Autor Wątek: Trzy dni na GSS (Świeradów Zdrój-Karpacz)  (Przeczytany 2372 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline indepentent



  • Pomógł: 1

Trzy dni na GSS (Świeradów Zdrój-Karpacz)
« dnia: Lipiec 22, 2016, 02:09:24 »
Gdy zacząłem interesować się pieszą turystyką moje oczy, siłą rzeczy, zwróciły się za ocean. Wtedy też zacząłem zgłębiać tajniki sztuki Fast & Light. Nierozerwalnie wiązało się to z pokonywaniem dużych odległości. Z niedowierzaniem i podziwem patrzyłem, jak zapaleńcy pokonują w prawie pół roku (tak, tak - 6 miesięcy!) główne szlaki piesze USA. Zaliczają się do nich AT (Apalachian Trail), PCT (Pacific Crest Trail), czy mniej znane CDT (Continental Divine Trail). Niestety będąc mało obeznany w temacie, przyjąłem to za prawdę objawioną, że nie ma innego miejsca na świecie, aby „dobrze sobie pochodzić” jak Stany. Ku mojemu zaskoczeniu (i na całe szczęście) bardzo szybko okazało się, że się myliłem. Odkryłem bowiem, że Polska, również ma swoje Główne Szlaki (nomen omen jest ich również trzy). Temat ten nurtował mnie coraz bardziej. Szlaki te niczym nie ustępują ich amerykańskim braciom (może poza długością). Za cel postawiłem sobie przejście ich wszystkich od początku do końca. Są to oczywiście ambitne i dalekosiężne plany, które wymagają doświadczenia, niezbędnego sprzętu oraz odpowiedniej kondycji. Na razie jednak postanowiłem wziąć namiastkę z jednego ze szlaków i spędzić na nim 3 dni wędrówki. Wybór (ze względu na lokalizację) padł na GSS. Wyprawę zacząłem (zgodnie ze sztuką) w Świeradowie. Niestety będąc w pośpiechu oraz ponadlany przez deszcze nie udało mi się uwiecznić miejsca, w którym szlak się zaczyna, czyli słynnej kropki.



Oto pierwsze miejsce, gdzie udało mi się udokumentować czerwone strzałki, będące przewodnikiem na całej długości szlaki.



Pomimo, że wyszło słońce i przestało padać, to gdzieniegdzie widać było skutki ostatniej ulewy. Było to o tyle uciążliwe, że wszystkie takie miejsca trzeba było omijać bokiem a nie zawsze się to udawało ze względu na dość wąski szlak i otaczającą go po bokach gęstą roślinność.







o krótkim asfaltowym odcinku trafiłem na dość strome, kamieniste, podejście. Trzeba to przyznać, plan był w miarę ambitny, bo wrócić chciałem do domu z Kapracza. Oznaczało to około 25 km przez pierwsze dwa dni a potem już w ostatni zejście około 10 km do samego miasta Karpacz. Jako, że zacząłem około godziny 15 ze względu na błąd w komunikacji publicznej, a mianowicie przesiadkę w Jeleniej Górze, dosyć się spieszyłem. Jednakże kilka machnięć kijkami (mój nowy nabytek Black Diamond Trail Back spisywał się wyśmienicie) oraz parę kropli potu i już byłem przy schronisku na Stogu Izerskim.



Odtąd szlak wiódł już po bardziej płaskiej drodze. Niestety dość wysoka roślinność po obu stronach ścieżki ograniczała przepiękne widoki, które raz po raz przez nią przebijały.







Po dość szybkim marszu postanowiłem trochę odpocząć na przydrożnej ławce i posilić się troszkę. Przy tej okazji miałem możliwość podziwiania piękna polany izerskiej, bardzo malowniczego wypłaszczenia znajdującego się w samym sercu Gór Izerskich.



Dalej była już tylko rozpaczliwa walka z czasem, aby zdążyć do Szklarskiej Poręby oraz, co najważniejsze, znaleźć gdzieś uczciwe miejsce na nocleg. Mimo to, sprawiało mi to niejaką przyjemność, gdy drogę między kolejnymi znakami pokonywałem szybciej niż czas wskazywany jako „sugerowany”.















