Autor Wątek: W kraju dzieci słońca (Peru)  (Przeczytany 5422 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Anita

W kraju dzieci słońca (Peru)
« dnia: Grudzień 10, 2014, 23:19:27 »
Peru. Zawsze o nim marzyłam, sama nie wiedząc dlaczego. Ładnie się prezentuje na zdjęciach i filmach. Jest kolorowo, wręcz egzotycznie i podobno lubią tam Polaków.. Pewnie nadal tylko bym marzyła o odwiedzeniu tego kraju, gdyby nie Mundek i jego umiejętność wynajdowania tanich biletów. Długo nie trzeba było mnie namawiać, a do planu wycieczki dołączyła się jeszcze siostra zwana potocznie Żabą.

A więc jedziemy! Na początek krótka legenda aby było nam wszystkim łatwiej się odnaleźć w miesięcznej wyprawie.
 
Plan podróży: Kraków- Malaga-Madryt-Bogota-Lima - Cusco (loty) Okolica Cusco (Tambomachay, Pukara, Q'enko, Sacsaywaman, Pisaq, Ollantaytambo, Salinas, Moray, Chinchero) trekking z Mollepaty szlakim Salkantay do Machu Picchu (5 dni), przejście torami z Agues Calientes do Ollantaytambo, Puno i okolice (pływające wyspy Uros, półwysep Peninsula Llachon, stała wyspa Taquile, Silustani), Arequipa, kanion Cotahuasi i okolice (Pampamarca, Sipia, banos termales Luicho), Pisco, Paracas (Islas Ballestas), Lima- Madryt-Paryż- Kraków.

Uczestnicy: Mundek, Żaba i pisząca te słowa Anita

Waluta: 1 sol= 1,2 pln

Koszty: Loty łącznie ok. 2 tys pln (bilet główny Malaga-Peru-Paryż to koszt 1145pln, więc całość  może być taniej jeśli ktoś ma ochotę kombinować), reszta wydatków bilety, transport, spanie, amu, pamiątki to ok. 1500 pln. Wszytko notowane wiec jest w opisie dla ciekawskich ;)

30 września 2014, Kraków. Razem z Mundkiem wyjeżdżamy spod AGH na lotnisko. Tutaj małe zamieszanie z bagażem głównym, który jest nie wymiarowy. Upycham to w ruska torbę. Stary, prawie nie zawodny sposób jeśli akurat nie zepsuł się zamek;) Jeszcze ciekawiej robi się gdy okazuje się ze ani Mundek ani ja nie mamy namiotu, gdyż każdy myślał ze weźmie go ta druga osoba ;]

Śmieje się z niego, a on ze mnie myśląc ze to żart ... cóż, coś trzeba będzie wymyśleć. Po niecałych 4 h jesteśmy w Maladze. Pociągiem jedziemy do centrum (ok 15 min, 1.75 eur), gdzie czeka na nas Żaba. Mundek wybiera się w góry, a my na kawkę i do mieszkania naszego hosta z couchsurfingu, Nikosa;) popołudnie mija na szukaniu sklepu sportowego/marketu i ostatecznie Decatlonu gdzie zakupujemy namiot. Sklep nie jest najlepiej zaopatrzony i jedyny wybór to ciężka 5kg  trojka za 55eur. Cena jest tak niska ze pozostaje tylko wierzyć ze nie przemokniemy już 1 nocy.

Zaledwie kilka ujęć z Malagi, gdyż to nie ona jest głównym bohaterem;)




Gdyby mój wyjazd nie zaczął się od przygody to byłaby to podróż w ogóle nie zaliczona;) (nie liczę tu incydentu z namiotem). Wylatujemy  z Malagi. Mamy przesiadkę w Madrycie i 40 min na odprawę do Bogoty (Kolumbia). Śpieszę się do toalety żeby nie gnieść się później w małej samolotowej WC. Ze sobą zabieram nieodłączny ze mną aparat wraz z pokrowcem gdzie znajduje się paszport. W toalecie jak to w toalecie, klozet, papier i haczyk gdzie wieszam ukochany aparat. Malo czasu mamy wiec w pospiechu załatwiam co trzeba i wybiegam, myje ręce i...i mój boże pokrowiec z aparatem nadal wisi w toalecie! Podchodzę pod drzwi, pukam ale pani nie odpowiada, czekam wiec cierpliwie aż wyjdzie. Minuta, dwie, pięć aż mnie nachodzi zajrzeć z toalety obok czy ona tam żyje. W końcu wychodzi, zaglądam do środka, a tam kamery nie ma. Atakuje wiec ok 45 –letnia panią gdzie mój sprzęt. Mówi że o niczym nie wie i nic tu nie było. Niestety mówi tylko po hiszpańsku ...a ja nie, wiec zdenerwowana zaczynam otwierać jej torebkę, a następnie walizkę. Jako że kobiecie się to nie podoba i zaczyna wychodzić z toalety, a ja wyrywam jej walizkę to robimy trochę hałasu. Podchodzą do mnie mężczyźni, tłumaczą, że nie mogę jej przeszukiwać i powinnam znaleźć policję. Zaczynają się schody. Zostawić panią i szukać policji (ta ze mną naturalnie nie chce iść),czy stać przy niej i czekać aż jakaś policja nadejdzie? Czasu coraz mniej, a ja bez paszportu. Zostawiam panią, pod okiem panów i biegnie szukać policji. Uwierzcie, że na tak wielkim lotnisku jak Madryt gdzie możemy wejść jednymi drzwiami, ale już nie wrócić, nie jest to łatwe. Mijają kolejne minuty kiedy w końcu udaje mi się znaleźć mały posterunek. Tłumacze co i jak i już po chwili pan służbista nie spiesznym krokiem idzie za mną. Plątam się trochę aby odnaleźć ubikacje, która on chce zobaczyć, a następnie rozpoczyna się szukanie kobiety. Oczywiście nie ma jej tam gdzie ja zostawiłam, z nerwów już nawet nie pamiętam jak wygląda i trudno mi ja opisać. Pozostaje wierzyć, że jak ja zobaczę to rozpoznam. Z pomocą przychodzi dwóch wspomnianych panów którzy wskazują mi kobietę palcem. Przypadek chciał że leci tym samym lotem co ja i znajduje się przy odprawie. Idziemy już w 4 razem do odosobnionego kata i rozpoczyna się przeszukiwanie. Najpierw torebka. Nic nie ma. Potem walizka. Bluzki, sweterki, apaszki i już dochodzimy do polowy walizki gdzie wyławia się mój Samsung. Jest! Hura! Ale gdzie pokrowiec, gdzie paszport? Kobieta kiwa głową. Ona nic nie wie, nic nie ma. „Było tylko to” mówi. Był to jeden z niewielu momentów w mim życiu kiedy miałam ochotę wsiąść w obie ręce kogoś głowę i walnąć nią o ścianę. Kłamała, ale po co? A co najważniejsze czy jest jeszcze realne odzyskać paszport i polecieć samolotem za 10 min? Razem z Żaba błagamy kobitę żeby coś odpowiedziała i podsuwamy policjantom pomysł ze może wyrzuciła to w toalecie? Jeden idzie z nią do toalety ja zostaje z drugim spisywać protokół. Czy samolot jeszcze jest?  Zaglądam przez szybę i pisze dalej. Wracają i co najważniejsze z pokrowcem i paszportem. Uratowana! Lecę! Sama nie mogę uwierzyć w swoje głupie szczęście. Pani zaczyna błagać to mnie to policjantów ale niestety, dziś tylko ja wylecę w przestworza. Pani xx zostaje aresztowana. Wchodzę ostatnia na pokład i powoli otrząsam się z emocji. Zdecydowanie mój wylot i wyprawa wisiały na włosku. Teraz już na pewno wszytko pójdzie gładko, swój pech zaliczyłam, pora na innych ;)

Lot do Bogoty odbywa się szybko (15 godz :D) i miło przy filmach z przerwami na trzy serwowane posiłki i napoje. W stolicy Kolumbii jesteśmy o 15.00 i z racji że następny lot mamy nad ranem decydujemy się na wyjście na miasto.


Ludzie jak mogą pomagają nam znaleźć się na odpowiednim przystanku, wymieniają dolary na peso i kierują do kasy z biletami miejskich autobusów. Centrum miasta i jego ciemne uliczki wyglądają dość skromnie żeby nie powiedzieć ubogo. Zbliża się już ku wieczorowi wiec wielu młodzi ludzie kumuluje się w barach, inni urządzają gimnastykę i wieżę z ludzi w małym parku. Naszym głównym celem jest Katedra (niestety okazuje się zamknięta), a następnie znalezienie bankomatu i wypłacenie peso na powrót. To drugie się nie udaje, ale za to na naszej drodze staje Juan, który zaprasza nas do siebie na herbatę. Młody dwudziestolatek okazuje się pilotem samolotów, bez problemu wymienia nam parę dolarów abyśmy mieli peso na bilet powrotny oraz częstuje humusem. Robimy sobie pamiątkowe zdjęcie na dachu z widokiem na miasto i uciekamy na autobus.



Na lotnisku w Bogocie spędzamy przerażająco zimną noc, na szczęście wylot już o 4 stawia nas na nogi. Po 7 rano jesteśmy w Limie, kolejny lot (już piąty) dopiero o 15.00 więc jedziemy zwiedzać miasto i wymienić kasę w banku. Przy wyjeździe z lotniska przerażają mnie stosy śmieci oraz liczba osób handlujących czym może w busie (od sprzedawania batoników, gazet i owoców po śpiewanie piosenek i opowiadania żartów). Okazuje się że dolary możemy wymienić tylko w Interbanku bez wyrabiania dodatkowo tzw. karty rezydenta. Udaje się nam jeszcze zjeść obiadek i czeka nas ponad godzina jazdy w busie na lotnisko.



Lądujemy w Cusco i już wiemy że to miasto dla nas. Niebieskie niebo i gdzie nie spojrzeć dookoła otaczają nas góry. W prawdzie atakują nas taksówkarze, wmawiając że bus do miasta nas nie zabierze, ale udaje się zmieścić z bagażami i za 1 sol dojeżdżamy pod Playa des Armes.



Niestety szczęście szybko się skończyło i już po 15 minutach zachwytu nad miastem i głównym placem okazuje się że Żaneta straciła portfel. Standardowo idziemy na policję i standardowo nic nie robią oprócz napisania protokołu (którego kopię aby otrzymać należy najpierw zapłacić haracz w banku;]). Jedyny dobry akcent to podwiezienie nas przez policjantów pod hostel.

