełęczy Orłowicza spotykam chłopaków którzy też zgubili szlak ale oni to już weszli w najbardziej  lawiniaste miejsce z czego zdali sobie jednak sprawę za późno i mówili że jednak bardzo się bali. Byli już zmęczeni, przemoczeni i postanowili schodzić do Wetliny a ja ruszyłem dalej w kierunku Chatki. Od Smerka do przełęczy przewinęło się w sumie z 10 osób a dalej cała Połonina Wetlińska  była już tylko dla mnie, żywego ducha. Tak, że zdarzają się takie chwile w Biesach kiedy jesteś zupełnie sam a Czady są tylko dla Ciebie  :D W samej Chatce Puchatka poza ratownikiem nie było chyba nikogo. Już zaczynało się ściemniać a jeszcze Droga Końską musiałem dostać się do Przełęczy Wyżnej co nie było jednak zadaniem łatwym po tym wyślizganym przez jabłuszka szlaku. Z pewnymi trudnościami dotarłem już po nocy do przełęczy i czas zacząć …tylko proszę się tu nie śmiać…  ;D czas zacząć łapać stopa do Wetliny. Ja pierdziu …co się naczekałem to moje. Na początku z tych kilku nielicznych budynków na przełęczy wyjechał w stronę Ustrzyk prawdopodobnie gospodarz tego miejsca. W ciągu godziny przejechały trzy samochody i oczywiście żaden nawet się nie zatrzymał …w końcu nie codziennie można spotkać w Bieszczadach gościa z plecakiem, ubranego jak ktoś bardziej chodzący po górach. Domyślam się jednak, że nie mogli spodziewać się w tym miejscu pana w garniturze w lakierkach z aktówka co byłoby jednak dość dziwnym widokiem więc co powodowało ich strachem przed zabraniem turysty nie wiem  ;) Z każdą chwila zaczynałem tracić coraz bardziej nadzieję i zaczynało robić się coraz zimniej :-[ Wreszcie po godzinie powrócił do tych budynków pierwszy samochód i gospodarz zdziwiony że ja tu jeszcze stoję. Widocznie musiałem wzbudzić litość a dobroć tego człowieka przybrała nieprzepastne oceany i specjalnie zawiózł mnie aż do Wetliny. Jednak są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie. Serdecznie podziękowałem panu za uratowanie dupy bo jednak nie wyobrażałem sobie dojść aż do Wetliny po tej bardzo śliskiej drodze nie mówiąc już o odległości  :-\ Postanowiłem udać się do schroniska i co ciekawe trafiłem do pokoju w którym byli już chłopaki spotkani w Jaworcu. Też postanowili udać się tu na nocleg co zresztą sam im sugerowałem dnia poprzedniego. Schronisko z bardzo dobrymi warunkami za 35 zł z pościelą, dają dobrą paszę więc po tej stresującej sytuacji z łapaniem stopa trzeba umilić sobie ten wieczór złocistym trunkiem w doborowym towarzystwie. Dwóch panów kończy jutro swój pobyt a trzeci podobnie jak ja rusza dalej zdobywać zimowe Bieszczady. Odnośnie stopa zauważyłem, że jednak coraz mniej osób zatrzymuje się niż w poprzednich latach. Nawet w czerwcu miałem problem jeszcze za dnia na odcinku z Wetliny do Ustrzyk z tym tematem, dopiero jak złożyłem błagalnie ręce zatrzymał się pewien człowiek i mnie zabrał z tekstem, że zrobił to tylko dlatego „że jest wierzący”  ;D





































c.d.n   ;)


Offline tp



  • Pomógł: 19

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #1 dnia: Wrzesień 10, 2018, 08:01:32 »
Super zdjęcia, aż mi się chłodniej zrobiło-:).

Offline dave

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #2 dnia: Wrzesień 10, 2018, 20:50:33 »
Czekam cierpliwie na całość. ;)
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.

