Autor Wątek: Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha  (Przeczytany 5742 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Yatzek

Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
« dnia: Październik 03, 2014, 18:28:52 »

Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
   

 
Wędrowanie uzależnia. Wędrowanie długodystansowymi szlakami głównymi uzależnia bardzo.

Gdy w latach 2012-2013 pokonałem najdłuższy znakowany szlak w Polsce - Główny Szlak Beskidzki o długości ok. 500 km, powstała kwestia - co dalej...?
Rozważałem różne opcje, ale ostatecznie padło na wędrówkę Głównym Szlakiem Sudeckim, liczącym ok. 430 km.
 
W Sudetach nigdy nie byłem i jakoś dziwnie mnie tam nie pchało. Rodzime Beskidy dostarczały mi obfitości gór z ich szlakami, ale przecież nie jedyne Beskidy w naszym pięknym kraju mamy...
 
Najłatwiej było z ustaleniem terminu - czerwiec jest według mnie idealnym miesiącem na długie wędrówki - długi dzień, brak ludzi na szlakach i wolne miejsca w schroniskach. Zwykle i pogoda stabilniejsza niż w burzowym maju, a noce ciepłe. Można zatem długo i lekko maszerować.
 
Trasa nie wymagała opracowywania - GSS jest ciągłym, długim, znakowanym szlakiem. Wystarczy mieć mapy i oczy otwarte, a reszta jakoś pójdzie. W przenośni i dosłownie.
 
Lubię wędrować sam, ale rozważałem niewiążące towarzystwo. Dołączyła do mnie zatem koleżanka, która na swoim koncie także miała zaliczony Główny Szlak Beskidzki. W ramach podziału zadań, podjęła się nawigowania po szlaku sudeckim.
 
Założenie było takie, by wędrować po ok. 30 km dziennie, sypiając pod namiotem i w dostępnych na szlaku niedrogich kwaterach. Zabraliśmy zatem dwa jednoosobowe namioty, śpiwory, kuchnię i oczywiście ubrania i inne potrzebne rzeczy.
 
Ustaliliśmy termin, skompletowaliśmy wyposażenie i w drogę...!



niedziela, 8 czerwca 2014   GSS 00 - Stóg Izerski     

Świeradów Zdrój - Stóg Izerski. Dystans - 5 km. Suma podejść - 600m, suma zejść - 10m.
   
Na szlaku: Świeradów Zdrój - 520m, Stóg Izerski - 1105m.
 
Niedziela 8 czerwca była przeznaczona na dojazd do Świeradowa Zdroju. Taki właśnie dzień zerowy.
Późnym popołudniem dotarliśmy na miejsce - ja i koleżanka Małgosia.
 
Odszukaliśmy punkt startu naszej wędrówki, by udokumentować ten fakt na fotografiach.
 



 
Przeszliśmy następnie pod Dom Zdrojowy, odnajdując tablicę pamiątkową.
 
 
Po zapoznaniu się z mapą, samochód zostawiliśmy na parkingu, założyliśmy plecaki, po czym późną szarówką podeszliśmy na Stóg Izerski w okolice schroniska, za którym rozbiliśmy nasz pierwszy obóz.
 
















 
 
Dystans był zaiste symboliczny, dlatego też ten dzień został w naszej nomenklaturze określony jako zerowy.
Po spojrzeniu na zasypiającą dolinę, przy księżycu i gwiazdach, zasnęliśmy smacznie.
 









poniedziałek, 9 czerwca 2014   GSS 01 - Stóg Izerski - Szklarska Poręba     

Stóg Izerski - Szklarska Poręba. Dystans - 27 km. Suma podejść - 650m, suma zejść - 920m.
 
Na szlaku: Stóg Izerski - 1105, Świeradowiec - 1037, Polana Izerska - 963m, Hala Izerska - 846m, Rozdroże Pod Kopą - 999m, Sine Skałki - 1122m, Przednia Kopa - 1114m, Zwalisko - 1047m, Wysoki Kamień - 1058m, Szklarska Poręba - 628m, Wodospad Kamieńczyka - 850m, Ruiny Skoczni pole biwakowe - 780m.

Pierwszy właściwy ranek na szlaku wstał słoneczny, choć w nocy odwiedził nasze obozowisko lokalny jeleń, lecz po nadanych w naszą stronę kilku sygnałach dźwiękowych przemieścił się w nieznanym kierunku.
Dzień zapowiadał się obiecująco.
 

 
Pod szczytem trochę wiało, ale moja samopompa awansowała do roli osłony przeciwwietrznej, umożliwiając zagotowanie wody do porannego posiłku. Trochę zapasów i poranna kawa podniosły morale załogi. :-)
 

 
Po zwinięciu obozowiska, obiliśmy się w schronisku i spoglądając na doliny, objuczyliśmy się na drogę.
 

 
Przed nami rozpościerały się bliższe i dalsze pasma gór, zatem będzie gdzie wędrować.
 

 
Prosta, kamienista ścieżka poprowadziła nas pierwszymi kilometrami Głównego Szlaku Sudeckiego. Góry Izerskie okazały się gościnne i zachęcające.
 

 
Za nami zostały zabudowania Świeradowa Zdroju i dalekich miejscowości...
 

 
...przed nami bezkresne góry, pełne szlaków, widoków i przygody. Pogoda dopisywała od samego rana.
 

 
Przed nami odsłoniła się tymczasem Polana Izerska. Przestronna płaszczyzna, cicha i malownicza.
 

 
Wędrówka jak na razie nie nastręczała żadnych problemów. Ścieżki były dobrze wydeptane i utrzymane, a oznakowania szlaku prowadziły nas precyzyjnie.
 




 
Małgosia bywała już w tych okolicach wcześniej, a Hala Izerska przez pewien czas była jej "miejscem stałej dyslokacji", dlatego też postanowiliśmy lekko odbić od czerwonych znaków, by odwiedzić dawno nieodwiedzane rejony.
 

 
Hala Izerska ma swój niezaprzeczalny urok. Dla mnie to jak górskie lotnisko w wydzielonym, zamkniętym obszarze. W rzeczywistości była tu niegdyś spora osada, ale po wysiedleniu hala opustoszała.
 

 
Pozostały jedynie fundamenty domostw tętniącym kiedyś życiem...
 

 
...i wijące się  jakby donikąd drożyny. A w oddali płynąca wartkim strumieniem rzeka Izera.
 
 




 
Jeszcze kilka kroków i naszym oczom ukazała się Chatka Górzystów. Liczyliśmy na słynne pyszne naleśniki.
 

 
Niestety, z ogromnym rozczarowaniem dowiedzieliśmy się, że w chatce goście przechodni nie mogą już liczyć na ciepłe dania, serwowane jedynie gościom pozostającym na noc w schronisku. Z podobnym rozczarowaniem spotkało się więcej gości tego dnia odwiedzających chatkę...
 

 
Mogliśmy liczyć jedynie na skromną ofertę, z której wybraliśmy piwo i ciasto, - zresztą przepyszne.
Zniknęło, zanim zdążyłem złapać za aparat :)
 

 
W ostatniej kropli złocistego płynu zobaczyłem panoramę hali skąpaną w błękicie...
 

 
...co można było też dostrzec okiem nieupojonym... ...znaczy nieuzbrojonym! ;-)
 

 
Z mieszanymi uczuciami opuszczaliśmy to urzekające miejsce, a niedosyt który w nas pozostał, nie był li tylko niedosytem naleśnikowym...
 

 
Się szło... Kamienną dróżką wróciliśmy do szerokiej leśnej drogi, pachnącej lasem i brzmiącej śpiewem ptaków.
 

 
Leśna droga pozwalała na nabranie właściwego tempa wędrówki. Bo obok podziwiania widoków, czasem trzeba nawinąć trochę kilometrów.
 

 
Dochodząc na powrót do czerwonych znaków, zatrzymałem się na chwilę kontemplacji nad maleńkim stawem. Czysta toń pozwoliła zwolnić myśli i wejść w kontemplacyjny rytm wędrówki.
 