Hostelu nie warto opisywać. Owszem tanio (4 dol/os) ale warunki sypialniane (w piwnicy) i ujadający pół nocy pies gospodarza sprawia że następnego dnia już rano przenosimy się w inne miejsce. Ten z czystym sercem mogę polecić. Bright Hostel na calle Ladrillos 463 (6,5 dol/os). W prawdzie teoretycznie nie można korzystać tu z kuchni ale i tak udaje nam się podgrzać mleko, a wrzątek dostępny do woli.  Cusco traktujemy trochę jak bazę wypadową przed trekkingiem na Machu Picchu. Kupujemy gaz (30 sol za 450 ml) oraz mapę (z tą jest najwięcej problemu bo większość nam pokazuje kartkę z rysunkami a nie poziomicami). Za to czapek, szalików i sweterków w sklepach i targach bez liku.



Na obiad wybieramy  się na market przy Plaza san Francisko. Polecamy zupkę z kurczakiem za 5 sol a na deser ciastko z budyniem i kawkę :) Na markecie zaopatrujemy się w świeże warzywa i owoce z których wieczorem tworzymy kolację.

Cusco położone na 3300 m n.p.m. przysparza nam trochę boleści. Pomimo hektolitrów wypitej herbaty z liści koki głowa wciąż boli. Próbując o tym nie myśleć planujemy następny dzień wycieczki wokół Cusco. Chcemy odwiedzić najbliżej zlokalizowane Inkaskie ruiny. Tutaj taka ważna praktyczna sprawa. Każde wejście na Inkasie ruiny jest płatne. Nie istnieją poszczególne bilety na pojedyncze zabytki. Wszytko jest łączone w pakiety. 4 kompleksy=70sol, natomiast za 130 sol=8 kompleksów plus wejściówka do wszelkich Muzeów w Cusco. Jeśli macie minimum 3 dni i kasę polecam zakupić od razu bilet za 130 sol. Jeśli nie macie to można trochę pokombinować...

Skoro świt wstajemy i wychodzimy na autobus do oddalonego o ok 20 km Tambomachay [bus Huerto z ul. Collasuyo za 1,5 sol]. Dawniej to miejsce podobno służących Inkom jako łaźnie. Kult wody i te sprawy. Na mnie nie robi większego wrażenia, dlatego cieszę się, że zamiast wejść głównym wejściem i płacić skręciliśmy przed bramą w lewo. Przeszliśmy przez uroczą wioseczkę (domki z błota i pasące się świtki z lamami)i po 10 min dotarliśmy do ruin.



Z tychże już było widać kolejny cel czyli Pukare. Nazywany jest również czerwonym fortem od zabarwienia skał gdy pada na nie słońce. Tutaj przy wejściu nie ma żadnego strażnika. Idąc dalej główną drogą w stronę Cusco po ok 1,5 km zbaczamy z drogi, widząc kolejne ruiny. Nie są opisane w przewodniku i trudno nam było odgadnąć gdzie właściwie doszliśmy? Obserwujemy grupkę obcokrajowców, odprawiających na bosaka medytację w niewielkiej jaskini wewnątrz ruin i ruszamy dalej w stronę Q'enko.



Nawet nie wiedząc wchodzimy od tyłu kompleksu. Podzielony na 3 części służył za obserwatorium astronomiczne, oraz odnaleziono tu grobowce z mumiami. Jedna pani strażniczka, w ogóle nie zwraca na nas uwagi, więc spokojnie sobie zwiedzamy.
Kilka km przyjemnego marszu dzieli nas od ostatniej na dziś, podobno najbardziej imponującej pozostałości po religijnym i militarnym budownictwie Inków (ach te opisy z Lonely Planet ;) Sexi woman (bo tak właśnie potocznie przez turystów nazywane jest Sacsaywaman). Tu już niestety nie da  się wejść bokiem/tyłem, a nawet nie próbujemy widząc wszędzie strażników. Ogromne głazy ułożone w jednej linii niczym potężny mur faktycznie wyglądają spektakularnie ale odpuszczamy sobie wejście i oglądanie ich z bliska. Za to wybieramy się pod figurę Chrystusa Odkupiciela. Może nie prezentuje się tak wspaniale jak ten z Rio de Janerio ale widok na otoczone górami Cusco cudowny!







Wieczór upływa na zwiedzaniu kościółków w mieście oraz kilku organizacyjnych sprawach. Wymiana kasy w kantorze. Wokół placu kursy są bardzo zbliżone ale warto pochodzić i zawsze ktoś jest skłonny ponegocjować cenę. Wypłacając z bankomatów najlepiej znaleźć BCP (nie pobiera dodatkowej prowizji). Zastanawiamy się nad wykupieniem całodniowej wycieczki na dzień następny, ale przeliczając ile zapłacimy jadąc samym sobie i mając na uwadze że nie lubimy podporządkowywać się komuś, wracamy do hostelu i planujemy trasę.

Zaczynamy od oddalonych 32 km od Cusco ruin w Pisaq,. Za 3 sol zabiera nas collectivo do centrum miasteczka i przechodzimy obok dopiero rozkładających się straganów. Wykupujemy bilet na 4 zabytki które tego dnia mamy nadzieję odwiedzić i wspinamy się do góry. Nie jest łatwo, a widok na ciągnące się w nieskończoność do góry tarasy nie ułatwia myślenia „już nie daleko”.



Po dobrej godzinie, a może półtorej jesteśmy na „górze”, jak się później okazuje jednej z trzech. Mijamy pierwsze wieże, następnie ruiny domów i rozciąga się przed nami widok na całą dolinę.



Teraz dopiero też zauważamy że wszystkie komercyjne busy  jadą na trzecie, ostatnie wzgórze i tam tylko zwiedzają ruiny ogromnego Pisaq. Żałując że nie mamy zbyt dużo czasu około południa opuszczamy ruiny zjeżdżając taxówką do centrum miasta i łapiemy busik do Urubamby i następnie do Ollantaytambo. Ruiny pochodzą z wczesnego okresu rozwoju kultury Inkaskiej, widać to w nie tak precyzyjnie wykonanych domach i tarasach. Plusem jest strategiczne ulokowanie miasta i fortecy na wzgórzu. Wspięcie się na górę nie jest tak męczące, a widoki na dolinę i płynącą w dole rzekę super.



 Z Ollantaytambo wracamy do Urubamby. Z przewodika wyczytujemy że stąd jedynie taxi można dostać się do Salinas de Maras i Maray. To pierwsze właściwie kojarzy się z solą. Na stromych zboczach Urubamby płynie gorący i słony strumień wody. Rozlew się na tysiące czworokątnych salin. Z tychże odparowuje woda i pozostaje drogocenna niegdyś sól. Kompleks powstał już za panowania Inków, ale działa do dziś! Nawet przechadzając się swobodnie brzegami salin możemy podziwiać pracę ludzi wybierających i przesiewających sól.



Po niecałej godzinie zwiedzania pędzimy dalej aby przed zachodem słońca zdążyć obejrzeć Moray. Jest to dość nietypowe i zagadkowe miejsce. Składa się na nie 4 większe i mniejsze okręgi z tarasami. Jedni tłumaczą, że na każdym poziomie uprawiano inne rośliny, w zależności od ich potrzeb temperaturowych i naświetlenia, inni utwierdzają w przekonaniu że odbywały się tutaj ważne ceremonie. Codziennie ktoś medytuje na samym dole w środku kręgu, twierdząc że jest tutaj wyjątkowa moc. Słońce już zachodzi tworząc dla nas spektakl świetlny, a my ponaglani przez kierowcę musimy wracać do Urubamby.


Autobusem wracamy do „naszej” obecnej stolicy czyli Cusco (należy uważać czy wsiada się do autobusu jadącego przez Pisqo czy przez Chinchero, bo jest to różnica min 1.5h, oczywiście wsiedliśmy nie tam gdzie trzeba ;p ).

7 października 2014, ostatni dzień w Cusco. Pakujemy wielkie plecaki, zostawiając kilka nie potrzebnych rzeczy w hostelu ruszamy w kierunku do Mollepaty. Tam zaczyna się trekking szlakiem Salkantay na Machu Picchu. Po drodze zahaczamy jeszcze do Chinchero (colectivo odjeżdżają z ul. Pavitos, 5-6 sol), które nie zdążyliśmy odwiedzić dnia wcześniejszego, a jest w cenie dwu dniowego biletu. Największe wrażenie robi na nas kościółek z pięknymi malowidłami w środku. Jest tu też pałac i kolonialne budynki przerobione z Inkaskich pozostałości. Trwają też pracę nad tarasami, doskonale widać które przetrwały wieki a które elementy zabudowań i tarasów są odświeżone i dobudowane.


Po zwiedzeniu zaczyna się małe kombinowanie jak dostać się do Mollepaty. Nie jest to takie proste i na pewno nie kosztuje 2,3  sole tak jak to znalazłam na innym forum. Jedziemy najpierw na krzyżówkę w Cachimayo potem do Anty, następnie do Ancawasi

Stąd łapiemy jadący do Limy autobus  który wyrzuca nas na skrzyżowaniu za Limatambo. Widoki po drodze i brawura kierowcy ścinającego ostre zakręty zapiera dech w piersi. Skończył się asfalt i komunikacja publiczna więc łapiemy stopa. Niestety w Peru nie spotkaliśmy się z dosłownym w naszym rozumowaniu tego słowa znaczeniem. Każdy kto nas zabiera prywatnym samochodem też oczekuje zapłaty. Pozostaje się tylko targować. Ostatni odcinek pokonujemy pick-up’em, jedni w środku inni na pace. Całość do Mollepaty wyszła nas 20 sol/os. W miasteczku dopada nas pani i prosi o wpisanie w księgę rejestracji turystów. Ostrzega że już tego dnia nie dojdziemy na I camping bo to aż 19,7 km. Nawet o tym nie myślimy ale pora jeszcze wczesna więc idziemy w górę rozglądając się za miejscem na namiot. Po drodze napotykamy jeszcze małe sklepiki liczące na spragnionych turystów. Pozwolę sobie szlak Salkantay opisać nieco szerzej gdyż miałam problemy w sieci ze znalezieniem czegokolwiek.



Trasa jest oznaczona co jakiś czas niebieskimi strzałkami, na początku dużo rozgałęzień nie ma więc bez problemu przechodzimy 3 km i znajdujemy skrawek płaskiego terenu na nasz namiocik. Ten rozkładamy z wielką obawą po raz pierwszy i już wyskakują problemy, a jakże. Jeden z rogów namiotu nie ma tasiemki do przymocowania śledzia więc ją doszywamy.

