Autor Wątek: Wycieczka do d...y  (Przeczytany 14891 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Wycieczka do d...y
« dnia: Kwiecień 27, 2016, 20:22:40 »
Mam jeszcze kilka wyryp takich w zanadrzu:



Z serii:
- Czy palec wyjęty z dupy, będzie pachniał czekoladą?


No to może zacznę od tej wycieczki do dupy.
Inspiracją dla niej były... czeskie koleje. Dokładniej, to dworcowe knajpy, które to za komuny były cudnym wynalazkiem, a niektóre z powodzeniem funkcjonują tam do dzisiaj.
Zająłem się opracowaniem marszruty.

By zarazić klimatem:
https://www.youtube.com/watch?v=5DD-X43KvDM

« Ostatnia zmiana: Maj 18, 2016, 15:42:11 wysłana przez andy »
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

forum.outdoor.org.pl

Wycieczka do d...y
« dnia: Kwiecień 27, 2016, 20:22:40 »

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #1 dnia: Kwiecień 28, 2016, 09:25:09 »
Nasza ekspedycja rowerowa do Czech nie miała sportowego charakteru, choć niepozbawiona była sportowych akcentów. Miała za to charakter wybitnie naukowy.
Jeden cel poznaliście, drugim (stricte naukowym) było odnalezienie Brontowąsika - bardzo rzadkiego okazu... bytującego...
No właśnie . Poza nazwą stwora nic więcej o nim nie wiedzieliśmy. Podobno był to krecik, ale czeski krecik, to "ach jo", a nie żaden Brontowąsik. Nasz kolega dr Honzik, bardzo się jednak przy kreciku upierał.
Ważne było, by naszego dr Honzika przekonania nie pozbawiać, bo przekonania, to coś, jak zasady. Trza je mieć i kropka.

Pierwszego uczestnika już poznaliście. Drugim był Szanowany Profesor Kocur. Jak wiecie, każda szanująca się ekspedycja powinna mieć w składzie żywego profesora, któren to swoim autorytetem i godnością osobistą podkreśla i nadaje rangę.

Do podkreślania wężykiem, co bardziej interesujących spostrzeżeń pana profesora, byłem ja. Pisarz i dokumentalista.

Skro skład ekspedycji (wcale nie nadużywam tego zwrotu) został ustalony, pozostało tylko wyznaczenie terminu i miejsca spotkania.
Padło na Staniszcze Małe. To podopolska wioska leżąca przy Staniszczach Wielkich. Tamże urodził się dr Honzik.
Warto naszemu przyjacielowi poświęcić jeszcze słów kilka i szerzej przedstawić ogółowi. Otóż dr Honzik lubi wypić. Wybitna postać w dziedzinie szerokopojętej dezynfekcji. Z racji tytułu i tej cechy pełnił funkcję lekarza naszej ekspedycji. Mimo, że pomieszkuje obecnie w Berlinie lubi być Polakiem i ma na to dobre papiery. W ten sposób w zasadzie krótko i zwięźle przedstawiłem nas trzech.

Cdn.

Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #2 dnia: Kwiecień 28, 2016, 22:24:16 »
Cele naukowe:
1. Most w Ozimku.



https://pl.wikipedia.org/wiki/Most_wisz%C4%85cy_w_Ozimku
Dr Honzik skończył budownictwo dróg i mostów na Polibudzie Opolskiej i Uniwersytecie Humboldta w Berlinie. O mostach może opowiadać bez końca. Do tego opowiada ciekawie.
Jest jedynym studentem w historii PO, który może się cieszyć własnym patentem. Na UH jest współautorem skryptu, z którego uczą się studenci jego kierunku.
Generalnie różnica poziomu nauczania na tych uczelniach, to PRZEPAŚĆ. Niestety na korzyść Niemców.

Na UH co roku wydział dr Honzika organizuje konkurs na wytrzymałość przęsła, do którego produkcji studenci używają papieru i kleju. Masa obu produktów jest dokładnie określona. Finał konkursu odbywa się na auli, która pęka w szwach. Wszyscy mają swoich faworytów, kibicują im itd. Konkursowe przęsła testowane są na super maszynie, kosztującej krocie i służącej normalnie do badań.
Nasz dr Honzik będąc na pierwszym roku dowiedział się o konkursie w ostatniej chwili i na konkursowej liście z tego powodu był ostatni.

Emocje podczas konkursu sięgają zenitu. Projekt faworyta załamał się dopiero po 12kg. Chłopak był pewien  wygranej. Naszego Honzika nikt nie bierze poważnie. Aaula już świętuje.
Startuje jako ostatni. Jego przęsło (200gr papieru przypominam, nie pamiętam ile kleju) ląduje w kabinie maszyny, jej ramie zaczyna owe przęsło dociskać. Zegar z dokładnością do tysięcznych grama zapierdala jak oszalały. Obciążenie powoli rośnie. Przekracza po kolei 1kg, 2kg, 5kg, 10kg... Aula milknie. Na zegarze mija 12kg... Konsternacja. Ale to nie koniec. Zegar wskazuje kolejne kilogramy. Przy 15kg wszyscy rozdziawiają gęby, pojawia się skromny aplauz. Przy 20kg, wzmaga się rwetes. Przy 30kg aula szaleje!
Przęsło kapituluje na 36kg z kawałkiem.

Z chaty dr Honzika do mostu jest 12km.
To nie był łatwy dystans... Biorąc pod uwagę zwłaszcza to, co działo się wieczora minionego. Miał to być wieczór skromny, przygotowawczy, w wąskim gronie... Zjechała się cała banda różnej maści gagatków, głównie motocyklistów. Zrobiła się z tego mega impreza na polu do rana...


Gdzieś w środku nocy, tak ostrzyłem moją  Practicą MTL5B (50-tka takumar smc 1,7)... Więcej nie pamiętam.
Dr Honzik po prawej. Po jego prawej kumpel z osiedla, znaczy niedaleki sąsiad. Polował na mnie szczególnie, bo od pół roku ponad szukał okazji, by wręczyć mi skromny prezent.


Ręczna jego grawerka i własnej produkcji zawartość. Ta flaszka po prawej. To jest bezwzględnie najlepszy bimber, jaki w życiu swoim piłem. Kosztowałem naprawdę wielu... Flaszka po lewej z kolei, to produkt Szanowanego Profesora Kocura. Profesor Kocur to wyjątkowy talent do tych rzeczy i zwolennik naturalnej kuchni w ogóle. Sam wędzi, we własnoręcznie zbudowanej wędzarni. Na zimno, gorąco. Jego mama jest znawczynią ziół i przypraw, które ma posegregowane w kilku dużych kredensach a liczba flakonów, słoiczków itp., grubo przekracza 1000...