 
Podchodzimy z każdym krokiem coraz wyżej. Mimo zachmurzenia, nie brakuje słonecznych chwil, przypiekających nas coraz odważniej. Na niebie rozgrywa się piękny spektakl, a my napieramy dalej.
 




 
Chwila odpoczynku i spojrzenie za siebie. No, - coś już tam przeszliśmy, Stóg Izerski jest już dosyć daleko.
 

 
Spoglądając w dal, dostrzegamy z tej perspektywy rozległość i piękno Hali Izerskiej. Z oddali wygląda jeszcze spokojniej i bezludniej, tym bardziej, że Chatka Górzystów ukryła się gdzieś za drzewami.
Aż mi się wydaje, że za chwilę nadleci tam Hercules, z którego wypadnie gęsty desant spadochroniarzy. To takie moje podniebne skrzywienie... :)
 
 

 
Aparat cały czas pracuje. Ale i krajobrazy są godne uwiecznienia, nie tylko jako dokumentacja naszej wędrówki. Góry są po prostu piękne, a każde pasmo i każda wstęga dróżki wije się ze swoistym urokiem.
 







 
Maszerując tak, dochodzimy do najwyżej w Polsce położonego kamieniołomu "Stanisław", o czym dowiemy się nazajutrz mijając pod Halą Szrenicką grupę dzieci z przewodnikiem.
 
Przy kamieniołomie szlak skręca w prawo na drogę leśną, ale zaraz odbija z niej w lewo...
 

 
A tymczasem mylimy drogi, ale za to idąc równoległą do szlaku drogą, napotykamy pozostałości po dawnym obiekcie.
 

 
Po dokładniejszej penetracji, w łamanym korytarzu rozpoznaję konstrukcję przeciwwybuchową. Obiektem okazuje się dawny skład materiałów wybuchowych dla sąsiednich kamieniołomów. Ciekawe odkrycie.
 







 
Wracając do czerwonych znaków odpoczywamy nieco. A na niebie nadal trwa spektakl na błękit, chmury i smugi słoneczne. Mamy więc chwile słoneczne i czas na trochę cienia. Już na taką pogodę sam mistrz krótkiej formy - Jan Sztaudynger z pobliskiej Szklarskiej Poręby zalecał w "Nagrobku Człowieka Zmarłego Na Udar Słoneczny": "Ceń cień!" :)
 

 
Mój Osprey Exos spisuje się doskonale. To świetna i lekka konstrukcja, w sam raz na wielodniowe przygody ze szlakiem. Teraz odpoczywa od mojego grzbietu. :)
 

 
Nie gubiąc znaków, zaliczamy ostatnie długie i słoneczne podejście. Zresztą długa prosta prowadzi bezbłędnie.
 

 
Za skrzyżowaniem widać już zabudowania schroniska, postawionego tu na zgliszczach wcześniejszej budowli.
 

 
Wysoki Kamień - to szczyt, a zarazem nazwa schroniska. Miła obsługa i błogi chłodek podnoszą morale, które i tak dzisiaj jest wysokie. Wszak zdobywamy piękne szczyty!
 

 
W schronisku nie ma jeszcze bieżącej wody. Zapewne trzeba będzie sporo mozołu, by na szczyt doprowadzić ją z niższego ujęcia. Tymczasem za potrzebą należy się udać do pobliskiej budki.
 

 
Ze skałki górującej nad schroniskiem roztacza się przepiękna panorama Karkonoszy i okolicznych pasm górskich. Można ją obserwować przez lunetę, która właśnie wraca na noc do schroniska. Ja zaś wykonuję serię zdjęć przepięknych widoków.
 





 

 
Czas ruszyć dalej. Czeka nas mozolne zejście do Szklarskiej Poręby i poszukanie miejsca na nocleg za miastem. Lekki powiew zachęca do spaceru.
 

 

 
Górne przedmieścia Szklarskiej Poręby informują, że to już niedaleko do kolejnego ośrodka zmasowanej cywilizacji.
 

 
Jednak po chwili czerwone znaki kierują nas do kolejnej połaci lasu, a miękka trawka aż kusi by rozłożyć na niej nasze namioty. Jest jednak za wcześnie, a plan trzeba wykonać.
 

 
W Szklarskiej wita nas bijące spod zbocza źródełko krystalicznej i smacznej wody, którą co rusz tubylcy nabierają do wielkich butli. Doskonała okazja do uzupełnienia zapasów.
 







 
Wędrując w górę strumienia za miastem, czerwone znaki doprowadzają nas do Wodospadu Kamieńczyka.
 

 
Uroczy zakątek jest niestety w każdym calu skomercjalizowany tak, że trudno znaleźć dogodne miejsce do dobrego ujęcia.
Na szczęście pora już późna, więc tłumów nie ma i można spokojnie kontemplować zjawisko i je uwiecznić.
 
 

 
Okolice wodospadu to biznes w czystym wydaniu, dlatego nie udało się nam znaleźć miejsca do biwakowania. Jednak od obsługi schroniska dowiadujemy się, że nieco poniżej jest miejsce biwakowe z bogatą zabudową imprezową, więc się tam udajemy.
 
Trochę marudzę, bo trzeba przejść dwa kilometry schodząc w dół drogą. To nie w moim stylu, ale przynajmniej miejscówka okazuje się zgodna z opisem i pusta, więc instalujemy się pod wiatą.
 
 

 
Za sprawą Małgosi, miałem okazję skorzystać z prysznica, ale kupiła chyba jakiś tańszy, bo nie było w nim ciepłej wody... ;-) :D 
 

 
Nasz apartament z kuchnią, jadalnią i sypialnią, prezentował się bardzo zachęcająco. Gdybyż więcej takich miejscówek na szlaku...
 

 
A na kolację podano zupę wielosmakową z makaronem i wkładką. Była jeszcze herbatka, ale bez prądu...
Po dziennych atrakcjach i w komfortowych warunkach, posnęliśmy szybko i spaliśmy smacznie... :)
 



wtorek, 10 czerwca 2014   GSS 02 - Szklarska Poręba - Przełęcz Karkonoska     

Szklarska Poręba - Przełęcz Karkonoska. Dystans - 17 km. Suma podejść - 850m, suma zejść - 440m.
 
Na szlaku: Wodospad Kamieńczyka - 850m,Hala Szrenicka - 1201m, Pod Szrenicą - 1313m, Trzy Świnki - 1290m, Mokra Przełęcz - 1288m, Twarożnik - 1311, Czeska Budka - 1406m, Łabski Szczyt - 1472m, Czarcia Ambona - 1490m, Pod Wielkim Szyszakiem - 1397m, Czarna Przełęcz - 1355m, Czeskie Kamienie - 1416m, Śląskie Kamienie - 1414m, Przełęcz Dołek - 1178m, Przełęcz Karkonoska - 1197m, Schronisko Odrodzenie - 1236m.   

Dzień wstał jakby niepostrzeżenie, jako że polana jest na zachodnim stoku, to i słońce dociera tu dość późno. Ale dzisiaj atakujemy Karkonosze, więc i wyspać się było trzeba do syta i najeść tak samo. Za sąsiednią wiatą jest strumyk, więc wcześniej dokonujemy porannych ablucji.
 

 
W trakcie przyrządzania śniadania suszymy i wietrzymy śpiwory, a co można, powoli pakujemy. Gosia spała w Cumulusie LL300, ja zaś pod moim Quiltem 250 - również od Cumulusa. W komplecie z matą samopompującą Karrimora, ultralekki Quilt zapewniał idealny komfort.
 







 
Śniadanie gotowe. Owsianka już dochodzi do swej konsystencji, stygnąc przy tym, więc po chwili zabieramy się za pierwszy posiłek.
 




 
Może i owsianka nie jest zbyt sucha, ale dobicie jej poranną kawą napełnia trzewia i pozwala szerzej otworzyć zaspane jeszcze nieco oczy.
 




 
Żegnamy nasz przytulny nocleg i gnamy pod górkę w okolice wodospadu i nieco dalej - do punktu kasowego.
 
