Autor Wątek: Aniele styczniowy,zmiłuj się nad nami, jeszcze zdążysz poznać niebieskie polany  (Przeczytany 823 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Sted



  • Pomógł: 9

A co tak będę siedział w domu  jak urlop mi się należy. 9 dni co ja pocznę  ;D Jak mawiał klasyk „najbardziej lubimy te piosenki które już znamy” a ja lubię wracać do miejsc które już znam z małymi i większymi modyfikacjami. Padło na Beskid Żywiecki i Worek Raczański. Co do pakowanka robię to przeważnie dzień przed wyjazdem co by nie kusić losu ale tak już mną targało, że zrobiłem to z deczka wcześniej  ;) Przychodzę do pracy a tu katastrofa, koleżanka łapie kontuzje i chyba będę musiał ją zastąpić, wyjazd stoi pod znakiem zapytania. Klnę na siebie w myślach na jakiego „pena” już było się pakować  :( 24 h niepewności i jest decyzja … jadęęęęęę  ;D

Dzień pierwszy – 21 stycznia (niedziela)
Zwardoń – Beskid Graniczny – Wielka Racza



Po całonocnej podróży pociągiem z przesiadką w Katowicach docieram do Zwardonia ok 10 rano. W pociągu krótkie spanko, przebieranko, śniadanko. Zwardoń wita mnie zachmurzony a z nieba zaczynają spadać płatki śniegu. Miasteczko zaspane, jakby wymarłe ale w końcu niedziela to nic dziwnego, ruszam czerwonym szlakiem granicznym w stronę Wielkiej Raczy. Mijam nieczynne schronisko PTTK Dworzec Beskidzki, chyba czynne schronisko Skalanka i bez widoków tuptam sobie w zachwycie po dziewiczym śniegu na Beskid Graniczny. Z naprzeciwka zmierza jegomość w rakach i tu nasuwa się pytanie czy aż takie warunki, ze będę musiał ubrać raczki. Jak się później okazało był to przerost formy nad treścią i cała dzisiejsza trasa nie wymagała wyciągnięcia aż takiego działa, wręcz żadnego…no ale jak ktoś chce strzelać z armaty do wróbla to proszę bardzo  ;D Na szczycie Kikula robię sobie przerwę na jedzenie i ubieram na postoju pierwszy raz sweterek puchowy kupiony na aliexpress za 70 zł… kurde pany ale to nawet grzeje, myślałem że będzie gorzej. Ruszam dalej, pełne zachmurzenie, widoków brak, zaraz po pracy i całonocnej podróży pociągiem zasypiam na stojąco robiąc krótkie postoje, idę jak mucha w smole i zastanawiam się czy zdążę przed zmrokiem. Wymija mnie jeden turysta Tomasz Z. …  operator filmowy po łódzkiej szkole filmowej z którym później będę dzielił pokój w schronisku. Już zaczyna się szarówka a jego tempo powoduje u mnie mobilizacje. Docieramy już po ciemku i ledwo znajdujemy schronisko, które znajduje się w takim dołku ze nikt nie ujrzy jego świateł. Schronisko takie bez klimatu, już nie pamiętam jakie teksty rzucał na moje pytanie pan z obsługi ale na pewno nie zrobiło to dobrego wrażenia  :o Nawet nie zamawiałem nic do jedzenia tylko skonsumowałem część prowiantu zabranego z domu. W schronisku spora grupa młodzieży w wieku 40 + pozostawiona bez nadzoru dzieci. Panowie po saunie z „interesami” na wierzchu zupełnie naguścy tak jak ich pan Bóg stworzył zjeżdżali na 4 literach na przyschroniskowej górce, tarzali w śniegu, darli dziubki przy zachwycie partnerek z okazji widowiska  ;D A niech tam się bawią jak są bez nadzoru … w końcu łykeend  ;) Jestem taki zmęczony że już o 21 idę spać.