Mój błąd polegał na tym, że wstałem zbyt wcześnie, a być może nie kładłem się nawet i przypadkowo sięgnąłem po piwo. Od razu poczułem się lepiej. Po drugim, to już w ogóle, po trzecim już mogłem ruszać.
Ale, że wszyscy jeszcze spali i nie było 9-tej, to tak pocieszałem się dalej.

Kiedy o 13-tej zapadła decyzja: STARTUJEMY, to okazało się, że ja właściwie, to mogę tylko jechać. Stać nie bardzo... W asyście wozu serwisowego (w trosce o moją osobę) dotarliśmy do mostu w Ozimku.
Tam komisyjnie sprawdziłem jego wytrzymałość dynamiczną, próbując się zatrzymać. Dr Honzik stwierdził, że to doskonałe uzupełnienie testu statycznego sprzed blisko 200-stu laty.

W Ozimku wsiedliśmy do szynobusu i pojechaliśmy do Opola. Tam przesiedliśmy się do szynobusu do Głuchołaz.


No troszkę byłem zmęczony.


Na dworcu w Opolu, już jakoś szło.

A z dworca...

...taka ciekawostka.


Zbieramy się w sobie.


Chłopaki po fajurze i...


...nie ma zmiłuj.

Na przełęczy jest granica, czego wtedy nie byliśmy pewni. Ale od czego mamy Profesora Kocura.
Stanęliśmy na chwilę a on konkluduje:
- Do sklepu weszła całkowicie obca mi kobieta... To muszą być Czechy!

Cele etnograficzne:
Jeszcze tego pamiętnego wieczora ustaliliśmy, że bierzemy każdy bar po drodze i kosztujemy. W ten sposób powolutku będziemy się przemieszczać do przodu. Do Mikulovic znaczy na początek, gdzie czeka na nas pierwszy bar dworcowy, czyli Nadrazi Knajpa lub Nadrazi Restaurace.


Ten bar był pierwszy "po drodze".

Wchodzimy do baru i już jest dobrze... :) Bardzo sympatyczna, młoda barmanka anonsuje nam ciapowane. Zastanawiamy się przez chwilę... Może od razu po dwa, trzy, po kilka znaczy.
Profesor Kocur ucina dyskusję:
- W takim razie poprosimy 20 piw.
Urocza barmanka patrzy na nas i ze śmiechem konstatuje:
- Ale 20, nie dzieli się na trzy...
No to poproszę 60, rzuca Profesor!

Ostatecznie...

...bierzemy trzy na początek....

Jesteśmy w raju!


Prawda, że prawda...?

Do Mikulovic docieramy na wieczór. Profesor Kocur spisuje z licznika - 5,5km i stwierdza, że dalej chyba nie pojedziemy.
Przytakujemy zgodnie, widząc resataurację. Parkujemy bryki, wchodzimy do środka i jest pięknie. Ruchu zero, jest Prazdroj z kija, jest Gambrinus w kilku obsahach i można coś przekąsić.




Wszystko w cenach więcej niż rozsądnych.

Lokal "pracuje" do 22-giej, ale to nie  jest problem. Zastanawiamy się tylko, gdzie tu kimać...? Kelnerka oferuje pokoje. Co prawda mieliśmy tylko pod chmurką, ale dzisiaj wyjątkowo... rezygnujemy z chmurek... :)
Rowery wtaczamy... na salę restauracyjną, dostajemy klucze do pokoju, domawiamy dwa metry piwa z kija i dzień kończymy o drugiej. Oczywiście na sali. Lokal jest praktycznie do naszej dyspozycji... :)

Do łóżek padamy przed trzecią.




Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #3 dnia: Kwiecień 29, 2016, 08:16:09 »
Przestrzenie Banacha.

Rankiem dnia następnego, do naszych...

...tak zaparkowanych sprzętów nie możemy się dostać.

Zamek jest zatrzaskowy. Knajpę otwierają o 10-tej, a my mamy kwadrans po ósmej...
Udajemy się do sklepu. Pech w tym, że prowadzi go Wietnamka, z chęcią przyjmie złote, ale po takim kursie, który wzbudza mój sprzeciw. Kupując dwa piwa nie chcę płacić za skrzynkę.
Profesor Kocur rezygnuje z piwa, twierdząc, że rano nie pije. Dr Honzik z tego samego powodu również. Stąd tylko dwa i moje tłumaczenie, że desitka Radegasta, to bardziej napój piwny o właściwościach leczniczych.

Jest sobota rano, pusto i cicho... Jest rzeczka, jest most, jest kamienny murek. Siadamy i kontemplujemy. Otwieram Radegasta i ciągnę wzrokiem po strumieniu. Biorę łyka i nagle...!
Jest! Jest - krzyczę.
- Co, kto, gdzie...? Dopytują koledzy.
No ON!
- Jaki ON?!

Szybko wyciągam z plecaka Practicę i pstrykam! Tylko czy zdjęcie z kliszy wyjdzie...?! To ON. Na pewno ON! Brontowąsik!!!!


Przycupnął na kamieniu po środku strumienia i się na nas patrzył.

Dr Honzik oszalał z radości.
Już na samym początku ekspedycji, jeden z głównych celów zrealizowany! W tej chwili (dr Honzik) sięga po wolną flaszkę Radegasta i konsumuje ją w szybkim tempie.
Wracamy do naszej knajpy. Obsługa na szczęście przyszła godzinę wcześniej. Rozanielonej ekipie proponuję na śniadanie Prazdroja z kija.
Profesor Kocur odmawia, ale dr Honzik się łamie i wypija kufelek. Będzie dobrze!

W tym czasie do restauracji na śniadanie zajechał policjant w cywilnej skodzie. Przygląda się nam ciekawie.
Nieśmiało rzucam kumplom, że tutaj obsah we krwi, to bezwzględne nula nula. Postanawiamy się zbierać. Ponieważ nie mamy mapy, nie trafiamy na dworzec, ale będziemy tędy wracać, więc za cel obieramy jego odpowiednik w Jeseniku.



Równolegle do drogi prowadzi ścieżka rowerowa, zbiegając się z szosą, tylko na wąskich odcinkach.
Dzisiejszy etap z powodzeniem możemy nazwać górskim. Z profesorem Kocurem dajemy sobie solidarnie zmiany ignorując dr Honzika. Dlaczego...? Zaraz do tego dojdziemy.
Łykamy kilometry powolutku, dostojnie... Jesteśmy w końcu piwnymi dżentelmenami. Nigdzie się nam nie spieszy. Podczas łykania kilometrów owych ustalamy, że:
- należy przy pierwszej okazji uzupełnić zaopatrzenie,

https://youtu.be/8DTDN3ox5YA

- przy drugiej, skonsumować śniadanie w pięknych okolicznościach przyrody.

Niestety, tutaj muszę zawiesić relację z powodu udania się na długi weekend.
Cdn.


Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Shwarc

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #4 dnia: Kwiecień 29, 2016, 16:52:41 »
Po raz pierwszy od trzech lat wyciągam ów niebanalny przyrząd pomiary. Jest to też dowód, w jakim tempie pokonałem ten etap ekskursji. W sumie sam jestem w szoku. Tak mam, jak podejmuję wyzwania... Klapki na oczy, pot, łzy, walka i szczęśliwy finał.
Coś chyba jednak nie tak z tymi danymi. Średnia 53km/h to chyba z ostrej górki było? Z takimi prędkościami na takiej ukrainie to na IO dostaniesz nominacje i będziesz tam walczył o złoto.

Offline Piotrek



  • Pomógł: 79

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #5 dnia: Kwiecień 29, 2016, 21:40:30 »
To epickie opisy bohaterskich wypraw z pogranicza "Tortilli Flat", "Dzielnego Wojaka Szwejka" i "Wesołych przygód Robina Hooda", a ty się czepiasz jakichś głupich 40 km/h?! ;D

PS. Ja czekam na cd.

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #6 dnia: Maj 03, 2016, 02:37:47 »
Piotrek czuje bluesa... ;)
Mam cztery pifka przed sobą, dostęp do internetu, Puszczę Białowieską za sobą (jej też poświęcę jeden serial), to pociągnę dalej temat czeskiej ekspedycji.

Zanim jednak, to posłuchajcie ten kawałek i przeczytajcie jedyny komentarz:
https://www.youtube.com/watch?v=fI3EOFuHkhQ

Mając w tle bielszy odcień, Kolega Shwarc nie będzie popadał w ciemną barwę... ;)

Po uzupełnieniu zaopatrzenia mieliśmy wszystko, co było potrzebne do biwaku nad rzeką. Trzeba nam było jeszcze znaleźć należne miejsce do konsumpcji. Gdzieś tam ze ścieżki rowerowej zboczyliśmy w kierunku osiedla rozłożonego nad ową. Tamże, rosło sobie samotne drzewko, dające cień, kawałek zieleni udostępnionej do deptania i kamiennego murku ze schodkami do bystrzy.
Profesor kocur dokonał lustracji i rzekł:
- Tu.

Jeszcze przed startem do naszej ekspedycji role mieliśmy niejako podzielone. Każdy odpowiedzialny był za pewien odcinek, w ramach prostej, która użytkować mieliśmy wspólnie. Ja byłem odpowiedzialny za zaplecze kuchenne. Znaczy komplet naczyń do gotowania i sztućce. Profesor Kocur za gazową kuchenkę. Rola dr Honzika nie była ściśle określona, ale jak się za chwilę przekonacie, nie od parady stanowiliśmy doskonały zespół.
Profesor Kocur po wybraniu miejsca krótko zaordynował:
- El, dawaj naczynia.

W tej chwili zacząłem penetrować moje sakwy...
Jak żesz zdumiony byłem, kiedy w sakwach naczyń nie znalazłem! Patrzę na moich towarzyszy i w zadumie stwierdzam:
- K... pewnikiem me pakowanie w południe po najepce nie było doskonałe...
Wszystkie potrzebne  akcesoria zostały z Gdańska wywiezione Golfem 1,6D na miejsce zbiórki w Staniszczach... To pewne.
Ale... Szukam wytrwale dalej!
I nagle rzucam hasło:
- Jest! Jest metal!
Niestety... Wyciągam czteropak Żubra...

Profesor Kocur skwitował krótko:
- K... W Czechach Żubr...?
Przeprosiłem i się poddałem.
Tu jednak do akcji wchodzi dr Honzik!
- Druzja, spokojnie. W 5 minut zorganizuję patelnię i jajca na boczku usmażymy w try miga! Po czym ruszył w teren.

Najsampierw zaliczył kilka klatek w osiedlu przyrzecznym, ale z każdej wychodził bez naczynia. Z niezmąconym jednak niczym optymizmem rzucił, że wali na drugą stronę rzeki, bo tam domki są.
No to go obserwujemy, jak jedzie przez most i zatrzymuje się po tamtej stronie przy furtkach kolejnych, ale bez rezultatu.
Wreszcie zniknął w jakimś podwórzu... Trwało to dobrą chwilę. Opuszcza podwórze i rusza z powrotem, ale tak jakoś szybko bardzo. Po chwili za nim goni pies dość spory, ale dr Honzik użył fortelu, który pozwolił mu psa szybko zostawić z tyłu.
Fortel ten, to jest to zjawisko, o którym wspomniałem wcześniej, gdzie przy górskim etapie nie braliśmy zmian dr Honzika poważnie w naszym kolarzu wachlarzu. Otóż pojazd dr Honzika poza pedałami wyposażony był w silnik spalinowy. Wyrafinowana konstrukcja, z lat 70-tych, dla wyrafinowanych, niemieckich pedałów...

Tym niemniej, jakby to powiedzieć... pedalska, ale właściwa.
Wiecie... Do bohaterów trza podchodzić z należnym im dystansem i nie wyciągać na światło czynów niegodnych, które w istocie światło ćmiące są i nic więcej. Ot, złośliwe takie dywagacje...
Dr Honzik wpada na mostek już bez psa i dojeżdża  do nas triumfujący:
- Mam! Mam garnek!
Spisał się znakomicie! Przecież może być i garnek, niekoniecznie patelnia.
Wyciąga ten garnek i w tym momencie sprawa staje się jasna. Zrozumieliśmy w try miga z panem profesorem, dlaczego dr Honzika gonił ów pies... Zrozumieliśmy jego wzrok (psa znaczy), kiedy porzucił pogoń i doprowadzał naszego dr Honzika dalej jakimś takim smutnym, psim wzrokiem...

Spojrzeliąmy na dr Honzika z wyrzutem... On jednak, w ogóle nieskonsternowany sparował:
- Druzja! Przeca po konsumpcji garnek psu oddamy!
Aaa... Jak tak, to wszystko w porządku! Podsumował profesor Kocur.

Wziąłem ten niemiłosiernie obity z emalii garnek w swe dłonie i zszedłem do strumienia. Starym harcerskim sposobem (woda i piasek) doprowadziłem go do użytku.
Oddając czysty już garnek w ręce naszego profesora powiedziałem, że schłodzę piwo w rzece i przy okazji się wykąpię.
W tym celu ponownie zacząłem penetrować sakwy w poszukiwaniu kąpielówek. Szukam, szukam i w końcu wyciągam, kąpielowe, czarne, damskie wyraźnie majtki...
Widząc je, profesor Kocur skomentował akt zwięźle:
- Garnków k... nie wziął, ale kąpielówki Kasi, a i owszem!



Tym niemniej piwo schłodziło się doskonale, jajecznica na boczku smakowała wybornie i pies, pięknie wyszorowany garnek otrzymał zwrócony, a jego gospodarz czteropak Żubra  we w podzięce.
Posiliwszy się ruszyliśmy dalej.
O 14.29 zameldowaliśmy się w:



W środku zaś...