8.10.2014 (Mollepata- Salkantaypampa,24 km) Pobudka lekko przed 6, śniadanko, składanie namiotu i w drogę. Do przejścia mamy ok 17 km cały czas pod górę. Początkowo trasa wiedzie i samochodową drogą, czasem odbijając na stromy skrót. Dość długi odcinek idziemy obok systemu irygacyjnego tak głębokiego że śmiejemy się iż można w nim brać kąpiel. Dochodzimy do rozwidlenia (Marcoccasa) tutaj samochody jadą w prawo a my idziemy w lewo. Tu też mija nas pięciu osobowa grupka (w tym 2 przewodników)z którą będziemy się witać i żegnać kilkukrotnie przez najbliższe dni. Pomiędzy 7-8 km mijamy przecudowną polankę, idealną na rozbicie namiotu.

Nie dość że są ładne widoki to jeszcze zadaszone ławeczki ze stolikiem. Czas na marsa i pędzimy zakosami do góry. Ok 11 km mijamy wybudowane na wzgórzu chatki kryte strzechą…albo trawą, wkomponowane w krajobraz idealnie. Kilometr w dół i jesteśmy przy strumieniu. Chcąc nie chcąc wodę nabieraliśmy wszędzie gdzie dobrze wyglądała i gdzie nabierali ją tubylcy, profilaktycznie dorzucając tabletkę ze smakowitym chlorem. Mijają nas karawany z mułami załadowane bagażami lub jeszcze na pusto.



Idziemy dobry kawałek pod górę i na 15 km jesteśmy na drodze „głównej” samochodowej. Tu stoi kolejny bar i wskazówka dla nas że z głodu nawet jakbyśmy nic ze sobą nie mieli to byśmy nie zginęli. Idziemy drogą i już wiemy dlaczego 1 dnia było tak pusto na szlaku, wszyscy inni są dowożeni do 1 campingu, po co się przemęczać… Widzimy nasz pierwszy pośredni cel czyli Sorajpampę (3900 m). Szokuje nas wiegachny hotel, oprócz tego bardziej przystające do peruwieńskiej rzeczywistości namioty i niewielkie chatki. Niebo w końcu się przejaśniło i są widoki i to nawet (jak zwykł mawiać Mundek) urywają dupę. Chyba nie tylko my tak uważamy bo ludzie zaczeli wychodzić z ukrycia wraz z aparatami i kamerami. Nagle jest tłoczno wokół nas. A co widzimy? Na wprost nic innego jak samą Salkantay (6271 m n.p.m.) od której też powstała nazwa szlaku.


Na lewo trochę niższa Tucarway (5910 m n.p.m).

 
Jest dopiero 14.00, spożywamy lunch, nabieramy wody z zamontowanych obok campingu kraników i postanawiamy iść wyżej, aż do pola namiotowego na wysokości 4160 zwanego Salkantaypampa. Wychodzi nam że zrobiliśmy 24 km i czujemy się z tym bardzo szczęśliwi. Już ok 16 rozkładamy namiot. Nie da się go też dobrze napiąć i powiewa niczym flaga na maszcie. Doszywamy więc kolejne dwie tasiemki i już z odmarzniętymi dłońmi chowamy się do środka. Po zachodzie słońca temperatura spada drastycznie i przydaje się sweterek puchowy. W między czasie pojawia się ekipa montująca kilkanaście namiotów, a po pół godziny ich lokatorzy. Jesteśmy zdumieni jak „wygodnie” można przejść tą trasę. Nie tyle nie niosąc namiotu i jedzenia co nawet go nie rozkładając i nic nie gotując. Wystarczy wykupić pakiet za paręset dolarów :D



9.10.2014 (Salkantaypampa- ok. Collpapamba, 42km) Przestawiamy się na styl życia koguta i wstajemy skoro świt. Po 7 już jesteśmy w drodze i pniemy się pod górę ku przełęczy. Ciężko się oddycha i co chwile mijają na konie i mułu. Jedne niosą leniwych ludzi inne ich bagaże. Niestety jest pochmurno i nie można się pocieszyć widokiem na szczyt. Po 2 km, na wypłaszczeni (znajduje się tu jeziorko i osłonięte kamieniami miejsca wypoczynkowe) mijamy sporą grupę. Ok 10 jesteśmy na przełęczy, wg. znaku to wysokość 4630 m. Wcinamy czekoladę, robimy pamiątkowe zdjęcie z flagą, a inni turyści z nami widząc nasze plecaki. Słysząc że jesteśmy z Polski, wymieniają nazwisko naszego papieża i najwyraźniej cieszą się z tego, że aż tyle znają :D



Niestety góra się pogniewała i nie chce odsłonić. Od tej pory idziemy tylko w dół. Na wys. 4600 jest jeziorko, ale nie nadaje się ani na camping ani na kąpiele. Ok 12 wraz z deszczem dochodzimy do chatek gdzie grupa ma zapewniony lunch, a my na chwilę chronimy się przed zmoknięciem. Szybko się rozpogadza i można ruszać dalej tylko niestety ścieżka zamienia się w szlak błota i gówien. Niestety, są konie to i ich odchody. Na szczęście ładne widoki dookoła rekompensują to co mamy pod nogami :D Tu spada wodospad tam przelatuje mgiełka nad górami i marzymy że może dziś dojdziemy do ciepłych źródeł. Żabcia niestety jest dręczona przez ból głowy i zawroty, co spowalnia nasz marsz. Koniec końców dochodzimy do miejsca na 42 km szlaku wg mapy po Chaullay a przed Collpapamba. Jest tu kilka domków i rozkładamy się na jednym z podwórek. Jako opłatę za rozbicie mamy coś kupić u gospodarzy w sklepiku. Ceny są oczywiście wyższe niż w normalnym sklepie, ale do przeżycia. 2,5 l woda 10 sol, male piwo 6 sol. Tutaj też nocuje kilka grup, więc jest dość gwarno. Pada przez całą noc ale namiot wytrzymuje, jesteśmy z niego dumni :D

10.10.2014 (ok. Collpapamba- Santa Teresa, ) Pobudka przed 6, grupa też już wstaje i wrzuca wszystkie swoje bagaże na jedną kupkę które są później pakowane na samochód. Stąd już prowadzi droga szutrowa do cywilizacji. Na szczęście osobno jest poprowadzona ścieżka dla pieszych. Początkowo idziemy drogą gruntową, jest trochę na około ale płasko. Druga ścieżka prowadzi prze wioskę, a następnie stromo w dół do strumienia i z powrotem w górę do drogi głównej. Po 15 min marszu gdy słońce wychodzi zza wzgórz i zaczyna przypiekać, Żaba przypomina sobie że zostawiła swój kapelusz. Robimy przymuszony postój, z Mundkiem wcieramy w siebie kremy przeciwsłoneczne, a młoda biegnie ile sił po swoją własność.



Mijamy małą wioseczkę gdzie też są pola campingowe i schodzimy szutrową drogą w dół do rzeki. Na szczęście po kilometrze nasz szlak odbija obok termalnych basenów i znów zatapiamy się w dżungli. Co chwilę mijamy się z grupą, aż w końcu postanawiamy zrobić pranie i zostajemy w tyle. Zostajemy przez chwilę po raz kolejny atrakcją turystyczną, uwieczniani na zdjęciach i filmach. Ok 50 km mijamy widowiskowy wodospad Pacchan. Jest bardzo ciepło i wśród gęstej zarośli przypominają nam się sceny widziane do tej pory tylko w telewizji. Ściężka jest wąska, co jakiś czas przekraczamy strumyki prze drewniane mosteczki, zmontowane z cienkich drewienek. Co jakiś czas mijamy małe polany, gdzie miejscowi wpadli na pomysł organizowania mały sklepików oraz miejsc na rozbicie namiotu. Jedno z takich naprawdę niewielkich miejsc przybrało nazwę shopping centre :D

W południe docieramy do La playa (54 km) i tutaj właściwie można zakończyć trekking, co też robią wszystkie grupy, i są zabierane przez agencje busami. My idziemy dalej, lewą stroną rzeki ale nie jest to za przyjemne ze względu na mijane nas samochody i unoszący się wszędzie kurz. Jedynym plusem są mijane plantacje bababów, awokado, cytryn, widzę też jak kwitnie kawa  Zopatrzeni w plecaki pełne owoców, rozglądamy się powoli za miejscem noclegowym.



Zbliża się 16, a co gorsza coraz więcej jest złowrogich chmur. Przed nami właściwie już pada. Możliwości są dwie, albo zostajemy w naszej małej dżungi i śpimy wśród bananowców albo jedziemy do miasta czyli Santa Teresy. Docieramy do mostu na 62 km i tu też spotykamy miejscowych oczekujących na transport. Postanawiamy też pojechać i skorzystać z dobroci cywilizacji. Jedni marzą o miłym obiadku inni o kąpieli. Bus nie nadjeżdża, ale udają się zatrzymać samochód z wracającymi z pracy budowlańcami. Mili panowie chętnie nas podwożą, co dziwne za free. W Santa Teresa pełna rozpusta. Zjadamy smażone w głębokim oleju krążki ciasta, nabijaną jak szaszłyk parówkę z ziemniakiem, a gdy zaczyna padać  (chociaż właściwszym określeniem będzie cedzić) to chowamy się do restauracji i spożywamy konkretny obiad. Dopiero po dobrej godzinie z pełnymi brzuszkami wyruszamy w poszukiwanie campingu. Nie mija 15 min gdy rozkładamy się obok już zaprzyjaźnionej i często mijanej grupy. Nawet nie ustawiamy budzika, gdyż grupa do późna imprezuje i planujemy wypocząć. Jesteśmy na wysokości 1800 więc jest ciepło, nawet śpiwór nie jest tak przydatny.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                     
11.10.2014 (Santa Teresa- Aguas Calientes) Na campingu z rana urządzamy małe pranie i obwieszeni jak choinki wyruszamy dalej. Na początku mamy niewielki problem logistyczny, gdyż każdy nam wskazuję inną drogę do Auas Calientes. Okazuje się że wcale nie wychodzi ona z centrum miejscowości ale musimy się wrócić w kierunku z którego przyjechaliśmy wczoraj z La play. Po ok 1,5 km skręcamy w lewo, jest nawet mapa i kierunkowskaz na Hidroelectrica. Znów żmudne 8 km samochodowej drogi…na szczęście pokonane na stopa z pracownikami hydroelektrowni. Panowie zawożą nas pod same tory kolejki, a po drodze pokazują ogromne, sztucznie uzyskane wodospady. Nad tym tu pracują, z jednej strony pompują wodę do góry, wywiercają w skale otwory i woda z ogromna siłą spada w dół z drugiej strony. Hidroelectrica to również stacja pociągowa, z której zamożni turyści jadą do Aguas Calientes. Przejazd 8 km kosztuje 26 dolarów, dlatego też nie oglądając się ruszamy torami przed siebie. Pierwsze tory kończą się po 500 m dosłownie ścianą ziemi i trzeba podjeść ok 200m przez las aby dostać się na kolejne tory. Jest wydeptana ścieżka więc nie ma żadnej obawy. Idąc torami wsłuchujemy się w skrzeczące papugi i nawet nie czujemy się samotni. Jest niczym w ogrodzie botanicznym, co chwilę jakieś ciekawe kwiaty i roślinki. Spotykamy też ludzi idących w drugą stronę. Mijamy duży żelazny most i zaraz za nim camping! Po naszej prawej stronie otwiera się widok na Machu Picchu. Spostrzegamy nawet maleńkie sylwetki ludzi zwiedzających ruiny.  Po drodze jest jeszcze 2-3 miejsca z małymi straganami sprzedającymi wodę i batoniki. Zmorą oprócz tego, że jest gorąca są meszki krwiopijcy. Używamy Mugge co pare godzin, ale i tak śladów na nogach po ugryzieniach nie da się zliczyć.