 

 
Podchodząc mozolnie w stronę Hali Szrenickiej, mijamy grupę dzieciaków z wychowawcami i przewodnikiem, który barwnie opowiada o okolicy, więc w ramach odpoczynku zatrzymałem się nieopodal, wysłuchując faktów o mijanym wczoraj kamieniołomie i kilku innych atrakcjach, oraz o chorujących lasach.
 

 
Kończy się granica lasu, otwierając widok na rozległą halę. To Hala Szrenicka z ulokowanym tu schroniskiem. Pogoda cały czas raczy słońcem, które paląc, wydobywa strugi potu z czoła i nie tylko.
 

 
Zrzucamy plecaki i zażywamy nieco wytchnienia po mozolnym podejściu. Ludzi sporo, a za chwile dojdzie mijana wycieczka, więc szybciutko po pieczątki, Gosia uzupełnia zapas wody, a ja kątem oka zauważam wypasione kibelki.
Niebawem otacza nas hałaśliwa młodzież, więc nie dając się zadeptać, odnajdujemy czerwone znaki i podążamy ich biegiem.
 




 
Na Szrenickiej kopie usadowiło się kolejne schronisko, ale przed nim szlak odbija w prawo, a my w ślad. Brukowany deptak ustępuje wygodniejszej szutrówce.
 

 
Karkonosze znane są z ciekawych grup skalnych, których pierwsze właśnie mijamy. Na tle głębokiego błękitu z bielejącymi cumulusami, prezentują się okazale i malowniczo.
 

 
Jedne mają nazwy wypisane na tablicach, inne w oddali zachowują swą bezimienność wobec braku informacji. Zapewne wszystkie są i tak nazwane...
 




 
Fotogeniczność Karkonoszy  zachwyca, zwłaszcza wzbogacona wędrowniczkami. :) Większe podejścia już za nami, więc i o uśmiech już łatwiej. Każda forma ochrony przed słońcem jest dozwolona.
 
Dochodzimy do Śnieżnych Kotłów. Doskonale widać budynki telewizyjnej stacji przekaźnikowej, niestety, bez dostępności dla ruchu turystycznego. Dzięki temu miejsce jest spokojniejsze, choć i tak bywa oblegane jako punkt zwrotny wycieczek ze Szklarskiej Poręby.
 




 
Śnieżne Kotły wzięły nazwę od kotłów na dnie których widać Śnieżne Stawki. Zimą śnieg zalega tu długo, gdyż kotły otwierają się na północ. Miejscówka zaprawdę malownicza i warta poświęcenia dłuższej chwili.
 

 
Ale szlak prowadzi dalej, a my się jakoś nie spieszymy. Skwar w południe staje się nieznośny, zwłaszcza że kilka poprzednich dni padało i mżyło w chłodzie. Na tej wysokości słońce przypieka jeszcze skuteczniej, toteż trzeba uważać by się zanadto nie przysmażyć.
 




 
Znaki prowadzą trawersem Wielkiego Szyszaka, ścieżką z bloków skalnych. Trzeba uważać na kije, by ich nie wyłamać w licznych szczelinach.
 







 
Powoli schodzimy do przełęczy, kończąc trawers masywu Wielkiego Szyszaka. W oddali widać skrzyżowanie szlaków i budkę.
 




 
Przełęcz Czarna. Budka postawiona przez Czechów jest bardzo zacna. Mieści się w niej kilka osób, a w jaskółce można się przespać, choć ciasno i ciemno. No ale w sytuacji awaryjnej jest to nie do przecenienia.
 


 




 
Idąc dalej, co rusz napotykamy kolejne twory skalne o fantazyjnych kształtach i takichże nazwach.
 







 
Wędrujemy w skwarze, a stopy przechodzą pierwsze próby. Na horyzoncie pojawia się Mały Szyszak, a pod nim rozłożone schroniska czeskie i polskie "Odrodzenie" tuż za Przełączą Karkonoską.
 

 
Schodząc w stronę przełęczy napotykamy kwietną łąkę, a aparat sam wyrywa się do różnobarwnego ziela. Przy okazji jest minuta na odpoczynek.
 




 
Powolnym krokiem dochodzimy do przełęczy. Po okolicy spaceruje sporo ludzi, w większości powyżej średniej wiekowej, jako że od strony czeskiej można dojechać samochodem. W czeskim hotelu z restauracją królują wykwintne dania, więc jak szybko tam weszliśmy, tak szybko je opuściliśmy.
 

 
Na szczęście tuż obok pod Małym Szyszakiem przycupnęło schronisko "Odrodzenie". Szlak czerwony przechodzi zaledwie 100 metrów obok, więc nie zbaczając wiele, nawiedziliśmy ten przybytek.
 




 
Karkonoski Park Narodowy nie zezwala na biwakowanie na jego obszarze. Zatem przy późnej porze nie bardzo mieliśmy alternatywę, bo do Domu Śląskiego pod Śnieżką było już za daleko. A w Odrodzeniu pusto i cicho, więc rzuciliśmy kotwicę. Sympatyczna i przyjazna dziewczyna z obsługi przyjęła nas jak najbardziej gościnnie, więc cóż było robić. Nadto pierogi ruskie były smakowite. :)
 

 
Zaokienne widoki nadawały się do oprawienia wprost w ramki, a pogodny zachód słońca napawał optymizmem. I choć tego dnia pokonaliśmy niezbyt długi dystans, to jednak trochę kilometrów ubyło, a na następny dzień postanowiliśmy bardziej się sprężać.
 








środa, 11 czerwca 2014   GSS 03 - Przełęcz Karkonoska - Bukowiec 

Przełęcz Karkonoska - Bukowiec. Dystans - 33 km. Suma podejść - 720m, suma zejść - 1440m. 
Na szlaku: Schronisko Odrodzenie - 1236m, Słonecznik - 1416m, Równia Pod Śnieżką - 1415m, Spalona Strażnica - 1427m, Schronisko Dom Śląski - 1386m, Schronisko Nad Łomniczką - 1010m, Karpacz - 702m, Przełączka Pod Grabowcem - 725m, Głębock - 426m, Mysłakowice - 387m, Bukowiec - 416m.

Już wiem, skąd wzięła się nazwa schroniska tej nocy udzielającego nam gościny. Po noclegu w "Odrodzeniu" człowiek czuje się zaiste odrodzony. Cicho jak w rezerwacie, wygodnie i to upajające górskie powietrze...
 


Czas jednak ruszać dalej. Zostawiamy schronisko z jego gościnnością i z samego rana dochodzimy do szlaku biegnącego nieopodal i podchodzimy na trawers Małego Szyszaka.
 


Ze zbocza roztacza się widok na zamglone doliny i kolejne góry, które będziemy zdobywać, wędrując czerwonym szlakiem. Poświęcamy więc chwilę na podziwianie piękna Sudetów.
 






W Karkonoszach nie ma w zasadzie większego problemu z wodą. Przy szlaku dość często można spotkać sączące się strużki, ale ich jakości nie określę. Ale już mały filtr typy Lifestraw czy Sawyer pozbawiłby tej wątpliwości.
 



Formy skalne przypominają nam w jakich górach jesteśmy. Tak jak i skałek, tak i cieków wodnych spotykamy kilka.
 






Jak okiem sięgnąć, bliżej i dalej ciągną się długie łańcuchy górskie ;-)))
 



Wielki Staw zachwyca. Torfowisko daje mu głęboką ciemną toń, a płaszczyzna granatowej tafli dodaje uroku kompozycji gór i lasów.
 



Czerwone znaki precyzyjnie i niezawodnie prowadzą nas w stronę najwyższego szczytu na szlaku - Śnieżki.
 



Nad Wielkim Stawem widać pozostałości po dawnym schronisku, których i w Karkonoszach i w całych Sudetach jest naprawdę sporo.
 



Niewątpliwie Karkonosze mają w sobie wiele uroku. Wędrując granią nie sposób się nudzić, a plany fotograficzne otwierają się co chwilę. Pogoda oczywiście nadal sprzyja, a słońce dostarcza kontrastowego oświetlenia. Miło przed siebie spoglądać.
 