Dzień 2 – 22 stycznia (poniedziałek)
Wielka Racza – Przełęcz Śrubita – Przełęcz Przegibek – Wielka Rycerzowa


Pobudka o 8 rano, zastanawiam się czy znów nie będzie widoków … pacze za oknem a tu takie cuda… będzie lampa dzisiaj  :) Na śniadanie jajecznica, zwijam graty,  przy okazji mierzę Deutera Aircontacta Tomasza i ten plecak robi na mnie ogromne wrażenie swoimi pasami biodrowymi a nie taka cienizna jak w moim ACT lite. Wziąłem ze sobą rakiety i te 2 kilo to jednak było dla mnie za dużo. Zobaczymy czy się przydadzą… w końcu zima pełną gębą. Jeszcze idę na platformę widokową i ruszam szlakiem granicznym w stronę celu dzisiejszego dnia czyli schroniska na Wielkiej Rycerzowej. Od Przełęczy Śrubita niestety poszedłem dalej szlakiem zamiast jak rok wcześniej pasem granicznym. Za wyjątkiem widokowej Hali Śrubita tylko las, przedzieranie się przez stojące na przeszkodzie ośnieżone mocno gałęzie z których co chwile przy szturchnięciu spadało za kołnierz  ??? Sugeruję na przyszłość wybrać pas graniczny na którym wyłaniają się ładne panoramy. Jedzenie w schronisku Przegibek już sobie darowałem  pomny zeszłorocznym doświadczeniem i już w szarówce dotarłem do bacówki na Wielkiej Rycerzowej. Cichutko jak makiem zasiał, żywego ducha poza obsługą i Tomaszem który z tempem niczym Denis Urubko dotarł tu wcześniej. Dostałem pokój wieloosobowy za 35 zł a Tomasz dwuosobowy za 40 zł … czasami tempo nie popłaca  ;D Zeszliśmy zjeść kolację w świetle diod led, bacówka nie ma prądu z sieci tylko z agregatu.  Bardzo fajne miejsce z klimatem. Już po zmroku dotarł turysta który został dokwaterowany do Tomasza za 40 zł  ;D a ja jak pan mogłem wywalić wszystkie graty z plecaka bez ceregieli ze ktoś spojrzy krzywo. Tez tak macie ze lubicie zająć dodatkowe łózko swoimi gratami, tu coś wysuszyć, tam powiesić itp  ;) Kładę się spać usatysfakcjonowany dzisiejszym dniem, piękną pogodą, wspaniałymi widokami, rakiet nie użyłem, turystów na szlaku nie spotkałem...istna dzicz, to był zacny dzionek  :)

c.d.n.  ;)



















































C.D.N.    ;)



Offline dave

Tez tak macie ze lubicie zająć dodatkowe łózko swoimi gratami, tu coś wysuszyć, tam powiesić itp

Tia, w schroniskach zawsze robię bałagan: a to składuję ciuchy na łóżku obok, a to suszę namiot itp. ;D

Czekam na resztę trasy. ;)
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.

Offline Shwarc

Przeczytałem tytuł, klęknąłem, mówię co jest grane teraz? :D

Cytuj (zaznaczone)

Ładna fota, jak zaproszenie do bajki :)

Offline grendel

Ładne klimaty i ciekawa narracja. Mam nadzieję, że nie dostałeś czkawki  ;D. Dawaj dalszą opowiastkę.

Offline Sted



  • Pomógł: 9

Dzień 3 – 23 stycznia (wtorek)
Wielka Rycerzowa – Muńczoł – Ujsoły – Glinka – Krawców Wierch