Offline Sted



  • Pomógł: 9

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #3 dnia: Wrzesień 10, 2018, 21:45:09 »
Dzień 4 – 21 Luty (środa)
Wetlina –Dział – Mała Rawka – Wielka Rawka – Bacówka Pod Małą Rawką


Poranek powitał mnie słońcem z nadzieją na piękne widoki dzisiejszej wędrówki. Po śniadaniu pożegnałem się z chłopakami i ruszyłem zielonym szlakiem przez Dział w kierunku Rawek. Wcześniej jeszcze zahaczyłem o sklep w celu uzupełnienia zapasów. Ciekawy napis przykuł moja uwagę „Mieszkańcy Wetliny obsługiwani są poza kolejnością. Mieszkańcy lubią turystów bo są na wakacjach i mają czas”   ;D Kurka wodna nie wiem co myśleć ??? PRL czy Demokracja ?   ;D Trochę musiałem przejść śliskim asfaltem ze schroniska do zielonego szlaku i zaczęło się drałowanie pod górę. Tutaj dość spory tunel wydeptany więc całkiem przyjemnie choć pod górę dało w kość. W międzyczasie zdążył mnie wyprzedzić trzeci z panów który został i szedł w tym samym kierunku. Po drodze spotkałem jednego skiturowca i porozmawialiśmy sobie z pięć minut, co jednak wystarczyło, żeby organizm zaczął się wychładzać i potem przez długi czas aż do wiaty nie mogłem odzyskać tego ciepła. W wiatce przerwa na popas i dalej marsz ku Rawkom. Co ciekawe poziom śniegu był dość spory patrząc po oznakowaniu szlaku co widać na zdjęciu. Ogólnie ta część trasy była dość pochmurna z momentami prób przebijania się słońca ale już ostatni godzinny odcinek był bardzo ciężki. Gps poszedł w ruch bo żadnych śladów nie było, widoczność na kilka metrów a ukształtowanie terenu jak na masywie Pilska. Powiem szczerze, ze gdybym nie miał gps było by bardzo ale to bardzo źle… jednym słowem jak dziecko we mgle  >:( Dotarłem na Mała Rawkę i już zaczynało się robić ciemno ale nie wiem czy zachciało mi się wrażeń, bohaterstwa czy przygody ale postanowiłem jeszcze uderzyć na Wielką Rawkę  ;D  Wprawdzie pamiętałem ten szlak z lata ale w pewnej części przez zagrożenie lawinowe prowadzi on jakoś inaczej i musiałem trawersować jedynie z pomocą śladu nawigacji. Byłem taki zesrany że chyba jednak tutaj jest bardziej lawinowo i zaraz zejdzie jakiś obryw. Jak wyszedłem na otwarty teren zaczął się opad śniegu i wiało tak makabrycznie, że tylko adrenalina nie pozbawiła mnie utraty ciepła. Dotarłem do znaku i od razu zacząłem wracać, oczywiście moich śladów już nie było zwłaszcza w momencie kiedy zaczęło się schodzenie w dół i trawersowanie.  Tutaj już zaczęła się w pewnym stopniu panika bo nawet z nawigacja miałem problem w wyborze kierunku a jeszcze świadomość nachylenia tego stoku. Kilka głębszych oddechów, powiedziałem sam do siebie kilka cierpkich słów o wzięciu się w garść i opanowaniu  ;D Jeszcze nigdy nie bałem się tak w górach ale z drugiej strony jest to bardzo cenne doświadczenie. Dalej już powrót na Małą Rawkę i zejście lasem w stronę schroniska. Czołówka odpalona i musiałem ubrać raczki bo było strasznie stromo i wyślizgane przez jabłuszka. W życiu bym nie zszedł bez raczków i kijków co najwyżej preferując dupozjazd. W schronisku jedynie kolega który mnie wyprzedził ale on nie zdecydował się iść na Wielka Rawkę  tylko od razu do schroniska. Bardzo podobało mi się w tej bacówce a placki bo bieszczadzku były tak pyszne że zamówiłem druga porcje choć nie byłem już głodny  ;) Za jakiś czas dotarła jeszcze trójka kolegów którzy zrobili taka sama trasę jak my ale na rakietach. Jak mówili w większości szli po naszych śladach ale końcówka przed Mała Rawką również zmusiła ich do skorzystania z nawigacji. Wieczorem obsługa schroniska zrobiła kameralny pokaz filmu  „Twój Vincent” tak, że nawet ta poczciwa psina załapała się spektakl  :D nieplanowana odrobina kultury wpisała się w scenariusz mojego wyjazdu .
























