Autor Wątek: Mażenada  (Przeczytany 1943 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Elwood



  • Pomógł: 17

Mażenada
« dnia: Maj 11, 2016, 20:00:03 »
Tymczasem skreślę w paru słowach, jak to się stało, że po tylu latach przerwy (a było tego ze 20 lat przerwy minimum) ni stąd ni zowąd wsiadłem na rower i wróciłem na nim (również z nim) z Albanii do Polski.
A wszystko to przez jednego dekla, z którym, by na tej wyrypie przetrwać, zastosowałem znaną metodę: pokorne cielę dwie krowy ssie. To znaczy po tej wspólnej wyrypie, znalazłem w sobie tyle sił, by z tej Albanii wrócić...
Działo się to na koniec lata 2011-tego...
No więc Moi Drodzy,
(... tu mała przerwa. Zamieszczam tu Wam relację, jaką popełniłem zaraz po powrocie. Niestety część fotek (pierwsze były rysunki moje) już znikła z serwera, a nie wiem, gdzie mam materiał źródłowy... Też gdzieś się błąka... Jak znajdę, to brakujące zdjęcia podmienię. Za stan obecny przepraszam. Jeżeli moderator uzna to za profanację, to nie będzie żalu, jak całość powędruje do kosza.)

No więc Moi Drodzy!
Sprawa ma się mianowicie tak, że na ten moment będzie tylko wstęp albo ustęp (znaczy bliżej tego drugiego).
Sprawę rzeczoną będę prowadził w aktach 5-ciu, jako, że wyrypa dramatyczną była.

Przedstawiam ją pod tytułem:
MAŻENADA - dramat nieklasyczny do końca, czyli ZAPISKI BAŁKAŃSKIE ELWOODA z pobytu w sanatorium na wczasach w góralsko-bałkańskich lasach.

Bohaterowie dramatu:
1. Kierownik mazeno.
podpunkt a, czyli profil kierownika:
- fota kierownika:



- wykres osobowości kierownika:



- zalety kierownika:
oszczędny
- wady kierownika:
oszczędny
- cechy szczególne:
dziury po zębach


2. Elwood Blues Singels.
- fota Elwooda



- wykres osobowości Elwooda:



- zalety Elwooda:
same

- wady Elwooda:
brak

- cechy szczególne:
uroczy


3. Przedstawiciel medialny - Pastor


4. Przedstawiciel mentalny - Iszu vel Lupi


5. Autobus.
- foto:



- marka
kundel mieszaniec

- wyposażenie
spadający wężyk podciśnienia

- zalety
jedzie

- wady
kierownik


6. Bicykl.
- marka
Kogo Mijata? Wszystkich.

- typ
wredny

- zalety
jedzie

- wady
pedały... wyraźnie szkodzą dupie


Zaczemu w ohle ta MAŻENADA?

No trza o tym wspomnieć.
Mazeno, czyli Tadeusza Dzięgielewskiego dopadła osobista tragedia. On i jego najbliższa rodzina straciła zięcia, męża, ojca... Wojtka Kozuba, znakomicie zapowiadającego się alpinistę młodego pokolenia.
Dociekliwi wygóglają.

Dość powiedzieć, że Wojtek osierocił Paulinę, córkę mazeno i ich nowonarodzoną córeczkę.

Znaliśmy się tylko z forum3po3 (z mazeno znaczy). Znaliśmy się wirtualnie, spontanicznie korespondowaliśmy. Klimatycznie był mi bliski.

Mazeno wymyślił sobie, przy pełnym wsparciu rodziny, że najlepszą terapią na szok związany ze śmiercią bardzo mu bliskiej osoby, będzie ucieczka jak najdalej. Ucieczka gdzieś, gdzie być może uda mu się oderwać choć na moment od przytłaczającego ciężaru i zmęczenia nim, coś, jak chwila tego twardego snu, która dopada w końcu styranego wielogodzinną pracą człeka, ale pozwalającego mu w te kilka godzin odbudować siły do pracy dalszej.

Wysmalił ogłoszenie, w którym szukał partnera do 3tyg wypadu na Bałkany z głównym akcentem na Albanię, i tranzytową Macedonią. Wysmalil też zestaw warunków. Zestaw taki, że albo grasz wg ustaleń kierownika, albo wypier...
Nie ważne teraz jaki, ale bardzo przejrzysty. To lubię. Lubię jasny układ. Jak się nie podoba, to...

Jest taki stary dowcip żydowski o rozwiązywaniu problemów. Dobrym rozwiązaniem zalegających problemów jest nowy problem. Tym "dowcipnym" jest koza.
Tak se pomyślałem, że po żydowsku wyleczę mazeno. Przeca nie jestem psychoterapeutą, ale z pomocą kozy... znaczy mnie... albo zwariuje, albo w końcu wróci do świata żywych.

No i tak weszłem w temat aczkolwiek i ja postawiłem skromny warunek. Mój był jeden. Z trzech tygodni mam do dyspozycji w ramach 4x4 - 6 dni, reszta to... rower.

Przychodzi taka chwila, że człek rzuci nieopacznie jakieś hasło (vide mazeno), to i ja se rzuciłem, że mogę popylać na rowerku z powrotem.
Temat bezpieczny, bo moja 20-letnia kolażówka nadaje się na kursy do Biedronki po piwo...
Ale oczywista musiał sie odezwać Przewodnik Duchowy Isza Lupus (taki mój kolega), że jego super wypasiony rower Koga Miyata z sakwami, namiotem 2kg itd... jest k... do mojej dyspozycji...
No i się wpierdoliłem po pachy. Było nie pić razem piwa.
Nie dość, że koza dla mazeno, to jeszcze z Albanii f-cznie popylać na rowerze trzeba teraz, by nie utracić resztek ciulowego oblicza.

OK!
Chcecie tego... to macie!

« Ostatnia zmiana: Maj 18, 2016, 15:13:52 wysłana przez andy »
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

forum.outdoor.org.pl

Mażenada
« dnia: Maj 11, 2016, 20:00:03 »

Offline Elwood



  • Pomógł: 17

Odp: Mażenada
« Odpowiedź #1 dnia: Maj 12, 2016, 07:36:18 »
To, jakie warunki przedstawił mazeno ogólnie, były konkretne i czytelne. Niestety okazało się, że są to warunki dla zwykłego uczestnika a dla mnie...



Wzruszył mnie rozdział o hierarchii lotniczej w USA, który został zacytowany w oryginale. Wynikało z niego jasno, że lecimy w kosmos, a ja uwielbiam takie niespodzianki. Ja robiłem za milicjanta a mazeno za małpe. Zadania w kopercie były następujące:

Dla małpy/mazeno:
- przygotować wsio do lotu,
- sprawdzić stan urządzeń,
- przeprowadzić wszelkie niezbędne pomiary,
- realizować sukcesywnie program NASA.

Dla milicjanta/Elwooda
- nakrmic małpę,
- położyć się spać.

Na podstawie tego programu realizowaliśmy podstawowy porządek działań.
Ja karmiłem mazeno, on robił całą resztę.
W ramach szczególnego wyróżnienia mogłem jeszcze zaopatrywać nas (na łańcuchu) w podstawowe produkty na bazarach.
Po prostu byłem SZCZĘŚLIWY!

Aneks tu (znaczy dwa ćwioki)

Dołączam jeszcze szczegółową mapkę naszej pojezdki:



Mazeniak na tej wycieczce ujawnij trzy pasje:
- prowadzenie autobusu, znaczy jazda nim,
- fotografia,
- pomoc każdej ofierze losowego bądx nie przypadku.

