Autor Wątek: Szukam pana Kalandra  (Przeczytany 35292 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #225 dnia: Marzec 18, 2019, 15:21:49 »
Z Pamiętnika znalezionego w koszu.

Dzień trzeci.


Dzisiaj Bartek wzniesie się wyżej. Pradziadek stryjeczny byłby dumny z prawnuka.

Podróże nieodkryte:
"...Zejście z tego płaskowyżu do koryta rzeki Zeri-Zamin (piekielna ziemia) jest niezwykle strome i niebezpieczne, ponieważ ciągnie się zygzakami i idący w tyle znajdują się dosłownie nad głowami idących w dole, a kamienie, zrzucane przypadkowo przez konie, spadają z proporcjonalnie zwiększającą się prędkością i łatwo mogą przyczynić się do okaleczenia lub śmierci.



Przez rzekę Zeri-Zamin, nie do przebycia w bród, można przejść istniejącym śnieżnym mostem, każdego roku zimą remontowanego przez przyrodę. Most ten wywołuje duże wrażenie, ponieważ wydaje się niemożliwe, żeby taki most wytrzymał ciężar konia..."



Twardzieli poznaje się w górach.
Rzekę, przez którą nie ma brodu, forsowaliśmy cały, boży dzień. Dzisiaj trzeba było pokonać wszystkie słabości, podejmując karkołomne decyzje, walcząc z piętrzącymi się trudnościami i to na wielu płaszczyznach.
Piekielna ziemia obnażyła wszystko w nas, co miała obnażyć. Dobre i złe strony.
Poza Aleksandrem wszyscy zdali ten egzamin na piątkę. Bartek - na bardzo dobry z plusem z pochwałą i czerwonym paskiem w świadectwie. Aleksander na tróję z minusem, co i tak otworzyło mu "drogę do sławy".
Piszę to z dzisiejszej perspektywy. Wtedy pozytywne emocje wzięły górę. Ciągnęliśmy europejskiego urzędnika za uszy, jak dziecko przepychane z klasy do klasy. Z w-fu oczywista - pała.

Pęcherze...? Zaciasne buty Cichego nie przeszkodziły mu w spektakularny sposób "wytyczyć trasę" po głazach wielkości parterowego domu na drugą stronę do raju. Tak, żeśmy to wtedy widzieli.
Wcześniej Karpiu zatańczył berka z "zulazula" i o mały włos nie zafundował sobie solowego raftingu. Wstrzymaliśmy oddech i kilka kurew poleciało w eter. Przy akcji Cichego, to nawet wiatr przestał wiać a Barszcze Sosnowskiego usychały jeden za drugim.
Udało mi się pokonać wpław Zurazamin ale tylko dlatego, że tego Karpiu nie widział.











Niezwykle ciężkie trawersy, wysoce niebezpieczne ze względu na masakryczne nachylenia stoków i dwa żleby do pokonania, których piarżyste podłoże mogło cie podciąć w każdej chwili.
To tam Bartek cofał się po swojego kuzyna, by go przeprowadzić. Samemu mając lęk wysokości (sic!) toczył dramatyczną walkę z własną słabością ale przede wszystkim stał przy kuzynie murem! Wspaniała, wzruszająca postawa.





Ja byłem łącznikiem wzrokowym czekając na sygnał od Karpia i Cichego, co z tym kurwa kamiennym mostem...? Musieliśmy robić swoje a nie czekać wiecznie na słabszego z kuzynów. Nie było czasu... Woda przybierała z minuty na minutę a jej koryto poszerzyło się w międzyczasie dwukrotnie!
Chłopaki wykonali kawał dobrej roboty. Ów kamienny most (to nie był ten, o którym mówił Kirgiz z hutoru, bo to most tylko w jedną stronę) odnaleźli i kiedy Cichemu udało się go sforsować zapanowała ogromna ulga. Widziałem tę akcję z góry i długo tego nie zapomnę...
Trza było tylko do niego zejść. To przypominało skakanie z balkonu na balkon w stumetrowym wieżowcu. Na koniec zaliczyłem zjazd na tyłku.

Na dole dopiero ujawnił się problem... Jak Cichy to zrobił?!
Niewiarygodne! Buldering z 15kg plecakiem...