Dzień 5 – 22 Luty (czwartek)
Bacówka Pod Małą Rawką  - Przełęcz Wyźniańska – Połonina Caryńska – Ustrzyki Górne


Przepastne ilości chmur przysłaniały okolicę zapowiadając brak jakichkolwiek panoram tego dnia na co tak bardzo liczyłem. Przed bacówka spora wycieczka turystów z Niemiec planujących wejście na Rawki. Po tradycyjnej jajecznicy na śniadanie ruszyłem w kierunku Przełeczy Wyżniańskiej, o dziwo nawet punkt poboru opłat był czynny co mnie trochę zaskoczyło o tej porze roku zwłaszcza w tygodniu  ;D Samo podejście już zapowiadało jakie warunki muszą być na grani Połoniny Caryńskiej, ten dudniący wiatr szykował się na nierówną walkę z moją osobą. Ubrałem kominiarkę i inną zbroję lodowego wojownika tak że zabawę czas zacząć. Jak wyszedłem na grań nie muszę mówić że widoczność na kilka metrów i zawieja jak kruca fiks  :o Oczywiście gps w ruch i walka z tym zimnolubym przeciwnikiem. Nikogo na całej trasie nie spotkałem i jest w tym urok że jesteś sam zdany na siebie, nutka przygody jest bardzo fascynującą sytuacją wyzwalająca dodatkową porcję adrenaliny. Końcówka szlaku okazała się problematyczna nawet z nawigacja bo nie oszukujmy się ale nie da się iść w ciężkich warunkach trzymając monitor gps cały czas prze oczami. I tu taka oto sytuacja … szlak by to trafił… musiałem ponownie trawersować bardzo stromy stok i znów strach przed wywołaniem lawiny  ??? Po dotarciu do granicy lasu już tylko monotonna trasa do Ustrzyk Górnych. Postanowiłem najpierw zjeść coś ciepłego w Zajeździe pod Caryńską, przy okazji wykorzystałem grzejące kaloryfery na podsuszenie butów i ubrań. Ilekroć tam jem tą paszę nie robi ona na mnie wrażenia, nie żeby była zła ale widocznie taki ze mnie francuski piesek  ;) Sporo tam posiedziałem i postanowiłem szukać noclegu. Najpierw udałem się do domków i tam nie było miejsca ale bardziej dlatego ze chciałem tylko jeden nocleg bo tak to miejsca pewnie były, następnie w goprówce też było pełne obłożenie, więc uderzyłem na parafię do remontowanego pełną parą budynku oferującego noclegi. Niestety księży i nikogo z obsługi nie było przez 2 godziny tak, że z  robotnikami oglądałem sobie telewizję co jest dla mnie swego rodzaju atrakcja jako że nie posiadam telewizora z wyboru. Wreszcie doczekałem się całego pokoju dla siebie za 30 zł, w samym budynku było sporo osób i coś czuję że może to być spora konkurencja dla pozostałych mieszkańców oferujących noclegi w Ustrzykach  ;)














Dzień 6 – 23 Luty (piątek)
Ustrzyki – Muczne – Bukowe Berdo – Tarnica – Wołosate – Ustrzyki



