Autor Wątek: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2  (Przeczytany 7030 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline PRS

[GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« dnia: Listopad 22, 2014, 01:43:32 »
W listopadzie dzień budzi się późno, a noc nadchodzi zbyt szybko. Był to jednak ,,ostatni dzwonek" by dokończyć przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego http://pl.wikipedia.org/wiki/G%C5%82%C3%B3wny_Szlak_Beskidzki w tym roku kalendarzowym. Wysoko w górach spadł śnieg, od kilku dni wiał halny, a ja spakowałem plecak tym co zostało z poprzednich wyjazdów i 5 listopada wyruszyłem z domu by samotnie przewędrować odcinek od Rabki do Ustronia.


Do Wawy dostałem się Kolejami Mazowieckimi, potem Metro na Wilanowską i PolskiBus do Krakowa. Kolejny autobus relacji Ustka-Zakopane i dojeżdżam po szóstej do Rabki dokładnie w miejsce w którym wiosną zakończyłem szlak. Jest ciemno, termometr wskazuje 15 st. C, w mieście wieje lekki wiatr i ... pustka na ulicach.


Czekam kilkanaście minut na przystanku, zjadam niezjedzone kanapki, coś tam piję i czekam na promienie słońca. Gdy robi się widniej ruszam.
W okolicach ex Dworca PKP odnajduję czerwone znaczki i idę w kierunku kościoła Marii Magdaleny i Muzeum Orkana. http://pl.wikipedia.org/wiki/Muzeum_im._W%C5%82adys%C5%82awa_Orkana_w_Rabce-Zdroju


Rabka http://pl.wikipedia.org/wiki/Rabka-Zdr%C3%B3j w okresie przedwyborczym nie  sprawia na mnie najlepszego wrażenia. Mijam Muzeum Orkana, klucząc w zabudowie jednorodzinnej wydostaję się wreszcie na łąki rozciągające się ponad miastem.




To jeszcze Gorce. Mijam jakieś cherlawe laski i opustoszałe o tej porze roku łąki. Pewnie przy dobrej pogodzie są z nich ,,widoki". Subiektywnie uważam, że GSB powinien ,,iść" z Maciejowej na Luboń Wielki by przez Luboń Mały dotrzeć do Jordanowa tak by ,,zaliczyć" Beskid Wyspowy.
Sama Rabka nie oferuje moim zdaniem ,,wystarczających atrakcji, łatwodostępnej bazy noclegowej, a większość busów/autobusów jeździ przez Chabówkę omijając miasto (tak samo PKP)


Na dużej łące należy pójść w prawo środkiem pastwiska ,,bez znaków".



Po godzinie doszedłem do ,,zakopianki". Przed samą szosą szlak biegnie do niej równolegle przez bardzo błotnisty kawałek leśnej drogi. Samą szosę niełatwo bezpiecznie przekroczyć.
Za nią zaczyna się chaszczowisko bez widoków w terenie dość podmokłym.


Po wyjściu z lasu jakieś widoki w stronę Babiej Góry. szlak biegnie polami w stronę Skawy. Na drzewach znaków w bród, na polu... jak to na polu czyli na czuja. Dochodzimy do asfaltu. Szlak podobno ma nowy przebieg ale ja wybieram wariant, który mam na mapie.

Jest sucho, ciepło więc zapierdalam w krótkich, lekkich butach. W Jordanowie wypijam mineralną w samie na rynku, zaglądam do kościoła i pędzę dalej. http://pl.wikipedia.org/wiki/Jordan%C3%B3w




Niestety szybko zatrzymuję się przed pierwszą przeszkodą - jakaś kurna smródka pełna śmieci. Ani przeskoczyć, ani w bród na bosaka bo ,,szklista". Coś tam wrzuciłem, jakiś konar, kamień i podpierając się kijkami na dwa kroki przeszedłem.



Szlak wiedzie skarpą rzeki Skawy by skierować się prostopadle do jej nurtu.



Tu już konieczne jest zdjęcie butów i podwinięcie baarrrdzooo wysoko spodni. Bonzowie z PTTK i włodarze z PSLu tej ziemi jakoś nie myślą by przerzucić choćby kładki z dwóch starych betonowych słupów podpartych np. na beczce wypełnionej betonem. A tak przy niskim stanie wody... do wody. Po roztopach czy opadach trzeba obchodzić do najbliższego mostu.

Po pokonaniu rzeki dochodzę do ,,sławnego" wiaduktu kolejowego pod którym także płynie woda.



Dalej krótkie podejście i dochodzimy do wsi Bystra. Przy pierwszym domu trzeba iść w lewo. Przekraczamy Bystrzankę. Kościół w Bystrej jest tak brzydki, że go... nie fotografuję.


W Bystrej ,,tracę" pół godziny na nawodnienie w miejscowym markecie. Dochodzi w pół do dwunastej jak rozpoczynam ,,właściwe" podejście w góry. Początkowo nową leśną drogą nadal budowaną. Będzie biegła ona na Cupel.





Dochodzi się nią do budy lesorobów w Lesie na Polankach. Nie była zamknięta. Czyli teoretycznie jeżeli taki stan rzeczy trwa na stałe można się w niej przekimać. Gdyby lało to od strony ,,pleców" jest większy daszek.



Szlak skręca do góry w lewo, nie zauważyłem znaku [!] ani strzałki skrętu. Schodząc w dół i dochodząc do drogi kierunek jest oczywisty. Idąc pod górę łatwo można ten skręt przeoczyć.


Przez bukowy las dochodzi się do Judaszki oraz do Przeł. Malinowe.




Jest tam obelisk poświęcony mieszkańcom osady Maliny i partyzantom operującym w okolicznych lasach. Osada została spacyfikowana przez Niemców 13 listopada 1944 r. Chwila odpoczynku i trzeba ruszać dalej bo 13sta na zegarze.
jest parę miejsc widokowych po drodze. Ja nie zatrzymuję się na dłużej bo wieje halny i łeb urywa.

cdn.

forum.outdoor.org.pl

[GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« dnia: Listopad 22, 2014, 01:43:32 »

Offline MaciekZ

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #1 dnia: Listopad 22, 2014, 06:53:15 »
"Mijam cherlawe laski" - dobre! Chociaż narzuca się pytanie co one tam robiły o tej porze... ;)

Offline PRS

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #2 dnia: Listopad 23, 2014, 15:28:11 »