Ten punkcik na głazie to Cichy.

https://www.youtube.com/watch?v=JUFEDvLVJy0&fbclid=IwAR3mInJX5PuBXWHaEGsqY6_JMpyqPnU2phXN-H2pTlAkuPLla4MVEpW2Vvg

Wieczorem nie miałem ochoty tego komentować. Buty miałem mokre, pojawiły się cudne dwa pęcherze na zgięciu stawu skokowego. Przy wymianie skarpet założyłem grubsze z wełny, nie luzując sznurowania... Duży błąd.
Na dwa dni przed wyjazdem na budowie mieszkania nadepnąłem na deskę z gwoździami... Wszystko to teraz sobie ładnie napuchło, dopełniając sielski obraz po bitwie. Zakląłem i tyle konwersacji było.



Przed nami Gardani Kaftar a my jeszcze nie w połowie szlaku...

Zdjęcia z mojej kąpieli w Zurazaminie są autorstwa Aleksandra. Jedyne w tej relacji.
« Ostatnia zmiana: Marzec 18, 2019, 15:39:51 wysłana przez Elwood »
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

forum.outdoor.org.pl

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #225 dnia: Marzec 18, 2019, 15:21:49 »

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #226 dnia: Marzec 18, 2019, 16:14:22 »
I mała konkluzja nawiązująca do urażonej dumy właścicieli szafy wypełnionej fantami.
Idealny przykład z naszej wyrypy.
Wydawało mu się, że jak się przebiegnie kilka razy po parku w Brukseli, wypacykuje sprzętowo, to taki układ zadziała.

Każdy przecież wie, kogo to dotyczy... Kupiłeś se gorretexa, by robić w niej zakupy w biedrze za 30zł...? Rób.
Ja piszę, że za tego "goretexa" mógłbyś pojechać na zakupy do sąsiedniego miasta i przy okazji zwiedzić starówkę czy ki chugon tam.

Temat z Aleksandrem był dużo poważniejszy, z Bartkiem też zresztą... Z takim przygotowaniem nie mieli czego szukać na drugim szlaku. 
Przygotowania do wyrypy trwały 10 m-cy. Ja sumiennie - fizycznie, przepracowałem m-cy 5. Wszyscy trenowali poza kuzynami. Bartek opierdol wziął na klatę, poza tym ma taki styl bycia, że da się lubić.
Aleksander pozjadał wszelkie rozumy i taki był finał. Zero odpowiedzialności.
1. Trzeba chcieć słuchać.
2. Trzeba umieć słuchać.

Na tym etapie wyrypy wszystko stało się jasne. Jesteśmy na wycieczce, nie na wyrypie. bez względu na to, co następne dni przyniosą, bo to, że będzie jeszcze dni kilka, było pewne.

Zurazamin robiłem bez kijków. Zbagatelizowałem temat, kijków nie chciało mi się na ten szlak zabierać. Dlatego dostałem konkretnie w dupę zwłaszcza na ciężkich trawersach i zejściach. Chwytanie się Barszczu Sosnowskiego (przekwitłego na szczęście) na zmianę z przypominającym małą jeżyną - krzakiem Ho, przemawia do rozumu niczym doskonały pokaz.
Ale... nie lubię kijków:)


Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #227 dnia: Marzec 18, 2019, 17:14:35 »
Z Pamiętnika znalezionego w koszu.

Dzień czwarty.

Podróże nieodkryte...
"...Kalinkow szedł piechotą i mocno odstawał. Poczekawszy na niego około godziny, zmuszony zostałem zatrzymać się przed przełęczą na nocleg, a ludzi wysłać na poszukiwania, przypuszczając, że on zabłądził. Na szczęście obawy były na wyrost, ale czas na przejście przez przełęcz Gardani-Kaftar był stracony. Zatrzymaliśmy się na nocleg w bardzo niewygodnym miejscu, dookoła był śnieg i bardzo zimno..."

Mamy i my swojego Kalinkowa.
Zadanie na dzisiaj: wejść w dolinę proiwadzącą ku przełęczy Gardani Kaftar (Gołębia szyja).
Tempo nie jest już więc tak istotne. Miejsce noclegu zgodne z pierwotnymi założeniami. Aklimatyzacyjnie w punkt. To czwarty dzień wędrówki w przedziale 2900 - 3300m). Sama przełęcz, to 3736m. Tyle, ze 5-tego dnia musimy ją przejść i zejść na drugą stronę.