Pierwsza przejawiała się kurczowym trzymaniem kierownicy:


Dzierzył na tyle mocno, że w zasadzie tylko na długim dojeździe zlitowałem się i podsiadłem Tadzika. Potem juz do końca z kółkiem i kołami zmagał się kierownik. Również i mi jazda własnym zaprzęgiem daje mnogo satysfakcji więc łatwiej mi było zrozumieć jego. Zresztą po prawej jest lepiej. Nie koncentrując sie na jeździe więcej ogarniasz przestrzeni, a ta... hm.

Druga pasja mogłaby być męcząca dla potencjalnego uczestnika Mażenady. Widząc "kadr" natychmiast zatrzymywał autobus i pstrykał. Nie było to jednak pstrykanie zwykłe. Najpierw pomiar temperatury światła przez namierzanie. Namierzanie, czyli kręcenie głową w wielu kierunkach z aparatem przy oku. Przypadkowym świadkom tłumaczyłem, że kolega jest chory psychicznie i to dla nie najlepsza terapia, znaczy strzelanie fotek kilku punktom na nieboskłonie.
Potem pstrykanie właściwe (wcześniej kręcił jeszcze obiektywem i filtrem polaryzacyjnym).
Następnie cały ten proces powtarzał drugim aparatem. Jeden był cyfrowy, drugi analogowy.
Standardowo moglem w tym czasie:
- wysikac się,
- zrobić kupę,
- zjeść śniadanie,
- obejrzeć serial W kamiennym kręgu (cały) i przeprowadzic wywiad rzekę z niewolnica Isaurą.
:)

Ponieważ Tadzik był niewątpliwie specem od dobrych kadrów, postanowiłem fotografować jego i uczyć się.






























Filmował też...

Najgorzej, jak wchodziłem mu w kadr.




Wtedy nie przebierał w słowach...

Ale ja też nie odpuszczałem. To była klasyczna walka o kadr i nie zawsze mazeno był górą:



Jetzt leider, eine grosse Pause.
Niestety kobita goni do cekolowania.
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 17

Odp: Mażenada
« Odpowiedź #2 dnia: Maj 12, 2016, 18:49:05 »
Chwila oddechu, więc uzupełnię.

Ciut technik mazeno jeszcze:









A tu był opierdol!


Tadek zatrzymał autobus, nieopacznie wskazując obiekt i bezczelnie skradłem mu kadr. Nazwał mnie wtedy paparrazim na dodatek. Bo nie dość, że wcześniej upolowałem kadr, to zaraz potem Tadka w w fotograficznym "negliżu".

Bywało też, że był szybszy niż szybki Lopez.


Wtedy był dumny i z poczuciem szybko wykonanego zadania dostojnie wracał do autobusu.
No może nie tak dostojnie, bo właśnie nie dostosowaliśmy się do wytycznych macedońsko-kosowskiego pogranicza...

Niestety muszę oddać mazeniakowi, że w tej fotografii to najlepiej wychodziło mu trzymanie... aparatu.
Otóż, nie ma w tym nic śmiesznego.
Analogiczny przykład. Dajcie chłopu, co nie palił w życiu fajek, peta do ręki. Każden zorientuje się, że chłop w życiu nie palił. Nie ma tego nawyku.
Nie ma tego spojrzenia, gestu, mimiki... Maklakiewicz z papierosem w Rejsie. Spojrzał w prawo, spojrzał w lewo...
Taki był mazeno.
Nuda panie, nuda.
Ale jakoś trwałem. Zepłem się w sobie i esicy i trwałem, bo muszłem.

Nie było wyjścia i stosować się do podpisanego regulaminu muszłem, bo musiałem, gęsim piórem i własną krwią podpisanym zresztą - bo mazeno lubi celebrować. A na samym jego (znaczy regulaminu) wstępie stało:
1. Kierownik ma zawsze rację.
2. W sprawach spornych patrz pkt 1.

Z czasem najbardziej męczył mnie 1486 pkt:
- kupę robimy w ściśle określonych godzinach, znaczy między 19.30 a 19.31

Ów regulamin pisał mazeno w oparciu o swoje nawyki i przyzwyczajenia. Jemu to szło w minutę, a mnie...?
Uuuu, to cały proces.
Do tego wyznaczona pora, to u mnie co najwyżej dziennik lub sikanie z musu.
Wstawałem więc primo przed świtem, że niby przyroda i takie tam i kucałem gdzieś w krzaczorach. Że niby duo, to właściwego kadru szukam. Tylko takie podejście akceptował kierownik. Szukanie kadru zajmowało mi dobry kwadrans. By opróżnić własną, wchodziłem Tadkowi w dupę tekstami:
- Kierowniku!!! Mierzę właśnie temperaturę światła!!!
Tadek dumny z procesu, który zainicjował, czyli naukę fotografii, przez sen mruczał:
- Ino czego nie spier... i kadr trzymaj!
- Łoj trzymam, trzymam! Z wysiłku krzyczałem.

I tak z każdym dniem jakoś zawiązywaliśmy nić sympatii. Ja wchodziłem mazeno w rzeczoną, on chwalił moje postępy w nauce.
Był jeden taki przejaw wzrastającej sympatii kierownika do mojej osoby.
Na początku, kazał mi wypier... z autobusu jakie 10 razy dziennie. A w połowie ekskursji, ni stąd, ni zowąd, zaproponował przedłużenie terapii o dni kilka we wspólnym jestestwie.
Podobnie jak Góral Bagienny (taki inny kolega mój) zrozumiał, że jest jakaś mikra, ale jest, szansa przywrócenia mnie społeczeństwu. O swoich problemach już dawno zapomniał.

Owładnęła go nowa misja. Przez kolejne 6 dni wpajał mi zasady współżycia we współczesnym społeczeństwie. Spowodował, że i ja stałem się aktywny w temacie. Po 10 dniach współpracy w rzeczonym, zaproponowałem Tadkowi wypranie jego koszulki, której woda nie tknęła od czasu wyjazdu z wilczego szańca.
To był wyraźny znak, że wracam do żywych i zaczynam myśleć, jak standardowy właściciel zdrowego nosa.

Ale nie było lekko, o nie! Moja inicjatywa spotkała się na początku z ostrą krytyką. Zaraz po fakcie przepierki, jako jedyny organiczny świadek zostałem postawiony pod ścianę (z granitu) łącznie z pozostałymi skutkami tej przepierki i...


... czekałem na wyrok.

Na całe szczęście pojawili się właśnie austriaccy turyści z pytaniem o drogę. Była to młoda para płci przeciwnych. Koleżanka Austriaczka nagle zapragnęła odpocząć, a Helmut, jej chłopak wręcz przeciwnie.
To zamieszanie uratowało zapewne mi życie. Wdzięczny Heldze (a ona nie wiedząc czemu mi) odprowadzaliśmy się wzajemnie jeszcze długo powłóczystymi spojrzeniami. Dopiero potem założyłem majtki...
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 17

Odp: Mażenada
« Odpowiedź #3 dnia: Maj 12, 2016, 19:48:09 »
Trzecia pasja kierownika, czyli pomoc wszelaka każdemu, który jej oczekuje musi na publikację poczekać, bo znowu gonią do cekolowania...

Jeszcze kilka fotek z autobusikiem w tle:


Macedonia - Zdunska Planina


Macedonia - w drodze na Dupen Kamen


Macedonia - zjazd z Suvej Gory


Macedonia - Park Narodowy Mavrovo.

Nomen omen nieopodal zdobyłem swój pierwszy macedoński dwutysięcznik (2157m). Oczywista w starym dobrym stylu.


Klapki wzmocnione przez firme Miszlę.




Albania - sesja z Korabem.


Pasmo graniczne z Macedonią. Masyw najwyższej góry obu krajów.




Centralnie na Korab. Koniec sesji.


Góry Przeklęte.


Góry Przeklęte - Valbone.


W samym sercu Gór Przeklętych. U zbiegu granic: Albanii, Czarnogóry i Kosowa. Czyli...


... tutaj.


Jazda wzdłuż granicy.