Po drodze minąłem bardzo ciekawy obiekt. Była to swego rodzaju wiata. Uważam, że jest to świetne rozwiązanie, które jednak nie jest zbyt częstym widokiem w naszych górach. Jest to wprost idealny kompromis między spaniem w schronisku a we własnym schronieniu. Oferuje ona względnie kompleksową ochronę przed warunkami atmosferycznymi i bardzo komfortowe warunki do spania. Oczywiście wzrost liczby takich wiat nierozerwalnie łączyć się musi ze wzrostem świadomości ich użytkowników. O ile doświadczony i świadomy turysta wyznający filozofię „leave no trace” bardzo by skorzystał z tego typu schronienia, to przysłowiowy Janusz z pewnością pozostawiłby po sobie niejeden ślad.







Ten moment, gdy szlak odrywał się od ubitego traktu okazał się bardzo złudny. Wiedząc, że przy okazji mogę zdobyć najwyższy szczyt Gór Izerskich, świadomie zrezygnowałem z tego podejścia, ze względu na goniący mnie czas i ustalony z góry cel jakim było dotarcie do Karpacza. Niestety w wyniku popełnionego przeze mnie błędu nawigacyjnego (oraz trzeba to powiedzieć głośno niezbyt klarownego oznaczenia szlaku) chcąc nie chcąc zdobyłem wspomniany szczyt.







Dalsza część szlaku prowadziła do najwyżej położonej kopalni w Polsce, czyli Kopalni Stanisław, będącej kopalnią odkrywkową. Najpierw przechodzi się koło drogi prowadzącej do kopalni, żeby następnie skręcić w prawo, a następnie w lewo pod górę, aby dojść do jednego z jej nasypów.

















Ten jednak znak tchnął we mnie nadzieję, że przyspieszonym truchtem da się jeszcze zdążyć do Szklarskiej i znaleźć jakieś przyzwoite miejsce na rozbicie obozu. Dalej czekało mnie już tylko i wyłącznie dość strome zejście do samego miasta. Przynajmniej biec z góry jest łatwiej niż pod nią... Z takim postanowieniem rzuciłem się na dalszy odcinek Głównego Szlaku Sudeckiego.





Po drodze minąłem jeszcze grupę zapaleńców entuzjastów, którzy z iście spartańską determinacją dosłownie wbiegli na Wysoki Kamień po czym z gracją, w galopie, minęli mnie w drodze w dół. Jak zaś, nie próbując nawet im dorównać, ale w pośpiechu, zacząłem ostatnie w tym dniu zejście.








I tak oto znalazłem się w samej Szklarskiej, a dokładnie mówiąc na jej obrzeżach. Po drodze minąłem jeszcze piękną polanę wprost idealną na nocleg. Cichą i spokojną, ale już z widokiem na zabudowania. Potem plułem sobie w brodę, że odpuściłem tę miejscówkę, a zamiast niej poszedłem do miasta i odbiłem od szlaku jakiś kilometr. Miejsce idealne nie było, a rano, aby wrócić na szlak musiałem wrócić się ten stracony kilometr. Jakby jednak nie było rozłożyłem obóz i położyłem się spać. Miejsce znajdowało się między drogą wylotową z miasta a linią kolejową. Noc przebiegła dość spokojnie, nie licząc dość bliskiego spotkania trzeciego stopnia z jeleniem, który podszedł na jakieś 10 metrów pod moje legowisko i urządził sobie koncert ryczenia. Natręt został przepłoszony flashem z telefonu, a ja do przejazdu pierwszego pociągu Kolei Dolnośląskich do Wrocławia około 7 rano mogłem się regenerować.











Po małym posileniu się rano spakowałem obóz i ruszyłem w dalszą drogę.