Szlak jest tu przyjemny dla oka. Jedyne, czego nie chcemy, to jakiejś powtórki z przeprawy. Dochodzimy do rozwidlenia dolin. Tu dwa strumienie konkretne... Cichy z Karpiem schodzą do rzeki i nie widzą szansy przeprawy. Ja idę w góre lewego strumienia i jakiś- kilometr dalej napotykam Kirgiza na ośle. Bartek czeka na Aleksandra.
Nie zna (Kirgiz) rosyjskiego ale dogaduję się z nim na migi operując przy tym lokalnymi słowami. Suu (rzeka), tasz (kamień), Gardani Kaftar.... Kirgiz krzyżuje dłonie i pokazuje na rzekę. Znaczy kawałek dalej jest most kamienny a na przełęcz pokazuje "tam".
Aleksander z ogona krzyczy, że widział wcześniej Kirgiza po drugiej stronie strumienia. Wracam po plecak i ruszam wskazaną ścieżką.

Przechodzimy kamienny most, wchodzimy w dolinę prowadzącą ku przełęczy. Z kilometr, może dwa dalej trafiamy na obóz kirgiskich pasterzy. W perspektywie nie widać lepszego miejsca na nocleg. Tym bardziej, że musimy jutro przedostać się na drugi brzeg obecnego strumienia a idealnym do tego jest śnieżny most, po którym niektórzy z nas mają okazję pierwszy raz w życiu stąpać.

Wytrzymałość mostu na obciążenia spektakularnie potwierdza potężne stado kóz i baranów spędzone tu na nocleg.
Od dłuższego czasu obserwowaliśmy jak towarzyszący mu pasterze pokonują razem z nim strome zbocza... Zaskakujące jest ich tempo.
Co do nas. 5h marszu nikogo nie nadwyrężyło. Jutro czeka nas ponad 500m przewyższenia i zdecydowanie dłuższy odcinek. Studiujemy we trójkę (z Cichym i Karpiem) ruską sztabówkę i my z Karpiem skłaniamy się ku pierwszemu wariantowi. Cichy obstawia drugi. Chodzi o same podejście na przełęcz. Czas pokaże, że to Cichy miał rację a ja za to zapłacę, upierając się przy wariancie pierwszym.

Nim ruszymy, "żegnamy" się z "zulazula" niespiesznie.




Skrajem tego urwiska zjeżdżaliśmy dosłownie do rzeki.


Dołączył Aleksander, możemy ruszać. Jeszcze tylko krótki film dokręcamy.


Obchodzimy tę hopkę.










Tylko żadnych przepraw w stylu 'zulazula".


Na szczęście jest.


Czekam na batona:)


Tam ci nam jutro, jeno prawą stroną. Rzekę przekroczymy...


...tym mostem śnieżnym. Rzobijamy się nieopodal...


...w nienajlepszym terenie ale co tam.

Jutro musimy pokonać przełęcz.



Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #228 dnia: Marzec 18, 2019, 18:06:43 »
Z Pamiętnika znalezionego w koszu.

Dzień piąty.

Podróże nieodkryte:
"...Podejście na przełęcz jest bardzo trudne, ponieważ nie tylko sama przełęcz, ale i wszystkie podejścia do niej zawalone są głębokim śniegiem. Niemało też śniegu nasypało w ciągu nocy; na całe szczęście zanocowałem u podnoża przełęczy; bardzo łatwo w czasie burzy śnieżnej łatwo tutaj o śmierć.

Poruszanie się po śniegu jest trudne, a kiedy jeszcze śnieg nie utrzymuje konia i ten co minutę zapada się – to jest klęska. W większości przypadków na przełęczy śnieg leży pod nieprawdopodobnym odchyleniem. Nie patrząc na przyzwyczajenia, nie możesz się nadziwić, jak koń może przejść pod takim kątem. Ja nigdy nie ryzykuję, aby iść pieszo, i w ogóle wszyscy ludzie również.
Przed przełęczą Gardani-Kaftar (gołębia szyja), na południe od drogi – potężny lodowiec, dający początek rzece Surch-Ob. Podejścia do przełęczy zasypane są więcej niż na 3. wiorsty przez śnieg. Przez te 3 wiorsty wspinaliśmy się 1.5 godziny, ponieważ stromość i rozrzedzone powietrze zmuszały, by co 10 kroków dać koniom odetchnąć.