I to było na tyle w temacie przedstawienia osób dramatu.


Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 17

Odp: Mażenada
« Odpowiedź #4 dnia: Maj 12, 2016, 20:46:53 »
Kolega rucinsky ma u mnie skrzynkę browara i to dobrego, za przywrócenie funkcjonalności bloga w wordpressie.
Prawdziwy dr Talent Rucinsky... :)
Takie dobre uczynki zawsze przywracają wiarę w człowieka.

Z tym większa ochota będę kontynuił dla Was Mażenadę. Zapewne część z Was domyśliła się skąd nazwa tej wycieczki... ;) Mazenowa żenada... :) Do dzisiaj mile wspominam tę wyrypę i dodatkowo jeden kraj (i ludzi), do którego zawsze żywiłem sentyment, a który to został 20 lat temu zepchnięty na peryferia Europy, izolowany i wyklęty... Wspomnę o tym, ale w finale relacji.

Tadek Pomocnik.

Nie przepuścił okazji, by wylansić się przy jakims źródle oczekujacym pomocy. Przypadków było wielu. Jeden został zdokumentowany od A do N.
Zjeżdżamy z parku Lure nasyceni widokami, kiedy na drodze dostrzegam ciemną, ciągnąca się kilkanaście metrów strugę. Rzucam od niechcenia:
- Zapewne jakis lokales urwał miskę...
Kilkaset metrów dalej, u wlotu do doliny stoi passat czy vento, w każdym razie znajoma marka. Auto podparte za wahacz na kamieniu a liczna komisja obraduje, oczekuje... No własnie. Na mazeno oczekuje. Ten wpada między gości i robi za ordynatora, a ja za asystenta.

Robota idzie mu składnie. Spuszcza olej do końca, resztki wypluwając kręcąć silnikiem na koniec. Po po pół godzinie czyszczenie miski (w niej dziura już wcześniej łatana w tym miejscu), następnie "płynny metal" - mieszanie i szpachlowanie dziury.
Kolejna czynność to zalanie olejem spuszczonym plus dolewka nowego.
Po dobrej godzinie wsio rabotajet a my zaproszeni do knajpy w otoczeniu wianuszka lokalesów piejmy: Tadzek kawę, ja piwo.

A o to dokumet:


Przy okazji diagnozujemy wyciek z układu chłodzenia.


Spuszczanie oleju i czyszczenie za nami. Klej na klejenie dziury...


... znaczy tak to wyglądało z pewnej perspektywy. I finito.

Kiedy pstrykamy fotki, ja kozom a Tadek jakiejś ciekawszej wydumce, nadjeżdża nasz nowy kolega.
Mazeniak nie daruje sobie kontroli jakości.


A kontrola wyglądała tak.
Koleś szczęśliwy odjechał do Tirany a my w kierunku Valbone...

Aaaa, tu jeszcze jeden przypadek.
Spotkani po drodze Czesi mieli problem z kołem. Mieli...
Pojawił się Tadek i raz dwa pięć, zrobione.


O to finał akcji. Z autobusowego kompresora zasilanie i po sprawie.

A niechtam!
Ochłonąłem już po ekskursji, stres minął, nerwy skołatane się odkołataciły.
Pora wywlec kilka spraw, bo dalej nie jestem już trwać w tym, tym... no... jak to, tego było z tym... Sami widzicie, że se z TYM nie radzę!
A niechtam!

To "TYM" miało źródło w mazeniaku.
Chłop wydawał się uczciwy, pomocny i w ogóle... A teraz po wyrypie tylko jego wszyscy pytają o mapy, ślady, tropy, tracki.
Mnie kurde nikt nie pyta, nikt mnie nie lubi a sami widzicie, jak się staram, opisuję, tłumaczę... Przytaczam niesamowicie ciekawe ciekawostki a tu nic...
Zewsząd tylko:
- Ale mazeniak hardcor.
- Ale mazeniak gość.
- Ale mazeniak taki, a owaki...
To nie jest w porządku. Nie jest.
A niechtam!

Już drugiego dnia podporządkował mnie sobie terrorem. Co rusz tylko słyszałem:
- Wypier..., wypier..., wypier...
(No, to prałem na okrągło własne ciuchy. Ja prałem a on, WIELKI GOŚĆ tylko pstrykał foty i w ogóle... Galerie na pikasie wyfasolił... A czyim kosztem?!)
- dalaj..., dalaj..., dalaj...
Więc biegłem przed autobusem, byle dalaj.
A niechtam!

Najgorsze było karmienie mazeniaka. Gdzieś wyczytał, że Macedonia słynie z pszczelarstwa. Że pszczelaży tu 90 000. Ale liczba mu się nie spodobała. Za okrągła... Po korekcie przybyło Macedończykom jednego pszczelaża więcej.
Byle było zgodne z normą 90 001/2011.

No więc do porannej kawusi miodzik miał być i był.
Przez cały pobyt prawie w ohle nie spałem. Tylko ciemną nocą dało się bez kąsań wybierać miód. A weź tak dłub z każdego oczka plastra wykałaczką... Schodziło do rana na jeden kubek.
Jak zapowiedział, że potrzebny słoik dla żonci, to wierzcie mi, pszczoły, widząc mękę mą, same się zrzuciły...
A niechtam.

Po kawce jazda na targ. Pomidory tylko świeżutkie i kształtne. Dostałem od kierownika taki szablon i miałem przezeń "przepuszczać" pomidor, by był zgodny z pszczelą normą.
Kiedy zwróciłem uniżenie uwagę:
- Panie kierowniku, ale to szablon do bananów...
Nie pytajcie, co było "dalaj".
Znowu przepierka i bieg przed bolidem...

Urok tego biegu miał podwójne dno.
Człek się mocno wentyluje, a ponieważ wokół zero zanieczyszczeń węch się wyostrzał i z tego powodu bardzo cierpiałem.
A niechtam!

Otóż, pewnego dnia wpadliśmy do jednej wioski, a ta wyludniona. Do drugiej, wyludniona, do trzeciej, wyludniona.
Z czwartej jako ostatni, właśnie uciekał głuchy, niemowa i ślepy w jednym.


To on zdradził tajemnicę Gurguricy.

Przy okazji wyszło, że wystarczyła nasza wizyta w pierwszej wiosce w okolicy, by z każdej pozostałej wszyscy spieprzali przed nami. Znaczy przed mazeniakiem. Ten ślepy, niemowa i głuchy w jednym, przyłapany przyznał się, że żałuje, że jeszcze jednego zmysłu nie postradał, po wymianie zdań z kierownikiem. Znaczy węchu...
Do mazeniaka nawet muchy nie leciały na koniec, a pchły spier... z niego na mnie... Naprawdę nie było łatwo z Tadkiem jechać.
Sytuacja się faktycznie poprawiła, jak uciekł przed samym sobą.
A niechtam!

Ale wtedy już było za późno...
A niechtam!

Mógłbym opisać znacznie więcej przypadków ale niechtam...
Przynajmniej zwiedziłem kilka bazarów, poznałem pszczoły podróżniczki. Poznałem ich życie i wiem już dlaczego stadnie wymierają.
Kiedy mazeniak pierwszy raz puścił bąka, te zgodne i przyjazne bidule wzięły go za swego. Okazało się szybko, że to taka pszczela heroina. A, że owady wątłe... sami dopiszcie finał...


Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 17

Odp: Mażenada
« Odpowiedź #5 dnia: Maj 12, 2016, 21:29:53 »
Abyście i Wy wirtualnie zaznali, jaki to kiepski żywot wiodłem, przedstawię go Wam na przykładzie jednej, pełnej doby.