Rano wcześnie wstaję żeby zdążyć na autobus do Stuposian. Pogoda nie zapowiada się ciekawie ale w końcu nie jesteśmy tu dla przyjemności  ;) Chwilę czekam i już jadę stopem z drwalem siedząc na tylnym siedzeniu obok wielkiej butli z gazem mając nadzieję że to nie pier….nie   ;D Od zagrody Źubrów nie dłużej jak minutę i kolejna rundka z innymi drwalami już do Mucznego. Za jakiś czas dociera bus ze sporą grupka podążającą w tym samym kierunku co ja. Przed samym wyjściem z lasu grupka wyprzedza mnie ale to nawet lepiej bo pójdę sobie ich śladem zwłaszcza że trzeba było dość ostro torować w śniegu a widoczność na kilkanaście metrów. Szlak niestety na pewnym odcinku odbiega od poprzedniego dodatkowo wprowadzając w spore pułapki borówki powodując mecząca walkę z zapadaniem. Coś im  słabo szło to prowadzenie i wreszcie ich wyprzedziłem ale tak że sam zgubiłem szlak. Na szczęście nie poszedłem za daleko ale już nawigacja poszła w ruch a widziałem dodatkowo że oni też nie mają pojęcia gdzie iść  ::) Tutaj  już ja prowadziłem aż do Krzemienia co jednak było dość meczące torowaniem w tym głębokim śniegu przy coraz gorszej widoczności. Od Krzemienia wreszcie słońce postanowiło dać znać o sobie i zejście do Przełęczy Goprowców było czystą przyjemnością. Tutaj już spory ruch zwłaszcza wojskowych skiturowców a po zaspokojeniu małego głoda pora na  zdobycie Tarnicy na której tylko kilka osób. Zejście z raczkami do Wołosatego bardzo ułatwiło sprawę bo jednak jest dość stromo. Część drogi przeszedłem do Ustrzyk a kawałek zabrałem się na stopa i tak upłynął dzień szósty przed dniem siódmym który niby ma być na odpoczynek ale nie ma zmiłuj…jutro zdobywamy Halicz  :) Wieczorem zamówiłem jeszcze dwa noclegi na parafii co by pójść na lekko następnego dnia i wrócić z czystym umysłem bez konieczności szukania noclegu.





















Dzień 7 – 24 Luty (sobota)
Ustrzyki – Szeroki Wierch – Tarnica – Halicz –Wołosate – Ustrzyki



Pobudka o piątej srana co bym zdążył zrobić tą planowaną trasę meczącą w lato a co dopiero w waruneczku zimowym. Podejście do wiatki dość przyjemne a przed granicą lasu ubieram dodatkową zbroję bo już nawet nie że słyszę ale widzę jak tam wieje. Wyprzedza mnie chłopak i dwie dziewczyny ale to dobrze bo zaraz na wejściu na Szeroki wierch zrobił się taka ogromna zaspa że dziewczyny miały dobry ubaw gdy chłopak próbował to przetorować  :D Ja też się konkretnie w tym ubabrałem ale w końcu wszystkiego dobrze zaznać … w końcu zimy mi się zachciało  ;D Pogoda tego dnia obfitowała nawet w okna z wielością panoram ale same warunki bardzo trudne, w końcu odcinek dość długi a cały czas smaganie wiatrem przy mrozie też robi swoje. Na Tarnicy już więcej osób tego dnia zwłaszcza, że sobota ale wszyscy ciągną od Wołosatego. Chwilę podziwiam widoczki i ruszam na Halicz. Od Przełęczy goprowców kilku skiturowców ale ja toruje jako pierwszy i już nie wiem jak mam iść, więc gps w ruch. Śniegu po kolana i uda tak że ubieram rakiety tylko co