...istna orgia smaków! Cztery rodzaje piwa plus fantastyczna obsługa. Każdy smak filtrowaliśmy w ustach dwukrotnie. Zbyt późno wpadliśmy na pomysł, by coś zjeść, ale te resztki gulaszu wychechłane dla nas z ostańców garnka smakowały przecudnie.

Ów lokal na dworcu w Jeseniku prowadzi dwóch wspólników. Prowadzą go na zmianę. Jedno wiedzieliśmy... Że na pewno tu w drodze powrotnej wrócimy. O 18-tej zdecydowaliśmy się opuścić lokal, by poszukać lokalu do spania w terenie. Tym razem w terenie prawdziwym. W końcu to ekspedycja naukowa prawdziwa, a nie zwykłe trele morele...

Tuż po opuszczeniu dworcowej knajpy jeszcze tam wróciłem na moment z zapytaniem, czy nie miałby nam w czym może kilka litrów pifka odlać... Kolega barman poszedł na zaplecze i wrócił z kilkoma pustymi petami po wodzie mineralnej.
Ta inicjatywą społeczną, całkowicie wytarłem wspomnienie o zaniemaniu garnków. Kiedy mnie z tymi pełnymi petami koledzy zobaczyli na dworcowym ganku, to łzy szczere z oczu upuścili.

No więc tak.
Mamy blisko 5litrów piwa, ale to zdecydowanie za mało, konstatuje dr Honzik i wnosi, byśmy przed wyjazdem z miasta uzupełnili zapasy. Ja jestem za, zaś profesor Kocur poprosił o parę pierdół dodatkowych, zostając przed marketem pilnując rowerów.
My, z dr Honzikiem wpadliśmy do środka i w try miga (jakże popularny zwrot w tej relacji) zapełniliśmy kosz marketowy piwem. Zapełniliśmy tak szczelnie, że już na nic nie starczyło miejsca. Ani na na chleb, masło i takie tam, niby potrzebne do życia. Profesor Kocur tymi brakami był troszeczkę zaniepokojony, ale tylko troszeczkę.

Zaniepokojony był, bo jak te zakupione 30 piw zmieścić, bez porzucania innych sprzętów niezbędnego wyposażenia, co się na nie jednej ekspedycji naukowej zdarzyło...?
No więc zaczynamy to jakoś wszystko pakować i okazuje się, że to się mieści. Mieści się, bo np. zapomniałem z Golfa wytargać śpiwora. Więc w jego miejsce wchodzi na mój bagażnik spokojnie 10 piw bez mrugnięcia okiem.

Generalnie więc, tuż po 19-tej wyjeżdżamy z miasta i kierujemy się na południe. Tam czeka nas wspinaczka, że nie w kij dmuchał. Z poziomu 400-stu trza się wspiąć na blisko 1000 metrów!
Ponieważ nie mamy mapy, tuż za miastem, rezygnujemy ze wspinaczki. Dr Honzik proponuje fantastyczne rozwiązanie. Staniemy na chwilę i opróżnimy sakwy ze zbędnego obciążenia.
To jest właśnie, to genialne, proste rozwiązanie, za które dostaje się Nobla.


To właśnie tu, w jesnickiej nadrazi knajpie, profesor Kocur stwierdził: kurwa... do tej pory nie piłem piwa!

Warto sięgnąć do Lalki Prusa...

...jak to subiekt Rzecki, udał sie z kuplami na piwo...


Każdy ma swój pociąg...


Dr Hoznik parkuje brykę i szuka noclegu. Nie nie, kolego! Dzisiaj śpimy w terenie! Przy okazji widać, dlaczego doktorowy zaprzęg szybo zyskał miano "Oszusta"... ;)


Tu zaczął się konkretny podjazd i... skończył. Odbijamy w krzaki, celem redukcji płynów.

Dr Honzik wysforował się w krzakach do przodu. Gdzieś mniej więcej w tym miejscu...

...profesor Kocur rzucił dr Honzikowi hasło: ty w tym lesie za długo miejscówki nie szukaj, bo jeszcze k... hotel znajdziesz!

Generalnie to, co się działo później, to jest to coś, co się przeklina na miejscu, a po czasie rozwodzi nad własnym bohaterstwem.
W trakcie planowania "przed" miałem zabrać poza garnkami jeszcze namiot dla mnie i dr Honzika...
Nie wiem, jakim cudem, ale zabrałem to:


I jakimś drugim cudem brezent 2x3m...

Gdyby nie to, to nie wiem, jakbyśmy tę noc przeżyli. Ja nie miałem śpiwora, ale na szczęście dr Honzik miał i z tym śpiworem co do milimetra zmieścił się pod polem "brezentowego parasola", który uchronił nas przed deszczową nawałnicą, a która to rozpętała się tej nocy...

Rankiem...

...tak wyglądał mój i dr Honzika plac noclegowy.

Temperatura tej nocy spadła do ledwie kilku stopni i nie dane mi było się z tego powodu wyspać. Lekka bluza za 20zł z Dekathlonu i jedna para skarpet... Reszta ciała w dżinsach.
Rankiem, trząsąc się, jak galareta, wstałem pierwszy... Rzuciłem okiem na Gambrinusa... Szkło pokryte rosą, zimne, nie przystępne... Ale nie oceniajcie, po okryciu. Nie ono zdobi człeka. Tym bardziej flaszkę.
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

forum.outdoor.org.pl

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #6 dnia: Maj 03, 2016, 02:37:47 »

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #7 dnia: Maj 03, 2016, 11:54:37 »
Z tego, co nie zapomniałem:

to zaparzarka do kawy.

Przyrząd ten stał się moim podstawowym, kuchennym przyborem w sakwie, po wypadzie z kumplem na rowerach do Puszczy Białowieskiej po stronie BLR.

Profesor Kocur w swoim namiocie wyspał się kompletnie, dr Honzik również, tylko ja - drzemałem z nadzieją szybkiego końca nocy. Buty zdjąłem, ale mogłem w  ich miejsce założyć druga parę skarpet np. i byłoby git. W stopach mych krytyczny punkt zlokalizowany był.
Poranek rozpoczęliśmy od krótkiego podsumowania dnia poprzedniego na liczniku dziennym pana profesora.
16,5km... Wynik całkiem całkiem, jak na górski etap.
Niestety dzisiaj trza już było wracać... Wypad obliczony na dni 5 z uwzględnieniem weekendu, w ramach rekonesansu.


Pogoda barowa, więc...


..na "chwilkę" wpadamy do nadrazi knajpa w Jeseniku.

Dzisiaj obsługuje wspólnik. Podczas pakowania się w betach znalazłem... czteropak żywca tym razem i postanowiliśmy go sprezentować barowej obsłudze. Na ch... wozić marne drzewo do lasu?
W nadrazi przelatujemy cały barowy zestaw, kontemplując dworcowy poranek. Na jedno pifko wpada kolejarz, elegancki biznesmen z laptopem, obywatel z gasrurką... No i my. My na cztery. Knajpa w połowie pełna lub w połowie pusta. W każdym razie żyje i polecamy ją gorąco.