W zasadzie, to nie wiem, od jakiej czynności zacząć tą dobę, ale pewnikiem najlepiej będzie od szukania miejsca na nocleg.
Otóż, jak już wiecie, mazeniak miał coś z pszczołami nie tak. Znaczy musiał znaczyć teren bąkami, a dla niepoznaki (i z miłości również do miodu) w jego zainteresowaniu legało/legło źródło produkcji tegoż.
Ponieważ całe noce spędzałem, już wiecie, jak spędzałem, to i nocleg musiał być w pobliżu uli.
Najlepiej w pobliżu najbliższym. Cały więc Boży dzień jeździliśmy wyszukując pasiek. A, że ich nomen omen tak wiele było, stąd mikre dzienne przebiegi.

Wybór właściwego miejsca musiałem oddać kierownikowi:


- Panie kierowniku!
- Czego?
- Widzę rząd przystojnych uli! Meldowałem szybko, bo nie daj Boh, by kierownik wypatrzył ule pierwszy...
- A które konkretnie zachwalasz?

Te dwa panie kierowniku!


- Jakieś mikre te hornet`s! Co ty mi tu?! Jedziemy dalaj!

- Tam tam są!


- Tamtamy ćwoku są w... tym, no... Pakistanie ćwoku!
- Taaajeeest! W Pakistanie! Ale... to daleko, panie kierowniku...
- Tam daleko, z Ukrainy parę kroków ćwoku!
- Taaajeeest!

No i tak jeździlim przez dzień cały... A to kolor ula nie ten, a to pszczoła bez skrzydła...
- A tu..? Tu, panie kierowniku? Pszczoły, że hej!


- A tu..? Tu może być. Rozbijamy się!

No to się rozbijalim.


Przynajmniej mordęgi z jazdą i jazgotem niezadowolenego kierownika mniej było.
- Czy mogę serenadę na cześć?
- Możesz!

Wyciągałem więc gitarę i harmonijkę niebyle jaką(w przeciwieństwie do pudła), znaczy 12-stokanałowego chińczyka z registrem jednak. Jak już wyciągłem obojga to grałem np:

Raz cztery zakonnice
Brały prysznice
Puszczały sobie pszczołe
Na pupe gołe...


Dodam jeszcze, że takie miejscówy, były w szczególnej cenie.
Ze względu na przyległy hotel. Kierownik cenił wygodę a zwłaszcza łóżko wodne, znaczy macedoński odpowiednik w kształcie stogu.

Ale teraz zróbmy skrót i przejdźmy do poranka.
Kiedy szeryf jeszcze spał, tuż przed wschodem słońca, ja już musiałem być na nogach. Pierwszą moja czynnością (poza łapaniem kadrów w kszaczorach - pamiętacie chyba genezę) było utrzymanie ognia przez noc.
Więc pierwsze, co robił mazeniak po przebudzeniu, była kontrola stanu tegoż:


Spójrzcie na twarz kierownika. Zawsze wiele mówiła. No dzisiaj, to wesoły, z ochotą do życia człek. Aż kipi dobrą energią. Takie dni uwielbiałem...

Gdy on nastepnie drapał się za uchem, w try miga musiało być podane do stołu:


Minimum dwie alternatywy. Zupa mleczna, lepioszka, herbata lub...


... śniadanie kontynentalne w konkretnym standardzie jednak.

By zdobyć te winogronka, w czasie gdy kierownik konsumował, ja już dawno byłem w drodze na targ.
Najpierw szybkie ablucje:


Bo nie daj Boh przyłapanym być przez wodza z brudnymi rękoma. Na szczęście pomogły mi tu biesowiskowe konsultacje ze znanym podróżnikiem, Sztefanem Fetyszpachy z Węgier. Jego niezawodny repelent/respirant w kulce do pach znakomicie radził sobie z wszelkimi zapachami, jednocześnie pozwalał bardzo długo utrzymywac świeżość... (zwłaszcza, gdy się go stosowało doustnie). Ale do tego jeszcze wrócimy.

Gnałem więc na rowerze (teraz wiecie na co on mi był) na targ w te napędy. Tam na chwilę zapominałem o wszystkim...


W tej chwili uroczej zawsze na myśl przychodził klasyk... Po myśli odchodził, a ja nurzałem się w przestworze...


Zaiste dziwny to kraj, w którym marchwii kilogram kosztuje 1.40zł tyle, co bladej papryki a pomidorów dwa razy mniej.


Nic, tylko pakować na wagę i brać kilogramami. Np. skrzynka pomidorów kosztowała całe 4zł20gr... Arbuz cały 5-7kg od 4zł10gr do  6zł50gr... Ale jaki to arbuz...
Winogrona ciemne urody niezwykłej 2.00zł/kg, urody zwykłej (równie smaczne) 1.30zł/kg.
Ponoć macedońska blada papryka jest najlepsza, podobnie miody. Tylko wysoko w górach były już dokarmiane roztworem cukru. W dolinach kwitła jeszcze kupa różnych przyrodniczych dziwactw...

No... ale tu trza zapier... bo kierwonik nie znosił próżni. Znaczy mego braku.
Zaopatrzony w rozmaite produkty od owoców, przez warzywa po biały ser i chleb, gnałem co pedał wyskoczy do obozu, by otrzymać pochwałę lub reprymendę.
Oczywista kierownik sprawdzał wszystko dokumentnie i rozliczał mnie z każdej złotówki, znaczy dinara. Kiedy raz, niefortunnie próbowałem schować jedno małe wingrono i ogonek od pomidora, to teraz czekała mnie również rewizja roweru i osobista.
Ta ostatnia nie była w cale taka zła. Jak zasugerowałem raz, że w tyłku się zmieści nawet cebula, a akuratnie mnie rzeczony swędział, to kierownik wydrapał mi nie tylko esicę a nawet jelito grube w poszukiwaniu raju utraconego. Nie powiem, było trochę złogów...
Mocno objuczony siatami musiałem czasami stanąć i odpocząć, bo upał wzmagał się zminuty na minutę.


Stawałem więc na moment w cieniu...


... lub wpadałem do baru na sok z winogron ptasich np.

Tym nie mniej musiałem się mocno pilnować, bo jak tylko wpadałem zziajany do obozu, to już...


... czekała mnie rewizja.

Zaś po, zadawałem standardowe pytanie:
- Serenadę kontynuić?
- Kontynuić!

Leciała pani z panem
Aeroplanem
Puszczali sobie pszczołe
Na pupe gołe

« Ostatnia zmiana: Maj 12, 2016, 21:45:49 wysłana przez Elwood »
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 17

Odp: Mażenada
« Odpowiedź #6 dnia: Maj 12, 2016, 23:55:54 »
Jak się rozpedzisz to nawet H2 który już z 4 kierunków łapie dźwięk gdzie nawet słyszysz z której strony ptak ćwierka z tym, że tu już za sam rejestrator jest 700 zł a z akcesoriami to o 120 zł więcej. Plusem jego jest to, że może służyć jako mikrofon studyjny i do komputera, aż sam się na ten H2 napaliłem ;D

Wysłane z mojego 6045Y przy użyciu Tapatalka
Tymczasem dostałem propozycję zakupu Olympusa VN‑1100PC za 45zł i chyba skorzystam.
Tym niemniej polecany rejestrator mam na względzie dalej.
Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

forum.outdoor.org.pl

Odp: Mażenada
« Odpowiedź #6 dnia: Maj 12, 2016, 23:55:54 »

Offline Elwood



  • Pomógł: 17

Odp: Mażenada
« Odpowiedź #7 dnia: Maj 13, 2016, 19:32:53 »
Po śniadaniu i przeglądzie jeździlim. Jeździlim w poszukiwaniu kolejnych pasiek.
Ja jednak musiałem być czujny. Raz padło hasło:
- Elwood! Coś mięsnego na obiad. Fersztanden?!
- Taaajeeest! Coś mięsnego!

No więc hajda na rower i dalaj rozglądać się za rogacizną.