z tego skoro musze trawersować pod górę a na dodatek masyw Krzemienia jest oznaczony jako z ogromnym zagrożeniem lawinowym, wprawdzie 1 lawinowa ale zawsze to zagrożenie. Co się umęczyłem to moje, pot lał się po mnie a wysiłek i trudność podejścia powodowały, że robiłem dwa kroki i chwila odpoczynku  >:( Może lepszym pomysłem było iść tak jak poszli później skiturowcy czyli nie szlakiem ale samym dołem bliżej lasu a nie grani. Dalej już tak się zapadałem, że nawet rakiety nie dawały rady. I tu miałem do wyboru albo zejść na dół albo wejść na grań Krzemienia. Próbowałem na dół ale było jeszcze gorzej, nie mogłem utrzymać równowagi więc zmiana planów i ruszam na grań. Bałem się bardzo już nie o siebie ale o to że mogę wywołać lawinę a widziałem że dołem szli skiturowcy. Od samej grani zaczęło zapadanie się w borówce tak że na przyszłość sam nie wiem jak już należy iść w warunkach zimowych, bo jakby nie było to szedłem większość szlakiem nakierowywany nawigacją. Widoczność siadła na amen, wiatr zaczął się wzmagać, zapadanie z rakietami kontynuowane, tak że zaczęła się walka z samym sobą czy będę miał siłę. Nawet nie wiedziałem czy już doszedłem na Halicz czy jestem w innym miejscu bo strasznie mi się dłużyło. Spotkałem tylko kilka osób ale głownie skiturowców, takich z buta to 5 ludków przez cała trasę z przeciwnego kierunku i oni też sporo kluczyli żeby znaleźć szlak. Zaczynało się robić coraz zimniej ale mimo wszystko kiedy zobaczyłem krzyż na Haliczu wprawdzie zasypany bardzo wysoko to jednak od tego momentu miałem w sobie jakiś spokój ducha i pewność sytuacji  :) Na Przełęczy Bukowskiej wreszcie miałem możliwość napić się pierwszy raz od Tarnicy a także zjeść chociaż organizm na takim postoju bardzo szybko się wychładza. Dalej już w pełni bezpieczna i monotonna trasa do Wołosatego, sama trasa dobrze wydeptana ale jednak jej długość daje w kość. W Wołosatem byłem taki głodny, więc postanowiłem odwiedzić pizzerię i po tym miłym akcencie liczyłem na szybko złapanego stopa do Ustrzyk. Wiedziałem, że sam siebie oszukuję bo już była noc a co najgorsze na tej otwartej przestrzeni wiatr zaczął tak mocno wiać, że w połączeniu z nadciagającym mrozem drobinki lodu niemiłosiernie smagały mnie po twarzy  ??? Nie miałem nawet siły i możliwości żeby wyciągnąć kominiarkę z plecaka i wtedy kiedy już liczyłem że to będzie najłatwiejszy odcinek zaczęła się walka z przeszywającym zimnem. Po godzinie moje człapania wreszcie ktoś jechał i zabrał mnie na ten już krótki odcinek do Ustrzyk. To był bardzo ciężki dzień pod każdym względem ale przyznam, że jechałem w Bieszczady z największym smakiem na zrobienie tej trasy w warunkach kiedy będą widoki nie z tej ziemi. No cóż mówi się trudno, mimo takiego obrotu spraw i tak byłem szczęśliwy. Problemów z zaśnięciem nie miałem żadnych a że niedziela była ostatnim dniem postanowiłem ją również wykorzystać. Tej nocy nadszedł też potężny front mrozów wskazujący – 23 stopnie  ;D



