Ok 15 meldujemy się na campingu pod Machu Picchu. Jest to ok 1,5 km przed Aguas Calientes. Płacimy 15 sol za dzień/namiot, bierzemy prysznic i gotujemy obiadek. Camping jest przyzwoicie zaopatrzony w stoliki i ławki, zadaszone przed często padającym tu deszczem. Razem z siostrą wybieramy się „na miasto”, a Mundek zostaję na sjestę. Już nieźle leje gdy wchodzimy do hali targowej. Z jednej strony jesteśmy zachwycone ilością owoców, warzyw, a najbardziej ceną za przyrządzonego dla nas litrowego soku (5 sol) a z drugiej strony martwimy się czy Mundek zdążył przed tą ulewą rozłożyć namiot i schować nasz dobytek.
Wcinamy jeszcze na deser ciastko z kawą i wracamy na camping. Namiot stoi  ;D



Następnego dnia urządzamy sobie dzień restu i dziękujemy niebiosom, że to nie na 12 października wykupiliśmy bilety do legendarnego miasta Inków. Pada od rana i nawet jeśli na chwilę przestaje to niebo jest całe zasnute chmurami. Plan na dziś to zakup powrotnego bilety pociągowego. W Machu Piccho Puelbo jest 2 staje pociągowe. Jedna dla miejscowych druga, trochę dalej dla turystów. Okazuje się niestety że nie ma tak zw. Backpakerskich pociągów za 31 dolarów i najtańszy pociąg odjeżdżający o 5.30 rano do Ollantaytambo kosztuje 56 dol. Zdecydowanie prawie dwie stówy za przejechanie 30 km to dla nas zdzierstwo, w dodatku o nie przyzwoitej godzinie.  Nie pozostaje nic innego jak sprawdzić tory i zlustrować mapę, gdzie są rozlokowane tunele. Już na początku torów widzimy że biegnie obok mocno wydeptana ścieżka i korzysta z niej nie jeden miejscowy. Mamy czas na spacery po tęczowym mieści ( w wielu miejscach powiewa kolorowa flaga, jeden z symboli Inków), odnajdujemy termy (10 sol, os/dzień), centrum informacji Machu Picchu, a naszym ulubionym miejscem pozostaje hala targowa gdzie znajdujemy najtańsze obiady w tym mega turystycznym miejscu.  Dowiadujemy się również że do „zaginionego miasta” nie można wnosić kijów trekkingowych, plecaków większych jak 20 l (przed wejściem znajduje się przechowalnia bagaży, w razie czego), jedzenia (nikt nie sprawdzał zawartości plecaków więc mieliśmy kanapki, ale słyszeliśmy że nagminnie wywalają np. banany). Idziemy wcześnie spać modląc się o pogodę. Budziki nastawione na 4.



Przed główną bramę Machu można się dostać na dwa sposoby. Dojeżdżając busem (29 sol/jedna strona, 60 sol/ dwie strony) lub pieszo. Zaraz koło campingu jest pierwsza brama i most zarazem, otwierana dopiero od 5 rano. Myśleliśmy że to ściema i uda się przejść i wcześniej spokojnie wejść pod główna bramę miasta. Byliśmy niezwykle zdumieni kiedy dochodząc do mostu spostrzegliśmy sporą grupę ludzi, czekających na otwarcie wrót. Okazało się że w małej budce siedzi strażnik i pilnuje aby nikt nie wszedł. Równo o 5 wychodzi z ukrycia i sprawdza paszporty wraz z biletami na Machu. Już czujemy napór ludzi i zaczynający się wyścig. Przewodniki opisywały że wejście na górę zajmuje 1,5 h…ale to chyba info dla emerytów. Ci pierwsi którzy wręcz biegli te 2 km, pokonali pierwsze setki schodów tego dnia w pół godziny. My doczołgałyśmy po ok 50 min. Mundek który był szybszy, zajął kolejną kolejkę tego dnia. Brama jeszcze zamknięta a ludzi coraz więcej.



Punkt 6.00 wychodzą strażnicy i proszą o przygotowanie biletów i paszportów. Trochę przepychanek jak to zwykle gdy jest tłum ludzi i wchodzimy. Słońce już wstało i oświetla co niektóre fragmenty rozpoczynając swój spektakl świetlny. Co jakiś czas przebiega przez wzgórze i rozmywa się mgiełka tworząc aurę tajemniczości. Na godz. 7 mamy wykupione dodatkowe wejście na „Młody szczyt” i zmierzamy w stronę wyrastającej nad ruinami górę.



Myślimy że im wcześniej zaczniemy podejście tym więcej później będzie czasu na zwiedzanie. Jakie nas nasze zdziwienie gdy widzimy kolejną bramę, budki i łańcuchu przed wejściem na ścieżkę do Wayanapicchu. Nikogo jeszcze nie ma więc czekamy podziwiając budzące się słońce i spożywamy śniadanko. Gdybyśmy wiedziały, że jest tu taka barykada, pewnie najpierw poszlibyśmy w przeciwną stronę miasta pod dom strażnika, a dopiero potem ustawiły się w kolejce na szczyt. Chcąc nie chcąc zaczynają się kolejne zawody, kto będzie pierwszy na szczycie. Jako że jesteśmy na początku kolejki, a kondycja wyrobiona to po godzinie wspinaczki do góry stajemy na czubku i podziwiamy widoki jeszcze nie zakłócone prze inne osoby.



Jest pięknie, wręcz magicznie. Czuje że spełnia się jedno z moich marzeń. Siedzimy przez dłuższą chwilę na odosobnionej skale, obserwujemy ćwierkającego ptaszka, biegające po niebie chmurki, zbierające się tłumy gdzieś tam w dole i mogłoby to trwać wiecznie gdyby nie świadomość że dzisiejszego dnia mamy jeszcze wiele do zrobienia, a raczej przejścia. 



Zbiera się coraz więcej turystów więc postanawiamy schodzić, ale nie na Machu. Zauważamy znak prowadzący do jaskini, która znajduje się po drugiej stronie wzgórza. Budzi się w nas instynkt eksploratora i nie słuchając rozumu że nie mamy zbyt wiele czasu idziemy zamiast w lewo to w prawo. Sto, dwieście, trzysta już nawet nie liczymy schodów ale mamy ich serdecznie dość. Pokonujemy nimi ok 400 m przewyższenia, jedne są wykute w litej skale i wyglądają imponujące, inne poukładane z bloków skalnych. Gdy dochodzimy do drewnianej a raczej bambusowej pionowej drabiny, mina mi rzednie. Takiej atrakcji się nie spodziewałam. My schodzimy, ale są i tacy którzy po zrobieniu zdjęcia zawrócili się. Im niżej tym większa dżungla i krzykliwe odgłosy ptaków.  Dochodzimy do jaskini zwanej też świątynią księżyca… i stwierdzamy że ładniejsza była ta droga tam niż samo miejsce.



Teraz (no szczęście inna drogą) trzeba wrócić do góry. Po 3 godzinach takiego spacerku jesteśmy zmęczone i skończyła się nam woda. Wróciwszy na właściwe ruiny Machu musimy podążać wyznaczony jednokierunkowy ruch zwiedzania. Ani trochę się to nam nie podoba bo musimy wrócić najpierw do punktu wejścia/wyjścia aby rozpocząć zwiedzanie od kompleksu świątyń. Pod koniec po drodze dołączamy do przewodnika, który opowiada ciekawostki (tury z przewodnikami są za free, startują przy bramie głównej).  W południe doskwiera nam już strasznie brak wody i tłumy ludzi więc decydujemy opuścić ruiny.


Na campingu składanie namiotu i szybki prysznic. Obiadek już tradycyjnie zjadamy na hali targowej. Tym razem aroza ale cubana czyli ryż, z jajkiem sadzonym i smażonymi bananami i w drogę. Wychodzimy z 112 km na torach i chcemy dojść przed km 104 gdzie wg mapy jest zaznaczony camping.  Po drodze mijamy sporo osób, z wielkimi pakunkami, a nas mijają pociągi. O dziwo maszyniści nawet się uśmiechają wiec im machamy ;) Nie jest nudno, są jeszcze jakieś inkasie ruiny, elektrownia wodna, mosty grożące zawaleniem, pojedyncze domostwa i po 8 km osiągamy naszą polankę. Dodatkowym atutem jest drzewo z avocado, co oznacza zapewnioną kolację;)


Dnia następnego na początek mamy małą przeprawę z psami z pobliskiego domostwa. Nie zawsze działa straszenie kamieniem i trzeba czekać aż ktoś się zjawi. Dokładnie na 104 km trasy jest drugie z wejść na szlak Inków (Red de Caminos Inka). Ok 103 km mijamy tunel nr. 5. Okazuje się krótki i szeroki, więc jeśli nawet akurat jechałby pociąg nie byłoby to problemem. Na 101,6 km nabieramy w strumieniu wodę (m. Codrobamba). Ok 98 km kolejna bardzo fajna polanka na namiot. Po 96 km wchodzimy ewidentnie po inkaskimi kamiennymi schodkami w głąb dżungli, ale ścieżka szybko się kończy i wracamy na tory. Za dwa kilometry mijamy małą stację kolejową oraz budynki przypominające nasze pgr-y. Na 92 km można pozwiedzać kolejne, trochę odbudowane i zabezpieczone ruiny. Opłat nie ma, należy się tylko wpisać na listę.


