Autor Wątek: [Kolumbia] Caño Cristales - kolorowa rzeka  (Przeczytany 3309 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline poncz



  • Pomógł: 44
  • www.expedition-madidi.org

[Kolumbia] Caño Cristales - kolorowa rzeka
« dnia: Marzec 30, 2014, 23:36:53 »
Kolorowa rzeka wdarła się w nasze plany zupełnym przypadkiem. Przewodnik Lonley Planet, najbardziej rozpowszechniony wśród podróżujących po całym świecie, nie wspomina o niej w ogóle. W dodatku raczy twierdzić, że na terenach Kolumbii opanowanych przez FARC (Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii → http://pl.wikipedia.org/wiki/FARC) nie ma co szukać — zwyczajnie nic ciekawego nie ma, o niebezpieczeństwie nie wspominając.
Tymczasem zdjęcia znalezione na hiszpańskojęzycznym forum, zadają temu kłam. Caño Cristales, bo tak nazywa się ten cud natury, wydaje się celem wartym zachodu, więc zaczynamy niezwłocznie przeszukiwać internet, żeby zasięgnąć więcej informacji.


Powoli zaczynamy rozumieć, czemu to nie jest popularna destynacja backpackerska – dotrzeć można tylko samolotem, a właściwie to wykupuje się całą gotową wycieczkę w Bogocie. Na to nie ma opcji, więc tradycyjnie zaczynam wertować mapy w poszukiwaniu drogi lądowej. Okazuje się, że droga jest – wodna i lądowa. Tyle że to tereny FARC i wojsko nie wpuszcza tam obcokrajowców, którzy mogą być narażeni na porwanie. W internecie można dowiedzieć się wiele, ale nie wszystko – postanawiamy więc dotrzeć jak najbliżej i spróbować uzyskać informacje z pierwszej ręki.
Do Florencji docieramy nad ranem i od razu zaczynamy szukać transportu do San Vicente del Caguán. Autobusy w Kolumbii są drogie, więc krążę długo po dworcu, żeby znaleźć jakąś okazję. Na dworcu o pasażerów walczą kierowcy taksówek i naganiacze firm przewozowych, jednak do San Vicente nie jedzie nikt – poranne autobusy odbiły się jak piłeczki od blokady zorganizowanej przez rolników i nikt już nie próbuje przejeżdżać. Policja i wojsko potwierdza, że dzisiaj nie ma co liczyć na odblokowanie drogi, a co będzie jutro i przez następne dni, nikt nie wie – protesty i blokady mogą potrwać bardzo długo. Załamani odnajdujemy najtańszy hotelik i co jakiś czas wracamy na dworzec, żeby zasięgać informacji.