W przewodniku (mapoprzewodniku) po GSB Agaty Hanuli znajduje się informacja jakoby szlak na tym odcinku wznosił się i opadał naprzemiennie. Nie jest to prawda. Od Bystrej do Hali Krupowej przez 4 godziny nieustannie idziemy do góry. Jest kilka wypłaszczeń, takich 100 metrowych odcinków na których można złapać ,,drugi oddech”i kilka nieznacznych, symbolicznych ,,zejść”. Nawierzchnia szlaku jest bardzo dobra. Mało rumoszu, czasami piasek. Można ,,podgonić” czy nawet biec jeżeli ktoś ma siły.
 Ja ich jednak nie miałem… :(
Zanim dojdzie się do schroniska na Hali Krupowej trzeba od Przeł. Malinowe ,,zdobyć” 4 szczyty. Są to kulminacja nienazwana na moich mapach o wysokości 939 m np.m., Soska 1062 m, Naroże 1076 m, Urwanica 1106 m np.m., oraz obejść Okrąglicę 1247 m na której posadowiony jest maszt RTV i w 1987 r. zbudowana została (nielegalnie) kaplica Matki Bożej Opiekunki Turystów.
Po drodze mijamy wiatkę nie zachęcająca do noclegu, ale mogącą stanowić schronienie przed deszczem.






Słońce chyliło się już ku zachodowi gdy doszedłem na Halę i ,,odbiłem” do schroniska.






 Było opustoszałe. Ktoś krzątał się w kuchni. Zjadłem w nieoświetlonej bufetojadalni kolejne kanapki zrobione jeszcze w domu, przepiłem ciepłym z thermosa i uzupełniłem go wrzątkiem za 50 groszy (bo zakupiłem pół litra). Wracając na szlak (cofając się) skręciłem na skraju lasu w lewo i poszedłem do góry. Tym samym ,,odpuściłem” sobie potencjalny ,,widok” z Hali Kucałowej na północ.


Na szlaku spotkałem udrożnione już częściowo wiatrołomy na Złotej Grapie. Ściemniało się. Na Policę doszedłem w ostatkach światła. Gdyby słońce nie zaszło za chmury, było by znacznie jaśniej. Przygotowałem czołówkę i pomaszerowałem dalej.







 Szybkie foty przy miejscu katastrofy samolotu LOTu i dalej w ciemny las.
Na przedostatnim (jak się później okazało) szczycie (Cyl Hali Śmietanowej 1298 m ) zrobiłem ,,popas” już w całkowitej ciemności. Dalsza droga czyli schodzenie już w świetle latarki. Nie była jakoś uciążliwa. Kilkanaście kałuż do obejścia, trochę kamieni. Niespodzianka czekała mnie już blisko Przełęczy Lipnickiej. Już widziałem światła jakiejś osady po lewej stronie, już byłem dość nisko gdy nagle szlak odbija w prawo by wspiąć się na szczyt Sylca 1146 m n.p.m.
Mozolne podejście, jakiś trawers i znowu zejście. Słyszę samochody jadące szosą, ruszające z parkingu, a nawet głosy. Widzę światła pojazdu jadące w las po stronie Babiej Góry. Ki diabeł? Jadą jumać drewno z parku po nocy? Schody, schody i Przełęcz Lipnicka zwana Krowiarki. Zrobiłem prawie 40 km, podszedłem prawie 1600 metrów i zlazłem blisko 1100. http://mapa-turystyczna.pl/route/zry3
 W ciemności obchodzę plac (parking) oglądając ,,wiatki”. Wcześniej w necie zrobiłem rekonesans i najbardziej rokująca była weranda punktu ,,dyrekcji” BPN (czyli tzw. Punkt kasowy). Tam rozłożyłem karimatkę i śpiworek. Rozłożyłem stół i przytachałem krzesło. Oraz ,,pożyczyłem” na wieczną pamiątkę duży znicz palący się przy pomniku na skraju szosy. Kolacja przy świecy. Zagotowałem wodę na Chinola, a później siedziałem wsłuchując się w ,,wycie” wiatru.
Ciszę zaburzył warkot motorów maszyn powracających robotników z parku. To oni jechali w las. Na terenowych Mercedesach wożą tłuczeń jakim wysypywany jest niebieski szlak prowadzący na Markowe Szczawiny. Zaparkowali ,,Mesie”, przesiedli się do ,,cywilnej” fury i odjechali. Zostałem sam.
Budziłem się nie z zimna tylko z powodu czasowo narastającego wiatru. Załom werandy dobrze chronił, ale halny w lesie… to halny w lesie.
Jakoś ,,dotrwałem” do rana i zostałem zbudzony przez warkot odpalanych disli ,,Unimogów”.



Dzień 2.

Miałem nawet taki plan by ruszyć w nocy na Babią. Nawet się obudziłem, mniej wiało, świecił księżyc, było ciepło, przyjemnie. Nigdy nie podchodziłem od tej strony na Diablaka, nie znałem drogi, nie wiedziałem co mnie czeka, byłem sam więc odpuściłem. Poleżałem w barłogu obserwując ,,pracowników” na Górnym Płaju. Remontują szlaki w Beskidach i Tatrach. Między innymi czerwony z Kościeliska na Czerwone Wierchy czy zmiana przebiegu niebieskiego z Wołosatego na Tarnicę. Materiał iście turystyczny czyli tłuczeń. W Babiogórskim dodatkowo położone będą siatki by się… droga nie obsuwała.
 Chińskie śniadanie okrasiłem ostatnią kanapką. Zagotowałem wodę do termosu, posprzątałem, odwiedziłem Toj-Toj i zebrałem manatki.









Pogoda była taka na 3+. Gdybym wiedział… Gdybym wiedział, że szlak czerwony z Przełęczy Lipnickiej na Babią Górę to prima sort chodnik… to bym poszedł w nocy (nad ranem w zasadzie) i pewnie już jadł śniadanie w Markowych. Do Sokolicy w zasadzie nie wiało. Zasłaniał las oraz kierunek marszu. Po zwrocie na zachód podmuchy stały się odczuwalne, a od Sokolicy dokuczliwe.









Im wyżej tym oczywiście gorzej. Na Kępie już było kiepsko a przy Gówniaku jujowo.