W połowie podejścia powitał nas wiatr wzmagający się w miarę wspinaczki. Na grzbiecie przekształcił się on w wichurę. W obliczu wiatru nie można było ani stać, ani oddychać. Wodę do hipsometru zagotowaliśmy z wielkim trudem, męcząc się z tym ponad pół godziny.
Zejście z przełęczy jest bardzo strome na odcinku pierwszych 3 wiorst..."

Dzisiaj jest chyba mój dzień.
Kompletnie się nie wyspałem ale nogi niosą same. Karpiu bierze w opiekę Aleksandra, który narzekał, że zostawiamy go ciągle z tyłu ale trwanie z nim oznacza zupełny brak tempa.
Dzisiaj musi się chłop przełamać i zmobilizować. To już nie kwestia pęcherzy tylko zwykłej kondycji. Moje dwa, co se je wyhodowałem zyskują na urodzie ale nie wpływają na samopoczucie choć przypominają o sobie tu i ówdzie. Cichy w ogóle się nie skarży.

Karpiu idzie z Aleksandrem, druga parę tworzą Cichy z Bartkiem.
Ja sam idę jak przecinak. Łykam metry w pionie jak Ben Johnson setkę. Chłopaki już takie malutkie... Ziarenka maku w gąszczu Ho.
Widzę grań wreszcie, wychodzę na wypłaszczenie i co widzę... kocioł z jęzorem lodowca i skalny grzebień.
Kurwa... to nie to! Cichy miał rację.... Szybko schodzę w dół, by powstrzymać kolegów. Z góry daję sygnały nakazujące trawers, by nie tracić wysokości. Dołożyłem se 200m + 200... W górę szedłem jak po schodach... Zejście w tym gąszczu Ho bez kijków to masakra. Niepotrzebnie tracę siły.

Cichy przechodzi mostem śnieżnym w kierunku następnej, właściwej dolinki. Bartek schodzi niżej, gdzie spotyka Aleksandra. Karpiu tak ma dość wody, że wspina się do mostu śnieżnego.
Ja z kolei nie mam do niego zaufania (mostu) i schodzę do granicy strumienia. Rozciągamy się na stoku jak guma od majtek. Kuzyn Miętka Stopa nie dołożył metra w pionie, więc jest wygrany:)

Przechodzę strumień po kamieniach i postanawiam przesuszyć buty. Wiem, że za nim dojdą Bartek z kuzynem trochę tej wilgoci odparuje w pięknym słońcu.
Pogoda jak drut.
Mamy druga połowę sierpnia. Bronisław Grąbczewski przekraczał tę przełęcz dwukrotnie. W czerwcu i to była masakra. Potem w naszym terminie i był zdumiony jej dostępnością. Jesteśmy więc farciażami, trza to wykorzystać.

Aleksander znowu dostrzega jakiegoś lokalnego piechura, co wskazuje nam właściwą ścieżkę.
Teraz już bez przeszkód podchodzimy pod przełęcz. Na małym wypłaszczeniu krótki odpoczynek i ruszamy w góre.
Prowadzi Cichy. W swoich trampkach nadaje niemożliwe tempo. Mi powoli zaczyna brakować sił ale sunę za Cichym w jednostajnym rytmie kroków i oddechów..
Teraz Bartek jest łącznikiem. Przykucamy przy skałach osłonięci od wzmagającego się wiatru i czekamy na ogon. Karpia z kuzynem nie widać już od godziny. Żadnego kontaktu wzrokowego.

Cichy, kiblujący jakieś 100m nade mną rusza na przełęcz. Ruszam za nim, za mną Bartek z podobnym dystansem w pionie do mnie.
Cichy czeka na mnie w skalnym siodle. Dochodzę do niego szczęśliwy, że to już koniec wspinaczki a to k... przełęcz fałszywa!
W piżdziec!!

Widać właściwą ale by do niej dojść trzeba zejść do kotła lodowcowego, i potem wspiąć się omijając ogromny śnieżny nawis. Nie chcę czekać ani chwili... Idę! Cichy czeka zaś na Bartka. Dochodzi Karpiu do nich bez Aleksandra ale ten gdzieś tam już w zasięgu wzroku.

20 minut później osiągam Gołębią Szyję...
Piździ jak w Kieleckim. Nie zakładam spodni, tylko szukam "cienia" od wiatru, byle w słońcu. Dochodzi Cichy, Karpiu. Nie wiem ile potem - kuzyni. Bartek po raz kolejny zholował Stopę.. Jest mu łatwiej trzymać tempo najsłabszego, bo dla Karpia to była męczarnia. Dreptanie bardziej męczy, niż szybki, dostosowany do deniwelacji marsz.