Szlak w samym mieśćie jest bardzo dobrze oznakowany i ciężko byłoby się pogubić. Po drodze napotkałem jeszcze lokalne źródełko i po szybkim zasięgnięciu języka u tubylca okazało się, że jest zdatna do picia nawet bez uprzedniego przegotowywania. Napiłem się więc do pełna i uzupełniłem wszystkie butelki jakie przy sobie miałem. Z tą dodatkową wagą ruszyłem w dalszą drogę.







Od miejsca gdzie znajdował się znak zaczynało się dość strome podejście pod samą Halę Szrenicką. Było to jedno z trzech najtrudniejszych podejść na całym szlaku (Hala Izerska, Hala Szrenicka oraz Śnieżka).









Mijając wodospad Kamieńczyk (który notabene nie był o tej godzinie jeszcze „czynny”) wkroczyłem na teren Karkonoskiego Parku Narodowego.





Dalej droga prowadziła bardzo nierównymi kamieniami i lepiej było iść po „krawężniku” oddzielającym szlak od rowu. Potem zaczęła się znośna trelinka. Mimo to pochylenie było znaczne, aż do takiego stopnia, że bardzo uważnie zacząłem studiować wszystkie przydrożne tabliczki informujące o najciekawszych miejscach oraz zjawiskach Parku Narodowego.







Przy schronisku przy Hali Szrenickiej zrobiłem sobie odpoczynek i drugie śniadanie. Zweryfikowałem również trochę plany. Doszedłem do wniosku, że nie zdążę tego dnia zejść do Karpacza i jeszcze do tego znaleźć jakąś dogodną miejscówkę na rozbicie się. Uznałem za to, że schronisko Dom Śląski jest idealne na nocleg. Rano pozostawał by mi tylko dość łatwy odcinek w dół do Karpacza i powrót do domu. Zadzwoniłem i zarezerwowałem miejsce.





Minąłem tak zwane trzy świnki i udałem się w kierunku Przełęczy Karkonoskiej.













Przy stacji telewizyjnej postanowiłem znowu trochę odpocząć i pojeść. Niestety pogoda zrobiła się kapryśna i chmury zakryły słońce, zaczęło wiać i lekko padać.









Na szczęście Śnieżne Kotły nie nazywają się tak od parady i faktycznie, oprócz zapierających dech w piersi widoków, był to jedyny śnieg jaki widziałem w ciągu tych paru dni w górach.







Na samej Przełęczy Karkonoskiej zaczęło niestety pachnieć bardzo komerchą. Korty tenisowe, „turyści” „zdobywający” okoliczne szczyty (byle nie oddalone dalej niż do kolejnego posiłku w kanjpie), zupełnie nie moje klimaty.



Nieco wyżej znajduje się (podobno) bardzo urokliwe schronisko Odrodzenie. Nie miałem przyjemności tam zawitać, ale przynajmniej będzie okazja, aby wrócić w te okolice.











Jako, że miałem jeszcze trochę zapasu czasowego zdecydowałem się na jakiś ciepły posiłek z widokiem na panoramę Karpacza. Usiadłem więc na małej skarpie pomiędzy wytyczoną ścieżką a idącą obok wydeptaną drużką. Mijający mnie emerytowani Niemcy z podejrzliwością patrzyli na mój palnik i trochę narzekali na trudy wędrówki.







W tle zaczęła majaczyć już Śnieżka, znak to był, że powoli zbliżałem się do mojego dziennego celu.





Po lewej stronie zaczął rozciągać się przepiękny widok na Wielki Staw. Ja zaś kontynuowałem wędrówkę po względnie płaskim szlaku i po dobrej nawierzchni.



Nieco dalej ukazał się bardzo urokliwy widok na parę zajmujących obiektów. Były to Śnieżka, Schronisko Samotnia, Schronisko Strzecha Akademicka oraz Mały Staw.









Wreszcie dotarłem na miejsce. Czując w nogach przebyty tego dnia dystans postanowiłem zjeść jeszcze kolację, porządnie się umyć oraz iść spać, tak aby następnego dnia wyruszyć o przyzwoitej porze.