Idealna okazja, pasiona na okolicznych śmieciach. Takie szczególnie namierzałem. Nieopodal tarzały się trzy w kupie gówna, jeszcze bardziej apetyczne.


Niektóre osobniki były naprawdę wypasione.


Inne świadome, co je czeka:
- Mućka! Idą po nas!

Nie było lekko. Czas niemiłosiernie gonił:




Tym bardziej, że pod rygorem musiałem mieć zasięg i meldować o postępach. Więc dalaj do...


... roboty i ganiać za muuu...


... beee...


... i meee.

Bywało w czym wybierać:





Bywało zaś odwrotnie i tak, że...


... wsio szło na tapetę. Muły ryczące i...


... białka latające.

Wtedy to musiałem się mocno napracować z pedałami (łoj dupa bolała, łoj!). Zdarzało się i granicę naruszyć w poszukiwaniu dorodnych okazów:



Bywało też bardzo kiepsko. Musiałem szukać wszędzie:


Przy wodopojach różnych...


... takich...


... i owakich jeszcze kilka...






Krzaczorach różnych.

Ale musiałem być bardzo po zakonie i do tego mega ostrożnym, bo z jednej strony łamanie przepisów ruchu drogowego na Bałkanach jest...


... bardzo surowo karane. Z drugiej zaś...


... nie tylko ja czaiłem się na zwierza przy wodopojach.

Zdarzało się z myśliwego stawać ofiarą. Wtedy nie pozostawało nic innego, jak...


... szybko wywieszać białą (nie do końca) flagę...


... w wersjach dwóch...


... składać z krwawicy okup...


... no i nieznanym losu końcowego w bólu negocjować warunki uwolnienia.

Serenadaaa!!!

Mazeniak z Elłódzikiem
Jechali busikiem
Puszczali sobie pszczołe
Na pupe gołe...

Jak Tadek wpitolił taką kozę (z nosa) to znowu ruszalim w poszukiwaniu uli.
Najbardziej ceniony rozmiar uli: 90-60-90. Takiej uli ze świecą szukać, ale próbowalim.

No, ale dotarliśmy do południa. Co z tego, że najedzony, skoro najedzony Tadek i tak był zły.
Więc rower i hajda znowu po zaopatrzenie.
Uwielbiał podwieczorki. Znaczy pan kierownik. Ja też, ale ja się nie liczyłem. Robiłem za piórko w kapeluszu Winnetou-yego.
Musiałem wybrać odpowiednie miejsce, uzbroić teren w stolik, krzesełka, koszyk z wędlinami, nabiałem i kawka na finał.

No więc po kolei.
Najpierw znowu gonitwa po targach uzupełnić niedobór owoców i warzyw i innych takich:


Tu przykład na ten przykład albański.

W ogóle zauważyłem dziwny trend. Sprzedawcami byli głównie faceci. W ogóle faceci zajmowali się babskimi sprawami...




Tu oddałem skarpetki kierownika do cerowania.

No sam kierownik, gdy ja popylałem z siatami, bawił u fryzjera z pedi i peniciurem np.


Obu tych ostatnich na "pe" kojarzyłem z pedałami mego roweru.


Krążyłem więc między straganami...


... i ludźmi...


... i kobietami, z podobnymi siatami.

Ja w kurzu i skwarze, a Tadek gładząc...


... brodę w cieniu popijał czaj...

Mówię Wam. Nigdy nie podpisujcie pod presją żadnych chorych regulaminów. Zwłaszcza tych, co mają 10457 punktów, a każdy z nich 10-tki podpunktów chocby Was ta ilość pkt-ów rajcowała nie wiem jak (jak mnie).
Pogubiłem się w tym. Myślałem, że będą przytulne pensjony, skąpane w słońcu hotele z palmami i plażami, a tam łózka (w hotelach, no kurde) mięciutkie z białą, pachnąca perłą, albo inną perłą pościelą.
Rano do łóżka śniadanie, w tym jajko po wiedeńsku, bułeczka chrupiąca z masłem czosnkowym lub rogal z dżemem i czarna, jak wungiel turecka kawa.
Potem basen i konwersacje wersalskie:
- Spójrz Jolu (tak se zamieniłem Tadzika na Jolę), na tę chołotę szwendającą się po ulicach. Przecież to nigdzie nie pracuje, a potem się dziwią, że na śniadanie to świeże powietrze...
- Ach, Elłódzie mój drogi, mój ty rycerzu, ciężkopracujący, gdyby nie ty, to pewnie tłukłambym w klawiaturę teraz podanie o pracę, a tak...

- Elwood!!! Wypier... z targu! Co tak stoisz i gapisz sie przed siebie mętnym wzrokiem, jak krowa na pociąg! Stolik, krzesełka, obrusik raz!!!
- Taaajeeest panie kierowniku! Stolik, krzesełka, obrusik dwa! Szybko wróciłem z megakosmosu, na szorstki, albański skalny szuter...


Taki zestaw robiłem w sekund 5.


Następnie migiem kawusia i...


... arbuzik skrojony i ciasteczka na deser.


Po posiłku ablucje w źródlanej wodzie, ze źródła niebylejakiego.

Muszę jednak szczerze przyznać, że czasami Tadek miał gest i zapraszał mnie do...


... baru.


Jednego z tych prawdziwych, tradycyjnych, w którym przesiadują przy czaju lub kawie autochtoni. Bardzo lubię ten gwar i zagęszczoną dymem fajek atmosferę, że tak powiem: czuć tam prawdziwy oddech prowincji na plecach.

Bardzo ważnym aspektem naszej włóczęgi, była dbałość o to, by w odpowiedniej chwili napoić kierownika. W tych upałach, szybko traciliśmy płyny...



Przy okazji też Tadek często schładzał...


... się pod pachami (a to zalecenie Dr Sztefana Fetyszpachy z Węgier, o którym mowa już była i jeszcze będzie).


Tuż przed kolacją jeszcze łyk osłodzonej źródlanej wody z dodatkiem limonki.

Przed samą kolacją zaś jeszcze jeden przegląd. Tym razem czystości...


... garnków obozowych i naczyń. Proszę zwrócić uwagę, na ostatni rondel po prawej.



A po przeglądzie przychodził czas na kolację.
To w zasadzie był najważniejszy posiłek dnia, często jedyny.
W przypadku kolacji, pan kierownik celebrował najbardziej. Jakość zastawy i świeżość strawy, nie mogły budzić najmniejszych wątpliwości a zwłaszcza już pobudzać szpiony do akcji.


Tu zgadzałem się z kierownikiem aż do śmierci.

Wraz z kolacją dzień dobiegał końca...


Myca na kołek...


... gasiliśmy sprzęt i silnik...


... o taki. Zupełnie, jak ten z promu obsługującego linie Fierze - Koman. Gasiliśmy...


... prąd. Stawała się ciemność.

Powoli zapadał zmrok...





A gdy nastawała noc...


... mazeniak w skąpym świetle ogniska słał do żonci sms-y do rana, a ja dekonspirowałem szpiony i wydłubywałem uli miodzik z uszu, któren to, tak upodobał se Tadek...

Serenade bitte!

Gdy Tadzik puszczał gaz
Nie jeden raz
Ja puszczałem pszczołe
Na pupe gołe...




Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 17

Odp: Mażenada
« Odpowiedź #8 dnia: Maj 13, 2016, 20:24:38 »
Poza tym wszystkim, w zasadzie nic się nie działo. Jakieś dwa drobne incydenty... znaczy, coby  kontynuić dramę.