Chiva to najtańszy sposób na dotarcie do San Vicente

Z właścicielem hotelu udaje się załatwić zostawienie części bagaży (i tak musimy tędy wrócić, inne opcje będą na 100% droższe) i wcześnie rano ruszamy w poszukiwaniu transportu – ponoć może się udać, bo protestujący robią sobie zwyczajnie przerwy. Jest jeszcze lepiej – protest okazał się jednodniowy, więc wszyscy ruszają w trasę, a my mamy okazję się potargować. Idzie gładko i przed południem docieramy do San Vicente, które jeszcze niedawno było nieoficjalną stolicą FARC. Teraz, to typowe kolumbijskie miasteczko, tętniące życiem wokół głównego placu. Okazuje się, że od niedawna jest firma, która raz dziennie wysyła pick-upa do La Macarena, naszego celu. Cena biletu jest kosmiczna, a poza tym dzisiaj już nie będzie samochodu. Niezrażeni wychodzimy za miasto i łapiemy stopa... Po wielu godzinach musimy uznać, że ponieśliśmy porażkę – kolejna próba rano!
Ustawiamy się na wylocie, kilkaset metrów od wojskowego punktu kontrolnego. Zastanawiamy się, czy nie zagadać z żołnierzami i poprosić o pomoc w złapaniu stopa, ale odpuszczamy ten pomysł, bo wiemy, że jeszcze musimy się zmierzyć z nimi w kwestii pozwolenia na przejazd. Poza tym uświadomiono nas, że dzisiaj (niedziela) właściwie nie mamy co liczyć na samochody jadące w tamtą stronę. Ponoć we wtorki jeżdżą ciężarówki. Machamy mimo to na wszystkie samochody, ale właściwie czekamy na pick-upa – może będzie jechać pusty... Zjawia się oczywiście z dużym opóźnieniem, zatrzymuje na nasze wezwanie, ale od razu widać, że plan naszych negocjacji poległ w guzach – jeden z pasażerów jedzie... na zewnątrz, stojąc na zderzaku i przytrzymując się zabudowy paki (później dowiedzieliśmy się, że w niedzielę tak jest, bo ludzie wracają na wieś po weekendzie w mieście). Kierowca w ogóle nie chce rozmawiać o podróży i odjeżdża. Stoimy ze skwaszonymi minami i nie mamy pojęcia co począć, zawracamy do centrum poszukać jakiegoś rozwiązania. W tym momencie dopada nas banda dzieciaków, która obserwowała nas cały czas i zasypuje gradem pytań – co robimy, gdzie chcemy jechać, czemu nie pojechaliśmy pick-upem. Po chwili dołącza kobieta i szaleństwo jest już nie do opanowania — rozumiemy piąte przez dziesiąte, bo krzyczą wszyscy na raz. Niemniej dwójka odbiega i wraca na motorach – każą nam wsiadać i proponują podwiezienie. Wsiadamy, chociaż nie mamy pojęcia, gdzie chcą nas zawieźć... Okazuje się, że tylko do wojskowych, gdzie stoi pick-up na obowiązkowej kontroli. Zsiadamy z motocykli, a oni zaczynają męczyć kierowcę, który pod wpływem perswazji zgadza się nas zabrać. W dodatku udaje się zmniejszyć cenę o 1/3, więc pierwszy problem za nami! Jak gdyby nigdy nic stajemy w kolejce i kiedy przychodzi nasza kolej, wykładamy bagaże na ladę. Żołnierze lustrują nas podejrzliwie i w końcu pada nieuniknione pytanie: "Jesteście Kolumbijczykami?". "Nie" odpowiadamy, nie próbując nic kombinować. Przychodzi komendant i referuje nam, jak niebezpiecznie tam jechać, że to są tereny FARC, że wciąż dochodzi do porwań i walk itd. “Ale możemy jechać?”, zapytujemy nie słysząc “zakazane”. “Nie mogę wam zabronić” - odpowiada żołnierz - “Ale odradzamy i wiedzcie, że robicie to na swoją odpowiedzialność”. Spisuje jeszcze tylko notatkę, do której musimy podać powód podróży oraz datę powrotu i możemy jechać!

Co jakiś czas widać, że to tereny FARC.

Marzena, jako szósta, może jechać w kabinie – przypada jej specjalne miejsce... na drążku zmiany biegów. Ja na swój użytek dostaję prawą stronę zderzaka i nerwowo wyszukuję miejsce na chwyt – dokładnie nad moją głową zwisa indyk w worku i z ciekawością przygląda się mojej ręce poszukującej uchwytu. W Ekwadorze mieliśmy okazję poznać, jak bojowe to zwierzęta, więc nie szukam z nim zaczepki. Na pace, pod zadaszeniem z plandeki siedzi 10 osób. Weszłoby więcej, ale jedna ławeczka zawalona jest pakunkami. Jedziemy więc w 18 osób, a z nami indyk, kurczaki i mnóstwo pakunków – część w środku, a reszta na dachu.