Powrót, to bajka. Bajki same niosą, notujemy pierwszą awarię:
https://youtu.be/ptExwCsdwGQ

Teraz w te pędy do nadrazi knajpa w Mikulovicach!

Przed dworcem...

...kierunek oczywisty.


Niestety knajpa od trzech lat nie funguje...

Chciałem znaleźć na vimeo "filmik motywacyjny", który stał się przyczynkiem do naszej wyrypki, a prezentujący właśnie tę knajpę... Niestety i na niego nie mogę teraz trafić.


Smutek, nostalgia...

Po rozmowie z zawiadowcą udajemy się rychło do baru sportowego. Jest tu miejscowy klub, z salą gimnastyczną, bilardem i przyległym doń barem... Piękny, czeski miszung.
Spędzamy tu dwie godzinki ciesząc się chwilą.

Ponieważ nie wykazałem się pełną gotowością do spania w terenie, kapituła zdecydowała rozbić się na na znanej już nam sali restauracyjnej.


Dzisiaj idziemy wcześnie spać, bo jutro czeka nas najdłuższy etap.
Mustangi lądują na sali, my w łóżkach na grzeczne lulu.




Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Piotrek



  • Pomógł: 79

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #8 dnia: Maj 03, 2016, 13:20:02 »
Wigwamowe granie rzeczywiście dobrze przyprawia relację z eksploracji tych dzikich ziem. ;D
 
PS. Zamach na psią michę zapisze się kościanymi zgłoskami w annałach wydarzeń polsko-czeskiego pogranicza!

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #9 dnia: Maj 03, 2016, 17:02:55 »
Zdesperowanego polskiego podróżnika stać na akty niebywałe.
Ruskiego jeszcze bardziej.
Pamiętam sprzed ładnych kilku laty czwórkę ruskich wycieczkowców, którą spotkałem na Turbaczu. Mieli plecaki parciane (ciut większe od mojego) i zestaw przetrwania. Jeden plecak pełen wódki, drugi ziemniaków, trzeci cebuli i marchwi. W czwartym ruski primus i komplet aluminiowych garnków oraz przybory... metalowe kubki itp.

Wiemy już, że naszą restaurację otwierają o 9-tej, więc nie spieszymy się zbytnio.


Pozostawiamy po sobie jak najlepsze wrażenie.


Śniadanie i...

...w drogę!

Graniczny podjazd wymagający. Kadencja Urlicha.

Z Głuchołaz kierujemy się na Prudnik. W drodze mijamy się z tym szatanem:


Gigant... Po prostu gigant. Wiele części zapasowych już wiozłem, ale roweru w całości plus całego dobytku, nie.

W Prudniku na trawniku uzupełniam braki w lewym pedale. Zgubiłem kapsel...



Zaraz potem "wpadamy" na pomnik. Wstyd nam, że nie wiedzieliśmy, że stąd pochodził...

...Staszek Szozda.




Pogoda i humory dopisują.


Jezus w zbożu...


Ta chmura dogoniła nas w Mosznej.

Zanim jednak, to łatwo skóry na deszcze nie wystawiliśmy...






Zaraz potem z nieba lunęło. W ostatniej chwili schroniliśmy się w... barze... :) Warka z kija, to już nie to, co czeskie, ale okoliczności usprawiedliwiają.


Profesura... Nic dodać.


W strefie bufetu.


W okowach tęczy...


W kolejnej strefie bufetu.

W tym miejscu chciałbym przypomnieć, że nieustająco realizowaliśmy cele naukowe. Wystarczy wpisać w jutubie hasło pt: magnes do szkła i szybko znajdziecie odpowiedź.

Parę kilometrów dalej, w Kamieniu Śląskim praktycznie zakończyliśmy ekskursję. Nasz kumpel "gejesiarz" zaprosił nas do baru i tam utknęliśmy.
Jak zamykali lokal rozpętała się prawdziwa burza. Nie było mowy o kontynuacji. Wezwaliśmy wóz serwisowy ze Staniszczy i tako przed północą zlądowaliśmy w punkcie wyjścia.

Na koniec chciałbym dodać, że nasz naukowy zespół nie zasypia gruszek w popiele i w perspektywie trzech, najbliższych tygodni, ruszamy na Morawy.
Zasadniczo ekspedycja ta, będzie miała  podobny charakter. Jednym z celów tym razem, będą Koprivnice i muzeum Tatry oraz... Kolejne  "nadrazi knajpa".

P.S.
Jak ktoś z Was zawita do Jesenika, to odwiedźcie:
http://www.nadrazniknajpa.cz/ i pozdrówcie barmanów od rowerowej ekipy z Polski... :)





Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Shwarc

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #10 dnia: Maj 04, 2016, 17:52:16 »
Fajna przygoda, gratki

Offline piterito



  • Pomógł: 55

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #11 dnia: Maj 05, 2016, 04:26:06 »
Chciałbym mieć z wami zdjęcie z autografem  ;D

ps/przy tak obfitej konsumcji płynnych węglowodanów, posiłki podczas ekspedycji musiały być zapewne symboliczne
https://forum.outdoor.org.pl/index.php?topic=17575.msg274814#msg274814


piję tylko czystą, palę tylko Klubowe... zdejm kapelusz

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #12 dnia: Maj 15, 2016, 15:21:29 »
Przygotowania i konsolidacja zespołu w toku.
Info na bieżąco dostępne tu:
Cziesky pedal

Sprawa poważna. Bagno wciąga...
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #13 dnia: Maj 17, 2016, 07:58:49 »
Dziwy panie, z tych relacji wynikają wielkie...

W każdym razie zbliża się kolejny długi weekend i może komu przydadzą się informacje, z których ja korzystam teraz (i korzystałem rok temu) w przygotowywaniu wycieczki do Czech.
Do organizowania się w sposób kolejowy, polecam tę stronkę:
http://www.kolej.one.pl/~halski/cestovani_vlakem.html

To ona naprowadziła mnie też na trop nadrazi knajpa:
http://nadrazky.wz.cz/nadrazky_dle_jmena.htm
Aczkolwiek dane w przypadku Mikulovic okazały się już nieaktualne.

W naszym przypadku, będzie to karnet regio w PL i bilet kilometrowy w Czechach.

P.S.
Po haśle "pivny vagon" trafiłem na zabytkową kolej wąskotorową z Tremesnej ve Slezku:
https://www.youtube.com/watch?v=Cbiw2KJrlNs (od 4:23)
Więcej o niej można sobie dogóglać.

Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #14 dnia: Maj 18, 2016, 17:09:25 »
No, skoro wątki podzielone, to nie wiem, gdzie ów post zamieścić.
Proszę, luknijcie w link:
http://travelbit.pl/forum/viewtopic.php?f=6&t=35148&p=207349#p207349

W jakiś sposób jest relacja (jako nić) z tym, co my, jako Cziesky pedal czynimy dla ludzkości.