Dzień 8 – 25 Luty (niedziela)
Ustrzyki – Szeroki Wierch – Tarnica – Wołosate – Ustrzyki


Nie chciałem bardzo kombinować i nie miałem też pomysłu więc uderzyłem w klasyk klasyków. Termometr wskazywał rano – 19 stopni. Wiedziałem, że ten dzień może być ciężki ale nie spodziewałem się że będzie aż tak źle i chyba jednak nie doceniłem jak te lekceważąco nazywane kapuściane góry mogą dać po dupie  ;D Standardzik do wiatki już zapowiadał co się dzieje na Szerokim Wierchu, drzewa wprawione w ruch nie zapowiadały nic dobrego. Zrobiłem duży błąd i nie założyłem kalesonów termicznych, tylko jak na całym wyjeździe membranowe spodnie. Na górę najgrubsza koszulka wełniana z 80 % wełny, bluza strechowa, wiatrówka, kurtka hardshell. Kominiarka, czapka z windblockiem, rękawice linery, dalej windblocki i łapawice membranowe. Tak uzbrojony ruszyłem na Szeroki Wierch. Widoczność tego dnia była całkiem fajna tak, że można było być nastawionym na zadośćuczynienie dni poprzednich. Sytuacja wyglądała jednak następująco… 2 godzinny odcinek na całkowicie otwartej przestrzeni przy 20 stopniowym jak nie większym mrozie z taką siła wiatru, że nie mogłem czasami zrobić kroku, plecak działający jak żagiel, kijki prawie wylatujące z rąk, przypuszczam że mogło wiać co najmniej 50 km/h. Nie chce tu używać zbyt patetycznych słów ale jeszcze nigdy w życiu nie było mi tak zimno jak tego dnia  :'( Po krótkim odcinku już zaczynałem tracić czucie w palcach. Na całym trasie był jeden moment jako takiej osłony od wiatru, wtedy zaczęła się walka o odzyskanie krążenia w palcach :-\  Po pewnym czasie poczułem jak krew zaczyna mi pulsować w palcach i ból zrobił się taki nieprawdopodobny jakby chciały mi one wybuchnąć. Na szczęście był to dobry znak bo czucie powróciło do palców. Kominiarka od oddechu pokryła się cała na wysokości ust i nosa bryłą lodu powodując odmrożenia zwłaszcza górnej części nosa. Na przyszłość jednak lepszym rozwiązaniem będzie gruby komin który można obrócić i przesunąć te bryły lodu dalej od ust i nosa. Albo jak mi opowiadał później znajomy jak był w wojsku to podkładali sobie pudełka po zapałkach na policzki tworząc barierę bezpośredniego styku kominiarki z ustami, nosem. Dotarłem w wielkim trudzie na Tarnicę będąc jako jedyny na całym Szerokim Wierchu i ten dwugodzinny odcinek będzie w mojej pamięci na zawsze pokazując jakie jest zimno o którym nie mamy pojęcia w swoim życiu. Miałem również sweter puchowy i gdybym wiedział to co wiedziałem później nie byłby on opcją na postój ale wrzuciłbym jeszcze pod hardshella. Niestety nie miałem możliwości zrobić nawet zdjęcia nie mówiąc już o zdejmowaniu plecaka i ubieraniu czegokolwiek. Od Wołosatego zbierało się trochę osób ale poza granicą lasu wiatr również zadziałał odstraszająco na wielu chętnych tej niedzieli na Tarnicę. Zejście do Wołosatego i szybkie złapanie stopa było najmilszym akcentem tej trasy  ;)Następny dzień to już powrót do domu. Ten wieczór umiliłem sobie jeszcze w Zajeździe pod Caryńską uzupełniając energię straconą na tą nierówna walkę z krainą mrozu gdzie nawet Bieszczadzkie Anioły nie wyściubiały nigdzie nosa a rozchichotane duchy biesów i czadów miały świetną zabawę smagając w każdy zakamarek mego ciała przeszywające zimno  ;D



















Online fromage



  • Pomógł: 4

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #4 dnia: Wrzesień 11, 2018, 10:53:45 »
Fajna recka, bardzo miło się czytało. Wyrypa ta jest kolejnym argumentem podpowiadającym mi, że muszę wszystko pierdolnąć i w Bieszczady wyjechać... :):):)

Nie zagrzałeś się z tą kurtałą narzuconą na Costabonę? Może zmarzłeś bo w pocie tyłek umoczyłeś wcześniej na podejściu?

Online kuzon

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #5 dnia: Wrzesień 11, 2018, 14:31:32 »
Nieźle ochłodziłeś atmosferę na forum... i to jest komplement ;D Od dłuższego czasu chodzi mi po głowie taka wycieczka, tylko zawsze coś jest, co nie pozwala jej zrealizować. Teraz, jak mi motywacja spadnie, to na doping poczytam sobie Twoją relację :)
"Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.”
 - Maya Angelou

Offline Sted



  • Pomógł: 9

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #6 dnia: Wrzesień 11, 2018, 20:16:32 »
Nie ma co odkładać marzeń bo może być kiedyś za późno na ich realizację  ;) Jak spadnie motywacja to trzeba tym bardziej wszytko pier....ąć i jechać w Bieszczady a w ogóle w góry zimą. Teraz jestem bardziej nastawiony na zimę i nawet urlop wrześniowy przeniosłem na tą porę roku.
Wtedy kiedy miałem kurtkę nie było mi ani troszkę gorąco a wręcz odwrotnie, spocony również nie byłem ;D Wiatrówka jest dobra ale od  pewnego momentu są takie warunki że nie daje rady, najbardziej brakuje mi w mojej już starej kurtce wysokiej gardy i kaptura jako całości jednolicie połączonej z resztą kurtki, jest on dopinany i takie rozwiązanie jest do dupy. Upociłem się czasami na podejściach ale wtedy miałem tylko wiatrówkę a temperatura i wiatr nie były jakieś straszne a co najważniejsze nie było to na grani kiedy jesteśmy wystawieni na totalny ostrzał  ;)