 Wiało z lewego boku. Trzymałem się więc tej lewej strony, bo czasami dostawałem kopy, które mnie przestawiały na prawą stronę o kilka metrów. Gleby nie było co zawdzięczam badylom, którymi się podpierałem. Szkwały od czoła zupełnie mnie zatrzymywały. Gdybym wybierał się tylko na Babią  Górę to pewnie bym zawrócił. Ale szedłem GSB i kierunek był tylko jeden – do góry. Chciałem jak najszybciej dojść za szczyt i schronić się za kamiennym murkiem. Od Gówniaka byłem już w chmurze, wilgoć gnana wiatrem moczyła plecak i odzienie. Każda ,,przeszkoda” skraplała mgłę i przekształcała w poziome stróżki deszczu.
Na szczycie byłem sam. Rozłożyłem folię od północnej strony i usiadłem. Rozebrałem się do majtek… by założyć kalesony. Nylon wiatrówki i spodni od HiMa nie zapewniał termiki. Założyłem też waciak. Łyk gorącej herbaty, jakieś zdjęcie ,,tabliczki” szczytowej i trzeba będzie ruszać. Bezwzględnie na szczycie przydała by się jakaś ,,utulnia”, coś co zabezpieczało by przed porywistym wiatrem. O schronisku nie ma co marzyć…
Zejście z Diablaka przebiegło na czworakach. Tyle w tym temacie.
Orientację w terenie zapewniły tyczki. Powinny być ,,zainstalowane” na stałe – w lecie też często bywa tam ,,mleko”. Spokojniej zrobiło się dopiero w kosówce. Waciak przemoczony od zewnątrz i… oczywiście trochę od wewnątrz. Przysiadłem w krzokach przed Broną na której też wiało. Chwila odpoczynku i zejście do schroniska.



W Markowych Szczawinach właśnie kończył się jakiś event czyli po naszemu nachla z naćpą. W jadalni przesuszyłem kurtki, zjadłem pomidorową z gorącego kubka obfitości ;)  rodem z Biedronki, skorzystałem z WC, nabrałem wody i ruszyłem dalej. Była 1330, do końca dnia pozostało niewiele, a ja faktycznie byłem w czarnej dupie. Za wcześnie by zostać w schronisku, a za późno by dojść do schroniska pod Pilskiem.
Od schroniska do Fickowych Rozstajów czerwony GSB biegnie razem ze szlakiem żółtym prowadzącym z Zawoji. W okolicach osuwiska są trzy miejsca by nabrać wody (uwaga w schronisku wysokość kranów w kiblu uniemożliwia nabranie do nawet małej butelki czy termosu, pozostaje przelewanie kubkiem lub stanie w kolejce do okienka by napełnili w kuchni, jeżeli ktoś idący na Babią od zachodu nie chce tracić  czasu w schronie należy tu napełnić naczynia, ciek płynący od podnóża Brony moim zdaniem nie jest pitny).



 Spotykam pierwszych (od Rabki sic!) turystów – studentów prowadzących jakieś ,,terenówki”.  Na Rozstajach jestem o 1417ście.  Żegnam się z potencjalną cywilizacją i ruszam w stronę Hali Czarnej, która po zakończeniu wypasu zarasta w bardzo szybkim tempie. Kolejne doskonałe miejsce na pobudowanie schroniska-bacówki, niestety w granicach Parku Narodowego.
Na mapie Compassu jest tam zaznaczona wiatka, w rzeczywistości jest ona umiejscowiona dalej na Żywieckich Rozstajach przed Jałowcowym Siodłem Południowym. Orientacyjnie to miejsce gdzie czerwony GSB łączy się z zielonym biegnącym na Małą Babią Górę.







 Kolejna Przełęcz Jałowcowa to dojście czarnego szlaku łącznikowego z Kolistego Gronia. Wg mapy jestem już poza terenem Babiogórskiego Parku Narodowego http://pl.wikipedia.org/wiki/Babiog%C3%B3rski_Park_Narodowy
Tabliczka PTTK na drogowskazie BPN określa wysokość tego miejsca na 1117 m n.p.m. Kilkadziesiąt metrów dalej i wyżej słowacka tabliczka podaje wysokość 995 m n.p.m. Jak widać Nasza Partia ma Słuszniejszą Linię ;)






Słowacki ,,grzybek” jest to też miejsce w którym od granicy odchodzi żółty szlak (słowacki), którym można obejść masyw Mędralowej (w stronę północną jest on równoległy do GSB i prowadzi na szczyt). Ja jednak idę-podchodzę wzdłuż granicy, mozolnie licząc słupki, a właściwie odczytując z nich oznaczenia. Na szczycie jestem  o 1530. Zaczyna kropić. Coś tam jeszcze widać ale słit zachodem słońca bym tego nie nazwał. Zachodzę do bacówki ale nikogo nie ma. Wysechł też ciek koło koliby. Miejsce godne polecenia na spędzenie tam leniwej soboty http://pl.wikipedia.org/wiki/M%C4%99dralowa


 Mam jeszcze przynajmniej godzinę ,,światła” więc wędruję dalej. Górki, dolinki, jakieś szlaki dochodzące z boku, nic to grzeję do przodu bo się coraz mocniej ściemnia i kropi coraz bardziej. Przed jakąś przełęczą (niekoniecznie oznaczoną na mapie) spotykam 3 chłopów kamuflażu. Ledwo ich wypatrzyłem, a w zasadzie to zobaczyłem psa Husk’y https://www.google.pl/search?q=husky+pies&espv=2&biw=1024&bih=509&tbm=isch&tbo=u&source=univ&sa=X&ei=zeFxVJC8OYPgaNu4goAM&sqi=2&ved=0CCgQsAQ , a jeszcze dokładniej to jego jaśniejszą część. Czy pomyślałem o wilku? Nie 
Trochę z nimi pogawędziłem, pytali się o Mędralową, ja a właściwie moja chora głowa jeszcze myślała, że dojdzie na Pilsko (szczególnie, że mówili że idą z Korbielowa 1,5 h), sprawdzali mi dystans na GPSie itd. Nic z tego nie wynikło ale zapamiętałem informację o wiacie na Głuchaczkach. Idę w ciemności. Oczy się przyzwyczajają, partyzanckie geny nie pozwalają wdepnąć w gówno i kałuże.
Jak ja tam trafiłem (czyli nie przeszedłem) w ciemności i w deszczu sam nie wiem. A ,,ostatnie” 15 minut to już nieźle lało. Dopadam do wiatki, chronię się pod okapem, czołówka, rekonesans tego co w środku. Zajebiocha, na stryszku jest czysto, folia nie podarta. Podejmuję bardzo dobrą i jedynie słuszną decyzję – zostaję. Szczęśliwie ,,siatkowe” buty nie przemokły w trawach Głuchaczek. Byłem w czarnej dupie w stosunku do ,,planu”, przeszedłem tego dnia tylko 18 km, podszedłem 977 m, zszedłem 1149 m http://mapa-turystyczna.pl/route/ss63 , utknąłem w jakiejś głuszy bez wody, wśród wiejącego wichru i zacinającego deszczu sam jeden…
Na stryszku zagotowuję wodę, robię Knura i dopijam herbatę. Z Mędralowej zabrałem niedopalony wkład zniczowy (były dwa). Umieszczam go w jakimś szklanym naczyniu (chyba po nutelli) – daje mi minimum swiatła. Wieje tak, że cała wiata się rusza. Na szczęście dach jest ustawiony prostopadle do kierunku halnego, na szczęście bo inaczej  wyrwało by szczytową folię. Trochę drzemię, trochę słucham MP3. ,,Nadziewam” się na kawałek https://www.youtube.com/watch?v=OFS3eolybe8  ;) i za bardzo już nie mogę zasnąć. To już w sumie trzecia nieprzespana noc z rzędu.
 Pierdzielę takie wczasy…