Budzę się a tu z wczorajszej „lampy” nic nie zostało, chyba zabrakło nafty i dziś pozostało przedzieranie we mgle. Jak to w życiu i  filmie czasem słońce, czasem mgła  ;) Poprzedniego wieczora nad rozłożoną mapą razem z Tomkiem debatowaliśmy nad dalszą strategią jaki obrać kierunek. Na wadze rozstrzygały się losy długiej trasy do Hali Lipowskiej przez Halę Boraczą albo do Krawców Wierch przez Ujsoły i Glinkę. Moja ambicja opowiadała się za pierwszą opcją ale zdrowy rozsądek wskazał na drugą i tak też ruszyliśmy następnego dnia każdy swoim tempem, jeden Denisa Urubki a drugi ślimaka … nie pochwalę się kto jakim  ;D W bacówce na drzwiach wejściowych informacja o pilnowaniu swoich butów w związku z ich kradzieżami na Hali Lipowskiej, Rysiance i Krawców Wierch. Tak też czynię zawsze w każdym schronisku od samego początku  i zabieram buty do pokoju. Brak słów  :o Ruszam z Hali z małymi problemami nawigacyjnymi z powodu ogromnej mgły. Podczas zejścia do Przełęczy Kotarz zaliczam dwa piruety ocenione przez jury na najniższą ocenę  ;D Na Hali na Muńczole śniegu ponad kolana ale jakiś dzielny wojownik trochę torował przede mną więc rakiet nie ubieram. Docieram do miejscowości Ujsoły z nadzieją na jakiś obiad ale jak mówi miejscowy jedyna knajpa upadła tak że nawet rewolucja Geslerowej nie pomogła  ;)  No nic… uzupełniam zapasy w sklepie, zjadam na ławce i dalej spory kawałek po asfalcie do Glinki, boszeeee w moich butach kategorii B/C katorga  :-\ Już po ciemku ale bez czołówki docieram do bacówki Krawców Wierch nikogo nie spotykając na całej trasie. Dostaję pokój a tam znajomy Tomasz już grzeje się w śpiworze,  jednak trochę tam zimno a i czołówkę trza odpalić bo światła w pokojach nie ma, bacówka podobnie jak poprzednia bez stałego źródła energii…dla mnie bomba. Oprócz naszej dwójki kilka znajomych rodzin z niezliczoną gromadką dzieci. Wszyscy siedzimy w małej ale jakże przytulnej i ciepłej jadalni. Dzieciaczki bawią się na pewno grzeczniej niż „młodzież” z Wielkiej Raczy  ;D w każdym razie jest gwarnie, sympatycznie i wesoło. Nie pamiętam co już jadłem ale było przepyszne a obsługa schroniska bardzo przyjaźnie nastawiona do turystów tak że szczerze polecam to miejsce  :) W tak miłym nastroju siedzimy i rozmawiamy do późna a potem wskakuje do mojego cienkiego syntetycznego pśiworka, nakryłem się jeszcze kocami i ubrałem w dodatkowe ciuchy i to była dobra decyzja.




















Dzień 4 – 24 stycznia (środa)
Krawców Wierch – Wielki Groń – Hala Rysianka – Romanka –Rysianka – Hala Lipowska


Otwieram oczy i jakoś nie mam ochoty wychodzić z mojego nagrzanego kokona …  brrrrr. Na śniadanie jajecznica i pora ruszać ku nieznanemu. To ostatni dzień Tomasza który wraca do domu ale jak sam powiedział warto było nawet na te 3 dni bo tutaj czas wolniej płynie .. oj prawda to jakiś inny wymiar  :) Zachmurzenia ciąg dalszy a ja atakuję pasmo graniczne w kierunku Rysianki. Widoków niezbyt wiele a turystów aż do Rysianki brak. Wbijam do schroniska, w jadalni pełno luda ale jeszcze zbyt wczesna pora i po posiłku ruszam na najwyższy pobliski szczyt Romanke. Wprawdzie nie było potrzeby ale z nudów nawet założyłem targane przez cały wyjazd rakiety, całkiem nieźle się w nich chodzi tylko trochę trzeba jak kaczka. Po zdobyciu Romanki już w świetle czołówki wróciłem  w stronę schroniska. Wiało nawet dość mocno tak że na samej Hali Rysianka śladów już nie widziałem i nawet musiałem posiłkować się GPSem aż trafiłem na kolejkę która prowadzi wprost do schroniska. Planem było jednak schronisko na Hali Lipowskiej oddalone 15 minut drogi. W schronisku jeden pan i jedna rodzinka. Rezydentka schroniska, starsza pani chciała mi wepchnąć najdroższy pokój ale nalegałem jednak skutecznie na najtańszy wieloosobowy  ;D  Strasznie marudziła jacy to turyści są beeee bo więcej po nich sprzątania niż to się opłaca i taka lista żali, aż się dziwiłem tym dyplomom wiszącym w jadalni za zajęcie wysokich miejsc w rankingu schronisk….chyba już tylko echo przeszłości  :P Zjadłem pierogi i poszedłem spać.






























