Autor Wątek: Świnoujśćie-Kołobrzeg  (Przeczytany 957 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline fromage



  • Pomógł: 7

Świnoujśćie-Kołobrzeg
« dnia: Czerwiec 22, 2016, 21:54:36 »
A więc w związku z kompletnym brakiem czasu na dłuższe wyjazdy przyszedł do głowy pomysł aby zjechać polskie wybrzeże Bałtyku na „raty” - 4 jednodniowe wypady z czego ten wpis dotyczy odcinka pierwszego to jest Świnoujście – Kołobrzeg. Sukcesywnie, pojawiać się będą następne - tak myślę, jak będzie… zobaczymy  :)

Nasza trasa pokrywa się generalnie ze międzynarodowym szlakiem R10 choć w kilku miejscach wybieraliśmy alternatywne drogi i tutaj pierwsze spostrzeżenia:

A. Trasa R10 jest tragicznie oznaczona
B. Trasa R10 jest tragicznie oznaczona
C. Trasa R10 jest tragicznie oznaczona

W sumie wszyscy o tym wszędzie piszą, więc wiele się nie spodziewaliśmy, ale biorąc pod uwagę, że jest to szlak międzynarodowy i … wszyscy wiedzą, że jest do dupy oznaczony to naprawdę można by coś z tym zrobić… może przeczyta to ktoś z PTTK.

Do sedna - założenia wyjazdu były dwa:

– wyruszyć rano, wrócić wieczorem – to udało się z powodzeniem
- jechać jak najbliżej plaży – to udało się w 95% ale o tym za chwile.

Nie braliśmy ze sobą zbyt dużo gratów, bo i też nie było ku temu potrzeby, choć pogoda tego dnia miała nie rozpieszczać – deszcz i wiatr na przemian z rzadkimi przejaśnieniami. Ja miałem ze sobą:

- plecak Vaude bike alpin 25+5 (do mojego 5l wchodzi tylko camelbak i wiatrówka :-[)
- hard shell TNF Evolution
- spodnie Marmot precip full zip
- Polar Stretch pro od Kwarka
- batony
- dokumenty w dry bagu
- narzędzia rowerowe – dętka, multitool, łychy i skuwacz
- telefon w drybagu topeaka (zajefajna sprawa do nawigacji)
- latarka s2 wraz z PB 2x18650
- buff, okulary, pieprz i tyle  :)

Na sobie miałem koszulkę szybkoschnącą z decathlonu, krótkie spodenki Endury Hummvee, harshell włożyłem już w Świnoujściu i został na plecach cały dzień. O dziwo świetnie się w nim jechało – duże wywietrzniki pod pachami, kurtka zapięta tylko na velcro i poluzowane ściągacze rękawów świetnie się sprawdziły, pomimo, że miałem plecak, pleców mocno nie zapociłem choć na dłuższych postojach wrzucałem na grzbiet PS i pozwalałem HS trochę podeschnąć.

13 Czerwca 2016 rozpoczęliśmy o godzinie 6:30 wsiadając do pociągu w Szczecinie. Tutaj pozwolę sobie na drobny żart – za co lubię PKP – bo zawsze wygląda tak samo  :) bez komentarza. Około godziny 8:15 rano byliśmy w Świnoujściu i rozpoczęliśmy pedałować na wschód. Mżyło lub padało na zmianę przez praktycznie cały dzień z rzadkimi przejaśnieniami i lekkim wiatrem za wschodu (my to mamy szczęście).

Trasa do Międzyzdrojów bardzo sympatyczna – las, pagórki – w świetnych humorach wjeżdżamy do Międzyzdrojów. Jest wcześnie, ludzi mało, więc szybko przetaczamy się i wskakujemy na trasę 102 w kierunku Dziwnowa – jadąc lasem różnice wzniesień są dość duże – nie chcieliśmy tracić czasu ani sił choć sama szosa również robi się trochę bardziej wymagająca – dość długie, czasami kręte podjazdy ale i długie szybkie zjazdy. Nogi „świeże” więc jechało by się bardzo fajnie gdyby nie…. autobusy/TIRy mijające nas z prędkością 80/100h – ta część była zdecydowanie mało fajna. Jeden z tych podmuchów zarzucił mnie na podjeździe, wjechałem w rynnę odprowadzającą deszczówkę i wyciąłem szlifa, na szczęście nic nie jechało z tyłu, szybko się pozbierałem i z lekko potłuczonym kolanem i łokciem, po przetrzepaniu gratów, pojechaliśmy dalej.