Kilometr 90 wita nas tunelem nr 4. Nawet nie trzeba nim przechodzić bo ścieżka przechodzi obok, tu też jest niewielka polanka na namiot. Na 88km miejsce oznaczone jako Qorihuayrvhina, na wysokości 2500 m n.p.m. Wędrówka robi się coraz bardziej uciążliwa, nawet już nie liczymy mijanych po drodze krzyży aby się nie przygnębiać. Jest coraz cieplej, a co gorsza skończyła się ścieżka obok torów i trzeba iść samymi torami. Niewygoda polega na wysypanych małych kamyczkach, które usuwają się spod nóg. W okolicach 85 km mijamy kolejne inkaskie ruiny i tutaj pojawia się ścieżka ponad torami. Wprawdzie idzie się trochę w górę, ale jest bardzo przyjemnie.  Kilometr przed następnymi ruinami, spotykamy rowerzystów. Radzą nam wspiąć się ponad tory i przejść obok ruin, a następnie przez wioskę gdyż spotkali na torach strażników którzy nie pozwolili im przejść i grozili karami. Tak też robimy. Przed nami widok na dolinę, pola kukurydzy i co najważniejsze widzimy drogę :D Robimy pamiątkowe zdjęcie stacji (wg tablicy zrobiliśmy 600m do góry z Agues Calientes) i akurat nadjeżdża bus zabierający nas do Ollantaytambo. Tu już czujemy się jak u siebie. Szybko kolejny transport do Urubamby i kolejno Cusco. Zjeżdżamy z gór podziwiając białe szczyty i zachodzące słońce. Musimy się pożegnać z tymi wysokogórskimi krajobrazami gdyż następnego dnia chcemy już jechać nad jezioro Titicaca.

W stolicy regionu robimy zakupy. Od sweterków, czapek po kolczyki. Podobno to właśnie w Cusco są najlepsze rzeczy. Zwiedzamy Muzeum Inków (10 sol) oraz kultur prze Inkaskich. Na dziedzińcu można przyglądnąć się wyrabianym tkaniną.


Autobus do Puno mamy dopiero po 23 (20 sol) więc z niczym się nie śpieszymy. Dworzec autobusowy znajduje się prowie godzinę od centrum, na niezachęcających obrzeżach miasta. Jako że zakupiliśmy najtańszy bilet, autobus jest w stanie opłakanym. Wszystko się trzęsie w środku, niektóre siedzenia są nie do użytku, nie przesadzając wszystko jest brudne i śmierdzi. Bierzemy przykład z tubylców i ubieramy się ciepło wraz z czapkami. W nocy jest przerażająco zimno...
« Ostatnia zmiana: Grudzień 10, 2014, 23:45:44 wysłana przez Anita »

forum.outdoor.org.pl

W kraju dzieci słońca (Peru)
« dnia: Grudzień 10, 2014, 23:19:27 »

Offline esperal

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #1 dnia: Grudzień 11, 2014, 07:13:57 »
Swietna relacja i piekny kraj! Zazdraszczam ;)

Offline cygnus

  • Cygnus


  • Pomógł: 31

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #2 dnia: Grudzień 11, 2014, 16:06:19 »
Choć kiepsko się zaczęło to wyprawa super !
chętnie przeczytam co było dalej.





pozdrawiam
Cygnus

Offline Anita

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #3 dnia: Grudzień 11, 2014, 21:06:12 »
Początki zawsze są trudne, a później było tylko lepiej ;) A więc jedziemy dalej...

Do Puno dojeżdżamy o 7 rano i kierujemy się do portu. Po drodze jemy śniadanko na otwierającym się markecie i bierzemy nawet obiad na wynos. Niestety w porcie zaczynają się komplikacje, gdyż łódki nie odpływają tak często jak mówi przewodnik, nie licząc wysp Uros.  Planowaliśmy udać się na wyspę Amantani, ale łodka jest 1 dziennie pomiędzy 8.00-8.20 i już odpłynęła. Na drugą wyspę Taquille też oprócz prywatnych nic nie płynie. Postanawiamy chociaż popłynąć na trzcinowe wyspy Uros (10 sol lodka + 5 sol wstep). Pomysł stworzenia wysp był dość ciekawy..Wyjątkowość 60 wysp stanowi ich konstrukcja. Zbudowane z kilku warstw (mierzących razem od trzech do czterech metrów) poukładanych na sobie trzcin totora, unoszą się na jeziorze. Z totora wykonano tez domy, łodzie i mosty. Podłoże na takiej wyspie jest miękkie i sprężyste. Budowniczowie wysp uciekli w ten sposób przed agresywnymi, atakującymi ich plemionami Collas i Inków. Długo żyli w odosobnieniu nie znając elektryczności czy innych zdobyczy cywilizacji. Niestety popularność wysp w XXI wieku w większości spowodowała ich komercjalizację. Ich mieszkańcy prowadza krótkie wykłady o historii i budowie wysp, sprzedają swoje rękodzieła i prowadza małe restauracje. Tradycyjny styl życia znajdziemy na najbardziej oddalonych wyspach, aczkolwiek tam turyści nie są mile widziani.

   



Po zwiedzeniu wysp i zaciągnięciu języka, jedziemy na półwysep Capachica (ok 7 sol, 1 przesiadka). Stąd ma być więcej łódek. Gdy dojeżdżamy zbliża się już wieczór wiec nad jeziorem znajdujemy płaski kawałek ziemi i rozkładamy namiot. Razem z Żabą idziemy rozpoznać teren i znaleźć port. Wioseczka jest niewielka ale przyjemna, znajdujemy 2 przystanie. Rozpytujemy ludzi o promy i jak zwykle mamy małą niespodziankę. Ten odpływa na Amantani tylko w poniedziałki…a mamy czwartek. Jeden z mieszkańców proponuje że nas zawiezie, bodajże za jedyne 120 soli. Cóż, pozostaje nam dziś podziwiać zachód słońca, a jutro zastanowić się co zrobić.

 



Pobudka skoro świt, składamy namiot i idziemy na przystań wypatrując jakiegoś zabłąkanego promu. Napotykamy się na rybaków oczyszczających swoje sieci z maleńkich rybek. Znów próbujemy swoich sił i dopytujemy o prom, nie mają dla nas jednak żadnej pocieszającej informacji. Przypatrujemy się pracy i jednocześnie rozpoczynamy pertraktacje z jednym z rybaków. Oferuje przewiezienie nas na wyspę Taquile za 100 soli. Po targach płyniemy za 60 sol. Zajmuje to około godziny, przy czym ze 3 razy gaśnie silnik i śmiejemy się że będziemy wiosłować. Na szczęście obyło się bez tego, bo fale na tym jeziorze są niczym na morzu i nie byłoby to łatwe.

   

Taquile jest wyspą szczególną, gdzie mężczyźni robią na drutach a kobiety uprawiają poletka. Rozciąga się zaledwie na 5,5km długości i 1,5 km szerokości. Zamieszkała jest przez ponad 2000 osób. Nie spotkamy tu natomiast psów i kotów, samochodów czy motorów. Jedyny unoszący się w powietrzu dźwięk to rozbijające się o skały fale i szumiący wiatr przerywany beczeniem wypasanych owiec. Na głównym placu wyspy znajdziemy obszerny sklep gdzie można zarówno kupić wydzierganą pamiątkę jak i przyjrzeć się procesowi wykonywania kolejnej czapki czy szalika. Tu też znajdują się małe sklepiki spożywcze i restauracja. Aczkolwiek polecam zaopatrzyć się w zapas żywności, gdyż posiłki są stosunkowo drogie w porównaniu z lądem. Btw. Kosztuje też sam fakt wstąpienia na wyspę (8 sol/os). Dostaliśmy propozycje zamieszkania wraz z wyżywieniem u rybaka (koszt 30 sol/os/dzień) ale gdy powiedzieliśmy że śpimy w namiocie, wyspiarz zaprowadził nas na plac przed szkołę, gdzie mieliśmy sporo miejsca. Jedyną niedogodnością były bardzo ciekawskie dzieciaki. Odwiedzały nas zarówno na przerwach jak i po szkole, przeglądając rzeczy z plecaka jak i penetrując namiot. Po posiłku, załatwieniu u rybaka wody pitnej (magazynują ją w beczkach) i ogarnięciu się wybieramy się na szczyt wyspy. Nie byłby to większy problem gdyby nie dziesiątki tarasow które musimy pokonać, tudzież się na nie wyspinać, a są wyższe ode mnie (tak,tak mam tylko 150 w kapeluszu Pewnie po niecałej godzinie jesteśmy na szczycie, ok 4 tys. m.n.p.m. A dokładnie na cmentarzu używanym pewnie już od wieków przez Taquileños. Na północ widać okrągłą wyspę Amantani i półwysep Capachica Peninsula, na zachodzie Puno a na wschód bezkres wody kończący się ledwie dostrzegalnym brzegiem boliwijskim i Kordylierskimi szczytami.

     

Powoli zachodzi słońce i robi się pierońsko zimno, śpieszymy na dół żeby jeszcze znaleźć namiot w tych ciemnościach. Następnego dnia jeszcze przed 6 budzą mnie ptaszki ćwierkające wokół namiotu. Dzień przeznaczamy na kąpiele i pranie. W końcu trzeba się doprowadzić do porządku. Woda nie jest za ciepła, a fale wcale nie małe i same nas kąpią ;)

Z wyspy Taquile ok 14 wypływamy z bardzo młoda załogą. Najpierw na dwie łódki co wygląda dość komicznie gdy chłopcy przeskakują z jednej na druga, uruchamiając na przemian ich silniki. W końcu jedna z łodzi zostaje w drugim porcie i już pełnym gazem płyniemy w piątkę do Puno. dziwimy się że cena jaką płacimy jest taka niska za ten luksus i domyślamy się ze chłopcy sobie właśnie dorabiają, bo tak czy siak mieli płynąc i zabierać z puno turystów. Po 3 godz. i przepłynięciu obok wysp Uros, jesteśmy w porcie. Tu mila niespodzianka, gdyż słyszymy polski i zostajemy poczęstowani winem. Jak widać polska gościnność sięga bardzo daleko, poza granice kraju. pędzimy na dworzec...ale po drodze dopada nas burza. przeczekujemy największy deszcz spożywając posiłek w malej knajpce i jako ze perspektywa wyjechania z miasta i rozbijania namiotu po nocy w deszczu nam w nie smak decydujemy się na szukanie hostelu w puno. po wejściu do czwartego z kolei dostajemy trojkę za 60 sol. Jest zimno, ale czysto i przyjemnie. Nie ma problemu z dostaniem wrzątku i jest ciepły prysznic co nie jest regułą ;)

Rano wybieramy się do Silustani. Pan na recepcji tłumaczy i rysuje skąd odjeżdżają małe busiki, wiec nie mamy problemu trafieniem (3,5sol). Jedziemy w kierunku Juliaca i wysiadamy na skrzyżowaniu do zabytkowych wież. Silustani to kompleks grobowców zwanych chullpas jak przypuszczają archeolodzy jeszcze przed inkaskich plemienia Colla, a następnie przejętych przez grupy Inków. Ulokowane na półwyspie nad brzegiem jeziora Umayo, wieże w zależności od czasu budowy przybierają różne kształty i są wykonane inną technika. Od poukładanych kamieni ze spoiwem, po gładko ociosane bloki skalne sięgające 12m wysokości do wież pokrytych kaolinem. Niektóre chullpas są ozdobione wygrawerowanymi wzorami np. jaszczurki. Wszystkie wieże posiadają małe otwory (tak aby zmiesił się wślizgujący się tam człowiek) ulokowane w kierunku wschodnim. Wewnątrz odnaleziono nie tylko ludzkie kości ale również zabierane w podróż na drugi świat jedzenie i kosztowności.