Drugi biwak w terenie. Miejsce akcji opuszczony kołchoz w pobliżu Gurguricy (płn-zach Macedonia).
Kołchoz, to dziesiątki drewnianych chat z małymi poletkami zamkniętymi licznymi koralami dla owiec. Z okolicznych połonin schodzą ostatni pasterze ze swoimi beczącymi stadami. Pobrzękują dzwoneczki...
Ta melodia wprowadza mnie w błogi stan.
Szybka kolacja i rzucam się na glebę. Namiotów nie rozbijamy (i tak będzie już do końca Mażenady). Nurkuję do śpiwora, opieram jeden z policzków o worek z ciuchami i powoli odjeżdżam... Mazeno krząta się w dali z aparatem, szukając nocnych kadrów, ja odlatuję w kosmos nade mną...

Każdy z Was ma zapewne "swój" jeden, czy kilka traumatycznych, prześladujących go od czasu do czasu snów. Jednym z nich niewątpliwie jest np. szczypawica zagnieżdżająca się w uchu... brrr!

No więc...
Gdy mi już tak słodko, nagle czuję zainteresowanie jakiegoś owada czeluścią mojego ucha. Nim zdążyłem zareagować, owe "cuś" bezczelnie wtargnęło w moje jestestwo!
Chwila moment stałem na nogach.
- Mazeno! Coś mi do ucha wmaszerowało! Aj, kurwa!!! Boli!!!
Czuję i słyszę chrobot gdzieś we własnej przestrzeni...

Rzucam się pędem do kosmetyczki i sięgam po pilniczek do paznokci. W zasadzie, to służy mi on do usuwania... woskowiny.
Walcząc mentalnie z "odgłosami" i bólem nerwowo próbuję sięgnąć szpiona koncówką pilnika. On, znaczy szpion jest nieosiągalny!
Na lewe, zaatakowane ucho słyszę niewiele. Czuję zaś narastające świdrowanie. Okropne uczucie.
Co tu gadać, jestem przerażony, ale próbuje się opanować.

W tej sytuacji zdecydowanie lepiej idzie Tadkowi.
- Zdusimy drania wodą utlenioną! Ordynuje i wchodzi, jak Spider do akcji.
Moment dzierży flaszkę w dłoni, ustawia właściwie moją łepetynę i pompuje zawartość w głuche już kompletnie ucho.
Woda buzuje.
- Powtarzamy! Słyszę zdrowym uchem głos kierownika.

Bulll, bulll, bulll... ssssssyyyyy. Czego ja tam w w tej czaszce nie słyszę! Przez łepetynę przewalają się 10-tki myśli... Nie będą ich cytował :)
Prostuję glacę i... czekamy.
- No i jak? Rusza się jeszcze?
Nie, nic nie czuję! Uspakajam się.

Stoimy tak przez chwilę. We łbie mi szumi, słyszę echo wszystkiego wokół. A w zasadzie, to niewiele słyszę. Z trudem opanowuje panikę.
- Kurde, Tadek. Nie jestem w stanie sięgnąć drania pilnikiem. Musi ścierwo bardzo głęboko siedzieć. Co teraz?!
Spokojnie Elwood. Mam pompkę podciśnieniową do wyciągania kleszczy. Próbujemy?
- Dawaj!

Po chwili Tadek lokuje rzeczoną przy sponiewieranym uchu i... zasysa.
Systematycznie narasta "nowy" ból. Gdy przekracza moja wytrzymałość cielesną, odruchowo cofam głowę. Puk i... patrzymy z nadzieją do tutki.
- Jest co?
Nie ma!
- Dawaj jeszcze raz!
Tadek ciągnie, ja skręcam się z bólu. Trzask i... w tutce pojawia się... krew.
- Kurwa mać... klnę, bardziej dla animuszu. Tląca się nadzieja, przygasa.
Dobra, ostatni raz Tadziu. Jak nie pomoże tym razem to... Nie potrafię jednak znaleźć odpowiedzi na tak postawione przez siebie pytanie...

Mazeno skupia się teraz na maksa i ciągnie, ciągnie, ciągnie... (nie druta k... :) )
- Aj!!! Wyję z bólu i cofam głowę!
Lukamy do tutki, a tam tylko krew...
Zrezygnowany, z tępym bólem i dziwnym echem sięgam po pilniczek.
- Jest! Słyszę chrobot! Drze się Tadek.
I ja czuję, że o "coś" haczy mi pilniczek.

Spinam się jak do sraczki życia. Zawijam pilniczkiem i...
- Jest!!! Patrz Tadek, chrząszcz jebany!
Na końcówce pilniczka nabity szpion. Długi na jakie 10-12mm, szeroki na 3... Wygląda, że cały.
- Dawaj Elwood, zalewamy teraz ucho w celach dezynfekcji.

Posłusznie oddaję się finałowym zabiegom Tadka 'pomocnika".
Znowu bucha, syczy, paruje. Czuję smak wody utlenionej w ustach. Pewnie błona uszkodzona. Ale gada nie ma, to cieszy.
Tadek powtarza czynność jeszcze dwukrotnie. W uchu tylko krew, w samej głowie... Lepiej nie mówić.
Jestem deko przygnębiony. Co pokaże jutro...? Teraz to tylko zapalenia ucha trzeba albo jakiej poważniejszej infekcji i ma Tadzik urlop i... terapię!
Sytuacja poważna, ale zawsze pozostaje nadzieja i wiara, że licho złego nie weźmie.

Wyciągam z kosmetyczki dwa komplety stoperów do uszu i jeden wręczam mazeno. Zatykamy uszy bez słowa komentarza.
Głuchy jak pień, styrany, z szumem i bólem, bólem i szumem, pogłosami dżungli i diabli wiedzą czego jeszcze wsuwam się do śpiwora...

Rankiem wita nas wschodzące słońce, rześkie powietrze i rosa na śpiworach. W uchu nic się nie dzieje. Nie boli bardziej niż bolało, co nie co słychać. Przed poranną kawą, mazeno zalewa je profilaktycznie wodą utlenioną.
Wstaje dzień.
Patrzę na tego nocnego pielęgniarza, co teraz krząta się, jak gdyby nigdy nic przy autobusowym obejściu. Taki z ciebie gagatek...
- Nie myśl ćwoku, że jestem ci wdzięczny za tę maskaradę! Ślepy by się mną lepiej zajął! Zagajam.
Zająłem się tobą ćwoku, by móc ciebie spokojnie wypier... z autobusu. Ripostuje kierownik.

A jednak ten świat potrafi być piękny. Idę robić kupę...

Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

Offline Elwood



  • Pomógł: 17

Odp: Mażenada
« Odpowiedź #9 dnia: Maj 13, 2016, 23:15:39 »
Finalne podsumowanie.

Wszyscy pytają, jak dałem radę z rowerem... A pytanie winno być postawione inaczej.
Jak rower dał se radę ze mną?

Otóż, mało kto wie, ale mam za sobą profesjonalną, zawodniczą karierie kolarską. Wystarczy wpisać w gógle darek elwood i wyskoczą wsie moje tytuły i osiągnięcia.
Bylem wielokrotnym MP i jednokrotnym MŚ w jeździe indywidualnej na czas.
I teraz postanowiłem wykorzystać wcześniej stosowaną, a prostą arytmetykę kolarską. Gdy kondycji nie staje istotną rolę odgrywa czas. Drastycznie wzrasta nań zapotrzebowanie i tu nikt nigdy nie był w stanie mnie pokonać.

W końcu przeszedł ten dzień, kiedy wypadało się pożegnać z kierownikiem.
Dostałem opr, za złe spakowanie szpeju, bo bicykl po załadowaniu od razu fiknął orła do tyłu.
Poirytowany kierownik zajął się tym razem sam wszystkim i po 15.145 sek. rower stał gotowy do jazdy. Tadek zdążył jeszcze zmienić dętkę w tylnym kole, bo w 3 sek. ułamał wentyl.
Spojrzeliśmy na siebie i... wtedy doznałem poważnej kontuzji brzemiennej w skutki. Kierownik z jakąś dziką pasją wymierzył mi solidnego kopa na szczęście...
Kolejne pięc dób mego powrotu do Polski, to zmaganie się z ową kontuzją, znaczy potwornym bólem tyłka. Nie powiem, pewien udział miały w tym bezczelne dwa pedały, z którymi w miejsce kierownika przyszło mi się związać.