Dzień 5 -25 stycznia (czwartek)
Hala Lipowska – Rysianka – Trzy Kopce – Pilsko – Hala Miziowa



Miałem nadzieję, że nie będzie do trzech razy sztuka i wreszcie ktoś doleje nafty do tej lampy. Łypię jednym okiem za okno i cóż widzą moje oczy ….Beskidy witają w swojej bajce… takie cuda to ja rozumiem  :) Pełny życia bez jednego obtarcia na nodze frunę do jadalni na tradycyjną jajecznicę  ( ciekawi kiedy mi się znudzi ? …odpowiadam… nie prędko  ;D 
Wychodzę przed schronisko przed którym informacja o niebezpieczeństwie trafienia spadającymi z dachu obrywami śniegu. Dach bardzo stromy i przekonuję się o tym za moment kiedy metr od moje głowy z prędkością światła przelatuje spory kawałek lodu…uffff  :o uważajcie tam w zimę. Ruszam nazad w stronę  schroniska na Rysiance a celem dzisiejszego szlajanka będzie Pilsko. Na Hali Rysianka widoczki nieziemskie, fajf mynyt na delektowanie się panoramami, drugie fajf na poczucie ich smaku a kolejne na upojenie otaczającym cudem jakim są Beskidy  :D „No to jest to co tygryski lubią najbardziej”. Celem mojej wędrówki jest być w drodze a nie dotarcie do konkretnego punktu, to tylko środek do kolejnego etapu, nigdzie się nie spieszyć, nie być niewolnikiem zarezerwowanych noclegów a tym bardziej wyznaczonej trasy. Wprawdzie krąży dobra rada żeby samemu nie wędrować zimą, zostawiać komuś swoja trasę….wiecie co ?  la la mi do  ;D świadomy jestem podjętego ryzyka. No dobra bo robi się jakoś melancholijnie a tu zimno od tego stania  ;D trzeba ruszać dalej. Docieram na Trzy Kopce a stamtąd wiedzie tak szeroka droga że dwie furmanki wyminą się na miętko tak, że bat jednego woźnicy drugiemu przez beret nie sięgnie  ;)




























 
W końcu docieram na miejsce do którego przyznaje się bez bicia mam cholerny sentyment…. Hala Cudzichowa  ::) a co tam będę pisał, sami popatrzcie. Jest nawet wiatka dla zbłąkanego turysty co by sobie nieprzewidywany nocleg mógł zrobić. Tam też na ławeczce ubieram sweterek puchowy i robię przerwę na kabanosa i pajdę chleba, z garnuchami gorącej herbaty… bajka, czy dzisiejszy dzień przyniesie mi jeszcze coś lepszego … obaczym  :)



















Nie idę dalej czerwonym ale przed Halą Cebulową skręcam na niebieski graniczny co by dojść w stronę masywu Pilska, ale żem się zmachał pod tą górkę  ;D Wychodzę pod kolejkę a tam takie tłumy że doznaję szoku poznawczego jak dwa nieodległe miejsca a taka różnica. Pełno narciarzy, snowboardzistów, dzieciaków ćwiczących pod okiem instruktorów w końcu ferie … i  jeden zbłąkany jegomość z plecakiem co lezie wyżej i wyżej, oj wyróżnia się on, wyróżnia  ;D Tam tak wyślizgane że zastanawiam się czy wyciągnąć raczki ale jakoś daję radę uważając przy tym żeby mnie ktoś nie skosił w tym slalomie. Na początku masywu tylko dwóch skiturowców których wykorzystuję do zrobienia z kilku ulotnych chwil pamiątki swojego oblicza  ;) Ruszam dalej w stronę szczytu aż do ołtarza i tam już tylko jeden skiturowiec który już nóg nie czuje od podejścia ze strony słowackiej, jego również wykorzystuję… a co tam. Pan szybko się zwija bo zimno a ja już wiem, że tego co widzą moje oczy szybko nie zostawię  :D Ubrany w sweterek puchowy, opatulony od hulającego wiatru postanawiam zostać na zachód słońca. Z dobrą godzinę tam byłem a może i więcej, ale tylko sami spójrzcie i z ręka na sercu niech mi się ktoś przyzna że zwinąłby w takiej sytuacji swoje cztery litery  ;D  Nie musze chyba dodawać, że nikogo nie ma oprócz mnie … czyli to wszystko dla mnie, takie cuda tylko dla mnie…ehhhh jest jeszcze sprawiedliwość na tym świecie  :D Jednym słowem poezja, właśnie dla takich chwil warto nawet zmarznąć (akurat wtedy nie zmarzłem  ;D Kraina lodu w istnie bajkowej scenerii. Aaaa starczy już tego pisania lepiej popatrzcie sami :)















