   

Wracamy taxi za 10 soli do głównej drogi Juliaca- Puno i tu łapiemy autostop które za 9 sol podwozi nas na stacje. Niestety nie było nam dane zbyt często doświadczać darmowego autostopa w Peru…

Kupujemy bilet do Arequipa (20sol) i mamy godzinkę na obiad. Zaraz koło stacji znajdujemy bar gdzie serwują nam zupkę i pyszna rybkę za 6 sol. Droga do Arequipy prowadzi półpustynnymi terenami z ciekawymi formacjami skalnymi. Niespodziewanie przed przełęczą na 4300 wjeżdżamy w burze z gradem. ok 19 jesteśmy w Arequipie, drugiego co do wielkości miasta w Peru. już z daleka robi na nas wrażenie. Z dworca wg gps mamy 3,5 km do plaza des armas gdzie znajduje się najwięcej hosteli. taksiarz oczywiście mówi ze to 7 km i koszt przejazdu szacuje na 10 soli. Spacerkiem docieramy na początek la merced prowadzącej prosto do centralnego placu i tu tez wchodzimy do pierwszego hospedaje. Cena 40 soli za nockę jest równoważna prostocie pokoju i łazienki. Na szczęście jest ciepła woda pod prysznicem. Natomiast dla kogoś tak na przyszłość najwięcej hosteli widzieliśmy na ulicy Alvarez Thomas, natomiast biur i informacji turystycznych na ul. Jeruzalem. Większe zakupy polecam zrobić w supermarkecie Tottus na Avenida parada. Pozamykane na cztery spusty miasto nocą odżywa rano. Z dachu hospedaju oglądamy panoramę. 'Białe miasto' faktycznie zasługuje na taka nazwę, dzięki budynkom wykonanym z białej wulkanicznej skały (sillar). Miasto jest otoczone 3 wulkanami, co wygląda dość spektakularnie. Zwiedzamy katedrę (do 10 jest za darmo, a potem 10 sol). Plątamy się trochę biednymi uliczkami w poszukiwaniu mapy i info o kanionie Cotahuasi. Na 18 wieczorem mamy wykupiony bilet nocny właśnie w stronę ponoć najgłębszego na świecie kanionu.

       
                                                                                                                                                                                                                                                                           
Dojeżdżamy o 3.30 nieźle zmęczeni. połowa drogi do celu okazuje się szutrowa wiec nieźle nami trzęsie i nie bardzo można spać. droga wiedzie to w górę to w dół serpentynami, wiec czasem myślimy ze może to lepiej iż nic nie widzimy. Na stacji spędzamy ok 1,5 h i przyjeżdża bus do Pampamarca. Rozwiązuje to nasz dylemat gdzie pojechać w pierwszej kolejności. Czekaja nas kolejne godzina (2,5) po szutrowej pełnej zakrętów drodze. Jadać do tej malej wioseczki mam wrażenie że zbliżam się na koniec świata. widoki cudne a mijani ludzie i wioseczki wyglądają jak wyjęte z średniowiecza. W Pampamarca do zobaczenia jest dwie atrakcje. zaczynamy od specyficznych formacji skalnych( Bosque de piedras), znajdujących się 3 km pond wioska na wys. Max 4 tys. metrów. Po 1,5-2 godz. wysiłku mamy przepiękny widok na kanion i dolinę z zielonymi tarasami. w oddali błyszczą się pokryte śniegiem 6 tysiączniki. Po drodze mijamy kamienne wieże, gdzie w jednej z nich znajduje się ludzki szkielet. niestety większość wież jest w opłakanym stanie i nie da się do nich zaglądnąć. Las skał bardziej dodaje uroku całości rozpościerających się krajobrazów niż stanowi super ciekawy obiekt.

     

Z głównego placu wioski dostaniemy się do kolejnego ciekawego punktu widokowego. zaledwie 15 -20min zajmie nam przejście na taras skąd widać 80m opadający z ogromnym hukiem wodospad Uscune. Niestety jest zbyt daleko i droga zajęła by min. Półtorej godz. w dół aby poczuć orzeźwiająca wodę na twarzy. Wole nie myśleć ile zajęłaby droga w górę. żadnej oficjalnej ścieżki oczywiście nie ma. W centrum wioski znajdujemy 3 małe sklepiki i restauracyjkę w jednym z nich. Jest tez komisariat i mili panowie policjanci wskazują nam trawnik centralnie na środku głównego placu gdzie możemy rozbić namiot. Trochę to dziwne uczucie ale po penetracji okolicy trudno o lepsze, płaskie i czyste miejsce. Podczas deszczu mamy chwile czasu aby z pod daszku sklepu poobserwować mieszkańców. istna sielanka. nikt się nie spieszy, nie krzyczy.
Wybierając się tu warto spytać o godz. busow powrotnych. Zazwyczaj jest tylko jeden o 7 lub 12.

     
Następnego dnia wstajemy wcześnie, bus już stoi i ludzie od 6.30 zajmują miejsca. punk 7 wyjeżdżamy. po drodze zawijamy do dwóch wiosek i w niecałe 2 godz w klekoczącym busie z samo otwierającymi sie drzwiami znajdujemy się w Cotahuasi. kupujemy bilety do Arequipy firma Reyna, 30sol) niestety tylko nocne są :/

Szybki lunch na dworcu i idziemy w kierunku wodospadu Sipia wg drogowskazu w wiosce to 17 km,wg miejscowych to 13-14 km. Należy dokładnie się wypytać o drogę lub włączyć gps i nie skracać głównej drogi ścieżkami. My (właściwie nie tylko my, słysząc z powiadań) robimy ze 2 km droga która doprowadziła nas na wysypisko śmieci. Jeśli po drodze miniecie drewniana bramę przegradzająca drogę to na pewno powinniście zawrócić. Jakimiś ścieżkami na tej istnej pustyni z kaktusami docieramy do pól uprawnych gdzie po rozmowie z panią odbieramy lepszy kierunek. Jest droga i nawet podawane na słupkach kilometry. Są tez mniejsze ,piesze ścieżki ale wolimy już dziś nie używać skrótów. na 4 km mijamy zielona oazę z drzewami owocowymi a potem już tylko skały, kanion i pyl. Są tez ciekawe stare drewniane mosty-dwa, obok nich nowe, betonowe. ciekawie to wygląda, kontrast pomiędzy tym jak było i jak teraz przemieszczają się ludzie. przez cala drogę spotykamy dwa motory i dwójkę wczoraj poznanych turystów z Austrii. zachwalają wodospad wiec uruchamiamy resztki sil i wartko idziemy. na8,5 km droga się rozwidla. znak wskazuje sieczkę w lewo. Idziemy jeszcze ok 4 km i napotykamy mała wiatę i znak kierujący na wodospad. wg przewodnika stąd mamy 45min drogi, w praktyce to nie więcej niż 20min trochę w dol i w górę. Całość z dwoma ok 15min przerwami zajęła nam 3godzimy. Czy było warto tyle smażyć się w słońcu z ciężkimi plecakami? Mundek stwierdził ze dupy nie urywa(ale to dobrze, wole jak ja ma) mi i Żanecie natomiast się podoba. jedyny minus to taki iż trudno go ująć na jednym zdjęciu gdyż jest tak duży z kilkoma kaskadami. Można go teoretycznie oglądać z miejsca kaskady wody spadającej w dol, ale primo jest się trochę mokrym secundo trzeba się mocno wychylać co jest dość niebezpieczne. Idąc kawałek dalej znajdziemy przygotowana platformę. Tu widać prawie całość, no ale już nie jesteśmy tak blisko wody. Namiot rozbijamy przy ścieżce prowadzącej do atrakcji, rzeka blisko wiec można zażyć kąpieli, a wodę podobno pitna nabieramy kilometr wcześniej kanałów nawadniających pola, obok gospodarstwa i plantacji fig (które oczywiście bezkarnie zajadamy;).

     

Następnego dnia jeszcze raz obchodzimy wodospad, niestety zdjęcia pod słonce nie ukazują wodospad Sipia w pełnej krasie.
Autobus przyjeżdża punktualnie o 10,i godz później jesteśmy z powrotem w Cotahuasi. Tutaj zjadamy lunch, pyszna warzywna zupkę i rybkę za aż 5,5 sola, i kierujemy się na plaz de armas. po drodze liczne sklepiki z dość dla nas zaskakującym towarem...  dopiero ok 13 po zakupach lądujemy w centrum. Okazuje się ze bus właśnie nam odjechał wiec decydujemy się na kawkę z ciastkiem i plotkujemy z lokalsami.
Bus w kierunku na Alca jest co godzinę i jako ze dzieci właśnie kończą szkole jest mega zatłoczonym. na szczęście to tylko ok 20 km. Mi udaje się w połowie siąść i biorę na kolana pierwsze pod ręka dziecko które mi po chwili usypia;)

   

bus zajeżdża prosto pod wody termalne(3 sol). Tutaj mamy dwie opcję, możemy kapać i grzać się w 1 basenie za 2sole,lub w 3 za 5 soli. Wybieramy wersje rozszerzona i skaczemy z 35st przez 40 do 41 w najcieplejszym basenie. dwa są na otwartym powietrzu i ostatni kryty, najgiętszy ale tez najduszniejszy. Spotykamy po raz trzeci austriackich znajomych i gawędzimy o podróżach. Polecają nam odwiedź pobliska wioskę.