Ten romans okazał się tragicznym, gdyż dramy było mało...
No więc jak z tą moją kondycją było?


Do granicy dotarłem jeszcze w formie...

Potemm szybko poszarzało mi w oczach.
 

Jak to w kolarskim peletonie starałem się korzystać ze sprawdzonych miejscówek na postoje, sikanie itp:

Park w Podgoricy.


Za bufetem w HU czyli TU. Znaczy kilkanaście km za granicą SRB-HU w puszcie, czy pasztecie jakimś, czy cuś.

Rewelacyjnie tanią miejscóweczkę podłapałem jakie 10km od centrum Budapesztu.
Był już wieczór, zapadały ciemności, ale ja jak zwykle miałem farta.
Pensjonik miał niebanalne położenie: u zbiegu drogi ekspresowej i autostrady, co gwarantowało szybkie włączenie się do ruchu z rana.
Nie wyspałem się, co prawda kompletnie, bo okna były stare, drewniane i idealnie przewodziły nocą szum aut do mojej skolatanej łepetyny, no i te meble... Padłem ofiarą czambułu różnych żyjątek, które to kąsały mnie, gdzie się tylko kąsać mnie dało.


Finał był taki, że następnego ranka, w centrum Pesztu nie dość, że moment mi poszarzało, to jeszcze...

... obraz rozpływał się ze zmęczenia.

Ale nic to. Zaraz potem było już tylko... pod górkę.
Przynajmniej nie przepłacałem za noclegi.
Przed wysadzeniem dworca w Prilje Polje dla osłabienia czujności postanowiłem napić się z drużnikami. Po kilku godzinach na posterunku ostał się jeden trzeźwy.
Gdy chciałem już kolumbrynę wysadzać, czy cuś, okazało się, że naród srbskij nie da się tak łatwo podejść.

Gdy pękła pierwsza (moja) skrzynka piwa, w ruch poszły następne. Szybko zyskałem status bohatera narodowego, bo taki otrzymuje każdy w Serbii, co postawi gawlę, znaczy skrzynkę...
Się dowiedziałem nagle, że Serbowie, to nie Słoweńcy i tu, w Prilje Polje każdy Serb stawia w rewanżu...
Było nas sześciu więc...
Najsampierw pociąg miał odjechać o 20-tej. Potem o nula nula. W końcu doturlał się o 3.30 nad ranem.
Jedyny trzeźwy drużnik zadzwonił do noclegowni, gdzie kontynulim, a na koniec spalim i poderwał mnie do akcji.

Pociąg był mieżdunarodny i leciał z Podgoricy do Suboticy. Co ciekawe jeszcze w MNE próbowałem na niego kupić bilet, by doturlać się do granicy serbskiej. Niestety nie nada było, bo ów nie prowadził pomieszczenia dla rowerów.
Po stronie serbskiej przy wsparciu całej obsługi dworca, brak pomieszczenia nie był już żadnym problemem.

Za 2Eu wykupiłem sobie skromną jedyneczkę:


Cena bardzo skromna, zarezerwowana dla bohaterów narodowych. Normalnie bilet kosztuje Eu 15. Rachunek wyszedł prosty: 2Eu + 10Eu piwo - obsługa dworca miała zniżkę w przyległej doń hurtowni piwa :) = 12Eu.
Znaczy zaoszczędziłem 3Eu i maksymalnie uzupełniłem sole mineralne i witaminy z grupy B.
A to ważne było przed kolejnymi etapami.
Co prawda jedynka miała jedną wadę. Sąsiadowała centralnie z ustępem. Znaczy, co kilkanaście minut musiałem ustępować troszku miejsca doń wybierającym się. Fakt, że cuchło strasznie przy tym... Ale i to, po 12 dniach oganiania się przed eteryczno-heroicznymi bąkami w puszcze kierownika, nie było specjalnym wyzwaniem dla nozdrzy.

Po wjechaniu do strefy Eu, sytaucja uległa...

... dramatycznej zmianie.

Skoro dotarliśmy do Słowacji opowiem Wam niesamowitą historię, jaka przeżyłem w Żylinie.
Do tego miasta słowackie pkp dowiozły mnie pare minut po 2-giej w nocy. Stąd miałem kolejna już (czwartą) przesiadkę do Cadcy i prawie 2h wolnego.

To, co mnie uderzyło tuż po wysiadce z pociągu. To cisza... Ni Żywej duszy. W poszukiwaniu nocnego,  dworcowego baru zlazłem wszystkie perony, tunel dworcowy i hale główną.
Wszystko pozamykane, okienka okratowane, jak te jedyne czynne przy kasach z informacją kolejową...
- Dobry weczer! Co tuje, ze nic nie je? Zagadnałem dziwnie wystraszoną panią w okienku.
- Pane. Uciekajte z mesta!
- A zaczemu?
- Bo na mesto grasuje vampir! Katastrofa!
- Ale jak mam uciekać, skoro moj vlak jede za 2 hodiny?
- Pane, uciekajte! On rabuje, gwałci krew wysysa!
- A jest tu jaki bar otwarty. Wsio zatvorene...
- Ne Pane. Wsio zakryte!
- To co mam robić, skoro vlak za 2 hodiny?
- A no ni wim! Ja tu tylko rzigam! I... bum. Okienko się zamknęło.

No dobra. Czasu kupa, więc śmigam na rowerze do zabutkowego centrum.
Miasto normalnie wymarłe... Nikogo. Żadnego człeka, nic nie jeździ, policjanta, myszy... Pusto i cisza, jak makiem zasiał.
Popylam więc bicyklem po rynku i tak se postanowiłem fotkę łądną nocną zrobić. Sprzęta ustawiłem centralnie, aparat oparłem o ławeczkę i zgdonie z wytycznymi kierownika - pstryk!

Robię podgląd na tym monitorku i dodam: kurde, kierownik chyba nie byłby zadowolony... Nie zmierzyłem temperatury światła...

I dalej ustawiać wsio od nowa. Po chwili kolejne pstryk i... Na podglądzie widzę jakąś postać. Lukam za obiektyw na obiekt właściwy i...

... faktycznie ktoś stoi kole koła!

- A witajte! Nie wiecie, gdzie o tej porze można ciapowane napić/kupić?
- JA SEM VAMPIR!
A, przperaszam! Ja sem Elwood... Darek znaczy, z Polski.
- JA SEM VAMPIR Z ŻYLIŃSKIEHO RINKU! JA TU STRAŚNIE STRASZĘ!
Jessuuuu, jak gościu skrzeczy... Wkoło taka cisza, a ten drze ryja.
Miasto ci płaci?
- SAM SE POBIERAM!
Eeee, chopie. To coś ci cienko idzie. Nie lepiej to straszyć w południe, kiedy ludzi kupa? W nocy gówno zarobisz. W ogóle, to coś taki mikry, przezroczysty jakiś... Kiedy co jadłeś ostatnio, jesz ty wohle co?

Koleś wywalił gały... i już ciszej:
- Krew spijam...
Kaszanke znaczy wpylasz... Oj chopie, chopie. Jak tak dalej pójdzie, to padniesz na ten swój brzydki ryj i tyle z tego i ty i miasto będzie miało.
Ponieważ spieszno mi było jeszcze raz zapytałem:
- No dobra, to jak z tym ciapowanym? Dostanę gdzie?
Nigdzie... Odpowiedział kolega Vampir i smutno dodał: Odkąd straszę, Żylina stała się jedynym miastem na Słowacji, gdzie nie można piwa w nocy kupić...
- Toś się doigrał... We własne gniazdo tak srać? Przyjedź do naszego Kraka. W końcu nie daleko masz. Majątek w tydzień zbijesz a i masy nabierzesz, bo wyglądasz, jak nieboskie... No nic, bywaj Vampirze.
Elwood!
- No co tam?
Ale daj słowo, że nie powiesz, że ja, że...
- Vampir... Daj spokój i weź się za robotę! Bywaj!