Nacieszywszy zmysły pora znaleźć nocleg, mam trochę obawy czy schronisko na Hali Miziowej nie będzie zapełnione tym ludem wcześniej widzianym. Jak wiadomo wejść jest łatwiej niż zejść, tutaj już obowiązkowo zakładam raczki i powiem Wam że za chiny ludowe nie zszedłbym stamtąd aż do schroniska bez dupozjazdu  ;D Wchodzę a tam cisza jak makiem zasiał, nocleg bez problemu za ok 30 zł w sali wieloosobowej gdzie jeszcze tylko 3 osoby. W samym schronisku może z 15 gości. W poprzednim roku byłem tylko ja sam na początku plus za jakiś czas dotarły jeszcze dwie dziewczyny. Widocznie hoteloschronisko ma większe obłożenie weekendowe a dziś dopiero czwartek. Po kolacji debatuję nad mapą o której musze wstać żeby dotrzeć czerwonym szlakiem do bardzo ale to bardzo odległego jak na warunki zimowe schroniska Markowe Szczawiny. Pobudka zaplanowana o 5.30  ;D  proszę o litość i uprzedzam współlokatorów którzy przyjmują to z serdeczny zrozumieniem. Pora spać.

C.D.N.  ;D





Offline Sted



  • Pomógł: 9

Grednel  - Czkawki brak ...  śmak  ;D po pracy muszę dłubać po nocach te elaboraty  ;D
Shwarc - Bedzie i Anioł lutowy z Bieszczadów jak się tylko ogarnę z czasem  ;)
Dave - a próbowałeś już rozbić ten namiot w pokoju schroniskowym i w nim się przekimać ?  ;D bądź prekursorem  ;D

Offline grendel

Emocje rosną... Czekam na sezon 3  ;D


Offline Shwarc

Cytuj (zaznaczone)
O tym słyszałem ze 2 lata temu. Ponoć jakas ekipa chodziła po schroniskach i kradła ludziom buty pozostawione (często zgodnie z poleceniem samego schroniska) w przedsionkach. Z jednego schroniska zginęło raz 7 par butów. Nie pamiętam gdzie, ale właśnie w tamtej okolicy miało to miejsce. Z tego min. powodu nie podobają mi się takie nakazy schroniskowe, przezorny zawsze ubezpieczony tym bardziej, jesli mamy buciki za ładnych kilka stówek.

Cytuj (zaznaczone)
Ta bacówa też fajną miejscówką mogła by być na zimę, ale właśnie te szpary i pamiętam, że zawsze tam był syf w środku. Jeszcze gdyby prycze były drewniane, a nie te łóżka z pchłami  :P

Offline misiak76



  • Pomógł: 37

Aleś mi mrozem kark ochłodził [emoji16]
Dawaj, dawaj to na klimie zaoszczędzę[emoji16]

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline Sted



  • Pomógł: 9

Dzień 6 – 26 stycznia (piątek)
Hala Miziowa – Przełęcz Glinne – Przełęcz Głuchaczki –Jałowcowy Garb – Markowe Szczawiny