       

Moczymy się ok 2 godz. aż skora się pomarszczyła a cześć tej spalonej zeszła;) gdy wychodzimy już powoli się ściemnia wiec rozkładamy namiot zaraz obok budynku wód termalnych. śledzie wbija się ciężko i wieje wiatr ale dajemy rade a w nagrodę pijemy miejscowe wino.. rano już przed 6 słychać odgłosy kapiących się ludzi w uzdrowisku. Okazuje się ze jest otwarte od 3.30 do 9 wieczorem. Wiedziałam ze miejscowi wstają tu wcześnie...ale ze aż tak? Mamy sporo czasu, gdyż nas bus do Arequipy odjeżdża o 17.00. Wykorzystujemy go spacerując na lekko(nie było problemu z załatwieniem plecaków w kasie) do wioski położonej ok godzinkę drogi powyżej wód termalnych. Po drodze fascynaci geologii na pewno zauważa wkładkę obsydianów w warstwie skalnej. W oddali widać górujący nad dolina stary wulkan. W wiosce obserwujemy prace ludzi. Starsze kobiety i mężczyźni wypasają owce i krowy, młodsi noszą na plecach ogromne ładunki zebranych roślin inni jeszcze orzą. Najczęściej pchając radło, czasem za pomocą wołów a jeszcze rzadziej koni. Spacerujemy wśród domów krytych strzecha, potem tarasami i wracamy do zostawionych bagaży. Ścisk w busie jak zwykle. dojeżdżamy ok 13 i jesteśmy nieźle głodni. Zachodzimy na jedno z podwórek zamienione w jadłodajnie i widząc u ludzi na talerzach kraba w zupie zostajemy. Menu(danie dnia) za 6 sol., z talerza spoglądają na nas oczka, ale nie zrażamy się bo zupka pycha. Na drugie ziemniak z serem w środku, trochę sałatki i oczywiście ryz.
Obiad dla jednych zakończony deserem lodowym dla innych piwkiem i trzeba się zbierać na dworzec.

 

Przed nami znów 10 godz tułaczki, w większości po drodze szutrowej.. firma Reyna.
Na początku jest jeszcze widno i podziwiamy roztaczające się widoki. Jedziemy coraz wyżej i wyżej. Ledwie już widać Cotahuasi i kanion. Min 4 tys. Jedzie sie całkiem dobrze pomimo wertepów i głośno puszczonego filmu. Do Arequipy dojeżdżamy o 2 w nocy i już ok 3 kupujemy pierwszy możliwy bilet do Pisco firmy Flower na 5 rano (40 sol plus 2 sol podatek). Zaledwie chwilę po wyruszeniu włączają film Jackie Chan,i to na fula. głośno protestujemy bo chcemy spać, ale nie pomaga i lecą wszystkie odcinki. Przerwa o 8 na śniadanie i jedziemy w większości bez zatrzymywania się.

Przed nami trzecia i ostatnia część tego wyjazdu.

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #4 dnia: Grudzień 11, 2014, 22:03:34 »
Super :)

Offline madmun



  • Pomógł: 143

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #5 dnia: Grudzień 12, 2014, 17:42:45 »
Zajebiste, sliczne foty i zacne pioro
R.T.F.M
outdoor to nie rurki z kremem

Offline crimson



  • Pomógł: 123
  • rocznik '89

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #6 dnia: Grudzień 12, 2014, 18:21:41 »
Anita, gratulacje dobra robota, piękna wycieczka, bardzo ładnie opisana i sportretowana, oby tak dalej
nie jestem całkowicie bezużyteczny, przecież zawsze mogę służyć za zły przykład

stormbringer coming time to die

forum.outdoor.org.pl

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #6 dnia: Grudzień 12, 2014, 18:21:41 »

Offline Anita

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #7 dnia: Grudzień 12, 2014, 19:29:03 »
Ciesze się, że się podoba, tym chętniej przedstawię co działo się dalej :)

Do Piscko dojeżdżamy już po 18, więc jest ciemno. Właściwie sami przypominamy kierowca ze mamy bilety do Pisco a nie do Limy i wysadzają nas na pierwszym możliwym zjedzie. Dokładnie nawet nie wiemy gdzie jesteśmy i w najbliższym barze zaciągamy informację jak dostać sie do centrum, a następnie do Paracas. Mila pani prowadzi nas do taxi colectiwo która ma zawieść nas do centrum skąd odjeżdżają busiki do Paracas. Po drodze jednak taksówkarz namawia nas do zawiezienia bezpośrednio do Paracas za 20 sol. Można to zrobić za 15 z przesiadkami ale juz po tylu godz jazdy nie chce nam się kombinowac, a przynajmniej ja marze o prysznicu i położeniu sie.
Z Lonely planet wynajdujemy paracas backpakers house, prowadzony przez Alberto i Lidie. ceny o dziwo sie zgadzają 17s/os w dormie. bierzemy jednak TRPL za 60 bo jest na parterze a nie na 4 piętrze. Lenistwo się wkrada;)

Właściciel to przesympatyczny starszy pan, świetnie mówiący po angielsku. Pokazuje cały hostel, opowiada o mieście i możliwych wycieczkach. Nie ma problemu również z wydrukiem biletu. Jest kuchnia i patio z leżakami. Wieczór upływa bardzo szybko, zamawiamy wycieczki (wyspy plus rezerwat za 45 sol) i padamy ze zmęczenia. Pobudka jak zawsze wcześnie. W sklepie zakupujemy świeże pieczywo i jajka, śniadanie po europejsku;) już przed 8 wychodzimy z przewodnikiem na przystań. Tam zakupujemy łączony bilet wstępu na Islas Ballestas i do rezerwatu Paracas (17sol, zakupione osobno wychodzą po 22sol). Wstęp do portu to jeszcze 2 sole. Dookoła sporo grup i kolejka motorówek. zostajemy zapakowani do biało-czerwonej łódki  Ostrero. Ok 25 min wiatru we włosach i już jesteśmy na wyspach Ballestas. Na początku oglądamy Paracas candelabra, geoglif, znaki wyrysowane na piasku/skale które są pozostałością prawdopodobnie po Nazca kultur. Mi przypominały trójząb ale spekulacji jest więcej. Od ilustracji kaktusa po nawigacje dla żeglarzy aż do kosmitow. Sięgają 150 m wysokości. Widać je tylko z morza.

 

Przepływamy do wyspy gdzie z dość bliska możemy podziwiać całą plejadę ssaków i ptaków morskich od ogromnych leniwych aczkolwiek hałaśliwych lwów morskich, niewielkich pingwinów Humbolta, peruwiańskich głuptaków, pelikanów czy produkujących cenne guano kormoranów. Spektakl podrywających się do lotu ptakow, przefruwając pomiędzy 22wyspami i skalnymi lukami jest wart nawet niezbyt przyjemnego unoszącego się tam zapachu. Przepływamy wokół kilku wysp i czas tak szybko mija ze nawet nie zauważam mijającej godziny. Całość wycieczki zajmuje ok 2-2,5 godz.

   

Mamy godzinkę wolnego i znów spod hostelu ruszamy na kolejna tym razem busową wycieczkę. Az sami się dziwimy ze zdecydowaliśmy się na cos zorganizowanego. Gdyby było więcej czasu wzięlibyśmy rowery i z zazdrością patrzę na mijanych po drodze cyklistów. Zaczynamy od niewielkiego wzgórza z monumentem upamiętniającym przypłyniecie wyzwoliciela Josef de San Martin który przybył tu w XIX w. Stąd widać wioskę El Chaco i rozciągające się morze. Dalej ruszamy w głąb półwyspu gdzie rozciąga się narodowy rezerwat Paracas. Zaczynamy od miejsca zwanego La Catedral. To nic innego jak grupa skalna przypominająca niegdyś katedrę. Jednakże po trzęsieniu ziemi w 2007 trudno się jej tutaj dopatrzeć. Po drugiej stronie podziwiamy „diabelska” plaże. Następnie czerwona plaża  (powstała z wykruszonej magmowej skały).
Dojeżdżamy do Lagunillas gdzie są dwie drogie restauracje, serwujące podobno wspaniale ryby i owoce morza (a przynajmniej ceny na to by wskazywały). My organizujemy sobie własny piknik, spędzamy czas na plażowaniu i oglądaniu z pobliskiego wzniesienia latających pelikanów.
Godzinna przerwa mija dość szybko. Ostatnim punktem programu jest centrum/ muzeum gdzie zostajemy przepędzeni i trudno przeczytać przygotowane tablice z informacjami o florze i faunie Paracas.





200 m od muzeum wyznaczono linie skąd można oglądać różowe flamingi. jednakże ze względu na odległość ledwie je widać...także tylko mentalnie możemy poczuć ze oglądamy te ptaki. Do hostelu wracamy po ok 15.30 czas rozglądać się za obiadem. Jednakże jako ze wszystkie posiłki zaczynają sie od 15soli i 20 sol za rybę to postanawiamy wykorzystać kuchnie Alberta i same gotujemy. El Chaco ma 3 sklepiki i na pewno znajdzie się tu wszystkie potrzebne artykuły spożywcze. Dzień kończymy zachodem słońca na plaży.



Od gospodarza dostajemy wskazówki jak tanio dostać się do Limy. Najpierw colectivo do Pisco za 3 sol, następnie 1,5sola na skrzyżowanie dróg Lima/Ica. I stad albo stanąć na drodze i łapać autobus albo na malej stacji wykupić bilet lini Soyuz ( 17sol). Droga do stolicy zajmuje ok 4godz.
Firma ma przystanek w centrum Limy, skąd mamy ok 4 km do zarezerwowanego hostelu. Idziemy żeby rozprostować kości. EkekoHostel na ul Garcia Calderon 274 dzielnica Miraflores jest całkiem w porządku, z socjalnym telewizorem i komputerem, sporą kuchnia oraz dormami ok 10dol/os. Za trojkę po przeliczeniu z dolarów płacimy 53sol. Koleś uprzejmy i bardzo dokładnie przedstawia mapę okolicy. Zostawiamy rzeczy i idziemy w poszukiwaniu restauracji. Tych nie brakuje, tylko ceny za menu mogą być różne. W końcu zdecydujemy się spróbować ceviche… Cevicze czyli owoce morza mocno skropione cytryna/limonka z dużo ilością cebuli i dobrze przyprawione jest ciekawe, ale najeść się tym nie można. Dobrze że w zestawie jest jeszcze drugie danie.