Nad Małym Stawem przycupnęło schronisko "Samotnia", a nieco wyżej dostrzeżemy "Strzechę Akademicką". Z górującą w tle Śnieżką są balsamem dla oczu i rajem dla fotografa. Jednak formuła wędrówki wymusiła na mnie zabranie lekkiego sprzętu, ale chętnie bym tu wrócił z cięższą "artylerią"...
 



Po jakości deptaku i charakterystycznych budowlach na szczycie, nie moglibyśmy mieć wątpliwości. Śnieżka dla Sudetów jest tym, czym Babia Góra dla Beskidów. Ikoną miejsca i królową pasma.
 






Czas na chwilę odpoczynku, obicie książeczek i rozplanowanie dalszej części marszruty. Zastanawiamy się, czy mimo faktu że Główny Szlak Sudecki nie prowadzi na szczyt, nie warto by było go zdobyć, jednak czas nie pozwala. Będzie zatem pretekst, by jeszcze raz, choć już inną trasą przewędrować tu szlaki.
 






Zostawiamy skąpaną w słońcu Królową Karkonoszy i Sudetów. Tęsknym wzrokiem obrzucamy ją jeszcze wielokrotnie podczas schodzenia.
 



Przed nami długie zejście do Karpacza. Piękne otwarcie doliny z widoczną wstążką szlaku i dalekimi zabudowaniami, pozwala bezbłędnie określić kierunek marszu.
 



Schodząc, napotykamy na symboliczny cmentarz ofiar gór. Swoiste memento przypomina, że żadnych gór nie należy lekceważyć, bo obok swego piękna, przynoszą czasem cierpienie i tragedie...
 


 

 

Czerwone znaki w Karkonoszach są tam, gdzie przy szlaku pada nasz wzrok. Oznakowanie jest tu zatem wzorowe. Tym niemniej częste skrzyżowania skłaniają do wytężania uwagi.
 



Schodami w górę, schodami na dół. To nasza największa deniwelacja na całym szlaku. Całe 600 metrów żmudnego schodzenia do najniższego punktu w Karpaczu.
 



Przyjrzenie się wodospadowi to kolejny pretekst, by wcześniej wzrokiem pożegnać Śnieżkę. :)
 






Schronisko "Łomniczka" okupowane jest właśnie przez wycieczkę szkolną. Pryska czar górskiej ciszy... Obijamy książeczki i nie tracąc czasu, podążamy w dół.
 



Wreszcie docieramy do wyższych zabudowań Karpacza. Robimy wietrzenie i mały masaż stóp rozgrzanych schodzeniem. Nawigujemy po asfalcie, zaglądając w boczne dróżki w poszukiwaniu oznaczeń. Tu czerwone znaki trochę się przerzedzają.
 






Na wprost za skrzyżowaniem, tuż za szlakiem, znajdujemy sklep "Żabka". Klimatyzacja wewnątrz sprzyja długim zakupom. :) Zaś mijając stację paliw, odkrywamy kolejny sklep spożywczy, tym razem na szlaku, lecz obkupieni, nie sprawdzamy stanu jego zaopatrzenia.
 



Pomnik Ducha Gór, to świetne miejsce na strzelenie pamiątkowej foty. Okoliczne ławki zaś zamieniamy na chwilę w stołówkę. Grzmoty i pierwsze krople straszą, ale burza przechodzi bokiem. Uszło nam na sucho. :)
 



Przechodząc przez zaporę na Łomnicy, definitywnie opuszczamy Góry Olbrzymie, jak zwane są inaczej Karkonosze.
 



Pogórze Karkonoszy wita nas znacznie mniejszymi wzniesieniami. No cóż, - skoro opuściliśmy Góry Olbrzymie, nie może być inaczej. Widząc czerwone znaki podążamy za nimi z uwagą, bo teren ma już mniejsze znaczenie turystyczne, więc trzeba uważać, by przez nieuwagę nie pobłądzić...
 









Niebawem trafiamy na polanę z ciekawą zabudową. Wiaty i szałasy byłyby doskonałym miejscem na nocleg, gdybyśmy się tu znaleźli wieczorem. My zaś przemy dalej...
 






Na skraju polany natknęliśmy się na prehistoryczny szkielet gąsienicy. ;-) Już w tamtych czasach implanty wykonywano z żelaza, co widać po rdzawych nalotach... :D
 



Tuż za polaną z konsternacją odczytaliśmy informację z ostrzeżeniem. Postanowiliśmy jednak zdwoić uwagę i wykonać taktyczne rozpoznanie, nie zaprzestając forsownego marszu do wysuniętej rubieży. Nie powstrzymało nas nawet niedawno widziane memento szkieletu gąsienicy. ;-)
 



Ciekaw jestem, czy po zakończeniu prac leśnych, przybędzie tu jakiś oficjel z nożyczkami... Na oficjalne - ma się rozumieć - przecięcie wstęgi i ponowne otwarcie szlaku...
 



 ...bo mniej uroczyste przecięcie lasu - jak widać - trwa w najlepsze. Z zapartym tchem i stolcem ominęliśmy tę groźną maszynę oblężniczą, na wszelki wypadek tradycyjnie pozdrawiając zawiadującego nią rycerza. Ufff! Udało się!
 



Szlak przypominał pobojowisko, ale poza ofiarami w drzewach i nawierzchni i tajemniczym zniknięciem czerwonych znaków, nie odnotowaliśmy strat w ludziach ani w sprzęcie. :)
 


   



Natknęliśmy się niebawem na tajemnicze ruiny. Nie wyglądały na bardzo stare, jednak przerosły zaroślami nie od wczoraj. Okazały się być dawnym prewentorium, których w okolicach Karpacza było kilka.
 



Nadal za wcześnie na biwak. Tablica kusi, ale dzisiaj trzeba nawinąć trochę kilometrów po wczorajszym leniwym spacerze. Znaki czerwone prowadzą nas bez wątpliwości o trasę.
 






W Głębocku mijamy opuszczone i zaniedbane budynki, a za nami z dwóch stron nadciągają granatowe chmury i słychać - nie, nie szczęk żelaza - słychać nadciągającą burzę.
 
 






Wreszcie zrywa się mocny wiatr - zwiastun nadciągającej burzy. Drzewa szumią pokazując jaśniejsze spody liści. To niezawodny znak, że zaraz zrobi się mokro, oj - bardzo mokro!
Stukamy - pukamy do pobliskiego domostwa i gdy już tracimy nadzieję na ocalenie, wychodzi miła kobieta i pozwala nam przeczekać nawałnicę, która się właśnie rozpętała. Mocna ulewa nie straszna, kiedy miło gawędzimy pod dachem. Na szczęście ulewa nie trwa długo i nie nadużywamy gościnności, choć gawędziło się naprawdę miło i wielu ciekawych rzeczy o okolicy się dowiedzieliśmy, sami też nieco opowiadając.
Ale czas był ruszać dalej, zatem raz jeszcze dziękuję miłej pani za schronienie.
 



Na zewnątrz krajobraz jak po burzy. Zieleń co prawda odświeżona, trawy mienią się kroplami wody, ale droga zarośnięta gęsto po bokach i mieniąca się niekończącymi kałużami, dostarcza nam wilgoci od góry i od dołu.
 




 





 






Po względnie suchej szutrówce, mijając Mysłakowice, napotykamy głaz z tablicą nie pozostawiającą wątpliwości, jakim to szlakiem właśnie wędrujemy. Tę fotę (mimo mylącego podpisu na zdjęciu - bo z automatu) wykonała Gosia.
 



Przed nami powoli krajobraz uroczyścieje. To już Bukowiec z dawnymi posiadłościami von Redenów. Piękne stawy, obszerny park z cudownym starodrzewem, starannie choć naturalistycznie utrzymany.
 



Ruiny opactwa są o tyle ciekawe, że wcale nie były opactwem! Baron miał taką słabość do dawniejszych czasów, że zbudował obiekt udający ruiny...
 



Aleja pomiędzy stawami obsadzona starymi drzewami, robi wrażenie. Rozległe stawy wnoszą atmosferę spokoju, wieczorną pora spowitą snującymi się nad ciemną tonią oparami.
 