Mój towarzysz podróży na najbliższe 4 godz. ;)

Droga jest wyboista, więc czasami muszę się mocno przytrzymywać, żeby nie spaść. Marzena wcale nie ma lepiej, bo wciśnięta pomiędzy siedzenia kierowcy i pasażera boleśnie odczuwa każdą nierówność drogi. Jazdę urozmaicają co jakiś czas kontrole wojskowe. Za każdym razem musimy wysiadać, pokazywać bagaże i recytować na pamięć numery z dowodu osobistego (co mi się nie udaje ;) ). Po raz drugi w czasie tej podróży doświadczyłem śmiesznego zachowania mundurowych – odciągają mnie na bok, tak żeby Marzena nie słyszała i zaczynają dyskusję ze mną samym. Tutaj, za każdym razem, o niebezpieczeństwie poruszania i zagrożeniach ze strony FARC. Co prawda widzimy co jakiś czas plakaty czy napisy chwalące “rewolucjonistów”, ale skoro porusza się tutaj codziennie transport, to chyba nie jest tak źle? Poza tym faktem jest to, że Latynosi mają skłonność do wyolbrzymiania i boją się wszystkiego. Raz w Cali, jednym z największych miast Kolumbii, policja kazała się nam zmyć z trawnika nad rzeką, tłumacząc, że po jej przeciwnej stronie jest posterunek policji, który co jakiś czas atakują odziały FARC. To chyba bzdura nr 1 z całej podróży i konkurować może tylko z dzikimi plemionami żyjącymi w Andach, które zaatakują nas, jeżeli nie pójdziemy z przewodnikiem... No ale wracając do podróży, dzięki kontrolom wojskowym mamy szansę odpocząć chwilę, załatwić potrzebę, czy się napić. Po 4 godz. dojeżdżamy do większej wioski, gdzie większość idzie zjeść obiad. Po postoju super nowina – mamy obydwoje miejsce na pace! Dalej podróż upływa już dużo bardziej komfortowo i koło 18-stej dojeżdżamy do naszej mety.

Na pace podróżuje się całkiem komfortowo.

La Macarena to spora mieścina, koło 4 tys. mieszkańców i centrum turystyczne regionu. Pełno restauracyjek i kilka hoteli. Zachodzimy najpierw do hotelu poleconego przez współtowarzysza podróży – cena 50$ za pokój nas wygania. Śpią tutaj turyści przylatujący z wycieczkami. Na szczęście naprzeciwko jest hospedaje, w którym śpimy za 5$. Warunki kiepskie, ale po ostatnich doświadczeniach, cieszymy się, że mamy okno na ulicę – bez zamknięcia, ale lepsze takie niż w jego brak. Kibel, jeden dla wszystkich włącznie z domownikami i pracownikami restauracji, za zgniłymi drzwiami, tak, że widać prawie całe łydki siedzącej osoby – to pomieszczenie służy także za prysznic, dzięki małej dziurze w podłodze, do której spływa woda, którą oczywiście trzeba sobie przynieść w wiadrze. Po małej kłótni w końcu dostajemy też żarówkę, którą ponoć ukradli poprzedni lokatorzy i która wiecznie ma być “kupiona później”. Jest więc ok, szczególnie za tą cenę. Pierwotnie planowaliśmy zaobozować pod namiotem, ale posterunki wojskowe wokół miasta nie pozwalają o tym nawet myśleć, szczególnie że jest to zabronione.

Nasze lokum na 3 dni w La Macarena.

Rano rozpoczynamy poszukiwania przewodnika. Pierwsze informacje są szokujące. Nie ma możliwości do nikogo się przyłączyć, bo przylatują sformowane wycieczki, a turystów indywidualnych nie ma. Możemy sami wszystko wynająć, ale musimy opłacić przewodnika (50$), łódź (30$) i jeepa po drugiej stronie (40$). Na to zwyczajnie nas nie stać, ale bardzo chcemy zobaczyć tę rzekę. Krążymy cały dzień po mieście, kilka razy dostajemy się do osób, które twierdzą, że znają kogoś, kto zrobi to taniej, ale wszystko spełza na niczym. Dopiero wieczorem sam odnajduje nas przewodnik, który obiecuje zabrać nas dwoje za 60$. Na to się zgadzamy, chociaż to największy wydatek, na jaki pozwoliliśmy sobie w czasie podróży. W dodatku umawiamy się na płatność po wycieczce, więc spokojni idziemy spać.
Rano Antonio zjawia się zgodnie z planem i zabiera nas... swoim motocyklem. Mówimy, że dojdziemy do przystani na piechotę, ale on każe nam wskakiwać. Ok, jedziemy w trójkę, jak się okazuje, do innej przystani, położonej za miastem. Tam przeprawiamy się malutką łódką zamiast wielkiej dokującej przy mieście i jedziemy dalej jednośladem – nie trzeba więc też brać jeepa... ale to sprytnie sobie wymyślił! Po 20 minutach docieramy do celu. Jeszcze tylko musimy opłacić wstęp (2$/osoba) i po kolejnych 20 min docieramy nad rzekę. JEST BOSKA! ZDJĘCIA BLEDNĄ! Sam kanion rzeki i jego okolica jest tak piękna, że warto byłoby się wlec tutaj, ale czerwonokrwista rzeka sprawia, że śmiało można nazwać Caño Cristales cudem natury.