Z pełnymi brzuszkami spacerujemy nad morze. Słonce ma się ku zachodowi. Nad nami latają paralotniarze, a pod nami morzę pełne fal i surferów. Nie mija 5min kiedy zagaduje nas koleś oferujący naukę surfowania. Dość dobrze namawia, albo dobrze trafił bo po małych targach żaba decyduje się na lekcje 45 sol z wypożyczeniem deski i pianki Na Playa Waikiki.
My z Mundkiem trochę spacerujemy i trochę obserwujemy poczynania wilków morskich. Fale są tutaj naprawdę długie, maleńkie postacie na tle dużego zachodzącego słońca wyglądają cudnie. Spacerujemy molem do pięknie położonej restauracji La Rosa Nautica.

 





Z nad morza przechodzimy Mc. Balata i ul Diagonal obok Kenedy park, następnie już wzdłuż  Ulic Arequipa. Zachodzimy jeszcze na lody do McDonalds( ceny porównywalne) a potem do supermarketu na jedne z ostatnich zakupów. Ok 200 m od hostelu jest duży supermarket Plaza Vea i za kolejne 200 Inka market z pamiątkami. Natomiast idąc w prawo po wyjściu z hostelu natkniemy się na ogromne inkaskie ruiny piramidy służącej za świątynie. Teraz niektóre fragmenty przypominają stertę błota. Po Miraflores spaceruje się bardzo przyjemnie, czujemy się już bliżej Europy. Jest czysto i domy są dużo bogatsze…w sensie nie kryte strzechą ;)
Wieczór w hostelu Ekeko mija na kolacjonowaniu i fragmencie znalezionej po polsku książce Biały kieł.
W cenie śniadanko wiec zajadamy się świeża bułeczka z dżemem i pijemy kawkę.

Na av.Arequipa łapiemy niebieskiego busa jadącego do centrum. Zajmuje to min pól godziny wysiadając na skrzyżowaniu Colmena. Jako pierwsze odwiedzamy centralny market przy ul ayacucho gdzie zakupujemy ruska torbę :D poprzednia już nie nadaje się do użytku. Wynajdujemy jeszcze parę drobiazgów od imbiru po foremki do babeczek;) oczywiście obowiązkowo sok ze świeżych owoców i ruszamy w kierunku Plaza Mayor. Przy ogromnym kościele san Francisco odbywa się huczna ceremonia. ludzie stoją w kolejce z bukietami kwiatów.



Nie opuszczamy mijanych po drodze mijanych sklepów z pamiątkami gdzie zakupujemy ost. Drobiazgi i załapujemy się na degustacje piscko suor (narodowy trunek). Obleczone zakupami biegniemy na av. tacna gdzie łapiemy 302 na av.arequipe. Male przepakowanie w hostelu i tu też rozstajemy się z Mundkiem który ma jeszcze jeden dzień w Limie. Jesteśmy zdane na siebie ;)

Za wskazówkami recepcjonisty idziemy na busa na lotnisko na av.jose pardo. Tu niezłe zamieszanie gdyż żadne S ORION nie jedzie przez 20 min i zaczynamy się martwic. W końcu pani policjant prowadzi nad ulice obok Gral Suarez obok inf. turystycznej i wsiadamy (tez Nie bez problemu bo trzy z kolei busy ze względu na bagaż nas nie zabrały) do s orion za 2'5 sol. Jedzie się długo. trzeba zarezerwować ok 1,5h.

Pomimo ze bilety mieliśmy na Iberie to okazuje się ze lecimy Lan'em. Podobno gorsza linia ale nie narzekamy. Obsługa mila, posiłki smaczne i każdy ma koc z podusia i telewizorek. Lot nocą mija szybko i po śniadanku z omletem ok 13.30 meldujemy się w Madrycie. Kolejny lot o 17.20 do Paryża.

Mundek ofiarował nam bilety na metro/tramwaj wiec nie musimy wydawać majątku za wydostanie się z lotniska (jadąc bezposrednio metrem z lotnisa płaci się za to extra fee). Bierzemy najpierw tramwaj nr 7 z 'zielonego ' parkingu do najbliższej stacji metra (ok 30-40min jazdy), a potem już szybciutko przemieszczamy się do naszego hosta. Pomimo zmęczenia długo jeszcze plotkujemy z Johanem i goszcząca tez tam Ani.

Następnego dnia wstaje się ciężko o 7 jest jeszcze szarawo i chłodno. Wychodzimy po zakupy i wracamy zawiedzione, wszytko otwarte dopiero od 9...udaje się kupić tylko bagietkę i crosanty, ale i tak jest to długo wymarzone pyszne śniadanko z mocna kawa:)

Z mieszkania spacerujemy na cmentarz i odwiedzamy Chopina, Edif Piaf, Balzaka oraz Oscara Wilda. Jesień w pełnej krasie :)



Następnie przemieszczamy się do naszej ulubionej dzielnicy Montmartre. Znajduje się tu piękna marmurowa bazylika Sacre Coeur. Ponadto cudownie położona ,na wzgórzu skąd rozciąga się widok na miasto.



Wracając na mieszanie robimy jedne, drugie, trzecie zakupy gdyż obiecałyśmy hostowi przygotować obiad. Podczas ostatnich spotykamy miłego starszego Polaka który w kolejce do kasy zdążył nam objaśnić swój ulubiony przepis na szarlotkę ;)

Wieczór nie odbył się bez niespodzianek. Nasz host wrócił z pracy z nowym kolega, który okazał się mieć polskie korzenie i nawet mówił po polsku. Nie byłoby to dziwne gdyby nie to, że wygląda jak hindus... mieszka obecnie w Brukseli, jego dziadkowie pochodzili z Indii, a mieszkali w Afryce i Belgi, gdzie jego ojciec poznał "matkę polkę". Skomplikowane i zabawne zarazem ;) Czas upływa milo, ale ja już mam w głowie poranny lot do Polski i problemy z tym związane.

Pobudka skoro świt i żyje nadzieja ze żadne nieszczęścia po drodze mnie nie spotkają i zdążę się odprawić: ) Jadę już sama, Żabcia zostaje jeszcze na weekend w tym "romantic city". Przyjeżdżam nawet wcześniej niż myślałam i pośród całej chmary Polaków na lotnisku czuje się prawie jak w domu. Pytanie czy dolecę do Krakowa, podobno od paru dni jest taka mgła ze samoloty lądują w Katowicach... jednak tak jak mówiłam na początku, już zaliczyłam swój pech i ląduje na nowo otwartym terminalu w Krakowie :)

Tak też kończy się miesięczny wyjazd- w praktyce, natomiast w mojej głowie wciąć pojawiają się obrazy i kolory Peru..

Gdyby ktoś miał ochotę na większą ilość zdjęć, zapraszam po linki:
PERU CZ I (Bogota-Lima-Cusco-Machu Picchu) https://plus.google.com/u/0/photos/106397687569577523255/albums/6081900323356164817
PERU CZ II (Titicaca-Arequipa-canion Cotahuasi) https://plus.google.com/u/0/photos/106397687569577523255/albums/6082617871020059825
PERU CZ III ( Islas Ballates, reserwat Paracas, Lima, Paryż) https://plus.google.com/u/0/photos/106397687569577523255/albums/6084132501020255473

Wybierającym się do Peru, polecam sprawdzenie strony z biletami na Machu:  http://www.machupicchu.gob.pe/
Ci którzy też chcą się wybrać na treking, opis szlaków znajda tutaj: http://www.lokihostel.com/en/travel/tour/salkantay-trek-machu-picchu

Offline Szekla

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #8 dnia: Grudzień 13, 2014, 19:59:45 »
Super. Czytając Twój tekst przeżyłam swoją podróż jeszcze raz :-) Niby te same miejsca, a jednak widziane innym spojrzeniem. Czapki z głów za zdjęcia.

Hehe, z Macchu przegnał Was taki sam problem jak i nas.... brak wody ;-)
Łażę po górach by nabrać dystansu do spraw "nizinnych".

Łazik


Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #9 dnia: Grudzień 14, 2014, 12:57:01 »
Rewelacyjne zdjęcia (widać w nich cierpliwość operatora :) fajny opis no i duży plus za to że zamieściłaś w relacji wątek finansowy (czyli co i ile kosztuje)

Offline piterito



  • Pomógł: 55

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #10 dnia: Grudzień 14, 2014, 19:16:16 »
Takie wyprawy zostawiają piękny ślad po sobie na całe życie. Ich wspomnienia są jak niegasnący płomień gdzieś w pokładach świadomości. Ten płomień rozwija nas i kształtuje, pozwala przetrwać najciemniejsze chwile, daje moc i motywację. Każdy podróżnik jest błogosławiony przez Światło.

Piękny reportaż  ;)
https://forum.outdoor.org.pl/index.php?topic=17575.msg274814#msg274814


piję tylko czystą, palę tylko Klubowe... zdejm kapelusz

Offline crimson



  • Pomógł: 123
  • rocznik '89

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #11 dnia: Grudzień 14, 2014, 23:23:01 »
dżizas ale poleciałeś z filozofii ;D
nie jestem całkowicie bezużyteczny, przecież zawsze mogę służyć za zły przykład

stormbringer coming time to die

Offline piterito



  • Pomógł: 55

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #12 dnia: Grudzień 15, 2014, 01:07:09 »
Chcę być fajny  ;D ;D ;D
https://forum.outdoor.org.pl/index.php?topic=17575.msg274814#msg274814


piję tylko czystą, palę tylko Klubowe... zdejm kapelusz

Offline cygnus

  • Cygnus


  • Pomógł: 31

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #13 dnia: Grudzień 15, 2014, 13:44:09 »
Pięknie , aż chce się jechać !
pozdrawiam
Cygnus

Offline madmun



  • Pomógł: 143

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #14 dnia: Grudzień 15, 2014, 15:39:05 »
Masz nakaz pisania foto-relacji :) !!

piterito :D
R.T.F.M
outdoor to nie rurki z kremem

forum.outdoor.org.pl

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #14 dnia: Grudzień 15, 2014, 15:39:05 »

Offline Edwinz0r

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #15 dnia: Grudzień 15, 2014, 18:40:52 »
Kawał świata za pazuchą, piękne zdjęcia i jeszcze znajome twarze! Super :)

Offline Anita

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #16 dnia: Grudzień 15, 2014, 19:35:45 »
o rany, aż się zawstydziłam i zaczerwieniłam :D

dziękuje za dobre słowa ;)

A jakby ktoś miał chętkę to widziałąm tanie bilety w kierunku opisywanym ;)

Offline misiak76



  • Pomógł: 38

Odp: W kraju dzieci słońca (Peru)
« Odpowiedź #17 dnia: Grudzień 27, 2014, 16:32:08 »
Świetna relacja i piękne fotki :) Aż chce się jechać...