Dostałem sam pięcioosobowy pokój! Niestety moje szczęście nie trwało długo. Gdy tylko wróciłem z kąpieli pojawiło się dwóch bardzo hałaśliwych turystów, a zaraz potem jeszcze dwie Czeszki.





Noc jakoś przespałem i po zjedzeniu śniadania i porannych ablucjach stanąłem, tym razem przed dylematem. Mogłem dalej podążyć Głównym Szlakiem Sudeckim lub też nieco z niego zboczyć i zdobyć Królową Gór Sudeckich – Śnieżkę. Ze względu na pewnien zapas czasu i chęć nieprzegapienia takiej okazji zdecydowałem się na ten drugi wariant.



















Droga była rzeczywiście stroma i kijki trekkingowe znowu okazały się nieprzecenioną pomocą. Po kilku chwilach byłem jednak na górze aby rozkoszować się zdobyciem szczytu oraz lekko się po nim rozejrzeć.









Krótkie oględziny wystarczyły i po chwili byłem już w drodze powrotnej na dół. Postanowiłem wrócić tym samym czarnym szlakiem, którym wszedłem na górę zamiast drugiej opcji, którą była Droga Jubileuszowa.



I znów stanąłem przed znakiem, który wskazywał dalszą drogę na GSS.



Ostatnie spojrzenie na gościnny Dom Śląski i zejście w dół do Karpacza.









Okazało się ono dość strome a na dodatek nie było idealną pochylnią tylko raczej rodzajem dużych skalnych schodów. Na domiar złego schody były dość duże i nie dało się ich pokonać jednym krokiem co przy dłuższym schodzeniu było dość uciążliwe.



Po drodze mija się pomnik czy raczej cmentarz poświęcony ludziom, których zabrały góry...









Droga z otoczonej niską roślinnością, ze względnie dobrą widocznością na dolinę, weszła w las z prawdziwego zdarzenia.





I tak doczłapałem się do bardzo małego, ale zarazem malowniczego Schroniska PTTK Nad Łomniczką. O ile od Dom Śląskiego do tego miejsca napotkałem kilku turystów, tutaj był już ich pełen wysyp; wycieczki szkolne, grupy studentów, biegacze oraz inni. Tutaj też zaplanowałem mój ostatni postój i mały posiłek, po czym ruszyłem ostatnim etapem mojej wyprawy do samego Karpacza.











Opuściwszy Park Narodowy kierowałem się na przystanek PKS Biały Jar. Do pewnego miejsca moja trasa nawet pokrywałą się z GSS, aby w końcu urwać się bezpowrotnie.



Wierząc mojemu przewodnikowi miałem okazję wędrować po jednym z najbardziej malowniczych etapów Głównego Szlaku Sudeckiego. Była to, trzeba to przyznać, moja pierwsza bardziej poważna niż tylko turystyczne przejście z jednego schroniska do drugiego, wyprawa. Oczywiście w głowie cały czas huczało od ambitnych planów i przyszłych projektów. Za cel jednak postawiłem sobie przejście, o czym wspomniałem na początku, przejście wszystkich głównych szlaków Polski i to za jednym razem (oczywiście każdy z osobna ;-)

forum.outdoor.org.pl

Trzy dni na GSS (Świeradów Zdrój-Karpacz)
« dnia: Lipiec 22, 2016, 02:09:24 »

Offline iwonapro



  • Pomógł: 79
  • "Jak zjesz wykładowcę to kto da Ci wykształcenie?"

Odp: Trzy dni na GSS (Świeradów Zdrój-Karpacz)
« Odpowiedź #1 dnia: Lipiec 27, 2016, 10:04:00 »
Fajna sudecka wycieczka.
Do głównych szlaków nie potrafię się przekonać. Zawsze są jakieś alternatywne trasy, które mnie bardziej kuszą.

Odp: Trzy dni na GSS (Świeradów Zdrój-Karpacz)
« Odpowiedź #2 dnia: Lipiec 29, 2016, 12:19:40 »
Dobry początek :) miałam kiedyś podobne wyobrażenie na temat długich szlaków. Pozdrawiam :)