Caño Cristales

Caño Cristales

Caño Cristales

Caño Cristales

Caño Cristales

Caño Cristales

Kolorów jest dużo więcej. Wszystko to za sprawą roślin porastających koryto rzeki. W cieniu pozostają zielone lub brązowe, a pod wpływem słońca mienią się odmianami czerwieni i purpury. Do tego różnobarwne dno. Woda jest tak przejrzysta, że w głębszych miejscach widoki przypominają futurystyczne obrazy. Co chwila zrzucamy odzienia i kąpiemy się w przyjemnie chłodnej wodzie. Dozwolone jest to w miejscach nieporośniętych roślinami i zakazane jest używanie mydła, szamponu itp. a nawet nakładanie przed kąpielą kremów przeciwsłonecznych. Miejscowi wiedzą, że rzeka to ich skarb i dbają o nią. Dzięki temu wydane 65$ też nie boli tak bardzo ;). Przewodnikowi najwyraźniej też czas upływa miło, bo nie pogania nas i spędzamy nad rzeką dużo więcej godz., niż ustaliliśmy. W trasie napotykamy dużą grupę, jakieś 20 osób, na szczęście idącą w przeciwnym kierunku. Obserwując ich cieszymy się, że jednak da się i taniej i ciekawiej jednocześnie. Późnym wieczorem wracamy tą samą drogą do miasta i rozliczamy się z Antonio. Wszyscy są zadowoleni – my zaoszczędziliśmy sporo kasy, a on zarobił dużo więcej, niż pracując dla agencji. Cool :).

Sprawca całego zamieszania - Macarenia clavigera.

Co jakiś czas zażywamy ożywczej kąpieli – jest gorąco i duszno.

Czasami można pomyśleć, że Gaudi tutaj szukał inspiracji ;).

Przeźroczystość wody jest niesamowita – od niej wywodzi się nazwa rzeki.

Rzeka wypływa z łańcucha „Serranía de la Macarena” lecz nawet poza nim tworzy co jakiś czas efektowne kaskady.

Bicze wodne ;). Marzena i Antonio.

W La Macarena pozostajemy jeszcze jeden dzień. Chcemy poobserwować miasteczko, powłóczyć się między ludźmi. Próbujemy też odetkać wężyk kuchenki benzynowej, z którym mamy wiecznie problemy przez kiepskie paliwo. Trafiamy w końcu do mechanika pił spalinowych – to pierwszy człowiek, który naprawdę wie, dlaczego to się dzieje i jak temu zaradzić bez metod siłowych. Po robocie, zapytany o koszt usługi, zaprasza nas na kolumbijską kawę :). Tak możemy płacić codziennie ;).

Jedna z iguan zamieszkujących park w La Macarena

Kolejny poranek to znowu bitwa o przejazd do San Vicente. Właściciel nie chce rozmawiać o zniżce (proponujemy cenę, za jaką przyjechaliśmy – 15$/osoba), więc wypróbowujemy stary, choć nieco ryzykowny sposób. Dziękujemy grzecznie i siadamy z plecakami w pobliżu. Kiedy samochód już ma ruszać, podchodzi kierowca i mówi, że możemy jechać. Lądujemy na pace, chociaż są miejsca w kabinie, ale to nie przeszkadza nam zupełnie. Tym samym żegnamy się z tym magicznym miejscem i ruszamy w mozolną trasę powrotną.