Za Wisełką odbiliśmy w las by po kilku kilometrach wrócić na trasę i dojechać do Międzywodzia. Tutaj zaczęło się coś na kształt drogi rowerowej, która doprowadziła nas do Dziwnowa – tutaj, po ok 40km zrobiliśmy pierwszą przerwę. Trochę zmarzliśmy, bo rano było około 13 stopni – z pomocą przyszedł Power Stretch - założony na lekko spocona koszulkę od razu poprawił humor. Szybkie opatrzenie kolana, hot dog, zapas bananów, batonów i w drogę. W Dziwnowie było koło godziny 10 i już sporo osób kręciło się po ulicy toteż trudniej było się przedrzeć za miasto – tutaj niby trasą rowerową, niby chodnikiem dotarliśmy do Dziwnówka.

Po dojechaniu do Dziwnówka odbiliśmy w stronę wybrzeża i jechaliśmy dosłownie przy plaży, oddzielonej od lasu jedynie niską wydmą – w mojej opinie jest to jeden z piękniejszych odcinków tej trasy, kombinacja delikatnego wiatru wiejącego ze wschodu, słońca, które akurat wyszło zza chmur, szumu morza i stopniowo spiętrzającego się klifu tworzyła niepowtarzalne widoki oraz atmosferę – przystanęliśmy kilka razy w miejscach tworzących naturalny punkt widokowy i napawaliśmy się pustymi plażami – magicznie.

Około 2-3 km przed Pobierowem, mijając niezauważenie Łukęcin, ominęliśmy nadal jadąc lasem, teren jednostki wojskowej (chyba :)) i wjechaliśmy do Pobierowa – tutaj już tłoczno, głośno, jak to w kurorcie turystycznym - mało przyjemnie i … te „budy” ze wszelkim Chińskim dobrodziejstwem obite płytą OSB – to było słabe.

My natomiast zniesmaczeni pojechaliśmy dalej szutrową drogą łączącą Pobierowo z Pustkowem – tutaj pełnoprawną drogą rowerową dojechaliśmy do Trzęsacza – wjechaliśmy na chwile na taras widokowy, zrobiliśmy zdjęcie i popedałowaliśmy dalej.



Zaraz obok ostatniej z ocalałych ścian kościoła rozpoczyna się również bardzo urokliwa część szlaku – jadąc wzdłuż pięknego klifu, mijamy po lewej stronie łąkową równinkę i docieramy do małego zagajnika, który doprowadził nas do Rewala. Tutaj to samo co w Pobierowie więc poza uzupełnieniem zapasu wody, nie marnowaliśmy chwili dłużej i ruszyliśmy szosą w stronę Niechorza – po drodze odbijając raz lub dwa w kierunku morza – klif jest tutaj nadal dość wysoki co przekłada się na piękne krajobrazy. Po dotarcie do Niechorza, dojeżdżamy do latarni, stwierdzamy, że nie będziemy czekali w 50cio metrowej kolejce do wejścia, nie chcemy tez zwiedzać parku miniatur latarni i z całą pewnością nie mamy ochoty na sens w kinie 8,5 D (ktoś tam jednak musi chodzić :)) i jedziemy dalej wybierając drogę rowerową łącząca centrum Niechorze z Pogorzelicą – pięknie poprowadzona wzdłuż kolei wąskotorowej jest wzorem do naśladowania dla gmin nadmorskich – tak to się robi Panowie i Panie. Notabene - gmina Rewal to najbardziej zadłużona Gmina w Polsce - to pewnie przez tą ścieżkę  :).