W nocy do pokoju musiał przyjść dodatkowy lokator bo ok. godziny piątej rano przy świetle czołówki zwija swój majdan w tym narty czyli zbłąkany skiturowiec. Ja pół godziny później też odpalam czołówkę i jak najciszej również ewakuuje  się z pokoju, śniadanko z zapasów własnych i ruszam czerwonym szlakiem w stronę przełęczy Glinne, tam coś robotnicy działają przy opustoszałym budynku, sklepik z oscypkami nieczynny, jakoś tak szaro i buro więc nawet nie przystaję. Na przełęczy Półgórskiej robię sobie przerwę na małego głoda i wtedy pojawia się też z ogromnym plecakiem, w długich włosach, z brodą jak jakiś viking  ;D  Sergiusz, który przemierza Główny Szlak Beskidzki z namiotem. Chwilę rozmawiamy a ja ruszam dalej, od przełęczy Głuchaczki  postanawiam ominąć pasmo Mędralowej i skrótem przez słabo oznakowany szlak wbijam na Słowację. Trochę jestem zaskoczony ale jest to droga w dużym stopniu odśnieżona a nie jak się spodziewałem jakaś ścieżka, służy ona do gospodarki leśnej sąsiadom z południa. W pewnym momencie już wbijam na kompletnie nie uczęszczaną i słabo oznakowaną ścieżkę prowadzącą do Jałowcowego Garbu, często zapadam się po kolana ale rakiet nie ma sensu ubierać bo pełno wiatrołomów i ukształtowanie terenu na to nie pozwala :P  Wzmaga się coraz bardziej wiatr i zapada zmrok, ostatnią godzinę już przy świetle czołówki zmierzam w stronę schroniska, jest tam wcześniej osuwisko i trochę czuje się posrany przechodząc ten newralgiczny kawałek  ;D W schronisku kilka osób, pytam o pokój a tu się okazuje że dziś całe schronisko będzie pełne ponieważ następnego dnia zaczyna Skiturowy Memoriał im. Edwarda Hudziaka. Jak czytamy na stronie schroniska „Impreza inspirowana jest osobą Edward Hudziaka, zasłużonego człowieka gór, ratownika Grupy Beskidzkiej GOPR, przewodnika górskiego i wieloletniego kierownika Schroniska na Markowych Szczawinach. Była to postać nierozerwalnie związana z Babią Górą, gdzie ratował życie i zarażał swoją pasją – górami i narciarstwem skiturowym. To właśnie im oddał serce i życie, ginąc tragicznie w Andach, 28 stycznia 2011 r”. Po długim wertowaniu kajetu znajduję się miejsce w pokoju, biorę od razu dwa noclegi i po kolacji zaczynają się zjeżdżać skiturowcy.






















Dzień 7 – 27 sycznia (sobota)
Markowe Szczawiny – Przełęcz Brona – Mała Babia Góra – Babia Góra – Krowiarki – Markowe Szczawiny



Pogoda dnia poprzedniego ni przypiął ni wypiął, bardzo ale to bardzo mocno liczyłem na nią tego dnia ale jak to jest z Babą wiadomo, wszystkiego można się spodziewać  ;D Dzisiaj mam dużo czasu więc nie zbyt śpiesznie przed 9 ruszam w stronę przełęczy Brona, trochę ślisko ale bez raczków jakoś daję radę. Skiturowcy mają ruszyć od schroniska lada moment więc zmierzam w stronę Małej Babiej Góry, pełno chorągiewek, goprowcy w gotowości. Z zachodu nadciąga morze chmur ale wiatru brak, słońce tak mocno grzeje, że można spokojnie w krótkich spodenkach i klapkach  8)  mimo wszystko próbuje ochronić swoje ciało przed poparzeniami, pomny zeszłorocznym doświadczeniem obficie smaruję twarz kremem z filtrem. Skiturowcy atakują, jest nawet jedna pani na tylu menów. Może kiedyś uderzę w skitury ale na razie lubię sobie chodzić. Zresztą w Babiogórskim Parku narodowym jest zakaz jazdy na nartach i tylko na ten memoriał dają dyspensę . Uderzam na Babiczkę a chmury coraz szybszym krokiem zbliżają się w jej stronę. Przed samym szczytem dosięgają jej oblicze i z widoków nic nie zostało  ???  usiadłem za murkiem i czas na jedzonko. Nawet dwa poczciwe psiaki tu się wdrapały, i skiturowcy po zawodach ruszyli na królową gór. Z Sokolicy konieczne użycie raczków choć i da radę bokiem dla tych którzy ich nie mają. Od Krowiarek niestety monotonna 2 godzinna trasa aż do schroniska.  Podczas kolacji poznaję pana który jak mówi rzucił robotę i zaczął cieszyć się życiem i jeździć po górach…. Jak wygram w lotto też tak zrobię  ;D  Po godzinie 20 zamknięta impreza z otwartym bufetem dla skiturowców i chętnych za jedyne 50 zł. Aż tak głodny nie jestem i po kolacji zmykam spać. Jutro ostatni dzień wyrypy i powrót do domu.






















































Dzień 8 – 28 stycznia (niedziela)
Markowe Szczawiny –Przełęcz Brona –Babia Góra – Krowiarki – Zawoja