Mógłbym spokojnie na tych ujęciach dopisać datę sprzed dwustu lat i gdyby nie sprzeczność daty z rozwojem fotografii, można by w taki blef uwierzyć. ;-)
 






Wzdłuż głównej drogi napotykamy zabudowania dworskie. Niektóre z nich są już odnowione, inne dopiero czekają w kolejce.
 



Między budynkami widać niezwykłą budowlę. Wchodzimy dalej i stajemy przed Świątynią Ateny. Widać, że została niedawno odnowiona. Okoliczny park też starannie utrzymany, a okoliczne budynki pełnią nowe, współczesne funkcje.
 



Rozglądając się, Gosia nieoczekiwanie spotyka znajomego z dawnych lat. Tej nocy gościmy zatem w Bukowcu pod dachem, dzięki czemu będzie okazja podsuszyć ubrania i buty.
Po raz kolejny przydała się linka do suszenia ubrań... :)



czwartek, 12 czerwca 2014   GSS 04 - Bukowiec - Lubawka     

Bukowiec - Lubawka. Dystans - 30 km. Suma podejść - 1050m, suma zejść - 970m. 
Na szlaku: Bukowiec - 416m,Wilczysko - 687m, Skalnik (Ostra Mała) - 935m, Liściasta - 755m, Szarocin - 526m, Bukówka - 505m, Lubawka - 500m. 

Rano, po śniadaniu i serdecznych pożegnaniach, spoglądając na zabudowę Bukowca, powoli opuszczamy tą gościnną miejscowość. Ze znakami nie ma kłopotu - są tam, gdzie być powinny.
 















Za ostatnimi ruinami i pobliskimi domami, zgodnie ze znakami kierujemy się lekki podejściem w stronę lasu.
 



Wchodząc między drzewa, na rozstajnych drogach wypatrujemy znaków. Rozbujała zieleń przysłoniła je nieco, ale są - dróżka w lewo, bo w prawo wiedzie szlak rowerowy.
 



Na dalszym fragmencie szlaku znakarz widać oszczędzał farbę, bo odcinki od znaku do znaku się wydłużały, a na kamiennej ścieżce przez długi odcinek nie było ich wcale. To pierwszy taki przypadek od początku wędrówki. Ja jednak ufałem, że kamienna ścieżka, choć nieco przysypana i zarośnięta, jest zarazem szlakiem. Potwierdziło się to przy skręcie w dół, gdzie znaki się pojawiły.
 



Dochodząc do drogi asfaltowej, natrafiliśmy na źródło "Jola", z którego korzystając, uzupełniliśmy zapasy wody.
 



Stare polodowcowe, ale i poniemieckie kamienie prowadziły nas do Kamiennej Ławki. To miała być nasza alternatywna baza noclegowa.
 









Wiata wyglądała przyzwoicie, choć część dachówki bitumicznej z dachu zniknęło, odsłaniając znajdującą się pod spodem folię. Przy dobrej pogodzie nie mogłem potwierdzić, czy nie cieknie.
 









Dochodzimy do Skalnika. To trzy minutki od szlaku i lektura obowiązkowa. Przy okazji będzie to miejsce na wsunięcie małego co-nieco.
 



Schodów jest oczywiście mniej niż od Karpacza pod Śnieżkę. ;-) Na dodatek plecaki zostają u stóp skałki, więc na górę się po prostu podfruwa!)
 



O tym, że ze skały Skalnika roztacza się pełna panorama, nie muszę wspominać. Przyjemny wietrzyk urywa łeb, na szczęście są relingi mocno zakotwiczone w kamieniu.
 

 



Dzięki wytrenowanej krzepie i sporemu brzuchalowi, porywy wiatru widać jedynie po łopocącej osłonie karku. :)
 



Skromna przekąska w cieniu drzew z wichrem w koronach, jest jak uczta u Wierzynka. Jedynie nie zakrapialiśmy jej przednim winem, ale nawet zwykła woda miała niezwykły smak...
 










Lawirując między skalnymi formami, wróciliśmy do czerwonych znaków prowadzących zboczem w dół.
 






Rudawy przywitały nas tablicą i licznymi minerałami z których bliższa i dalsza okolica słynie. Rzeźba terenu także złagodniała.
 









Wszechobecny łubin tym razem na bezkresnej łące, stał się motywem kolejnych zdjęć z Gosią w roli głównej.
 




 









Na dojściu do Szarocina minął nas długonogi wędrowiec, z którym spotkaliśmy się przy lokalnym sklepie. Sunął dalej jak dalekobieżny expres. :)
 






Pod Skalnikiem nie mieliśmy wina, ale pod starym dębem z pięknym widokiem na łąki i pagórki, rozpracowaliśmy piwo. Przejeżdżająca na rowerze sympatyczna dziewczyna, uwieczniła na fotografii tę sielankę.
 

 






Rudawy też mają niezaprzeczalny urok. Łagodne pagórki, jeziora, pola i lasy, - a wszystko tak harmonijnie poukładane. Więc gdyby ktoś pytał po co ja wędruję, to proszę - na poniższych zdjęciach ma odpowiedź.
 

 
























Za jeziorem Bukówka spotkaliśmy kolegę wcześniejszego długonogiego. Ich dystanse budziły nasz podziw, więc dzieliliśmy się opowieściami o górach.
 



Wieczór nadchodził i my też. Tyle, że jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie nadejdziemy... ;-)
 









Lubawka. Ten kto malował tu znaki, powinien stanąć pod pręgierzem. Dodatkowo przez pogubienie się w tej niewielkiej mieścinie, straciliśmy chyba z godzinę, co wieczorem nie wróży najlepiej. Nie znajdując dobrego miejsca na rozbicie biwaku, wynajęliśmy niewykończoną chatkę za niską cenę. Ale przynajmniej dzisiejszy dystans nadawał się do zaliczenia na plus. :)
 

 


piątek, 13 czerwca 2014   GSS 05 - Lubawka - Schronisko Andrzejówka     

Lubawka - Andrzejówka. Dystans - 32 km. Suma podejść - 1200m, suma zejść - 930m. 
Na szlaku: Lubawka - 500m, Lipowe Siodło - 596m, Betlejem - 503m, Krzeszów - 461m, Góra św. Anny - 593m, Grzędy - 506m, Lesista Wielka - 851m, Sokołowsko - 577m, Bukowiec - 878m, Andrzejówka (schronisko) - 793m.

Po wieczornych przygodach w Lubawce, kolejny dzień miał przynieść więcej pozytywnych wrażeń. Za Lipowym Siodłem weszliśmy w zalesione pagórki, z których co i raz otwierały się malownicze widoki.
 




 
Tuż przed dojściem do Betlejem, natrafiliśmy na klimatyczną miejscówkę - wiatę postawioną w dawnym kamieniołomie. Doskonałe miejsce na nocleg, zaciszne, płaskie i z paleniskiem, niedaleko osad ludzkich, ale na tyle oddalone, że pewnie rzadko odwiedzane.
 

 
A już niedaleko Betlejem. Jak się później dowiedziałem, moja bratowa spędzała tu z rodziną wakacje u wujka. Tymczasem udało nam się wejść i zobaczyć letni pawilon na wodzie. Bardzo interesująca konstrukcja i równie ciekawe wnętrze.
 

















 
Niewiele dalej cywilizacja zaczęła wyzierać spomiędzy drzew, aż wreszcie pojawiły się dwie wieżyce, górujące nad budynkami. To Krzeszów.
 

 
Po odwiedzeniu spożywczaka i odnowieniu zapasów, postanowiliśmy na metry odbić od czerwonych znaków. Pominięcie tak zacnej miejscówki byłoby - nomen omen - grzechem. ;-)
 

 
Nie będę opisywał historii sanktuarium, bo te fakty łatwo znaleźć w sieci, niech więc te kilka fotografii przemówi. Warto zajrzeć na dłużej, my zaś mieliśmy tylko godzinę z małym hakiem...
 