« Ostatnia zmiana: Listopad 23, 2014, 16:05:28 wysłana przez PRS »

Offline Piotrek



  • Pomógł: 80

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #3 dnia: Listopad 23, 2014, 16:34:19 »
Jezusie... Nie mogę się doczekać dalszego ciągu!
Świetne! :)

Offline zajcman



  • Pomógł: 0

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #4 dnia: Listopad 23, 2014, 23:22:45 »
normalnie lepsza lektura niz harlekkin do poduszki  :) pogratulowac wyprawy

Offline PRS

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #5 dnia: Listopad 24, 2014, 01:55:51 »
Dzień 3.

https://www.youtube.com/watch?v=uzFSXj00HxM
Leje. Deszcz leje. Gotuję półleżąc resztkę wody – śniadanie będzie wypas czyli pure z Biedronki. Jak leje to się nie spieszę. Nie to żebym odkładał tą chwilę ;) ale nie krzątam się w trybie alarmowym. Tego dnia trzeba już założyć skórzane trepy. Zawsze to trochę mniej w plecaku ;)



Jest dziewiąta. Zakładam poncho na siebie i plecak i ruszam ,,na sagę” przez mokrą łąkę. Na wista podejście z Przeł. Głuchaczki z 830 m n.p.m. na Jaworzynę 1047 m n.p.m. czyli 200 m na odcinku 2 km. Fartownie po 15 minutach od mojego wyjścia przestaje padać. Zasuwam nadal w gumolicie bo kapie z drzew. Widoków żadnych. Mgła i błoto, żadnej ławki czy wiaty.


Oczywiście ,,odpadam” ze szlaku schodząc szutrową drogą. Klasyka gatunku – mgła nie widać znaków więc idę licząc, że może na drzewie, może na następnym itd. Zamiast od razu się wrócić. 300 m w dół szybko mija, pod górę trochę ciężej. Oczywiście po powrocie znak jest.





 Mijam Beskid Krzyżanowski, Beskid Korbielowski i wchodzę na Studenta na którym spotykam ,,masówkę”  zmierzającą na Markowe Szczawiny. Ostre zejście w stronę Przełęczy Glinne. Ten blisko 10 km odcinek (z obejściami błota) zajął mi 3,5 godziny. Dramat.




Na dawnym przejściu granicznym kwitnie handel chińskimi precjozami udającymi góralszczyznę. Siedzę pod wiatką, piję herbę z termosika i obserwuję motowycieczki. W budzie obok chińskie badziewie, tfuuu przepraszam ,,sery z Pilska z własnej bacówki” sprzedają młode Ukrainki, nie wiedzą nawet gdzie dokładnie są, ale dają ćwiartkę gorącej wody z czajnika. Na Przełęczy Glinne jest gdzie się schronić przed nawałnicą, a nawet można i przekimać. Szkoda, że w budynku dawnej strażnicy celnej nie zorganizowano schroniska-noclegowni.

Szlak na Pilsko rozpoczyna się błotem. Strefa ,,obejścia” jesienią jest już bardzo szeroka. Na pewno ,,przyrodzie” lepiej przysłużyły by się kładki z poręczami niż zadeptywanie torfowiska. Potem są kamienie w mieszanym lesie i korzenie w świerkowym. Fajny, klimatyczny las szczególnie w strefie objętej ochroną w ramach rezerwatu. Przepełniony  mgłą tworzy ,,klimaty”.







Szlak trawersuje górę i wyprowadza na Halę Miziową. Trzeba pójść na wprost do góry zniszczonym przez narciarzy stokiem. Mija się wyciąg i poprzez wywłaszczenie dochodzi  do schroniska.



Jak na początek długiego weekendu sprawia wrażenie opustoszałego. Podbijam książeczki, łyk herbaty, uzupełnienie termosu w jadalni (darmowy wrzątek) i do góry na Pilsko. Od dziecka znałem tą górę. Z etykietki na piwie, z widoków ze Skalanki czy masywu Baraniej. Nigdy nie byłem… Więc jak teraz nie to kiedy?
Porzucam czerwony szlaki i wspinam się czarnym na polski ,,wierzchołek”, a potem zielonym na właściwy znajdujący się na terytorium Słowacji.




Jako stary ,,rewizjonista” stwierdzam, że ktoś mocno dał dupy wytyczając granice. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że to ONI byli sługusami nazistów i to NASZA armia stała pod Pragą. I Wujek Józef na pewno pamiętał z jakich fabryk czołgi dojechały pod Leningrad…
 My już nie, ale nasze dzieci…
Przed szesnastą rozpocząłem zejście z Pilska. Szlak jest zrujnowany.
 W zasadzie to błotniste koryto wyrzeźbione przez spływającą wodę.