Ważne, że wszyscy jesteśmy na górze i to w zasadzie mógłby być koniec tej opowieści, gdyby nie... niedźwiedzie i... Yeti!
Samo zejście z przełęczy, owszem wymagające ale nie jest trudne. Schodzę pierwszy. Mi zależy ale nagle staję jak wryty....
Dochodzi do mnie Cichy...
- Widzisz to...?
Co to za ślad...?
- Ślady są na pościeli, to jest TROP!
Ale k... czego?! Przecież nie niedźwiedzia...
- Ja wiem, że to nie niedźwiedź, bo ich tropów naoglądałem się w Bieszczadach u Kryśki skolko ugodna... Ten jest jest podobny ale znacznie dłuższy i ma jeden odcisk palców więcej.
Rób Robert zdjęcie, najlepiej kilka... Gdzie ta cholera poszła...? Są dwa wyraźne odciski na ścieżce, poza nią to zabawa dla tropiciela. Przymierzam do tropu buta.... But się "chowa"...

Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #229 dnia: Marzec 18, 2019, 18:19:57 »
Epilog.

Z Dziennika Wąskiego.

Szukasz przygody?
El wpajał mi to 10-tki razy... Zabieraj ludzi na stopa.
Gdzieś między Samarą a Penzą, mija druga w nocy. Już dwa razy wyłamałem się z zasady. Pierwszym był jakiś młodzian, drugim starzec... Jestem zmęczony, mam 21 lat, studiuję astronomię... Nie umiem... No dobra! Jak się teraz ktoś pojawi, to... Stoi jakaś kobiecina z siatami, z chustą na głowie i macha.

Normalnie bym stanął i poszedł w kimę ale teraz nie wypada. Jezuuu! Blisko trzecia nad ranem i stop z babą... Niech tam. Załatwię to w try miga, niech El, wie, że ten... tego, itd. kurwa mać!

Podwiezie mnie pan 20km?
- Proszę, siada pani!
Boszzz, tylko miejsce muszę zrobić... Na siedzeniu pasażera armagedon, w nogach także... I jeszcze dwa arbuzy... Arbuzy jak telewizory - z Fergany. Też El kazał kupić i wieźć do Polski, no to wiozę. Kurde! Jeszcze wiadro z przyprawami... Siada pani!

Lekko siąpi. Ciemno. Nie potrafię określić wieku kobiety ale głos jakiś taki ciepły.
- Pan z zagranicy?
A tak. Z Polski. Z Tadżykistanu jadę, do domu już.
- To pan podróżnik?
Nie powiedziała - turysta. Powiedziała - podróżnik.
Pewnie dlatego, że wyglądam jak siedem nieszczęść.

Proszę tu mnie wysadzić i wskazuje wielkie nic.
- Tu, to znaczy?
Tutaj. Z drogi mam jeszcze 5km do wioski. Dziękuję bardzo!
- A gdzie tam! Pada przecież, poza tym... Mówi pani gdzie - podwiozę.
Nie trzeba, naprawdę!
- Proszę pozwolić!

Golf pływa mi po drodze w błocie po kostki albo i gorzej. Jadę w skupieniu, by nie stanąć, bo z jednej strony wstyd a z drugiej czarna dupa. Nie idzie zagaić. Kobita pracuje w barze. 14h dziennie ale nie narzeka. Bo co ma robić...?
Taa...
Pojawiają się jakieś mikre światła, zaczynają ujadać psy. Pomagam wysiąść kobiecie i nagle pytam ni stąd ni zowąd.
- A pałatkę u was w ogrodzie postawić mogę?
A zaczemu pałtatkę?
- No..., bo zmęczony jestem i po prostu bym się tu rozbił na nocleg. Niekoniecznie u was. Byle gdzie.
Ale zachodzicie do domu! Miejsca dostatek. Starszy syn w wojsku, młodszy w internacie. Miejsca wystarczy.
- ,Nie, nie... Nie chcę robić problemu!
Ależ to żaden problem! Zachodźcie!

Wchodzimy do ciepłego domu. Klasyk, z sienią. Prosto do kuchni. Wiera zapala światło, zdejmuje chustę i widzę... piękną kobietę! Sprawnie rozpala ogień pod kuchnią i uśmiecha się do mnie.