 










 
Tuż obok centrum obsługi ruchu pielgrzymkowego spożyliśmy dary nabyte w pobliskim sklepie. Obsługa nie niepokoiła nas hasłami w stylu "zabrania się spożywania jogurtu nie zakupionego w tym lokalu" ;-) Po prostu było coś w podobie "bierzcie i jedzcie". :)
 

 
Po posiłku, lekki powiew pchnął nas w dalszą drogę...
 

 
Okolica zaiste święta, - pięknego kamiennego mostu pilnował św. Jan Nepomucen.
 

 
Na pobliskim wzgórzu oko cieszy odnowiona z ruin kaplica św. Anny. Szkoda tylko, że dla pątników nie postawiono małego choćby daszku na niepogodę. A sprzed kaplicy rozpościera się piękny widok na Krzeszów obramowany pasmami gór.
 







 
Pożegnaliśmy święte miejsca, po czym lasem bądź polem, prowadzeni czerwonymi znakami za którymi czasem trzeba było się trochę porozglądać, dobrnęliśmy do kolejnej wsi.
 







 
W Grzędach Górnych szlak z drogi asfaltowej skręca w lewo, a po prawej stronie jest niewielki spożywczak prowadzony przez mieszkającego nieopodal sołtysa. Jeśli sklepik jest zamknięty, można popytać w najbliższym domu i nie ma problemu z zakupami. Oczywiście w chrześcijańskich godzinach. :)
 







 
A my wędrując, zmieniamy pasma górskie, parki krajobrazowe i skarpety ;-) Jedynie znaki zawsze i niezmiennie towarzyszą nam w kolorze czerwieni. :)
 




 
Sudety Wałbrzyskie oferują spore przestrzenie. Może z tej racji oznakowanie nie jest już tak oczywiste i w kilku miejscach z utęsknieniem wypatrywałem czerwieni na drzewach. Mimo jednej większej wątpliwości poszliśmy na rozwidleniu na chybił-trafił i czuj okazał się bezbłędny.
 
















 
   




 
Za Lesistą Wielką szlak prowadził miękką leśną drogą, by po około 5 minutach od minięcia tablicy, niemal bez ostrzeżenia skręcić w lewo w dół stoku. Tylko niezwykła czujność uchroniła nas od pobłądzenia. Zdecydowanie prosimy o uwagę i poprawienie oznakowania (wcześniejszy "Achtung!").
 



Zaczynają się zabudowania. Domy wypoczynkowe gęsto obstawione samochodami na niemieckich rejestracjach. Pensjonariusze wesoło machają do wielbłądów z kijkami. ;-)
 

 
Powoli dochodzimy do Sokołowska. Okolice sanatoryjne z lepiej lub gorzej utrzymanymi obiektami, co widać na zdjęciach.
 

 






Sokołowsko pełne jest śladów i reliktów - Kieślowski, stare oznaczenia, dawne chaty...
 







 
Wychodzimy za opłotki - ciasne i zarośnięte. Las gęstnieje, a mi się kończy prąd w aparacie. Schronisko niedaleko, więc nie zdejmuję plecaka i baterię zmieniam u celu.
 



Okolice schroniska Andrzejówka toną w symbolu Sudetów - łubinach. I pomyśleć, że dawniej biedota na wyspach brytyjskich żywiła się właśnie łubinem, ale pewnie odmianą jadalną.
 

 
Andrzejówka okazała się miejscem przyjaznym prawdziwemu wędrowcy. Mieliśmy do dyspozycji łazienkę, jadalnię i wrzątek z kuchni. Spotkaliśmy też kolegów długodystansowców.
 
W schronisku było niewielu gości, więc mogliśmy porozmawiać z obsługą. Znalezienie wspólnego tematu nie było trudne, bo łączyło nas tak wiele. A gospodarze - młodzi ludzie - prowadzili obiekt z poświęceniem, przekonaniem i zgodnie z dobrym duchem górskim.
Nie spieszyliśmy się zatem z kolacją i chłonęliśmy tę przyjazną atmosferę, po trosze ją tworząc. Zachodzące za wzgórzami słońce, dopełniało magii miejsca i chwili...
 
Po spokojnej kolacji w ciepełku, czas było wyjść na deszcz, gdzie czekały nasze namioty. Mimo deszczu, noc minęła spokojnie.
 









sobota, 14 czerwca 2014   GSS 06 - Schronisko Andrzejówka - Przełęcz Sokola     

Andrzejówka - Przełęcz Sokola. Dystans - 20 km. Suma podejść - 850m, suma zejść - 870m.
 
Na szlaku: Andrzejówka (schronisko) - 793, Turzyna - 856m, Skalne Bramy - 827m, Rogowiec - 823m, Rybnica Mała - 641m, Pod Warzyniakiem - 526m, Jedlina Zdrój - 504m, Jedlinka - 410m, Przełęcz Marcowa - 723m, Rozdroże pod Moszną - 751m, Grządki - 712m, Agroturystyka "Grzesianka" - 720m.

W nocy lało do samego rana. Obok ciepłe i suche schronisko, a my walczymy z przeciwnościami pogody. Ale za to jaka radość, by po wyjściu z norki, zjeść śniadanie w cywilizowanych warunkach.
 
 

 
Obsługa schroniska  - jak wspomniałem w relacji z poprzedniego dnia - młody mężczyzna i młoda kobieta - była tak przyjazna i chętna do pomocy, że trudno było uwierzyć w tak bezinteresowne podejście. Zresztą sami byli górołazami, więc tym bardziej potrafili zrozumieć długodystansowców. Gdyby nie konieczność przejścia -dziestu kilometrów, pewnie gawędzilibyśmy tak bez końca. Ponadto drewniany budynek miał swoistą duszę i jego klimat tak bardzo pasował do naszej przygody.
 
Ale wreszcie po ostatnich radach jakie otrzymaliśmy na drogę, z przyjemnością uścisnąłem prawicę przyjaznego człowieka.
To prawdziwa przyjemność spotkać kogoś takiego na szlaku. :)
 
 

 

 
Po mglistym i wilgotnym poranku, nieśmiałe promienie słońca dodały nieco wigoru przyrodzie. Trawy jednak wysychały powoli, ale szło to w dobrą stronę. Tak jak i my, prowadzeni teraz trójbarwnym szlakiem - trzy kolory - czerwony. :)
 
 

 
W oddali widać jakieś większe skupisko Homo Sapiens. Ja także na podejściu sapię... ;-) Wspinamy się na Skalne Bramy i Rogowiec.
 
 

 

 
Na Rogowcu ruiny zamku, z których pozostały jedynie zagłębione w ziemi mury i szczątki naziemnych kamiennych ścian. Miejscówka bez szczególnej przydatności biwakowej. ;-)
 
 

 
W wielu miejscach widać było ślady odnawiania znaków. W tym miejscu - podobnie jak na GSB - szlak stał się jakiś taki bezbarwny... ;-)
 
 

 
Wkraczamy przez podmokłą łączkę na asfalt. Osada wygląda niepozornie - cicha i spokojna. w najbliższej okolicy widać zaledwie kilka domostw.
 
 

 
Dochodząc do główniejszej drogi, naszym oczom ukazuje się przepięknie odrestaurowany budynek - Gospoda Sudecka. Nieśmiało zaglądamy do środka, gdzie miła pani pokazuje nam równie pięknie i w wysmakowanym stylu urządzone pokoje gościnne. Widać dbałość o szczegóły i harmonię wystroju. Gdybym preferował wypoczynek stacjonarny, z pewnością spędziłbym tam kilka nocy.
My jednak po kilkunastu minutach wracamy na szlak.
 
 

 
Niedługo jednak prowadziła nas wstęga asfaltu. Znaki po chwili skierowały nas na kolejne podejście, po czym rozpoczęło się dość strome zejście. W mokrawym jeszcze lesie trzeba było uważać, by nie zaliczyć niekontrolowanego poślizgu. Na szczęście wszystkie były kontrolowane. :)
 
   

 

 
Wreszcie słońce wyjrzało na dobre zza chmur. Pogoda dodała optymizmu, a leśne drożyny wreszcie przeschnęły. Czerwone znaki prowadziły nas w kierunku niedalekich zabudowań.
 