Skoro wątki podzielone zostały, to na tym poście, ja kończę żywot między Wami.
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

forum.outdoor.org.pl

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #14 dnia: Maj 18, 2016, 17:09:25 »

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #15 dnia: Maj 27, 2016, 22:33:53 »
Ekspedycja Cziesky pedal zrealizowana w 100%.
Zakończona pełnym sukcesem. Wypełniłem normę na docenta a dr Honzik na profesora!

Tymczasem posłuchajcie naszego hymnu:
https://www.youtube.com/watch?v=5DD-X43KvDM
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #16 dnia: Maj 27, 2016, 23:43:19 »
Prolog dla wytrwałych, czyli I odcinek Czieskey pedaliady 2016 - Na tropach Jożina z bażin.

https://youtu.be/Fqat3BU0hEk



Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #17 dnia: Maj 30, 2016, 11:14:29 »
W zasadzie, to podsumuję cały wypad krótko. Turystyka piwna w Czechach ma przyszłość.
Z dr Honzikiem upodobaliśmy sobie 10-tki, bo można to pić i spokojnie jechać. Ba... można... Trzeba!
Tym razem nakręciliśmy trochę więcej km-ów i sporo tego wypadło pod górkę.

Najpierw trzeba było dojechać do Bielska, gdzie wyznaczyliśmy sobie miejsce zbiórki (w Katowicach odpadł z imprezy prof. Kocur niestety). Wybrałem najtańszy sposób, czyli zakupiliśmy z profesorem karnet regio (zwany dalej pedżio).
Bardzo dobra oferta przewozów regionalnych. Jedyny minus (który w określonych okolicznościach jest plusem), to fakt, że człowiek tłucze się przez całą Polskę lokalnymi połączeniami, z mnóstwem przesiadek. Bilet ważny 2m-ce upoważnia do trzech dowolnych, nielimitowanych kilometrażem i przesiadkami, dobowych przejazdów (czas liczy się od 00-24). Do każdej doby można dokupić bilet na rower w cenie 7zł szt.
Z takiej oferty skorzystaliśmy. Dr Honzik dotarł z zachodu samochodem.

Pierwszy etap: Bielsko - Cieszyn zajął nam 2h z hakiem i w nadrazi restaurace w czeskim Cieszynie zameldowaliśmy się o 20.20. Spaliśmy w parku nad Olzą po polskiej stronie.

Drugi etap: Cieszyn - Frydek Mistek to spokojne kulanie się od knajpy do knajpy przez cały dzień. Pogoda dopisała, było cudnie. Nocleg niedaleko dworca na zapleczu sportowym, w bezpośrednim sąsiedztwie rozłożonego cyrku... :)
Wieczorem nastąpiło pierwsze wabienie Jożina. Było skuteczne i pozwoliło nam w sposób jasny określić jego preferencje.

Trzeci etap: Frydek Mistek - Koprivnice, z królewskim podjazdem. Wiele knajp po drodze. Pogoda dalej fest choć dalsze p rognozy nie sa już obiecujące.. Zaliczamy kąpiel w rzece, gdzie po raz kolejny trafiamy na ślady bytności Jożina. Późnym popołudniem lądujemy w Kopriwnicy. Uzupełniamy zaopatrzenie i inwestujemy w pułapkę feromonową na Jożina. Jesteśmy już na Morawach... Nie może się nie udać. Vive miało wczoraj gorzej... ;)
Wieczorem napięcie rośnie. Lokujemy się nad rzeką, zastawiamy pułapkę i... idziemy spać.

Czwarty etap: Kopryvnice - Cieszyn.
Rankiem łapiemy Jożina! SUKCES FULL EKSPEDYSZYN CZESKI PEDAL 2016!!! Tego nie da się w dwóch słowach opisać.
Nie wydajemy jednak Jożina lokalnym władzom, co pierwotnie chodziło nam po głowie. Uwalniamy go na bagnach i zostawiamy w spokoju. W cale on taki, nie taki straszny... Można by powiedzieć, swój chłop... :)
Dalej knajpa, muzeum techniki Tatra, knajpa i dworzec.
https://www.youtube.com/watch?v=TIAN1TrkBjg

0 18-tej przesiadka w Ostrawie, gdzie mamy godzinę na nadrazi restaurace (to już nasza trzecia na tej ekspedycji). W Cieszynie wracamy do dworcowej knajpy a po jej zamknięciu celebrujemy życie nocne po czeskiej stronie. Kończymy w barze bistro przy dobrym pifku, gdzie spłukujemy się do cna w towarzystwie specjalistów (i specjalistek) od subkultur młodzieżowych i polskiego rocka.
Nocujemy w sprawdzonej już wcześniej miejscówce. Pogoda tego dnia już nie rozpieszczała, ale miała nas w opiece.

Etap piąty: Cieszyn - Bielsko. Rankiem po raz pierwszy odczuwam objawy lekkiego kaca. Doskonałym nań środkiem jest stara droga na Bielsko.
Na finiszu pałaszujemy fantastyczne pierogi w Jaworze przy skrócie na Dębowiec.

Po pierwszej docieramy na miejsce zbiórki i tu się nasze drogi rozchodzą. Dr Honzik odlatuje na zachód, ja nieco później na północ. Staram się jeszcze pobyć w świecie równoległym, jak długo mogę.
Przy okazji rozprawiam się z Usypać góry. Historiami z Polesia Małgorzaty Szejnert, spędzając blisko dwie doby w pociągach PR... Na zachętę polecam krótki rozdział o kołtunie... :)
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #18 dnia: Maj 30, 2016, 22:36:00 »
Mała wariacja w temacie:
https://www.youtube.com/watch?v=5Knshtfo4L0

P.S.
Film długo w tym kształcie nie powisi.
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #19 dnia: Maj 31, 2016, 01:46:42 »
Po zajawce rozłożymy kolejne etapy na więcej czynników.
Dzisiaj etap I.

Nikt nie jest doskonały.
To motto tego etapu. Szanujmy więc i akceptujmy niedoskonałych, bo szybko możemy ich zastąpić. Ja np. doskonale opracowałem plan marszruty.
Najpierw wszedłem na stronę PKP i rozkminiłem dojazd:


Siedem przesiadek...
Z profesorem Kocurem mamy się spiknąć w Koluszkach.

Start o 5.22 z rana, to nie jest to, co lubię ale na szczęście  rowerem do dworca mam niecałe 5 min. Wstało mi się nawet znośnie - o 4.26. Końcówka pakowania i spod chaty startuję dokładnie 5.09. Na dworzec wjeżdżam o 5.12.
No prawie... Trza drałować po schodach, bo windę zajął jakiś zmęczony jegomość. Wygląda tak pociesznie, że postanawiam mu pstryknąć fotę. Czekam aż ludzie spieszący na pociąg, co właśnie wjechał na peron, wyjdą z kadru i rzeczoną robię.