Po kolacji pijemy czaj z prawdziwego samowaru. Kipiatok wrze na węglu, na górze czajniczek z naparem z czarnej, aromatyzowanej kwiatem róży herbaty. Do tego łyżeczka cukru... Magia...

Wiera ma 36 lat. Pierwszego syna urodziła mając lat 16. Drugiego cztery lata później. Mąż - pijak, zginął w wypadku drogowym, który sam spowodował, kiedy młodszy syn miał 5 lat...
Wygląda na moją rówieśniczkę...

Przeciągam rozmowę, ile mogę... Jestem tą kobietą zauroczony. Ona też nie lgnie się do łóżka. W końcu jednak wstaje i szykuje czystą pościel dla mnie.
Jutro sobota. Wiera ma wolne ale ja muszę jechać. W poniedziałek mam poprawkowy egzamin w Warszawie. Tam muszę... Nic nie muszę!

Łapię Wierę odruchowo za dłoń, że niby poduszkę chciałem... Potem dotykam ust...

Wiera budzi mnie o 6-stej. Przyciągam ją do siebie. Chcę z nią tak trwać bez końca. Poddaje się szepcząc do ucha.
- Cymek... Ale ja nie jestem taka...
Cicho kochana... Cicho. Nie mów nic.

Pije kawę i patrzę na Wierę. Czuję się, jakbym z nią przeżył pół życia.
I tak wiem, że przeciekło mi ono przez palce strumieniem. Taka konkluzja najmłodszego uczestnika tej wspaniałej wyrypy!
Dalej nie jestem pewien, co mam w tym życiu robić, ale już wiem, czego nie powinienem.

Na tym kończę przygodę z Grąbczewskim.
Świat jest do dupy.
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline uysy



  • Pomógł: 95

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #230 dnia: Marzec 19, 2019, 07:41:49 »
Ogarnij się bo bedzie ban.

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #231 dnia: Marzec 19, 2019, 08:23:16 »
Nie ma sprawy.
Poproszę o usunięcie mnie z listy użytkowników tego forum.
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

forum.outdoor.org.pl

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #231 dnia: Marzec 19, 2019, 08:23:16 »

Offline uysy



  • Pomógł: 95

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #232 dnia: Marzec 19, 2019, 09:02:41 »
Done.

Offline piterito



  • Pomógł: 55

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #233 dnia: Marzec 20, 2019, 03:40:11 »
Ulysy, to mnie też wypierdol i zakop
https://forum.outdoor.org.pl/index.php?topic=17575.msg274814#msg274814


piję tylko czystą, palę tylko Klubowe... zdejm kapelusz

Offline Shwarc

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #234 dnia: Marzec 20, 2019, 20:40:36 »
A dla czego? Czy ty w swoich super relacjach wyzywasz ludzi od pedałów, idiotów itp? Lubię gówno ale w kubkach.

Offline piterito



  • Pomógł: 55

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #235 dnia: Marzec 28, 2019, 03:33:05 »
Wiesz, ja mam inny styl ;D
A dzięki Elwoodowi ten kawałek umierającej już cyberprzestrzeni ktoś jeszcze czyta. Jesteśmy jak dinozaury zaraz przed jebnięciem komety wielkiego brata. Pierwsze odłamnki już część z nas wybiły. Cioty i "pedały" pierwsze idą w piach, twardzi zostają najdłużej. Nie ma się co obrażać na szczerość.
https://forum.outdoor.org.pl/index.php?topic=17575.msg274814#msg274814


piję tylko czystą, palę tylko Klubowe... zdejm kapelusz

Online kuzon

Odp: Szukam pana Kalandra
« Odpowiedź #236 dnia: Marzec 28, 2019, 12:03:37 »
Ale nawet za cenę istnienia forum, trzeba postawić gdzieś jakieś granice. Fajnie się go czytało, nawet zgadzam się w większości z jego wnioskami na temat gadżetomanii. Nie zwalnia to jednak nikogo z zachowania szacunku do innych ludzi. Zbanował się na własne życzenie. Ja osobiście bym nie darował takich tekstów w moim kierunku. Z jednego forum już się kiedyś wyniosłem, bo nikt nie był w stanie opanować gościa, który potrafił w sposób lekko zawoalowany wręcz grozić fizyczną konfrontacją w razie spotkania.
"Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.”
 - Maya Angelou