 

 
Doszliśmy do Jedlinki. Tu szlak biegł obok sklepu, więc zrealizowaliśmy skromną listę zakupów. Był to też świetny pretekst do zdjęcia plecaka i dziesięciominutowego odpoczynku. :)
W Jedlince jest też piękny kompleks pałacowy, niestety, leży w pewnym oddaleniu od szlaku, więc go nie "zaliczyliśmy".
 
 

 
Niebawem przekroczyliśmy bystry nurt Bystrzycy i po chwili pożegnaliśmy też asfalt. Bez żalu.
 
 

 
Jedlinka Górna serwowała obrazki z przeszłości - polna droga, rachityczny płotek i szumiące młode brzozy. Brakowało tylko kozy... ;-)
 
 

 
Wchodząc na teren Parku Krajobrazowego Gór Sowich zauważamy, że troska o naturę skutkuje nieco skąpymi oznaczeniami szlaku. Jednak czujność uchroniła nas od większej konsternacji.
 
 

 
Na podejściu pod zbocza Jedlińskiej Kopy zaczęło trochę kropić, ale okazało się to fałszywym alarmem. Jednak Gosia zaczęła poszukiwać swojego poncho i... zonk! Nie ma... Tym podejrzliwiej patrzyliśmy w niebo.
 
Na Przełęczy Marcowej napotkaliśmy długą, dość nową wiatę, ale ani pogoda ani pora dnia nie zatrzymały nas pod nią. Korzystając z dobrej pogody, kontynuowaliśmy marsz.
 
 

 

 

 
Pół godziny za Przełączą Marcową, natknęliśmy się na paśnik ze stryszkiem na siano. Z survivalowego obowiązku obejrzałem pięterko...
 
 

 
...w sytuacji awaryjnej można by się tu spokojnie schronić w kilka osób, jednak osłona od wiatru była iluzoryczna.
 
 

 
Słońce i humory dopisywały, więc w trakcie marszu gawędziliśmy o górach i dolinach...
 
 

 

 
Na Grządkach szlak wszedł na drogę asfaltową, jednak trochę zagadanie i rytm marszu osłabiły naszą czujność. Nie zauważyliśmy, że szlak odchodzi od drogi na pobliskie wzgórze, a może oznakowanie nie było poprzedzone "achtungiem"...
 
 

 
Gdy odkryliśmy brak znaków, byliśmy już za daleko by wracać, a mapa wskazywała, że schodząc dalej asfaltem i podchodząc na drugi kraniec wzgórza, ponownie znajdziemy się na szlaku. Trochę szkoda, że nie skręciliśmy w tym wątpliwym miejscu jeszcze bardziej w prawo, bo tamta droga prowadziła do podziemnego kompleksu Osówka, więc miałbym rekompensatę za pobłądzenie.
 
Tymczasem dochodzimy do drogi biegnącej przez Sierpnicę. Humory się psują, pogoda zresztą też. Mijając kościół Matki Boskiej Śnieżnej, czujemy pierwsze krople deszczu. Przystajemy nieopodal pod drzewem, czekając na przejaśnienie, które ma miejsce po kwadransie. Jednak gdy się już zbieramy do dalszej drogi, musimy przeczekać kolejny, krótki na szczęście deszczyk. Plan dnia się załamuje, tak jak i nasze morale.
 
 

 
Widmo kolejnej nocy w deszczu mobilizuje do poszukiwań schronienia pod dachem. Po kilkuset metrach trafiamy na agroturystykę i niewielki domek kempingowy, sprawiający wrażenie jakby był stacjonarną przyczepą kempingową.
Na noc zatrzymaliśmy się zatem w Grzesiance.
 
 
 



niedziela, 15 czerwca 2014   GSS 07 - Przełęcz Sokola - Srebrna Góra

Przełęcz Sokola - Srebrna Góra. Dystans - 25 km. Suma podejść - 900m, suma zejść - 1080m. 
Na szlaku: Agroturystyka "Grzesianka" - 720m, Przełęcz Sokola - 755m, Schronisko "Orzeł" - 853m, Schronisko "Sowa" - 885m, Wielka Sowa (wieża) - 1015m, Kozie Siodło - 893m, Przełęcz Jugowska - 812m, Słoneczna - 949m, Kalenica (wieża) - 964m, Popielak - 860m, Przełęcz Woliborska - 711m, Szeroka - 827m, Malinowa - 835m, Gołębia - 810m, Fort Rogowy - 643m, Srebrna Góra - 586m.
 
Przez pobłądzenie spaliśmy poza szlakiem. Geograficznie najbliższym główniejszym punktem była Przełęcz Sokola, zatem taką lokalizację umowną przyjąłem.
W Grzesiance było nieco ciasnawo i ciągnęło od podłogi, ale poza tym miejscówka była OK. Gorąca woda, kuchnia i spanie, to dla nas wszystko co trzeba.
Wczesnym rankiem ruszyliśmy dalej. Po dziesięciu minutach doszliśmy do wzniesienia, gdzie dochodził zgubiony wczoraj szlak. Bardziej to wydedukowaliśmy z mapy, bo znaków nie było widać, może były dobrze zamaskowane, no ale chyba nie o to chodzi. Równie dobrze podchodząc od dołu asfaltem z przeciwnej strony, bez mapy można pobłądzić. Zdecydowanie trzeba tam dobrego znakarza.
 
Odnalezione niebawem znaki doprowadziły nas do właściwej Przełęczy Sokolej. Konie nie wykazywały większego zainteresowania, widać, więcej tu wędrowców. :)
 
 

 
Z Przełęczy odbiliśmy w stronę kolejnych schronisk, a "Orzeł" było widoczne ze skrzyżowania. Podejście było w coraz mocniej grzejącym słońcu, więc dzień zapowiadał się znojnie.
 
 

 
Jednak widoki nagradzały trud wędrówki. Malownicze krajobrazy cieszyły oko, więc nie potrzebowałem pretekstu by obejrzeć się za siebie.
 
 

 
W schronisku mającym wejście od frontu dla pensjonariuszy, a od tyłu dla gości przechodnich, obiliśmy się standardowo i raz jeszcze rzuciliśmy okiem na piękną rozległą panoramę.
 
 

 
   
 

 
Powyżej schroniska czekała nas ciekawostka - szlak fioletowy, aż się zastanawiałem, czy nie prowadzi do jakiejś fabryki denaturatu... ;-)
 
 

Po schronisku "Orzeł" zdobyliśmy kolejnego ptaka - schronisko "Sowa". Wyraźny znak, że szczyt Wielkiej Sowy jest na naszym kursie. Standardowo pieczęcie poszły w ruch, a następnie nasze nogi. Poszły w ruch - oczywiście... :)
 
 

 
Jakby mało było tego, że Sowa jest Wielka, to jeszcze na jej szczycie góruje nad polaną interesująca wieża widokowa, do złudzenia przypominająca latarnię morską. Być może było tu plejstoceńskie morze, ale "latarnia" tak odległej ery swym wiekiem z pewnością nie sięgała... ;-)
 
 

 

Jak można się było spodziewać, z galerii widokowej rozpościerały się rozległe widoki po horyzont, który to płaski od północy, to pofalowany z bocznej flanki i wybujały na południu, ciemnił się pod mięsistym kobiercem chmur.
 
 

 

 

 
Z powiewającą chustą czułem się niemal jak latarnik wypatrujący zbłąkanej brygantyny przebijającej się w spienionej sztormowej toni... Niestety, - nawet marna górska łódź podwodna nie błysnęła peryskopem... ;-)
 
 

 
Spośród bogatej oferty kulinarnej, sięgnęliśmy jedynie po pajdę chleba ze smalcem i ogórkiem, po czym wypłynęliśmy na bezmierne akweny Gór Sowich. Wiatry wiejące na gór szczytach złapaliśmy w nasze żagle... :)
 
 

 
Góry Sowie wcale nie są całkiem osowiałe ;-) Odwiedza je sporo ludzi, a oznakowanie szlaków jest na plus. W każdym razie większych problemów z nawigacją nie mieliśmy.