Muszę jakoś dotrzeć do domu więc nie kombinuje za wiele z trasą tylko postanawiam zrobić powtórkę z rozrywki. Podczas śniadania dostrzegam jednego kudłatego jegomościa, którym okazuje się poznany wcześniej Sergiusz, przysiadam się do niego i trochę gawędzimy, on miał jeszcze nocleg na trasie do schroniska i dopiero poprzedniego dnia tu dotarł, mówił że to jego pierwszy nocleg poza namiotem, musiał się umyć i zjeść coś normalnego bo ciągle myśli o jedzeniu a makaronu i czekolady ma już dosyć  ;D  Podziwiam tego gościa, ma on swój profil na FB Nocka w Lesie i śledziłem jego dalszą trasę z zaciekawieniem. Od przełęczy Brona wiatr wzmaga się w strasznym tempie, już za kosówką wieje tak mocno że ledwo mogę utrzymać kijki a ciało ogarnia coraz większe wychłodzenie, koszulka termoaktywna, bluza sterczowa i wiatrówka nie dają rady  :o  w miejscu osłoniętym od wiatru muszę ubrać kurtkę z membraną. Na całej trasie tylko jeden chłopak który jednak przed samą Babią robi wycof ponieważ chmury spowijają coraz bardziej szczyt. Ja muszę już posiłkować się GPSem bo nie wiem gdzie kompletnie mam iść. Na samym szczycie nikogo nie ma, dopiero za kawałek dociera grupa od Krowiarek. Chowając się za murkiem wypijam garnuch herbaty dla ogrzania wyziębionego ciała i ruszam w stronę Krowiarek musowo posiłkując się GPSem. Muszę ubrać raczki, jest tak ślisko a dodatkowo wiatr dujący w plecy powoduje brak równowagi. Tutaj następuje przez cały odcinek do Sokolicy ciekawe zjawisko pogodowe, czyli zamarzający deszcz, cały od stóp do głowy włącznie z plecakiem i kijkami jestem pokryty lodową glazurą, która tworzy z całego mnie lodowego wojownika w pancerzu sztywnym jak zbroja  ;D Od przełęczy Krowiarki muszę się dostać do Zawoi i po chwili łapię stopa i tak docieram do kresu mej podróży. W centrum wbijam do baru i zamawiam pierogi z mięsem, których chyba dostaje extra porcje bo ledwo je zjadałem ale były pyszne  ;D  Teraz już lekko kimając w busie jadę do Krakowa i tak żegnam się z tym co tak bardzo daje mi ogromna radość…nie bójmy się powiedzieć…ja to kocham  ;)









Offline Tadek



  • Pomógł: 29

Świetnie się czyta- super zdjęcia!
Fajnie, że się pisze 😉
Gratuluje fajnej recki !
Jeleniogórski Klub Jaskiniowy

Offline misiak76



  • Pomógł: 37

No i gratulacje dla Lodowego Wojownika [emoji16] Świetna relacja!!! To teraz czekamy na zapowiedziane Anioły [emoji6]

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline Shwarc

Z ciekawości, po ile nocleg w tym hotelu na Markowych teraz stoi?

Offline dave

Bardzo spoko wypad, a i relacja fajnie zapodana. ;)

Ten drut od raczków nie niszczy Ci skóry na czubkach butów?
Like the fella says, in Italy for 30 years under the Borgias they had warfare, terror, murder, and bloodshed, but they produced Michelangelo, Leonardo da Vinci, and the Renaissance. In Switzerland they had brotherly love - they had 500 years of democracy and peace, and what did that produce? The cuckoo clock. So long Holly.

Offline Sted



  • Pomógł: 9

Dziękuje, miło że się podobało  :)

Shwarc - nocleg kosztował 30/35 zł dokładnie już nie pamiętam, ale gdzie bym nie był to zawsze oscyluje w takiej granicy. 40 zł trafiłem w zeszłym roku w tym pokoju 2 osobowym na Wielkiej Rycerzowej i w Beskidzie Niskim w agroturystyce. Kiedyś z godzinę chodziłem po Krościenku i wszędzie mi śpiewali 50 zł albo na sam mój widok że z plecakiem i na jedną noc to w ogóle nie było miejsc  ;D ale i tak znalazłem za 30 zł ;)

Dave - raczki używane sporadycznie, ze skórą nic się nie stało ale schodząc z Babiej Góry tworzyły mi się na podeszwie bryły lodu takie wielkie dość i musiałem je co chwile strącać.

Misiak - będzie kolejny Anioł Bieszczadzki ale to jak znajdę czas
Aniele lutowy zimny do połowy, zostań jeszcze z nami już puszczają lody  ;D