 O wyjebkę nietrudno. Znalazłem ukrytą wśród kosówki i jagodzin ścieżkę obok i jakoś zlazłem. Czerwony szlak odnalazłem za Halą Cebulową i pomaszerowałem w stronę Hali Cudzichowej. Jak górka to rumosz, jak dołek to bagno. To drugie spowalniało mocno marsz. I oczywiście nastała ciemność.
Cholernie ciężkie 4 kilometry. Niefajnie się chodzi nocą po lesie. A już całkiem jest do dupy samemu bez dobrego światła. Czołówka w pewnym momencie przełączyła się w tryb ,,Eko” czyli białe światło było porównywalne mocą z zieloną  diodą. Widziałem na metr do przodu czyli to co pod nogami. Generalnie maszeruję przy zielonej, jest wystarczająca ale jej światło ,,nie rozróżnia” kolorów znaków, a na Trzech Kopcach miało być odbicie. Dlatego świecąc na znaki zmieniam tryb na białe. Zielona dioda nie sprawdza się we mgle i mżawce. Potrzebne jest mocne białe światło. Tryb ,,Eko” go nie zapewnia. Gdy tylko moc siadła szybko zmieniłem aku na zapasowe baterie alkaiczne. Parę minut normalności i znów ,,Eko”. Ki diabeł? Jest niby szczelna i taka mgło mżawka nie powinna jej zaszkodzić. Musiał zebździć się ,,soft”. Więc męka. Drugi raz tego dnia gubię szlak skręcając w prawo. Ale pomny porannej nauczki szybko wracam. W końcu odnajduję rozgałęzienie szlaków i kieruję się w stronę Rysianki. Ten odcinek to już martyrologia kamieni i błota. Jakoś przechodzę przez ,,kładki”. Woda po całonocnej ulewie jest wysoka. Deski częściowo są zalane. Na Hali jeszcze większe mleko. W lesie szło się ,,korytem” drzew. Tu rozjeżdżona łąka. Wcale nie widać świateł schroniska. Nadjeżdża terenowy samochód. 2 osoby. Zmusza mnie do zejścia na trawę, nie zatrzymuje się. Trochę wyznaczył w przybliżeniu kierunek w jakim mam podchodzić. Znajduję tabliczkę ze szlako wskazami. Dochodzi osiemnasta. Do schroniska 10 minut. Idę pewnie trochę więcej.


Zmęczony docieram i proszę o łóżko. Jest jedno w dwójce w budynku ,,B”. pasi. Koszt 36 zł. Mam legitkę PTTK więc jest zniżka. Akurat wystarcza na browara. Ale to później. Od 1830 ma być ciepła woda. Jest mocno letnia ale nie czekam. Prysznic, mydło, świeże majtki.
 Żyję.


http://mapa-turystyczna.pl/route/zry9
24 km, 1488 m do góry, 1069 m w dół.
« Ostatnia zmiana: Listopad 24, 2014, 02:09:44 wysłana przez PRS »

Offline ciuh

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #6 dnia: Listopad 24, 2014, 07:17:59 »
Dobry opis, fajne zdjęcia. Dzięki, bardzo przydatna relacja!

forum.outdoor.org.pl

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #6 dnia: Listopad 24, 2014, 07:17:59 »

Offline sloma



  • Pomógł: 8

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #7 dnia: Listopad 24, 2014, 08:14:38 »
Czyta się jak dobra książkę. Czekam na c.d. ; D

Offline PRS

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #8 dnia: Listopad 24, 2014, 23:59:49 »
Dzień 4.


Jeżeli chodzi o ,,plan”, kilometraż, dni wolne etc. to byłem w czarnej dupie. Dwa dni z rzędu przeszedłem mniej niż zamierzałem. Trzeba będzie podgonić.
Jak na moje zwyczaje pobudka była wczesna.








Na godz. 8 rano ,,kierownik” zapowiedział wystawienie plastikowego zbiornika z ,,wrzącą” wodą. Trzeba było być punktualnie pod ,,kranem” bo konkurencja do wodopoju duża. Na kolację zjadłem herbatniki w czekoladzie zapijane browarem. Śniadanie to pierniczki Katarzynki i kawa. W jadalni byłem już ze spakowanym plecakiem.
Jakoś nie odczułem ,,czaru” schroniska, może dlatego że było bardzo dużo ludzi (przykładowo w Cisnej podczas mojego tam noclegu była impreza – 40stka urodzinowa a jednak Administracja znajdowała chwilę by miło zagadać i … chwilę pogadać ) i nastrój był zbliżony do baru mlecznego.
Zapowiadał się kolejny dzień w skórzanych trepach. Po wyjściu ze schroniska od razu cofka – zaczyna padać deszcz. Wieje więc zacina. Współnoclegolokator Krzysiek pomaga mi zarzucić gumolit na siebie i plecak.
Targa go wiatr ale daje jakąś osłonę przeciwdeszczową. Po wyjściu od razu gubię szlak – tzn. idę w kierunku strzałki szlako wskazu i w konsekwencji muszę trawersować halę oraz iść błotnistą drogą. Kierunek Romanka.


 W deszczu trawersuję górę, mijam po prawej ,,zerwy skalne”. Nie jest to dobre miejsce na piknik – można dostać z partyzanta wykruszonym lokatorem.












Towarzyszą mi niebieskie kropki. Nie wiem czy to szlak koński czy ,,papieski” czy też co innego. Czasami odchodzi on od czerwonego i wiedzie dość karkołomnie, a czasami idzie ,,(u)bitą” drogą. Mijam miejsce z łańcuszkiem. Okazuje się przydatny przy ,,zejściu”. Ale lichy on i krótki. Moja propozycja do PTTKu to zastąpić go takim jak w Słowackich Tatrach – niech się błyszczy jak psu jaja, roztacza ,,bles”, dodaje otuchy w serca zatraceńców, nich będzie wiodącym fotomotywem widokówek i kalendarzy.


Mijam też miejsce faktycznie niebezpieczne po deszczu – skręt szlaku o 90 st. przy żlebiku. Tam przydały by się drewniane poręcze – koszt w lesie żaden.
Po wyjściu z umierającego lasu wychodzi słońce. Prawdziwa lampa.




Mijam grupki turystów z plecakami. Zasuwam bez odpoczynku choć słoneczne łąki zapraszają na swe kobierce. Szlak w lesie to rumosz skalny, na halach zaczyna się błoto.



 Przed Słowianką jest opuszczony dom i stodoła – można w zimie zabiwakować.



Słowianka była otwarta. Napój 3,5 zł, browar 4 zł. Wybór oczywisty. Jest duża grupa rowerowo-piesza. Większość nie ma pojęcia o górach, o tym jak się ubrać i spakować. Oddaję butelkę i ruszam dalej.


Błoto trochę spowalnia. Jest tam odcinek na którym warto zejść na lewo na drogę z niebieskimi kropkami. Szlaki i tak się zejdą, a ominiemy ok. 300 m odcinek specjalny.



Dalej to już przysiółek Abrahamów. Nie zaglądam do stacji turystycznej, mam mało czasu, grzeję w stronę Węgierskiej Górki.




Przed sobą widzę masyw Skrzycznego-Baraniej Góry. Muszę tam jeszcze dziś wejść.



W dole widzę polskie bunkry ,,Wąwóz” i ,,Wyrwidąb” z walk w 1939 r. i zabudowania Żabnicy.  W kolejnym ,,Włóczęga” po lewej stronie asfaltu znajduje się izba pamięci.





W Węgierskiej Górce zamierzałem zakupić baterie małe paluszki i uzupełnić płyn w organizmie. Była popołudniowa niedziela i udało się tylko to drugie. Pół litra mineralnej w siebie i jakiś izotonic do plecaka. Kiedyś już szedłem tym szlakiem ale było to dawno choć prawda. Nic nie pamiętałem. Najpierw przechodzi się przez las mający charakter ,,lasku miejskiego” – takiego akurat na niedzielne spacery. Po lewej schron ,,Włóczęga” ze stalową kopułą. Nie wiem czy to oryginał z Huty Ostrowiec czy współczesna rekonstrukcja. Klimatyczna kapliczka przy drzewie, jeszcze kilka domów i obchodzę ramię oddzielające główny masyw od Węgierskiej.



Jakieś widoki na przebytą drogę, jakieś na góry w pobliżu Zwardonia, dużo domów, dużo nowych domów. Gdy jako młodzian pokonywałem ten szlak prowadził on w lesie. Teraz mamy ,,połoniny” i powoli odrastający miejscami las. Do tego ,,nowe” drogi którymi opleciony jest masyw. Mijam jakieś węzły szlaków, wiatek czy nawet ławek nie ma. Nie przysiadam więc zbyt często, ot ze dwa razy.











Samotną skałkę mijam już po ciemku. Gdy docieram do połączenia ze szlakiem biegnącym od Skrzycznego zatrzymuję się i przygotowuję ,,czoło”. Szlakowskaz informuje o godzinie drogi na szczyt Baraniej.




 Widzę jakieś ,,światełka” w drodze na szczyt. Fajnie widzieć (wiedzieć), że nie jest się samemu w tych rozległych górach ;)
Idę po ciemku, od czasu do czasu odpalając zieloną (oszczędną) diodę. Trochę się potykam o rumosz, od czasu do czasu wdepnę w błoto. Nie wiem jak wlazłem ale wlazłem. I raczej nie czerwonym szlakiem ;)
Na górze mocno wiało. Zbyt mocno. Ale wszedłem na wieżę widokową – a co :)



  Widok to światełka w dolinach, księżyc, czerń lasu. Noc listopadowa.
Ale co będę tak sam… siedział. Więc najpierw po płaskim. Po prawej jakaś (z blachy???) wiatka. Na drzewach sporo znaków ale brakuje czerwonych. Nic to najwyżej dojdę do Wisły i tyle. Od wiaty parokrotne przejścia po ,,mostkach” z bali. Parę razy pod moim ciężarem woda zalała bale. Wrażenie jak na prowizorycznej tratwie. Poza mostkami szlak wiedzie jakby korytem Czarnej Wisełki. Przynajmniej takie miałem wrażenie. Po obu stronach plątanina ścieżek poprzecinanych korzeniami. Na odcinku niecałych 3 kilometrów muszę ,,stracić” 300 m. Nigdy nie lubiłem tego odcinka czerwonego szlaku. Czołówka świeci ledwo ledwo i ja idę również ledwo.
W schronisku na Przyslopie podbijam książeczki. Jadalnia (???) wygląda jak bufet na PRLowskim dworcu PKP. Brakuje tylko fajek i dymu by ,,odtworzyć” atmosferę. Spotykam dwóch chłopaków z Wawy, którzy także będą szli do Pietraszonki. Rozmawiają z dziewczyną, która zamierza wjechać rowerem na Kilimanjaro.
Stygnę na ławce na zewnątrz popijając herbatę. Po półgodzinie idziemy. Oczywiście czerwonym szlakiem drogą więc po 10 minutach cofka. Nie tędy droga. Znów posępny budynek ,,schroniska”. Tym razem wchodzimy już dobrze. Ciemny las, idziemy gęsiego niebiesko-zielonym szlakiem. Rozgałęzienie szlaków i już widać światła przysiółka.
Pod Chatką AKT ognisko. Witam się z ,,chatkowym” i od razu, z marszu zajmuję miejsce w kolejce do prysznica. Woda zimna ale mokra. Po kąpieli ciepły chińczyk i pure. Trochę gadamy w kuchni. Stary dziad wędrujący samotnie po górach jest egzotyczną ciekawostką dla młodzieży studiującej.
Po ,,obfitej” kolacji idę do ogniska posłuchać opowieści ,,z wysokiego świata”.
Bardzo sympatyczni ludzie, polecam to miejsce (piątek-niedziela) zamiast blokhausu na Przysłopie. Przeszedłem prawie 35 km, zlazłem 1725 m i wlazłem na 1350. http://mapa-turystyczna.pl/route/zrwx  Zmęczenie powinno kazać mi iść spać. Lecz jakoś się nie chce
Jest noc, świeci księżyc, płonie ognisko. Beskid.

Offline PRS

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #9 dnia: Listopad 25, 2014, 23:49:15 »
Dzień 5



Chłopy chrapią. Larwy w kokonach leżą obok siebie na stryszku. Mogą poleżeć. Ja muszę wstawać. Chinol, kawa, kloce, plecak i w trasę. Idę z ekipą z Wawy. Będą mi towarzyszyć aż do Przełęczy Łączecko gdzie skręcą na niebieski szlak. Idąc gadamy. O dupach, furach i górach. Jak to chłopy w listopadowym lesie.
Jest słonecznie i sucho. Trochę żałuję, że nie założyłem lekkich butów. ,,Łącznikiem” od Pietraszonki idę pierwszy raz, nie wiedziałem jak to będzie wyglądać. Stecówka. Trwa odbudowa drewnianego kościoła. W prywatnym schronisku podbijam książeczki i idziemy dalej. W stronę Kubalonki.







 Można pójść asfaltem ale wybieramy ,,górski” szlak. Jest trochę błota czyli wyskoków w bok by obejść.





Podejście pod skałkę, jeszcze kawałek i pierwszy parking. Browar po 4 zł pucha z pod lady. Ja jednak wolę herbatę z termosu.



Piwo za bardzo by mnie rozleniwiło. Na tym parkingu jest pierwsza tabliczka informująca o 2 godzinnej odległości od Stożka (czerwonym).



 Kolejna po niespełna 15 min. Już wskazuje 2,5 h. Kolejne 3 tabliczki uparcie informują o 2 h – widać produkcja była masowa. Kubalonkę mijamy szybko i także szybko idziemy w niewłaściwym kierunku. Mapa i cofka. Trzeba przejść na druga stronę asfaltu i między płotami do góry. Zamgliło się. Zniszczony las i znów ,,leśna” droga szutrowa do Przełęczy Łączecko.





 Tam ruszam już sam czerwonym a chłopaki idą bezpośrednio na Stożek (na schabowego). Podejście po kamieniach świerkowym lasem (świerk istebiański).


 Spieszę się. Jednak na szczycie przysiadam (granica) i zmieniam trepy na Salomony. Pierwsze wrażenie po 2,5 dniowym przebiegu w ciężkich trepach to tak jakbym szedł w samych skarpetkach. Mijam wychodnie skalne, trzy słópki graniczne i szlakiem granicznym docieram do schroniska na Stożku.





 Chłopaki jedzą… makaron z sosem pomidorowym ugotowany na palniku pod ławką. Bardzo dużo ludzi. W pobliżu schroniska jest górna stacja wyciągu krzesełkowego z którego korzystają tez rowerzyści – po drugiej stronie schronu bierze początek extremalna trasa zjazdowa. Pod platformą górnej stacji można się też przespać (ceny na Stożku nie należą do najmniejszych). Kibel i wrzątek w schronie są płatne.



Żegnam się z kamratami i rozpoczynam ostatnią długą turę Głównego Szlaku Beskidzkiego. Jakieś Stożki, jakieś Soszowy i sporo nieprzyjemnego kamienia. Wiem, że pod wieżę dojdę po ciemku. Dlatego się spieszę.












Pomaga MP3 w utrzymaniu tempa. Wejście na Czantorię to ukamieniowanie. Na pewno niewiele osób by się obraziło gdyby szlak wyglądał tak jak chodnik na Babią Górę. Księciowie Cieszyna wstydźcie się! Do wieży dochodzę dokładnie z nastaniem ciemności. Wieje. Nie mam siły i ochoty by sprawdzać czy da się wejść ,,na dzika”. Chowam się trochę niżej za jarmarczną budę. Czołówka, herbatka i rozpoczynam zejście w całkowitej ciemności. Po paru minutach światła górnej stacji kolejki linowej. Wcale nie pomagają świecąc ,,długimi” w gały. Przy wyciągu rozmawiam z nocnym stróżem pytając o możliwość zejścia stokiem narciarskim. To 600 m przewyższenia które muszę ,,stracić”. Początkowo jest łąka czyli trawa. Gdy stok zwiększa nachylenie zaczyna się glina i luźne kamienie. Nie jest fajnie. Liczę, a właściwie ,,rejestruję” numery latarni po lewej stronie stoku. Zmniejszają się więc ,,wiem” ile mi jeszcze zostało. Początkowo od ,,zakrętu” szedłem prawą stroną przy rozciągniętych siatkach, później przetrawersowałem właśnie na lewo. W dole światła Ustronia, widzę samochody, pojedyncze latarnie. W nogach telegraf. Trochę zakosami, trochę bokiem byle do przodu i w dół. Jakoś zlazłem. Jest 18 sta, 13 stopni ciepła.



 Na ulicach pusto. Przed dolną stacją kolejki jest sklepik (całodobowy?).  Kupuję w nim browara w szklanej i rozpoczynam podejście pod ostatnią górę. Początkowo szlak wiedzie obok stacji Ustroń Polana, później między domami. Pytam się przechodnia o ,,konkrety” znane tylko miejscowym i w samą porę bo znów poszedłbym ,,w maliny”. Droga na Jaszowiec to początkowo kostka, która później przechodzi w asfalt. Szlak jest tak poprowadzony, że ścina serpentyny. Ja mam to głęboko i maszeruję asfaltem. Jedyna niedogodność to spory ruch samochodów i brak chodnika. Gdy nadjeżdżają z przeciwka to odpalam czołówkę. Niewiele to pomaga, często nawet nie zmieniają świateł – muszę uciekać na pobocze. Mam ,,odblaski” więc powinni mnie widzieć… Jestem zdeterminowany wejść na nogach na Równicę i wtachać tam tego browara. Więc jeżeli ktoś jadący na górę by się zatrzymał… to grzecznie bym podziękował. MP3 nadaje rytm. Idę dziarsko kijkami trzymanymi z tyłu podnosząc plecak. Prawie bym przeszedł schronisko. Jakoś inaczej to wszystko zapamiętałem… Czas zrobił swoje w pamięci i w otoczeniu. Powyżej ,,świeci” hotel Koliba, wcześniej jakieś karczmy - resteuracje, parki extremelinorozrywki, parkingi. Tylko kramów o tej porze pewnie brakuje. W schronisku jestem akurat jak zamykają bufet… i recepcję w jednym. Dżizas 2 minuty później i była by ,,awaria”. Sympatyczny Pan Kierownik chce mnie wcisnąć na ósmego do jakiejś żeńsko-męskiej ekipy. Żeńska część nie jest tym zachwycona ale jako obyta w górach gotowa zaakceptować. Pan Kierownik argumentuje brakiem miejsc. Ja jestem oczywiście przygotowany na glebę.
Jeszcze Bardziej Sympatyczna Pani Kierowniczka widocznie wpłynęła na męża odpowiednim słowem bo… dostaję klucz do całkowicie pustego pokoju. Jestem sam w ósemce, a może szóstce, nie istotne. Ze zniżką 25 zł, zniżka oczywiście na browara, bo bufet zamykają. Dalsze spożycie przebiega w mini ,,świetlicy” zwanej jadalnią turystyczną. Się nie spieszę. Sączę browara z sokiem (gratis sok od Pana Kierownika), przeglądam mapę. W zasadzie to mógłbym jeszcze tego wieczora skończyć GSB. Gdyby mi się spieszyło, lub gdybym miał (wiedział) jakieś polączenie z Ustronia do Wawy. Ale mi się nie spieszy i sączę tego browara. Zanoszę wór do ,,apartamentu”, zabieram co trzeba i idę do sutenery się wyprysznicować. Woda chłodna przechodząca w zimną. Czysto i schludnie. Po kąpieli bawełniana koszulka, waciak i ze swoim browarem znów na dół. Tym razem to jestem zmęczony, czuję że odpływam. Więc do pokoju i spać.
Zrobiłem około 35 km, prawie 1500 m pod górę i 1500 w dół.
http://mapa-turystyczna.pl/route/zrm7

Offline PRS

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #10 dnia: Listopad 27, 2014, 14:02:09 »
Dzień 6

Wstałem rano, koło siódmej. Bufet (czyli wrzątek) otwierał podwoje o dziewiątej. Ubrałem się i poszedłem na Równicę czyli ,,właściwy” szczyt.

[/img]








GSB go omija jak wiele ,,głównych” szczytów (np. Pilsko, Tarnica) w odróżnieniu od wielu beznadziejnych, zalesionych chopek na które wiedzie ,,na krechę”. A szkoda, bo widok w stronę Brennej zacny. Mijam Kolibę i wchodzę na szczyt żółtym szlakiem. Od strony północnej karcze pozostałe po lesie zachęcają do posadowienia 4 liter. I tam też nie wieje halny. Panorama, słoneczko, muzyczka. Akurat po Kruderze wmiksowało się KSU. No to posiedzę jeszcze i podumam.


 Coś się kończy, czy coś się zaczyna… tego jeszcze nie wiem. Jak by nie patrzeć przeszedłem kupę kilometrów, spotkałem kilka ciekawych osób, zrobiłem parę kiepskich zdjęć i wydałem sporo kasy. Fajnie się siedzi, ale trzeba ruszyć pupsko z pniaka i postawić kropkę nad ,,i”. Wracam do schroniska. Wrzątek jest wydawany czyli nalewany w kuchni w piwnicy. Naczynia zjeżdżają tam windą. Daję termos i kubek do którego nasypałem kawy. Jedno i drugie zostaje zalane do pełna (czyżby Krysia na kuchni???). Termos jak termos – trochę się odleje, ale LITR kawy na czczo to wyzwanie dla moich kiszek. Mam odrobinę cukru więc nawet nie ma co słodzić. Jakoś wypiłem zagryzając chrupkim pieczywem w formie gotowych kanapek firmy Vasa. Plecak na grzbiet i ostatni odcinek. Trochę stromo przez bukowy las do Kamienia Ewangelików. Tam nabieram źródlanej wody (czyli Ustronianka w gratisie ;) ) i schodzę dalej w dół.




Sporo osób sapiąc pnie się do góry. Piękna pogoda i dzień wolny od pracy zapewniają frekwencję. W mieście szlak kluczy między zabudową jednorodzinną. Jeżeli zobaczymy znaczki ,,szlaku źródlanego” warto na niego zboczyć (kwadracik podzielony na dwa trójkąty – czerwony i biały). Biegnie równolegle, ciekawszą ścieżką pozbawioną ,,stonki” i dochodzi także do skrzyżowania od którego zaczynają się jarmarczne budy.
Kropa znajduje się za ex Dworcem PKP, a dokładnie za postojem taxi. Jak będzie akurat stała taryfa postury vanika to jej nie zauważymy. Tabliczki informującej o jakimś początku/końcu Głównego Szlaku nie ma.



Jeżeli Dworca już nie ma to ,,początek” powinien zostać przeniesiony na Rynek przy którym znajduje się też Informacja Turystyczna. Miejsce bardziej klimatyczne i estetyczne. Czy Ustroń ,,zasługuje” na ,,początek”?



Moim zdaniem nie. Szlak powinien z Równicy biec przez Brenną do Bielska Białej. Lepsza komunikacja publiczna, dużo ,,tanich” autobusów prywatnych firm, lepsza baza noclegowa, sklepy spożywcze etc.
Choć oczywiście są głosy by szlak kończył się w Cieszynie.
Ale to taka akademicka dyskusja.
Na zakończenie zjadłem taniego schaboszczaka w ,,orientalnym” barze Lotos. Za 15 zł z odrobiną surówki i dużą garścią frytek w ceniącym się ,,uzdrowisku” to nie ma co narzekać.





Pojechałem stopem do Wisły gdzie po przejściu się deptakiem wsiadam do autobusu do Krakowa.
Chciałbym serdecznie podziękować Koledze Snajkowi i jego sympatycznej Połówce za bezpieczny powrót furą z Krakowa do Wawy. W miłej atmosferze podróż minęła błyskawicznie. Jeszcze raz bardzo dziękuję.         

Offline zajcman



  • Pomógł: 0

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #11 dnia: Listopad 27, 2014, 16:54:33 »
super wyprawa pogratulowac. Tak z ciekawosci sie spytam o zawartosc plecaka i ile to ustrojstwo warzylo ogolnie jak sie przygotowywales do takiego trekkingu. I w ogolnym rozrachunku ile km zrobiles i jesli mozna jak to winansowo wyglada droga taka imprezka ?? Dzieki serdecznie za odpowiedz

Offline Yatzek

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #12 dnia: Listopad 27, 2014, 17:23:33 »
Gratulacje Pawle! Kultowy szlak zaliczony, przypieczętowany barwną relacją.
Powodzenia w kolejnych wyprawach!
Wędrówką życie jest człowieka...

Offline sloma



  • Pomógł: 8

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #13 dnia: Listopad 27, 2014, 17:37:30 »
Szacun za przejście GSB. 500km to nie ma lipy. Super się czytało zarówno część pierwszą jak i drugą, którą w sumie jakoś w miarę znam z wypadów. Dobra walka była na trasie :D Cały czas byłem ciekaw jak się to wszystko potoczy.
Chciałbym kiedyś przebiec cały GSB. Oczywiście nie w stylu Macieja Więcka-  114h ;D. Bardziej po 35-45km dziennie. Ale to póki co odległy plan.
Jakieś plany na kolejną taką wyrypę? Czy już raczej chwała i opowieści przy piwie?  ;D

Offline PRS

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #14 dnia: Listopad 27, 2014, 21:09:10 »
Dzięki Panowie
@zajcman pełen spis łącznie z wagą na ngt.pl
@słoma biegiem nie warto. Nawet ,,na raz" nie warto ;)
Co do drugiej części Twojego postu to Bratysłava-Ustroń w maju - szukam ekipy.

forum.outdoor.org.pl

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #14 dnia: Listopad 27, 2014, 21:09:10 »

Offline madmun



  • Pomógł: 143

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #15 dnia: Listopad 27, 2014, 21:23:52 »
@zajcman pełen spis łącznie z wagą na ngt.pl

a u nas nie ? :( No jak kto, tak przekierowywać kogoś, gdzieś ! To nie wypada !
R.T.F.M
outdoor to nie rurki z kremem

Offline zajcman



  • Pomógł: 0

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #16 dnia: Listopad 27, 2014, 23:06:05 »
@zajcman pełen spis łącznie z wagą na ngt.pl


moglbys podrzucic linka bo niestety nie znalazlem

Offline Snajk

  • Hopsasa.


  • Pomógł: 8

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #17 dnia: Listopad 30, 2014, 09:55:22 »
Super relacja, fajnie że dużo zdjęć! Ja ze swojej strony i Połówki także chciałbym podziękować za miłą podróż. Polecamy się na przyszłość :).
www.1plecak.pl - mój blog trochę podróżniczy

Offline misiak76



  • Pomógł: 38

Odp: [GSB] Ze wschodu na zachód czyli Noc Listopadowa cz.2
« Odpowiedź #18 dnia: Grudzień 10, 2014, 09:15:54 »
Kurcze i znów mnie zaczyna nosić ;) Świetny opis.