Wesoło parkuję przy tablicy z odjazdami pociągów, kontroluję czas, jest git. Do odjazdu 5 minut... Rozglądam się po dworcu, kiedy w głośniku coś skrzeczy. Ledwie rozumiem ale pani zapowiada Hutnika IC do Katowic.
Lukam więc sobie na tablicę, o której on będzie w tych Katowicach. Odjazd 5.18, przyjazd 13.33... Pięknie, myślę sobie i sprawdzam o której ja do tych Katowic dojadę na moim karnecie, zerkając na domową ściągę. Wychodzi mi 19.08, he, he.
Ale zaraz zaraz... Coś mi się na tej tablicy rzuciło w oczy. Mój pociąg PR do Bydgoszczy już... odjechał?! Kurwa... No co jest? 5.12?! Ponownie łapię ściągę i czytam: 5.22... Jeszcze raz na tablicę i wszystko jasne... Gdybym nie focił gościa, to bym zdążył. Na ściądze - szewski błąd. jakoś mi się jedynka na dwójkę pomieniała...

Kwadrans później siedzę już przy kompie i studiuję kolejne połączenia.
Nie ma opcji, byśmy regionalnymi dojechali przed upływem doby, poza tym w nocy regionalne nie kursują. Na karnecie, czeka nas kibel do rana na dworcu w Katowicach.
No, tego Kocurowi nie zrobię. Znajduję połączenie z Łodzią IC (do Katowic), które daje nam szansę dotłuc się do Bielska kole 22-giej. Rad nie rad, kupuję bilet i cała moja ekonomia wyjazdu się kładzie. Pal sześć. Ważne, że profesor akceptuje rozwiązanie i będzie miał nawet bliżej, niż do Koluszek. Przezornie jednak sprawdza sam  jeszcze równolegle, czy połączenia w ogóle istnieją i z ulgą potwierdza.


Na drugiej stronie dopisuję...

Na dworcu jestem na blisko kwadrans przed odjazdem i tylko po to, by zaraz wysłuchać skrzeczącą panią, że mój IC Chemik już ma opóźnienie 10 minut...
Ponownie rozglądam się na dworcu i widzę młodzieżową ekipę, do której zmierza stara, dobra znajoma . No tak. Jedzie z ekipą do Tychów na MP w pływaniu juniorów młodszych.
Mają bezpośrednie pendolino, które odchodzi wg rozkładu później od mojego, ale dzisiaj... wcześniej.

Do pociągu właściwego wsiadam 25 minut po planowym terminie. Dzwonię do Kocura:
- W zasadzie, to mogę powiedzieć, że chyba jadę... :)

Zaształowałem rower...

...i z plecaka wyjąłem opasłą (jak na ekspedycję rowerową) książkę.
Wspomniane Usypać góry. Historie z Polesia. Z lubością oddaję się lekturze i przenoszę w lata dwudzieste ubiegłego wieku. Autorka pisze swobodnie i wciąga mnie, jak poleskie bagna, na które zabiera mnie z panną Boyd, Cartonem de Wiart, Izaakiem Sierbowem (ten gagatek fotograf, wybrał się był na Polesie rowerem np., co w tamtych czasach  było czynem na Polesiu niebywałym), księciem Karolem Mikołajem Radziwiłłem, czy też Napoleonem Ordą i innymi, równie ekscytującymi postaciami.

Bardzo szybko na 51-szej stronie docieram do rozdziału: O hołdownikach i przeciwnikach kołtuna.
Ot, takie perełki słowne z wykładu profesora Lebrun`a (1862r - klinika chirurgiczna w W-wie):
"...Macie panowie przed sobą zjawisko kołtunem zwane. Spotkacie się z nim nieraz, o kto by z was chciał wielką liczbę na raz kołtunów zobaczyć, niech jedzie w krakowskie, do zach. guberni lub najlepiej między błota pińskie. Tamto spotkalibyście takie okazy, o jakich dziś, nie widząc jeszcze żadnego podobnego, wyobrażenia mieć nie możecie..."

Na dworcu w Kaliskiej tak oto zaczytał się w tym rozdziale profesor Kocur:




Na zbliżeniu widać, że nasz naród w ogóle, jest ulicznie oczytany.

Dla tych, co kołtuna jeszcze nie widzieli, służę zdjęciem poniżej:



Cdn.


Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #20 dnia: Maj 31, 2016, 11:35:24 »
Na tyłach dworca kolejowego, zaparkowaliśmy przy rampie i na chwilę zajęliśmy się raciborskim. Czułem się w obowiązku postawić profesorowi rzeczone. Policja też poczuła się, kiedy to nagle wyjechała z za węgła, zaskakując nas kompletnie. Znaczy służby w dobie terroryzmu mamy czujne, obywateli mniej.
Ratują nas... rowery. Zwłaszcza kocurowy zestaw. Pan policjant siedzący po prawej widząc je, macnął tylko ręką i... odjechali... :)
Podobnie jak my, policjanci również, nie stwierdzili dziejącej się szkody społecznej. Policjantów tym sposobem serdecznie pozdrawiamy!

Zostawiamy po sobie porządek i udajemy się na peron. Nasze pierwotne połączenie wypada z powodu awarii i kolejna piramida połączeń się sypie. Od tego momentu postanawiamy działać spontanicznie:





Działania wzmagamy:
https://youtu.be/xp0yBnItL4M

Jedziemy do Częstochowy. W służbówce towarzyszą nam dwa lustrzane odbicia. Koledzy Sportowcy. Oni jadą na lekko. Ich dalsza marszruta, już na rowerach prowadzi do Krakowa.

Napis...

...na klacie Kolegi Sportowca nie pozostawia złudzeń.

Pozwoliłem sobie Kolegę odnaleźć na liście:
http://mrdp.pl/archiwum/gmrdp-2015/wyniki-gmrdp-2015
Teraz wiem, komu będę kibicował w tym morderczym wyścigu... :)

A my...?


Podziwiamy panoramy za oknem.


Ooo... Rodzinne strony Grzegorza Brzęczyszczykiewicza?

Łapiemy przesiadkę w Częstochowie. Mamy tylko 6 minut. Na cztery zostawiam profesora samego. Każdą wymieniam na łomżę w przydworcowym sklepie. Operacja w stylu GROM-u, każda sekunda na wagę złotego napoju. Wsiadam, pociąg odjeżdża... :)


Po spożyciu, profesorska zaduma.