Online fromage



  • Pomógł: 4

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #7 dnia: Wrzesień 11, 2018, 20:35:54 »
Nie ma co odkładać marzeń bo może być kiedyś za późno na ich realizację  ;) Jak spadnie motywacja to trzeba tym bardziej wszytko pier....ąć i jechać w Bieszczady a w ogóle w góry zimą. Teraz jestem bardziej nastawiony na zimę i nawet urlop wrześniowy przeniosłem na tą porę roku.
Wtedy kiedy miałem kurtkę nie było mi ani troszkę gorąco a wręcz odwrotnie, spocony również nie byłem ;D Wiatrówka jest dobra ale od  pewnego momentu są takie warunki że nie daje rady, najbardziej brakuje mi w mojej już starej kurtce wysokiej gardy i kaptura jako całości jednolicie połączonej z resztą kurtki, jest on dopinany i takie rozwiązanie jest do dupy. Upociłem się czasami na podejściach ale wtedy miałem tylko wiatrówkę a temperatura i wiatr nie były jakieś straszne a co najważniejsze nie było to na grani kiedy jesteśmy wystawieni na totalny ostrzał  ;)

Od dwóch lat jeżdżę w Karkonosze na zimowe przejścia kawałkiem GSS i zgadzam się z Tobą, że zimą to dopiero jest to!

Offline Sted



  • Pomógł: 9

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #8 dnia: Wrzesień 11, 2018, 21:03:28 »
Eeeeee panie a kiedy jakaś relacja będzie bo ja jestem ciekawy  ;D

Offline tp



  • Pomógł: 19

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #9 dnia: Wrzesień 14, 2018, 20:15:00 »
To trochę hardkoru było. Szacun, nie każdy lubi po głębokim  śniegu zapychać a już zabłądzić to masakra. Dobrze że miałeś komórkę.

Offline Doczu



  • Pomógł: 79
  • Cham nikczemnego wzrostu

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #10 dnia: Wrzesień 15, 2018, 03:13:07 »
Noooo Panie. Piękny trip. Zazdro kondycji i wytrwałości.

Offline Sted



  • Pomógł: 9

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #11 dnia: Wrzesień 15, 2018, 13:10:56 »
Senkju  :)

Akurat nie korzystałem z komórki tylko z  Garmina Gps Map 64, jakoś nie wyobrażam sobie żebym w trudnych warunkach zimowych miał korzystać ze smartfona  :P Garmina przypinam sobie na karabinku do szelki pasa biodrowego i mogę a jak trzeba to nawet muszę co chwilę na niego spoglądać, na dodatek ma grube przyciski i mogę nim operować nie ściągając rękawiczek a nawet nie zdejmując łapawicy. Inny niezaprzeczalny plus to baterie w Garminie wytrzymają mi cały dzień a smartfon jeszcze na mrozie padnie szybko i nawet pomocy nie będzie jak wezwać. Na wszelki wypadek i tak noszę zapasowy taki najzwyklejszy nie smartfon w razie kłopotów. Na pozostałe pory roku to zdecydowanie smartfon i mapy.cz natomiast w zimie w trudnych i skrajnie trudnych warunkach tylko Garmin. Czasami jest taki wiatr że nie sposób stanąć na chwilę bo zaraz wychładzamy organizm, nie sposób zdjąć plecaka nie mówiąc już o zawiązaniu sznurówki a weź tu wyciągnij telefon, ściągnij łapawice i dwie rękawiczki nie tracąc żadnej przy okazji  ;D uruchom aplikacje i idź tak z telefonem w dłoni jak jeszcze masz dwa kijki, dłoń momentalnie się odmraża, dla mnie jest to nie realne. Często warunki miałem takie, że bez Garmina nigdy bym nie szedł dalej a tak wprawdzie podejmowałem ryzyko ale jednak w tyle głowy miałem jakieś poczucie bezpieczeństwa. Wprawdzie Gps jest drogi ale moje życie jest jednak więcej warte niż 1 kzł :)

Offline Shwarc

Odp: Bieszczadzki Anioł zimowy
« Odpowiedź #12 dnia: Wrzesień 15, 2018, 13:38:54 »
Ale mega warun był, super.