W Pogorzelicy przemieszczamy się ze stacji wspomnianej kolejki małymi uliczkami by dojechać do miejsca naszego wycieczkowego dylematu - terenu jednostki wojskowej który można objechać od południa szosą lub skorzystać z oddanej bodaj dwa lata temu drogi rowerowej poprowadzonej po drodze z kostki brukowej przez teren tejże jednostki. Czytaliśmy wcześniej, że przejechanie tego kawałka nie nabawiając się padaczki i pląsawicy w jednym jest wyczynem i o zgrozo… wszystko to była prawda  :-[ Ten odcinek długości około 8 km dobija strasznie nie tyle nogi ile ręce i nadgarstki a zęby szczekają jeszcze wiele godzin później po jego przejechaniu. Jest natomiast jeden jego plus – jest zamknięty dla cywilnego ruchu kołowego i dodatkowo od strony lądu odcięty płotem – bardzo mały ruch rowerowy (bo pieszych nie ma) w połączeniu z gęstym choć dość niskim drzewostanem może stanowić ciekawe miejsce na nocleg gdyby ktoś jechał z namiotem.

W połowie tego odcinka robimy 10cio minutową przerwę – banany, batony idą w ruch. Na zegarze dopiero 75km ale ten kawałek naprawdę dał się nam we znaki. Raz odbiliśmy w bok na punkt widokowy aby napawać się pięknem nieskalanej plaży a następnie w pośpiechu dobiliśmy do miejsca gdzie bruk przechodzi w leśny utwardzony dukt a potem w drogę rowerową - już w lepszych humorach dojechaliśmy tędy do „centrum” Mrzeżyna mijając mały port, który pięknie prezentuje się porównując go do obrazu sprzed 15 lat kiedy to widziałem go po raz ostatni – dziś naprawdę wygląda ładnie. W Mrzeżynie, po około 85km robimy drugą dłuższą przerwę – kupujemy po piwku, wychodzimy na plażę i napawamy się jego smakiem lekko muskani wiatrem i rzadkimi acz przyjemnymi promieniami słońca nieśmiało wyłaniającymi się zza chmur.

Zostalibyśmy tutaj pewnie do wieczora ( :)), ale wiedząc, że do pokonania mamy jeszcze około 20 km, zaczynamy powoli się pakować.



Przerwa trwa w sumie około 45 minut i znów wracamy na rower. Tym razem jedziemy około 2 km plażą – równy, ubity brzeg sprzyja takiej jeździe, choć dość szybko męczy, zwłaszcza, że wschodni wiatr dość silnie daje o sobie znać. Wjeżdżamy z plaży do niewielkiego nadmorskiego lasku a zaraz potem na dobrze oznakowaną drogę rowerową, która prowadzi nas przez Rogowo i Dźwirzyno aż do Kołobrzegu – to dość monotonny kawałek, dość szybki, ale naszpikowany o tej porze roku niemieckimi turystami, którzy skutecznie potrafią go spowolnić  :) Trasa jest za to dobrze oznakowana.

Do Kołobrzegu dojeżdżamy około 16:00 mając na zegarze 105km  - blisko 6 godzin samej jazdy ze średnią lekko ponad 17 km/h.



Jemy pizzę, kupujemy bilet i po 2,5 godzinnej jeździe pociągiem lądujemy w Szczecinie.



Smutny, że to już koniec, ale z pomysłami kolejnych wypadów ląduję w domu o 20: 30 przejeżdżając w sumie około 120 km.

Reasumując:
– plan zrobiony, dystans turystyczne, niezbyt forsowny, do spokojnego pokonania nawet z obciążeniem (sakwy, namiot, itp.), choć wtedy chyba bym unikał tras leśnych - blisko wydm - a w tych z kolei największy urok regionu.

- piękne widoki – szczególnie na trasie Dziwnówek-Pobierowo; Niechorze-Rewal,  Pogorzelica-Mrzeżyno,

- ciut sporo ludzi w miasteczkach (norma o tej porze roku)

- Ze sprzętu wziąłem właściwie dokładnie to co potrzebowałem, może poza spodniami na deszcz, których nawet nie założyłem ale tutaj lepiej nosić niż się prosić. Poluję teraz na kurtkę rowerową całodniowego przeznaczenia, bo choć TNF sprawdził się w 110% to chyba mi go trochę szkoda na rower  :)

- Koszt to około 100 PLN z czego 50 PLN to przejazdy PKP klasy minus 1  :)

- We Wrześniu kolejny etap, może kilku dniowy z Kołobrzegu do Gdańska, zobaczymy jak będę stał z czasem.
« Ostatnia zmiana: Czerwiec 22, 2016, 22:30:26 wysłana przez fromage »

forum.outdoor.org.pl

Świnoujśćie-Kołobrzeg
« dnia: Czerwiec 22, 2016, 21:54:36 »