Piątej doby o poranku (szło na 7-mą minut 40) stanąłem w końcu na granicy polskiej i łezka zakręciła mi się w oku...
... a zakręciła mi się z bólu, bo kilkaset metrów wcześniej, ze Skalitego na Zwardoń jest mega podjazd, sudecki Mont Ventu. Ze 30%...
Na dodatek w 2/3 podjazdu zaparkował jakiś cywil skodą na poboczu i nie wypadało spaść z roweru...
Się nadymałem, jak przejrzała dynia i jazda. Gdy go mijałem, to se jeszcze zwolniłem oddech, że niby tak formę trzymam.
Wyobraźta sobie, że w skodzie… nikogo nie było...

Dalej śmigałem już ekspresową.
Deszczyk lekko siąpił, z 8-10st, ale kiedy zobaczyłem tablicę z napisem Bielsko Biała 48 km, dostałem skrzydeł!
Jeno mi się te skrzydła do tunelu tuż za nią nie zmieściły...
Z jakiś mega głośników ostrzegał mnie głos:
- PROSZĘ ZAWRÓCIĆ!!!
Czy ten koleś oszalał! Jak mam zawrócić?! Tyle z górki grzałem... Eeee, udam obcokrajowca i jadę dalej.
- PROSZĘ ZAWRÓCIĆ!!! I buchła jakaś kakafonia niepokojących dźwięków...
Zatrzymałem się i stoję. Cisza...

Po chwili...
... Na sygnale wypada z tunelu kilka wozów. Rany Julek, ale akcja!
Z piskiem opon hamują tuż przede mną i na wyścigi biegnie do mnie kilku kolesi i dwie babki. Mają słuchawki na uszach, na ramieniach kamery, w dłoniach mikrofony...
- Panie Darku, panie Darku. Tu Piotr Krasko z Wiadomości. Bardzo serdecznie witamy pana w kraju!
Patrzę na gościa, twarz jakby znajoma...
- Panie Darku!
Słucham...
- Panie Darku, cała Polska z uwagą śledzi pana przygody, a zwłaszcza fantastyczną jazdę z Albanii do Polski no i ten podjazd ze Skalitego...

Krasko nabrał oddechu:
Proszę, wiem, że pan zmęczony bardzo...
- Ależ skąd... ja... tego...
 Proszę, proszę nam w dwóch słowach powiedzieć, co przy tylu pokonanych rowerem kilometrach, w ciągu tych 10-tek godzin jazdy... Co panu najbardziej wryło się, utkwiło w pamięci?
- Przednie koło....

Mówią, że dobry obraz zastępuje tysiące słów... Na fotce poniżej, cała moja rowerowa pojezdka w jednym kadrze:

Główny węzeł kolejowy w Prilje Polie - Serbia. Na tyłach Selgrosu. Obsługa węzła i ja... :)

To już naprawdę KONIEC tej niesamowitej przygody.

Epilog.
Jadąc rowerem czek dostrzega inny świat, niż z okien puszki.
Pierwsze, to kupa wszelakiego truchła na drogach. Tak... Jesteśmy panami szos przecie... Ale widać też życie. Dużo więcej życia, niż płoszonego hukiem przejeżdżających aut. Cietrzewie, bażanty, myszy, szczury...

Jednak zaraz po wjeździe do kraju największą radość a przy tym ogromną niespodziankę sprawił mi spotkany w głębokiej trawie u podnóża Pilska, król polskiej puszczy...


Ze statystyk:

Liczba przejechanych odcinkami km, odlana na pamiątkowej tablicy ufundowanej przez Piotra Krasko.

W drodze powrotnej wszystkie granice przekraczałem na kolach dwóch, a Węgry całe w komplecie.

Jak zmierzyć przygodę?
Zważyć się przed wyjazdem i zaraz po powrocie.
W moim przypadku:
Waga przed: 100.4kg
Waga po:      100.5kg
Wynik: czysta przygoda wyszło 10dag na plusie.

Info dla niskobudżetowców:
Organizator Mażenady:
BIURO PODRÓŻY "Świr" Sp. de ZOO w osobie kierownika i pilota mazeno przez małe "m".

Paliwo:
- PL Węgierska Górka    103,47zł     (dolewka do pełnego baku + Tadek miał 60l paliwa PL w kanistrach)
- MKD Komanovo            304,27zł     (płatne kartą)
- MKD Gostivar               310,55zł     (płatne kartą)
- MKD Debar                 1500,00D     ( gotówka)

Opłaty autostrady SRB (płacone kartą) 63,45zł

Pociągi
MNE:
- Podgorica - Bolje Polje            5,20E   (gotówka)
- j.w. rower                               4,00E   (gotówka)

SRB:
- Prilje Polje - Subotica          200,00D   (około 2E, normalnie około 15E - gotówwka)

SV
- Sahy - Cadca gr.                   16.66E   (gotówka)
- j.w. rower                               1,32E   (gotówka)
Normalnie wyszłoby taniej, ale połączenia miałem tak ustawione, by być nad ranem w Cadcy, stąd jazda ciut na około.
- Cadca gr. Skalite                     1,32E   (gotówka)
- j.w. rower                                0,60E   (gotówka)

PL:
- Gdańsk Oliwa - Bielsko Biała  69,00zł   (gotówka - bilet podróżnika ważny weekend na TLK)
- Milówka - Bielsko Biała             9,50zł   (gotówka - rower gratis)
- Bielsko Biała - Gdańsk Oliwa  70,00zł   (gotówka)

Pozostałe:
- 20E zrzutka do wspólnej kasy na żarcie (reszta poszła na prom Fierze - Koman),

MNE:
- 2,50E trzy piwa

SRB
- "szybka stopa" + 2 piwa          400,00D   (gotówka)
- winogrona ciemne + 3 piwa     240,00D   (gotówka)
- 20 piwa                                  1000,00D   (gotówka)

HU
- 2 x Lidl  (4 bułki, cola, 2 x kiwi, pasztet, orzeszki arachidowe, 2 banany)       21,61zł   (płatne kartą)

SV
- 3 ciapowane piwa    2,40E 

PL
- trzy bułki, 2 pomidory, drożdżówka, 2 piwa     9,80zł
- 6 piw u Lupiego na finał                                 20,00zł
- gyros + cola                                                      9,50zł

Zakupy na drogę:
- 30 jajek  (gotowane na twardo)                      9,00zł
- kanapki - 6 bułek z żółtym serem                     7,00zł
- zupy winiary                                                   10,00zł
- kostki rosołowe                                                5,00zł
- 1kg papryki czerwonej                                     4,00zł
- mapa Macedonii   1:200 000 Gizi Map
- mapa Bałkanów (SRB, MKD, MNE)   1:500 000 freytag&berndt 56,50zł  (Internet)
- ubezpieczenie podróżne                                                             66,00zł  (Internet)

Razem:
PLN 1150,00
EU       88,00

P.S.`
Zapomłem o papierze toaletowym 2 rolki.

I toby naprawdę było na tyle.
Tymczasem wracam do mojego bloga. Z niego najlepiej nadaje mi się w przestrzeń. Rucinsky rules!

A za tydzień "Czieskie bajki na Morawach".
https://www.youtube.com/watch?v=Ea_yUl6Wit4

Świat jest do dupy, ale życie jest cudem.
Opisanie świata moje

forum.outdoor.org.pl

Odp: Mażenada
« Odpowiedź #9 dnia: Maj 13, 2016, 23:15:39 »