Mapa Kolumbii z znaczoną miejscowością La Macarena i miejscami, skąd można dotrzeć lądem lub rzeką.

Informacje praktyczne:
- do La Macarena można dotrzeć samolotem z Bogoty i bodajże z Villavicencio. Ceny, jakie słyszeliśmy opiewały w kwocie 250-400$. Ale nie interesowaliśmy się tym tematem i nie wiemy, jak jest na prawdę.
- możliwe jest wykupienie kilkudniowej wycieczki, rozpoczynającej się i kończącej w Bogocie. Zazwyczaj obejmują 2 dni nad rzeką i 2 dni transportowe. Ceny (znalezione w necie) powyżej 500$.
- najtaniej dotrzeć jest z Florencji poprzez San Vicente del Caguán. Florencia - San Vicente del Caguán to 3 godz jazdy i 18000 COP (9$) za bilet (w czwórkę za podobną kwotę na głowę dojedziecie taksówką), San Vicente del Caguán – La Macarena to 7-8 godz jazdy i 45000 COP (23$) za bilet. Wszystkie ceny spokojnie do negocjacji. Ta wersja może oznacza konieczność nocowania w San Vicente, ponieważ ciężko zdążyć na porannego pick-upa, a nawet jak się uda, to może nie być miejsc. Zaletą, oprócz ceny, jest to, że transport na całej trasie w obydwu kierunkach odbywa się codziennie. Podróż ta teoretycznie wiąże się z ryzykiem, bo to są tereny, gdzie aktywny jest FARC. Ponoć na wioskach oddalonych od głównych dróg, gdzie nie dociera wojsko, rządzą niepodzielnie. Ich specjalnością są porwania, oczywiście wysoko postawionych osób i biznesmenów.
- inna opcja to pick-up z Villavicencio (100000 COP/51 $) raz na tydzień, lub łódź z San José del Guaviare (100000 COP/51 $) raz na tydzień.
- oficjalne ceny (jesień 2013, przelicznik na dolary wg kursu 03.2014) na miejscu kształtują się następująco: przewodnik 100000 COP (51 $), łódź przez rzekę 60000 COP (31 $), jeep 80000 COP (41 $) – to ceny łączne dla grupy do 6 osób. Dodatkowo każdy musi opłacić wstęp w kwocie 4000 COP (2 $)
- samodzielnie lub we dwoje najlepiej zorganizować wycieczkę z przewodnikiem posiadającym motocykl. Myśmy płacili 140000 COP (70 $), bez targowania, ale dysponując obecną wiedzą mamy przekonanie, że można to zorganizować za mniejszą kwotę. Niemniej Wasze pieniądze zostają w 100% na miejscu.
- najgorszy czas na odwiedzenie rzeki to pora sucha. Stan rzeki mocno opada i roślin jest niewiele. Także środek pory deszczowej jest gorszy, bo przy bardzo wysokim stanie Macarenia clavigera również nie występuje tak licznie.
- dwuosobowy pokój to wydatek od 10000 COP (5 $) do 100000 COP (51 $). W San Vicente można znaleźć bardzo fajny hotel za 20000 COP (10 $) za “dwójkę”.
- w La Macarena i okolicach zabronione jest rozbijanie namiotu. Ze względu na liczne posterunki i patrole wojskowe, rozbijanie na dziko może być problematyczne.

forum.outdoor.org.pl

[Kolumbia] Caño Cristales - kolorowa rzeka
« dnia: Marzec 30, 2014, 23:36:53 »

Offline misiak76



  • Pomógł: 38

Odp: [Kolumbia] Caño Cristales - kolorowa rzeka
« Odpowiedź #1 dnia: Grudzień 11, 2015, 08:35:35 »
Fajny opis wyprawy :) tylko szkoda, że zdjęcia zniknęły ;)

Offline poncz



  • Pomógł: 44
  • www.expedition-madidi.org

Odp: [Kolumbia] Caño Cristales - kolorowa rzeka
« Odpowiedź #2 dnia: Grudzień 11, 2015, 19:43:01 »
Kurcze, rzeczywiście już ich nie ma na serwerze. Postaram się je odnaleźć i wrzucić ponownie.