W Katowicach profesor Kocur sprawdza ostatnie połączenie. Wychodzi na to, że mamy 1,5h dla siebie. Do 23.26 znaczy. Kodujemy termin i ruszamy na miasto. Na majdanie dworca wiele się zmieniło od czasu ostatniej mej bytności tutaj... Jedynym plusem są parasole i rewelacyjna oferta na słowackie piwo z kija. Tmawe 5zł, jasne złotych cztery. Sprawdzamy smak obu.
Przy okazji widać, czym różni się lanie piwa do szkła "po naszemu" od "po dobremu". Pomijam już wyjątkową oszczędność pani barowej. W zajawce filmowej jest tablica, jak lać i kosztować piwo ciapowane. Wrócę jeszcze do tematu. Tymczasem pijemy po polsku.

Idę opróżnić pęcherz "w krzaki". Proces próbował zakłócić jakiś niekulturalny jegomość, nachodząc mnie w rzeczonych z hasłem:
- Dawaj kasę!
A może w ryja...? Grzecznie zripostowałem i na tym konwersację zakończono.

Równo 20 minut po 23-ciej meldujemy się z Kocurem na peronie. Troszkę jesteśmy zmęczeni. Obrazy niewyraźne...





W czasie między mój towarzysz odbiera jakąś wiadomość, która wyraźnie podcina mu skrzydła. Ja odbieram drugą: - nasz pociąg... odjechał 20 minut wcześniej.

Patrzę na dworcowy zegar, rozkład jazdy i...

...wybucham śmiechem.

Ale jaja... To się nazywa jazda. Tym razem zakładam okulary i gruntownie robię przegląd pociągów. Pierwszy do BB mamy o 4.29... Znaczy wypada kiblować na dworcu. Robi się chłodno. Plus, bo chłód wieczorny zwiastuje dobrą pogodę dnia następnego.
Niestety na tym na razie się plusy kończą. Profesor zbity jak pies oświadcza, że musi wracać... Nie potrafię go zatrzymać. Jego pociąg odchodzi o 4.41.
O 4.20 ściskamy się po męsku i każdy z nas rusza w swoją stronę.

Punktualnie o 5.42 wysiadam w BB. Ranek wita mnie rześko. Nie ma 10-ciu stopni, więc wdziewam lekką bluzę i śmigam do Lupiego. Droga prowadzi pod górę. Jadę niespiesznie tak, by się nie spocić. Najpierw główną na Żywiec, potem odbijam w Karpacką, na Kamienicę.
Gógiel podpowiada mi teraz - 6,2km. Zajęło mi to ponad pół godziny. W dziupli Lupusa melduję się kwadrans po 6-tej, sprawnie rozbijam namiot na wilczej łące i drzemam do 8-mej z minutami. Na więcej nie pozwala mi słońce. Zresztą dobrze, bo nie ma co czasu marnować, zwłaszcza gdy uchylając połać namiotu, ma się taki widok:


Jednym słowem... Znamy się z Lupim, nie od dziś! :)



« Ostatnia zmiana: Maj 31, 2016, 23:35:11 wysłana przez andy »
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #21 dnia: Maj 31, 2016, 18:22:29 »
Cholera... Jestem trochę zmartwiony, bo nikt tego poważnie nie czyta!
Od kiedy to w naszej historii zafunkcjonował niejaki Grzegorz Brzęczyszkiewicz...?! Takie nazwisko, to każdy Niemiec (po studiach) przeczyta. Z Brzęczyszczykiewiczem jest już zdecydowanie gorzej.
Takie faux pas popełniłem i... nic. Zero reakcji...

« Ostatnia zmiana: Maj 31, 2016, 19:19:26 wysłana przez Elwood »
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #22 dnia: Maj 31, 2016, 23:27:15 »
Zanim wstanę i wychylę piwo ze stołka, postaram się przybliżyć wam pomysł i w ogóle samego Jożina (a w zasadzie legendę o nim).
Podstawową wersję wygóglacie sobie sami. Parę tekstów, kilka kliknięć i macie wynik. Kim jednak naprawdę był Jożin...?

W 2012-tym...
https://www.youtube.com/watch?v=e8D_w7_Z8hk
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline andy

  • tato


  • Pomógł: 65
  • pieniądze nie dają szczęścia, krowy nie dają sera

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #23 dnia: Maj 31, 2016, 23:34:15 »
Cholera... Jestem trochę zmartwiony, bo nikt tego poważnie nie czyta!
Od kiedy to w naszej historii zafunkcjonował niejaki Grzegorz Brzęczyszkiewicz...?! Takie nazwisko, to każdy Niemiec (po studiach) przeczyta. Z Brzęczyszczykiewiczem jest już zdecydowanie gorzej.
Takie faux pas popełniłem i... nic. Zero reakcji...



czytam, czytam ;)
z komórki trudno
_________________
dopóki nie skorzystałem z internetu nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów /stanisław lem/

niektórzy ludzie mogliby się zabić, skacząc z poziomu swojego ego na poziom swojego IQ

Life is short. Relax ;) Smile and laugh as much as possible ;D

Offline Elwood



  • Pomógł: 19

Odp: Wycieczka do d...y
« Odpowiedź #24 dnia: Czerwiec 01, 2016, 11:16:11 »
No, czytanie jest kwestią bezdyskusyjną...

Przed wyjazdem kopałem się trochę z przeszłością celem wyjaśnienia sobie roli, jaką w naszej świadomości pełnią stwory wszelakie.
Zajrzyjcie np. tu:
http://mer.chemia.polsl.pl/~pborys/mitologia-slowian3x.pdf

oraz koniecznie przeczytajcie:
http://biblioteka.kijowski.pl/stomma%20ludwik/antropologia%20kultury.pdf

Gieysztor podzielił stwory na:
- wodne,
- leśne,
- powietrzne,
- związane z ogniskiem domowym.
Te trzy pierwsze powszechnie uznawane były za wrogie człowiekowi.

No właśnie... Czy aby?
Sztomma rozprawiał się z uprzedzeniami. Większość ich wzięła się ze zwykłej niechęci do obcych. Temu właśnie, uprzedzeniu do obcych, poświęcił swój wykład dr Honzik. Nie powiem, baliśmy się uprzedzeń... Najgorsze w takich ekspedycjach, to fakt, gdy ktoś uprzedza ciebie i zgarnia cały splendor.
W finale wykładu, krótkie podsumowanie ekspedycji:
https://youtu.be/4q0ksZx7Z6I

P.S.
Ważnym była również nasza konsekwencja w dążeniu do celu.
https://www.youtube.com/watch?v=K-DhJswjTxg

W poszukiwaniu informacji o Jożinie, tak naprawdę, brakowało jakichkolwiek. Zero publikacji, tylko wyobrażenia. Przyjęliśmy więc prostą strategię - zasięgania języka. Idealnym do tego miejscem są szlaki komunikacyjne (i ich przecięcia), w tym np. dworcowe knajpy lub przydrożne gospody. Korzystaliśmy z tych źródeł skwapliwie.
Innowacyjnym zaś podejściem, było wabienie Jożina.

O tym wszystkim - wam opowiem.



Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje