Autor Wątek: Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza  (Przeczytany 7071 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Yatzek

Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza
« dnia: Październik 03, 2014, 19:45:43 »
Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza   

Przeszedłem Główny Szlak Beskidzki. Przeszedłem górską część Głównego Szlaku Sudeckiego (ale resztę dokończę dla porządku). Pomyślałem, by zaliczyć kolejny Główny Szlak. I tak w poszukiwaniach szybko wyłonił się następny kandydat do przedeptania -

 
Główny Szlak Świętokrzyski,
zwany także Główny Szlak Gór Świętokrzyskich.

Szlak ten liczy według różnych wersji od 94 do 105 kilometrów. Ale zawsze podrepcze się trochę w lewo, trochę w prawo, a też i czasem pobłądzi... Tym lepiej, - zawsze coś więcej się przejdzie! ;-)
 
Ten szlak chciałem zrobić na lekko, choć i tak zabrałem kilka dodatków, - tak na wszelki wypadek, bo pogoda zapowiadała się deszczowa.
Kierunek wędrówki dla mnie jest tylko jeden - z zachodu na wschód. To już sprawdziło się wcześniej, tak też będzie i teraz, choć przewodniki jako początek podają Gołoszyce leżące na wschodnim krańcu szlaku. Ja rozpoczynam w Kuźniakach - na zachodzie.
 
Termin z koleżanką Leśną Duszą ustaliliśmy na 16 sierpnia 2014 roku i z tą datą w składzie dwuosobowym wyruszyliśmy na szlak...
 
 
 

...ale o tym w następnych wpisach.




sobota, 16 sierpnia 2014   Główny Szlak Świętokrzyski 01 - Kuźniaki - Miedziana Góra Ciosowa
   
Kuźniaki - Miedziana Góra "Ciosowa". Dystans - 20 km. Suma podejść - 500m, suma zejść - 470m.
Na szlaku: Kuźniaki - 255m, Perzowa Góra - 395m, Siniewska Góra - 449m, Barania Góra - 426m, Kamieniołom Ciosowa - 360m.

16.08.2014.

 
Do Kielc dojechaliśmy ja i Leśna Dusza samochodem. Zostawiliśmy go przy dworcu PKP i przeszliśmy na dworzec PKS. W ścianie deszczu, ale na szczęście pod zadaszeniem, stał bus do Wólki Kłóckiej przez Kuźniaki. Odjeżdżał za kilka minut, w sam raz, by zrobić kilka zdjęć na początku przygody.
 
 

 

 

Ulewny deszcz nie nastrajał optymistycznie. Widmo mokrych butów już pierwszego dnia było natrętne, ale liczyliśmy na wypogodzenie.
Faktycznie, oddalając się od Kielc, obserwowaliśmy poprawę pogody, a wysiadając w Kuźniakach, stwierdziliśmy, że nie leje.
 
 

 

Po obejrzeniu pieca dymarkowego stojącego przy wejściu na szlak, złapał nas pierwszy deszcz, który przeczekaliśmy pod wiatą przystankową.
Tuż obok był rogal ze znakami szlaku, więc należało się przy nim uwiecznić.
 
 

 Kilkadziesiąt metrów dalej trafiliśmy na sklep spożywczy, gdzie zdobyłem pierwszą pieczątkę na szlaku. Przydałaby się okolicznościowa, ale i ta też się nadała. Przed następnym sklepem szlak skręcał w lewo w polną drogę, gdzie za zakrętem ustawiono kamień z tablicą oznaczającą początek Głównego Szlaku Świętokrzyskiego.
 
 

 

 

 

 


Ruszyliśmy szlakiem. Łagodne podejście wśród łąk zapowiadało spokojną wędrówkę, bo i Góry Świętokrzyskie - choć najstarsze w Polsce - do wysokich nie należą. Minęliśmy też pierwsze oznaczenia na szlaku, prowadzące nas na stukilometrową wędrówkę.
 
 

 

Szybko weszliśmy w leśne ostępy, podchodząc zrazu łagodnie, by pod masyw Perzowej Góry zaliczyć krótkie, acz strome podejście. Sam szczyt ledwie się zaznaczał.
 
 

 

 

 

 

 

 


Tuż za szczytem Perzowej, napotkaliśmy spore głazy, między którymi znajduje się najwęższy przesmyk na szlaku. Po przejściu nim w dół, czekała nas kolejna atrakcja...
 
 

 

 

Schodząc do podstawy głazu zwieńczonego krzyżem, zobaczyliśmy iż stanowi on grotę sporych rozmiarów. Jest to grota św. Rozalii, z którą łączą się ciekawe legendy.
Grota została także zakwalifikowana przez nas jako całkiem dobra miejscówka noclegowa, szkoda, że tak blisko końca szlaku.
 
 

 

 

 


Przed nami jeszcze szmat drogi, więc ruszyliśmy dalej.
Przez lasy i polany, prowadzeni niezawodnymi dotąd czerwonymi znakami, zeszliśmy do skraju lasu, skąd był piękny widok na pola i dalsze pagórki. I tu skończyły się czerwone znaki. Początkowo zeszliśmy główną ścieżką do wsi, ale z braku znaków wróciliśmy do ostatnio widzianego. Rozglądamy się i bez znaków nie wiemy gdzie dalej iść. Chwila konfrontacji z mapą, ja włączam nawigację w smyrfonie, gdzie mam przygotowany ślad naszego szlaku i okazuje się, że należy ostro odwinąć w lewo i przeciąć pola na wschód przez wąską asfaltówkę, prostopadle do linii wysokiego napięcia. Dopiero pomiędzy drogą a linią przesyłową trafiamy na znajome znaki na drzewie. Ale bez wsparcia mapy i GPS-a byłoby krucho...
 
 

 

 

 

 

 

Mijając gospodarstwo, wchodzimy do lasu. Znaki są, ale trzeba wytężać wzrok. Po chwili dochodzimy do kolejnych łąk i idziemy prosto, bo znaku sygnalizującego skręt nie ma. Jednak po kilkudziesięciu metrach mijając spore kałuże, nie widzę znaków, które staram się wypatrywać z uwagą wytężoną po ostatnich poszukiwaniach. Wracamy do granicy lasu.
No tak! Znaki są, ale namalowane od "tamtej" strony! Wynika to pewnie z tego, że początek szlaku jest sugerowany w Gołoszycach, a my - zgodnie z naszą filozofią - bierzemy go od zachodu na wschód... Czyli po wyjściu z lasu, trzeba skręcić w lewo, nie wchodząc w otwarty teren.
Znakarz zebrał zatem ode mnie kolejnego minusa...
 
 

 


Mozolnie podchodzimy pod kolejne wzniesienie. Gdzieś w prześwicie straszą ciemne chmury, a wiatr sygnalizuje nadejście opadów.
Las się kończy, a leśna droga ustępuje asfaltowi. Wychodzimy na otwarte wzniesienie, gdzie widzimy zabudowania osiedla. To ulica Studzianki w Oblęgorze.
Tu właśnie zaskakuje nas rzęsisty deszczyk. Po sąsiedzku widać dom z dużym bocznym daszkiem, więc pytamy o chwilowe schronienie. Częstujemy dzieci i mamę oraz babcię czekoladą, podnosząc także i sobie poziom endorfin. Na osłodę po chwili pojawia się przepiękna tęcza, a deszczyk ustaje. Ruszamy dalej.
 
 

 

 

 

 

 


Czerwoną gliniasto-błotną drogą podchodzimy pod Siniewską. Las równie mokry, prowadzi nas śliską drożyną na skraj zarośli, zza których wyłania się wiata, niestety ogrodzona...
Przed nami rozległe pola z rozsypaną zabudową i oszczędne znaki naszego szlaku.  Lasy parują, a słońce skłania się już ku zachodowi. My jednak zapuszczamy się w następną połać lasu, z którego niebawem wychodzimy na drogę polną, z której znaki prowadzą nas na asfalt biegnący w dół, do zabudowań.
Tu kolejny raz zostajemy zwilżeni deszczem, więc nasze zabezpieczenia mają okazję się wykazać.
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Deszcz nie ustaje. Dochodząc do Miedzianej Góry, szukamy w miarę suchego miejsca na nocleg. Najlepsza by była obszerna wiata, ale takiej instalacji nie znajdujemy. Chodzimy po okolicy poszukując miejscówki, ale mimo dodatkowych kilometrów, nie natrafiamy na skrawek daszku, który dał by się zaadoptować na sypialnie i suszarnię.
Wreszcie na wysokości dawnego kamieniołomu, trafiamy na agroturystykę, gdzie postanawiamy się jednak zatrzymać. Ten nadmiar komfortu przynajmniej zaowocuje wysuszeniem tego, co zamokło.
Po kolacji i wieczornych ablucjach, szybko zapadamy w sen w naszych Cumulusach... :)
 
 

 



niedziela, 17 sierpnia 2014   Główny Szlak Świętokrzyski 02 - Miedziana Góra Ciosowa - Masłów Lotnisko
   
Miedziana Góra "Ciosowa" - Masłów Lotnisko. Dystans - 23 km. Suma podejść - 540m, suma zejść - 520m.
Na szlaku: Kamieniołom Ciosowa - 360m, Ciosowa - 299m, Tumlin Węgle - 342m, Kamień - 399m, Wykieńska - 401m, Rezerwat "Kamienne Kręgi", Sosnowica - 403m, Krzemionka - 389m, przejście nad obwodnicą Kielc, Droga Krajowa 73, Masłów Pierwszy - Lotnisko - 320m.

17.08.2014.

 
Ranek następnego dnia zapowiadał się przede wszystkim sucho. To była dla nas kluczowa sprawa. Buty suche, skarpety suche, lekkie śniadanko, odprawa i na trasę.
Kamieniołom Ciosowa to doskonała miejscówka na nocleg w suchych warunkach. Na górze sporo miejsc pod namiot i drzew na hamak. Z dołu doskonała panorama zarośniętego już miejsca.
 
 

 

 


Asfaltem kluczymy wśród dróg, aż wreszcie wkraczamy do lasu. Długie i łagodne podejścia mają finał w postaci stromego zejścia. Jednak wysokość gór nie sprawia kłopotów, bo zejście choć strome, szybko się wypłaszcza, skręca w lewo trawersem ...i gubi znaki. Jednak niezawodna mapa sugeruje kierunek i po chwili dochodzimy do drogi asfaltowej, przekraczamy ją i podchodzimy pod kolejne łagodne wzniesienie.
 
 

 

 

 


Przed nami kolejny kamieniołom i przylegający do niego Rezerwat "Kamienne Kręgi".
Atrakcja jedna i druga może mało spektakularna, ale ożywiająca leśną wędrówkę i stanowiąca kolejną ciekawostkę terenową.
Za kaplicą schodzi się do drogi skręcającej w dół na prawo, ale znaki nakazują ją przekroczyć i wędrować równolegle gęstymi zaroślami. Czynimy tak ciorając plecaki i odzienie, aż na powrót dochodzimy do tej samej drogi, kilkaset metrów niżej. Stamtąd już dochodzimy do drogi w Tumlinie.
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 


W Tumlinie - Węgle napotykamy kościół. W jego ogrodzeniu stoi kaplica pogrzebowa, zakwalifikowana przez nas jako świetne miejsce spoczynku, - bynajmniej nie wiecznego. :-)

Idąc dalej asfaltem, znajdujemy sklep mieszczący się za domem mieszkalnym. Może nie szokuje zaopatrzeniem, ale na drugie śniadanie coś się znalazło. Za sklepem robimy krótki popas.
 
 

 

 

 
   
       

 

 


Zostawiamy stare płoty i wracamy na drogę. Przekraczamy tory kolejowe z pędzącymi pociągami. Za nimi wkraczamy między stare zabudowania, a droga znowu prowadzi w ostępy leśne, gdzie spotykamy uregulowany stawek, za którym znajduje się spora polana.
 
 

 

 

 


Mapa informuje nas, że niedaleko znajdziemy miejsce biwakowe. Tymczasem musimy zmierzyć się z kałużami i błotem, ale na szczęście można je suchą nogą obejść. Po krótkim podejściu istotnie napotykamy na stół i ławy piknikowe, ale te są już okupowane przez sporą grupkę smakoszy leśnej kuchni.
Zapraszają nas do wspólnego stołu, ale gwarność miejsca zapowiada dłuższą imprezę, wobec czego grzecznie dziękujemy za zaproszenie i wygodną szeroką drożyną wijącą się wśród drzew, znikamy w świętokrzyskiej kniei.
 
 

 

 

 

Jak większość odcinków leśnych, tak i ten nie ciągnął się zbyt długo. Doprowadził nas do drogi asfaltowej, przy której z daleka widoczny był pomnik AK. Drogą tą przeszliśmy krótki odcinek, by z niej ponownie zagłębić się w lesie. Widać było że tuż przed naszym przejściem odbywały się tu prace znakarskie. Część oznaczeń miała świeżo wymalowany biały podkład, z czego można wnioskować, że czerwony pas pojawi się w najbliższym czasie.

Po dziesięciu minutach znaleźliśmy się przy dukcie prowadzącym nad obwodnicą Kielc do przeciwległego obszaru leśnego. Dukt jest tak urządzony, by zwierzęta mogły nim spokojnie zmieniać swoje siedlisko.
 
 

 

 

 

 Po krótkim odpoczynku zagłębiliśmy się w przeciwległy las. Wysyp grzybów wróżył udane grzybobranie, jednak nie to było naszym celem. Celem tym też nie było żeglowanie po leśnych kałużach, których po ostatnich deszczach nie brakowało.

Przekroczywszy potok Silnica, doszliśmy do drogi, którą z Kielc można kierować się na północ. Tym samym oficjalnie minęliśmy środek stolicy województwa.
 
 

 

 

 

 

 

 


Za gwarem cywilizacji, wąska droga asfaltowa wiodła nas na wschód. Minęliśmy dwa sklepy spożywcze, jednak w niedzielne popołudnie były już nieczynne.

Dwie minuty dalej, szlak odbijał w prawo przez niewielkie mokradła i powoli wspinał się pod górę. W marszu kierowaliśmy się nadrzewnym półproduktem znakarskim. ;-)
 
 

 

 

 

 

 

 

Szczyt góry był zalesiony, ale niebawem stok otworzył się łąkami i szeroką panoramą. Przed nami widać było zabudowania Masłowa z przylegającym doń lotniskiem. Jako że na niebie widać było czasze spadochronów, postanowiliśmy zgodnie zajrzeć na lotnisko, - a nuż spotkam znajomego spadochroniarza...
 
 

 

 


Mieliśmy zamiar spać za Masłowem na górce. Jednak na lotnisku rzeczywiście spotkałem kolegę, a przyjazna atmosfera zatrzymała nas nieco wcześniej na nocleg.

Późnym wieczorem nasze Cumulusy rozścieliły się na gościnnym lotnisku... :)
 
 

 



poniedziałek, 18 sierpnia 2014   Główny Szlak Świętokrzyski 03 - Masłów Lotnisko - Kakonin   

Masłów Lotnisko - Kakonin. Dystans - 24 km. Suma podejść - 720m, suma zejść - 680m.
Na szlaku: Masłów Pierwszy - Lotnisko - 320m, Diabelski Kamień - 460m, Radostowa - 451m, Krajno Pierwsze (połowa szlaku), Święta Katarzyna, Łysica - 612m, Przełęcz św. Mikołaja, Kakonin.

18.08.2014.

 
Pobudka skoro świt, umywalnia i śniadanko. Nasze garnki wypełniły się kaszkami wieloskładnikowymi i wielosmakowymi.
Pokrzepieni dobrym snem i śniadaniem, z podziękowaniem opuściliśmy tą lotniczą przystań, z której jednak za naszej bytności nie wystartowała żadna czarownica na miotle...! ;-)
 
 

 

 Tuż za lotniskiem minęliśmy dobrze zaopatrzonego spożywczaka, nieco dalej wypatrzyłem pięciolinię z jaskółczymi nutami, próbując zanucić ten skrzydlaty zapis. :)
 Po kolejnej minucie byliśmy już na szlaku, prowadzeni czerwonymi znakami.
 Wiedzeni nimi, wyszliśmy do połowy wzgórza, gdzie minęliśmy masłowską farę.
 
 

 

 

 

 

 

 Stąd jeszcze kawałek asfaltem pod górę, na przełęczy zaś odbijamy za znakami na prawo.
 Skrajem zagajników i łąk osiągamy miejsce planowanego na wczoraj noclegu - platformę widokową z niezłym miejscem na biwak.
 
 

 
 
 
 
 

 


Tutaj zapuszczamy się w grzbietowe zarośla, którymi wędrujemy oczywiście niedługo. Po dziesięciu minutach osiągamy kolejną atrakcję - Diabelski Kamień z małą, dziurawą wiatką.

Na głaz trzeba się było oczywiście wdrapać, ale miejscówka na biwak się raczej nie nadawała. Kamieniście, nierówno i okolica zarośnięta - zdecydowanie rejon platformy był lepszy.
 
 

 

 

 

 

 

Kamień był, diabła nie było, no to co tak będziemy czekać... Poszliśmy. Tym bardziej, że i czerwone znaki były...
Co prawda, schodząc w dół, jeden znak sygnalizujący skręt był tak nierówno namalowany, a ja się zagadałem, że zamiast pójść w lewo, poszedłem w prawo... Ale czujność zaprowadziła nas spowrotem do tegoż znaku i dalej już bez przeszkód podążaliśmy w prawidłowym kierunku.
 
 

 

 


Las zrobił się przestronny i zeszliśmy nim do jego skraju. Tu okazało się, że nie da się wyjść z lasu! W poprzek szlaku pomiędzy brzegiem lasu a drogą asfaltową, rozciągnięto grubą stalową linę. To zapewne by uniemożliwić wjazd crossom i quadom. Oczywiście przeszliśmy bez problemu, a znaki nakazały skręt w lewo wzdłuż asfaltowej drogi. Tak się trochę rozpędziliśmy tym asfaltem, że przeoczyliśmy zejście na prawo. A uważać trzeba... Zawrotka po konsultacji z mapą i znów jesteśmy na znakach. A te doprowadziły nas do kolejnej wiatki nad rzeczką.
 
 

 

 

 

 

 


Ławka jest, to siedliśmy. Ale nie na długo, jedynie by pokontemplować mostek i rzeczkę. Niebieski szlak na lewo, a my w pąsach na prawo i pod kolejną górę.

Na podejściu znalazłem piękne pióro drapieżnego ptaka, tak jak i na GSB. Z dumą zatknąłem go do czapki i towarzyszyło mi do końca wędrówki.
 
 

 

 


No i tak krok po kroczku i wspięliśmy się na Radostową. Postawiłem stopę na punkcie wysokościowym i standardową formułą wziąłem tę okolicę we władanie w imię outdooru. :)

Tuż poniżej szczytu napotkaliśmy na kolejną wiatkę z szlakowskazem, gdzie odetchnęliśmy w myśl zasady: jest ławka, to trzeba posadzić na niej cztery litery. :) I dwa plecaki. :)
 
 

 

 

 


No i dobrze szło, więc musiało się odmienić. Za Radostową na nadanym kierunku brak oznaczeń. Idziemy na wprost, ale po drodze na drzewach pusto - żadnej czerwieni! Przed nami idą dwie grupy i studiują mapę. Dajemy na wprost w dół w kierunku przeciwległego zbocza, ale nie pogniewalibyśmy się widząc jakoweś znaki. Dopiero na podejściu się pokazał jeden i na wzgórzu następny. Widać czerwona farba w okolicy droga. Ja na wszelki wypadek włączyłem niegodny prawdziwego wędrowca wynalazek - GPS, ale błądzenie wolałem zachować na inną okazję... ;-)
 
 

 

 

 

 


Przed nami widać dobrze Łysicę. Niezawodny to znak nawigacyjny, ale za kamienistym wzgórzem znowu znaków brak! Cicho klnę w żywy kamień (których w okolicy obrodziło) i pozwalam smyrfonowej nawigacji prowadzić się przez świętokrzyskie manowce.
Jednak dla tych, którzy tak wymyślnego wynalazku (z odpowiednim śladem oznaczającym szlak) nie posiadają, informuję, że po zejściu od powyższych kamieni do polnej prostopadłej drogi, należy skręcić w lewo i zejść do zagajnika, w którym białymi strzałkami (ale nie standardowymi znakami) zaznaczono przebieg szlaku na tym skrzyżowaniu. Stamtąd już prosto miedzami przez potoczek na wschód, prosto w stronę Łysicy. Nawet po kilkuset metrach można trafić na powrót na czerwone znaki.
 
 

 

 

 


Po znalezieniu znaków, brzegiem pól uprawnych i kwietnej łąki, dochodzimy do wioski Krajno Pierwsze.
Przy wejściu na drogę asfaltową, po lewej napotykamy na sklep spożywczy, z którego skwapliwie korzystamy, tym bardziej, że jest tam stół i ławki. W sam raz na trzecie śniadanie (zaraz, - a drugie było...?) :) Także i nasze Exosy odpoczywają w cieniu parasola. ;-)
 
 

 

 

 

 

 

 


Pokrzepieni maślanką i pokrewnym napojem ;-), mkniemy asfaltem prostym jak strzała. Mijamy kolorowe ukwiecone chaty, za skrzyżowaniem wypatrujemy kapliczkę z przeciekającym sufitem i schodzimy do Świętej Katarzyny, odbijając szlakiem w prawo przed klasztorem.
 
 

 

 

 

 

 

 


Po chwili stajemy przed wejściem do Świętokrzyskiego Parku Narodowego, a zarazem i do Puszczy Jodłowej.
Ludzi prawie nie ma, - jakaś czteroosobowa rodzina i dwie młode dziewczyny. Po drodze jeszcze ze trzy grupki. Droga prowadzi legendarnym gołoborzem, a w partii podszczytowej jest już regularne rumowisko. Jest go co prawda niewiele, tyle, co surikatek w krakowskim ZOO, ale dzięki temu wiemy jak wygląda ten stary rumosz i egzotyczne zwierze. ;-)
 
 

 

 

 

 

 

 


Na szczycie krzyż pośród mrowia kamieni i głazów i szlakowskaz. Korzystamy z uprzejmości nieco starszego pana i uwieczniamy się na najwyższym szczycie Gór Świętokrzyskich. :)
 
 

 

 
 


Fragment szlaku na wschód od Łysicy jest kompletnie opustoszały. Główny ciąg turystyczny mamy już za sobą, a na zajściu nie spotykamy nikogo.

Jest za to źródło wody bijące tuż przy drodze, a na przełęczy - kapliczka św. Mikołaja. Niestety, zamknięta zaśrubowaną kratą, a mogłaby być dobrym miejscem noclegowym...
 
 

 

 


Niespełna pół godziny od kapliczki, znaki doprowadzają nas do bramy z napisem Kakonin. Znaczy, że doszliśmy do cywilizacji!
Tuż za lasem ukazuje się nam kompleks gastronomiczny w wydaniu regionalnym - Chata Dobrego Smaku. Smaku raczej nie pokosztujemy, bo o tej porze gospoda zamknięta, a okolica świeci pustkami. Jednak ogląd okolicy ujawnia piękne zadaszenie naprzeciw chaty - wozownię z trzema stołami, która zaczyna nam się jawić jako doskonała wiata noclegowa. Tym bardziej, że na jej prawej flance znajdujemy komfortowy kibelek z umywalnią. Woda co prawda tylko zimna, ale jest gniazdko i mogę podładować smyrfona.

Na osłodę, tuż za tym kompleksem jest sklepik do którego można zadzwonić dzwonkiem, bo panie ekspedientki (mama i córka) mieszkają obok. Mam zatem piwo na wieczór. :)
 
 

 


Po wędrówce kolacja zazwyczaj wybornie smakuje. Nawet nie ma znaczenia w jakim miejscu została przyrządzona. A jeśli miejsce to jest oświetlone, osłonięte od wiatru i jest tam dostęp do bieżącej wody, to czego można więcej chcieć...?  :D


 



Wykonujemy więc zwyczajowe czynności wieczorne, a przed snem dowiadujemy się od przybyłych instruktorów, że w nocy będą obok biwakować uczestnicy młodzieżowego nocnego rajdu. Jednak mimo ich gwaru, spałem smacznie, a okolicę obfotografowałem nazajutrz za dnia.
 


wtorek, 19 sierpnia 2014   Główny Szlak Świętokrzyski 04 - Kakonin - Szczytniak   

Kakonin - Szczytniak. Dystans - 22 km. Suma podejść - 700m, suma zejść - 500m.
Na szlaku: Kakonin, Huta Szklana, Łysa Góra - 594m, Święty Krzyż, Trzcianka, Kobyla Góra - 397m, Paprocice, Góra Jeleniowska - 533m, Szczytniak - 554m.
 
19.08.2014.
 
Poranek wstał pogodny - wręcz słoneczny. Nie mogąc spać, wykonałem małą sesję fotograficzną naszej miejscówki. Jednak cisza zapraszała do drzemki, czemu nie mogłem się oprzeć, jako że i Leśna Dusza wykazywała podobne oznaki niedospania... ;-)
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 


Z rańca trzeba się było zerwać po dziewiątej, bo o dziesiątej otwierają chatę. Śniadanko się robi, a po sąsiedzku chata zaczyna funkcjonować. Sprawdzam cennik i nie jest źle, ale u mnie taniej :)
Po śniadaniu zmieniam klapki na buty i żegnamy naszą noclegową miejscówkę.
 
 

 

 
 

 

 Kakonin zdaje się być senną okolicą. Ludzie się tu nie spieszą, spokojnie pracują w polu.
 Kolorowe łąki pełne są barwnego kwiecia, co doceniają ślimaczki i motyle. Zresztą my też! :)
 
 

 

 

 

 

 


Dalsza część szlaku prowadzi nas skrajem lasu. Co rusz przechodzimy przez mostki, których na trasie jest prawdziwy urodzaj. W oknach leśnych zaglądamy na pola i łąki, ale dobrze oznakowany w tym miejscu szlak prowadzi nas niezawodnie. Po ponad godzinie las się kończy, a zza pól wygląda kolejna osada.
 
 

 

 

 

 

 

 

 


Osada to skansen, ale z naszego punktu widzenia to kolejne wiaty nadające się znakomicie na nocleg. ;-)
W centrum Huty Szklanej znajduje się centrum ruchu turystycznego w kierunku Łysej Góry i klasztoru Święty Krzyż. Korzystamy z standardów wycieczkowych i wsuwamy po zapiekance. Losowo wybrana Cola zapewnia, że przetrwam. :-)
 
 

 

 

 

 


Puszcza Jodłowa zaprasza po raz kolejny. Podchodzimy szeroką aleją asfaltową, ale większy komfort daje maszerowanie poboczem.
Nie wiedzieć czemu, w Puszczy Jodłowej szumią nam nad głowami ...drzewa liściaste!
 
 

 

 


Na szczycie witają nas dwie osobliwości z diametralnie różnych epok. Najpierw wieża transmisyjna, a nieco dalej Klasztor Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej (dawne opactwo benedyktyńskie) i Sanktuarium Relikwii Krzyża Świętego.

Przed dojściem do klasztoru zaczyna lać deszcz, więc po uwiecznieniu zadaszonych stołów, a dla nas wiat, wchodzimy za mury opactwa.
 
 

 

 

 


Wnętrza kompleksu klasztornego są oblegane przez turystów. Ludzi jest naprawdę sporo, ale i miejsce warte jest odwiedzenia. Byłem tu w 1989 roku, ale do dziś pamiętam doskonały kompot którym poczęstowali nas mnisi.
Dzisiaj funkcjonuje tu doskonała kuchnia, ale i można zobaczyć wiele ciekawych rzeczy z czasów bardzo dawnych, a także pamiątki osiadłych tu misjonarzy. Relikwie Krzyża Świętego także znajdują się w przyklasztornej kaplicy.
 
Na zewnątrz ciągle dżdżysto, więc zeszliśmy do jadłodajni na świetną zupę jarzynową. Pełna czarka dobita kilkoma pajdami chleba wzmocniła nasze morale i chęć do wędrówki. Deszcz nie deszcz, wędrować trzeba dalej.
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Deszcz w naszej wędrówce to nie pierwszyzna. Choć brak błota na ścieżkach wcale by nas nie zasmucił. Moje poncho doskonale daje radę, ochraniając mnie i nowego Exosa. Nawet udało mi się w przerwie w opadach strzelić spod poncha szybkie selfie.
 
 

 

 


Trzciankę mijamy tak szybko, że Leśna nawet nie zauważyła tego faktu. Rozglądając się za znakami, wchodzimy w pola, przekraczamy rzeczkę i podchodzimy na kolejne wzniesienie.
 
 

 

 

 

 
Brnąc we wszechobecnym błocie, podchodzimy na Kobylą Górę. Tu spotyka nas dodatkowy koszmar, - droga którą prowadzi szlak jest totalnie rozjeżdżona przez robotników leśnych ściągających "na smykę" drewno z lasu. Zaczynam złorzeczyć pod nosem, a czasem i głośniej, bo drogą iść się absolutnie nie da, czegoś takiego jak pobocze w lesie oczywiście nie ma, przedzieranie się przez mokrą gęstwę jest wyzwaniem samym w sobie, a buty są już przemoczone i ubłocone tak, że waga ich wzrasta dwukrotnie.
 
Wreszcie dochodzimy do składu drewna i mijamy jeszcze ciepłe ciągniki. Jedynie mój wrodzony pacyfizm pozwala mi przejść obok bez nadmiernych emocji...
 
 

 

 

 


To już Paprocice, o czym zresztą informuje kolejna tablica znajdująca się na skraju lasu.
Schodząc w dół do wsi, nie znajdujemy sklepu, którego nota bene nie szukamy. Trafiamy za to na kościół, który oceniamy pod kątem schronienia w przedsionku. Dla naszego spartańskiego stylu, było by to minimum.
 
 

 

 

 

Za kościołem dochodzimy do rzeczki, na której nie ma kładki. Jednak nie jest to akwen nie do przebycia. Znajduję płyciznę, rzucam kilka kamieni i przeprawa gotowa. Gdyby nie wcześniejsze błota, mógłbym napisać, że przeszliśmy rzeczkę suchą stopą...
 
Podchodzimy pod kolejną górę. Niedawny maraton rowerowy pozostawił sporo znaków i innego śmiecia. Błota i wody pod butami jest taka ilość, że moje rozpadające się buty ze startym niemal do zera protektorem, ślizgają się przy lada okazji. Kijki pomagają niezawodnie.
 
Płynące dróżką leśną strumienie pozwalają opłukać mokre i tak człapy. Zawsze to te pół kilo błota mniej... :)
 
 

 

 

 

 

 

 

 


Co dziwne, mimo dobijających warunków, mamy świetne nastroje. Ja żartuję, że Bear Grylls bez wsparcia swej ekipy filmowej dawno by tu wymiękł. Leśna też nie narzeka jakoś szczególnie, - ot mamy warunki które trzeba zaakceptować i tak też czynimy. To, że nasze buty i stopy są po prostu mokre, też nie jest niczym nowym.
 
Z dobrym morale docieramy na Szczytniak, tuż przed tablicę informującą o rezerwacie z takąż nazwą.Leśna zarządza tu biwak, ja zaś poszedłbym jeszcze dalej. Jednak pora jest już słuszna na rozbicie obozu.
Na szczęście kilkanaście minut wcześniej deszcz ustał, mogłem więc bezkarnie zdjąć poncho i plecak.
 
Bez zbytniego pośpiechu zabraliśmy się za przystosowanie miejsca do spędzenia komfortowego noclegu.
 
 

 

 


Rezerwat Szczytniak sąsiaduje z rezerwatem Małe Gołoborze. Znalezienie zatem dobrego miejsca do rozbicia namiotu nie było takie proste. Wreszcie wpasowałem się między większe kamienie, usunąwszy jeden nieco mniejszy. Na szczęście mój jednoosobowy pałacyk nie potrzebował hektarów ni arów. Zadowolił się małym skrawkiem obok ścieżki. Leśna też po zmroku podwiesiła hamak pod tarpem.
 
W chłodzie wieczora, kolacja dodała nieco energii potrzebnej do przetrwania nocy. Ale dobrze osłonięte od wiatru miejsce pozwoliło na chwilę pogawędki przed snem. Późnym wieczorem zabezpieczyliśmy dobytek, zaszyliśmy się w minimalistycznych schronieniach, a sen przyszedł szybko...



środa, 20 sierpnia 2014   Główny Szlak Świętokrzyski 05 - Szczytniak - Gołoszyce   

Szczytniak - Gołoszyce. Dystans - 12 km. Suma podejść - 120m, suma zejść - 340m.
Na szlaku: Szczytniak - 554, Przełęcz Karczmarka - 412m, Gołoszyce - 330m.
 
20.08.2014.
 
W nocy wiało w koronach drzew tak mocno, że budząc się kilka razy, czekałem kiedy podmuch złoży mój namiot. Jednak w gęstym lesie było tak zacisznie, że powłoka namiotu ni tarp Leśniej nawet nie załopotały.
 
Rankiem śpi mi się najlepiej, bo po wschodzie słońca zaczyna się robić cieplej, aż milo wtulić się w śpiwór na dłuższą drzemkę.
 
W małej przecince słońce znalazło przesmyk i ogrzewało nasz biwak. Jednak nocna kondensacja pary wodnej dała się we znaki, nie pozwalając moim mokrym rzeczom wyschnąć na powietrzu.
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 


Tego dnia zostało nam tylko 12 kilometrów do końca szlaku. Nie było zatem powodu by się spieszyć, - zresztą nigdy nie wykazywaliśmy nawet cząstkowego pośpiechu. :)
 
Śniadanie przyrządziliśmy i spożyliśmy powoli, pozwalając choć trochę przeschnąć naszym rzeczom. Jednak w okolicy południa trzeba się było zbierać. Zastosowałem wypróbowany sposób na mokre buty - reklamówka na suchą skarpetę i w kamasza. Skutkuje jak zawsze, a stopa ma sucho i nawet nie jest pozbawiona wentylacji. Leśna miała wodoodporne skarpety, więc efekt ten sam, jeno przy zastosowaniu bardziej zaawansowanej technologii.
 
Po pożegnaniu przydrożnego kurhanka z piękną ikoną malowaną na kamieniu, ruszyliśmy na ostatni etap wędrówki Głównym Szlakiem Świętokrzyskim.
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Na ostatnim etapie szliśmy tylko lasem, bez dodatkowych widoków. Po drodze mijaliśmy granice Rezerwatu Małe Gołoborze, ale samego rumowiska nie widzieliśmy. Rozciągało się w górę zbocza, jednak nam wystarczały wcześniejsze wrażenia z szlaku.
 
Schodziliśmy coraz niżej. Mijając ostatnie kałuże, cieszyliśmy się, że choć w tym dniu wędrówka ujdzie nam na sucho. :)
 
Ostatnia przerwa w marszu pozwoliła na przejrzenie i wciągnięcie małego co-nieco. Plecak już był bardzo lekki, nie dźwigaliśmy niemal żadnych zapasów.
 
Ruszyliśmy. Wkrótce przed nami otworzyły się widoki z krańca lasu, który po kilkuset metrach definitywnie opuściliśmy.
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 


Tuż za wyjściem z lasu stoi ambona myśliwska. Dobry punkt orientacyjny dla idących z przeciwka.
My natomiast skrajem łąki zmierzaliśmy w kierunku pobliskiej alei lipowej, mijając u jej początku kapliczkę św. Huberta i pobliski cmentarz z I Wojny Światowej.
 
 

 

 

 

 


Przepiękna aleja lipowa biegnąca wzdłuż wijącej się polnej drogi, tuż przed drogą asfaltową doprowadziła nas do głazu z tablicą oznaczającą początek bądź koniec Głównego Szlaku Świętokrzyskiego, - identyczną jak w Kuźniakach.
 
Wykonaliśmy zwyczajową serię zdjęć pamiątkowych i z nieukrywanym żalem opuściliśmy szlak naszej przygody. Zostały wspomnienia, doświadczenia z wędrówki, fotografie, a my w dobrych humorach wróciliśmy do domów...
 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 
...by znów kiedyś wyruszyć na szlak! :)
 
 
Komplet zdjęć na mojej Pikasie -
https://picasaweb.google.com/112339065399764771934/GOwnySzlakSwietokrzyski2014?authuser=0&authkey=Gv1sRgCJa3ipPCt5rd6gE&feat=directlink
« Ostatnia zmiana: Październik 03, 2014, 19:59:21 wysłana przez Yatzek »
Wędrówką życie jest człowieka...

forum.outdoor.org.pl

Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza
« dnia: Październik 03, 2014, 19:45:43 »

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza
« Odpowiedź #1 dnia: Październik 05, 2014, 22:11:09 »
Relację już czytałam na blogu, ale przeczytałam znowu, bo tak miło powspominać fajny letni thru-hike :)

Komentarze wyniosły się do działu off-top... Skończyło się na butach - but ważący powyżej 500g praktycznie nie nadaje się do wędrówek F&L. Nie mówię, że byliśmy jakoś F... Nie, nie... :) Skarpet "wodoodpornych" (na dłuższą metę nie są aż tak odporne) używałam na biwaku nie chcąc pakować suchych skarpetek do mokrych butów, było za ciepło żeby w nich chodzić. A buty biegowe, z których wieczorem wyciskam wodę rano są tylko wilgotne i jeśli dalej nie pada to nawet nie zauważam kiedy całkiem wysychają (267g/sztuka).

Offline Yatzek

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza
« Odpowiedź #2 dnia: Październik 06, 2014, 00:20:39 »
Relację już czytałam na blogu, ale przeczytałam znowu, bo tak miło powspominać fajny letni thru-hike :)

Na blogu była relacja niekompletna, bez "kiblowania" w Kako(fo)ninie.  ;)   Dodałem więc tutaj.  :D

A co do butów, to potwierdzam, sam wybieram wśród lżejszych niż 500g, kupiłem Keen Marshall Mid - 454g.
Na razie krótkie fragmenty mokrej trawy pokonały na sucho, ale raczej oszczędzam je na jakieś poważniejsze wędrowanie. ;-)
Natomiast doraźny patent na mokre buty i suche skarpety, zaprezentowałem w relacji...  :D
Wędrówką życie jest człowieka...

Offline piterito



  • Pomógł: 55

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 06, 2014, 00:31:32 »
Możesz podać szczegółowe parametry tej reklamówki? ;D ;D ;D
https://forum.outdoor.org.pl/index.php?topic=17575.msg274814#msg274814


piję tylko czystą, palę tylko Klubowe... zdejm kapelusz

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza
« Odpowiedź #4 dnia: Październik 06, 2014, 00:46:30 »
Na blogu była relacja niekompletna, bez "kiblowania" w Kako(fo)ninie.     Dodałem więc tutaj.   

Wiem, wiem, odnotowałam z uśmiechem :)

Parametry reklamówki są 0/0 dopóki nie zrobi się dziura ;D

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza
« Odpowiedź #5 dnia: Październik 19, 2014, 23:42:01 »
Moje piękne Świętokrzyskie. Super że zrobiliście tyle zdjęć i wyciągnęliście niemal każdy interesujący szczegół. Sam mam blisko a robiłem szlak na kilka rzutów. Już od paru lat nie mogę wygospodarować czasu, aby go machnąć na raz, z limitem 24h. Może kiedyś....

Offline Yatzek

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza
« Odpowiedź #6 dnia: Październik 20, 2014, 09:50:12 »
Dzięki Tomku.
Odnoszę nieodparte wrażenie, że Twój czas jest dobrze wykorzystany na inne eskapady. Więc się nie przejmuj, - Góry Świętokrzyskie są na tyle stare, że zanim zmienią swoje miejsce pobytu, zdążysz je przemierzyć...  ;D
...You Khan...  :D
Wędrówką życie jest człowieka...

forum.outdoor.org.pl

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza
« Odpowiedź #6 dnia: Październik 20, 2014, 09:50:12 »

Odp: Główny Szlak Świętokrzyski 2014 - Yatzek i Leśna Dusza
« Odpowiedź #7 dnia: Październik 20, 2014, 20:10:47 »
Świętokrzyskie przemierzam teraz głównie wykorzystując sytuacje "przy okazji" , głównie na biegowo i rowerowo  - .http://tomek17071990.blogspot.com/search/label/G%C3%B3ry%20%C5%9Awi%C4%99tokrzyskie   Nie tylko ze względu na lokalny patriotyzm, ale za całokształt kocham te rejon, szczególnie po długiej nieobecności.