Na skraju polany napotkaliśmy wiatę, o tyle ciekawą, że z kominem. Jej wnętrze jednak nosiło znaki częstego imprezowania i znikomego sprzątania, zatem polecamy ją w sytuacjach mocno awaryjnych.
 
 

 

 

 
Na tej części szlaku konstrukcji turystycznych nie brakuje. Niebawem wypatrzyliśmy kolejną wiatę, zajętą przez amatorów kiełbasek.
 
 

 
Przełęcz Jugowska komunikuje ten obszar z resztą świata krętą wstęgą asfaltu. Stąd także niedaleko do kolejnego schroniska ze zgromadzonych w okolicy - Zygmuntówka.
 
 

 

 
Od schroniska zaczyna się podejście, bo czymże by były góry, gdyby nie mierzyć ich sumą podejść... Ale nagrodą bywają często piękne widoki ze szczytu, co i tym razem mieliśmy przyjemność doświadczyć.
 
 

 
 

 

 
Nieodległa Kalenica kusi. Na jej szczycie ulokowano metalową wieżę, górującą nad wierzchołkami drzew. Po raz kolejny nie oparłem się pokusie. Wlazłem, postrzelałem migawką na cztery strony świata i w dół, po czym z ociąganiem zlazłem. Kontemplować tak bezkresne krajobrazy mógłbym godzinami...
 
 

 

 

 

 

 
Wiata dawała głębie czerni, co z plamą słonecznego światła tworzyło duży kontrast. Ani mój aparat ani moja obróbka tego nie ogarnęły... :-\
 
 

 
Oznakowanie szlaku na dalszym odcinku, także utrzymywało wymagane standardy.
 
 

 

 

 

 

 
Przełęcz Woliborska to kolejny kontakt z komunikacją kołową. Stało tu sporo samochodów amatorów pieszych górskich wędrówek.
 
 

 

 

 
Za Szeroką przyszedł czas na małe co-nieco. Zawsze to lepiej wyładować z plecaka i załadować do dwunastnicy... ;-)
 
 

 

 

 
Za Malinową przyszedł czas na pierwszą (i ostatnią) glebę Gosi. Mimo pozorów katastrofy w ruchu szlakowym, gleba nie ucierpiała.
U Gosi najbardziej zaś ucierpiała duma. :)
 
 

 

 
Idąc rozmarzony po sudeckiej wysokopiennej przyrodzie, natknąłem się na znak do punktu czerpania wody. Ale nie przyznam się Wam, co miałem - czytając tę tabliczkę - na myśli... :D
 
 

 

 
Gosia co prawda nie zaliczyła 322 Upadków Bunga, ale ten jeden nie przeszedł niezauważony. Krótkie rozmasowanie kończyny, szybko przyniosło pozytywne efekty.
 
 

 

 
Za kolejnymi meandrami szlaku, zza drzew nieśmiało zaczęła wyglądać śmiała konstrukcja. Okazał się nią anonsowany wcześniej Fort Rogowy.
 
 

 

 
Ogrom budowli budził podziw. Rozmach konstruktorów, a później wykonawców robił kolosalne wrażenie. Kompleks był tak ogromny, że został zapisany jako miejscówka, do której należy powrócić z odpowiednim zapasem czasu.
 
 

 

 
 

 

 
Schodząc w dół, natknęliśmy się na budynek, przy którym rozważaliśmy możliwość rozbicia namiotów. Rozważanie to przenieśliśmy do wnętrza, gdzie przy wybornym piwie Opat, zrodził się pomysł, by w budynku będącym niegdyś schroniskiem PTTK, spędzić schroniskową noc.

Zawiadująca tą miejscówką nader sympatyczna młoda Joasia tak nas ujęła, że noclegowa opłata została przypieczętowana przez kolejnego Opata. :)
Opat był niezwykle smaczny, jako i noc spędzona w tejże lokalizacji. :)
 
 



poniedziałek, 16 czerwca 2014   GSS 08 - Srebrna Góra - Studzienno   

Srebrna Góra - Studzienno. Dystans - 29 km. Suma podejść - 700m, suma zejść - 870m.

Na szlaku: Srebrna Góra - 586m, Czeski Las - 630m, Czerwieńczyce - 392m, Słupiec - 412m, Kościelec (Sanktuarium MB Bolesnej) - 615m, Ścinawka Średnia - 325m, Rozdroże nad Wambierzycami - 433m, Wambierzyce - 366m, Wabik - 574m, Studzienno - 550m.    

Pospał bym jeszcze. Śpioch jestem patentowany. Niestety, Gosia obudziła się wcześnie, a jej budzik działa także na mnie... Po lekkim śniadaniu, niemal niepostrzeżenie opuściliśmy gościnne progi Hubertusa, będącego niegdyś schroniskiem PTTK.
 

 
Przed wiaduktem natknęliśmy się na agroturystykę, ale ze względu na wczesną godzinę nie dopytywaliśmy się o ceny.
Natomiast sam wiadukt niepokoił nas lekko, jako że deski były na nim w stanie śmierci klinicznej, ale udało nam się bez przygód dojść na drugi brzeg...
 
 

 
Opuszczając Srebrną Górę, w okolicach Czeskiego Lasu rzucamy jeszcze ostatnie pożegnalne spojrzenia na wzgórza uzbrojone instalacjami obronnymi. Tę lokalizację trzeba odwiedzić ze sporym zapasem czasu na eksplorację.
 
 

 

 
Leśniczówka w Czerwieńczycach jest położona nad stawami na skraju lasu. Malownicze miejsce doskonale komponuje się z współczesnym budynkiem, choć zapewne stał tu wcześniej drewniany domek, jakiego moglibyśmy się spodziewać jeszcze dwadzieścia lat temu. Stąd do wsi już o krok.
 
 

 

 
W którymś z ogrodów zauważam jedną z popularnych figurek. Pewnie tak będę wyglądać na emeryturze, jeśli zamiast pracować, dalej będę oddawał się dalekim wędrówkom. ;-)
 
 

 
We wsi nie zauważyliśmy sklepu przy szlaku. W Srebrnej Górze też nie było w pobliżu. Ale jeszcze mamy zapasy, więc możemy skręcić w pola, kierując się na następne miasto.
 
 

 
Łąki są w czerwcu kolorowe i pachnące. Czerwone maki są dokładnie jak te z piosenki o Monte Cassino. Nie opieram się pokusie by je uwiecznić. Z pozostałymi trawami i ziołami, tworzą jakże piękną kompozycję kwiatów polnych.
 
 

 
Nieopodal to, co z daleka wyglądało jak kaplica, okazuje się być transformatorem i ujęciem wody.
 
 

 

 

 
Wspomniałem już, że okolica obfituje w kopaliny i minerały. Także i tym razem znajdujemy się w okolicy, w której trwa wydobycie, o czym informuje i ostrzega stosowna tablica.
 
 

 
Przed nami Słupiec - miasto wyglądające okazale. Z pewnością znajdziemy tu kilka sklepów, w których odnowimy zaopatrzenie. Pogoda choć straszy, jest idealna do wędrówki, - słońce nie pali, nie jest też zbyt gorąco.
 
 

 
W Słupcu niemal przypadkowo natrafiamy na bar mleczny ulokowany przy szlaku. Zachęceni obietnicą niskich cen, zaglądamy do środka.
 
 

 
Jesteśmy zaskoczeni niskimi cenami. Po wydatkach w schroniskach, cena pierogów ruskich wydaje się być nierealna. Zamawiamy!
Nie dość że tanie, pierogi okazują się być bardzo smaczne, a na talerzu jest ich chyba więcej, niż w droższych lokalach.

Gosia "na lekko" pobiegła na zakupy, a ja zachęcony niskimi cenami, zamówiłem naleśniki. Kolejny pozytywny szok! Zwykle cena mówi o dwóch, na moim talerzu pojawiły się trzy! Rewelacja!

Gosia wraca z pojemnikiem na jedzenie. Pakujemy do niego danie obiadowe - będzie na obiadokolację.
 
 

 
Wychodzimy z uśmiechami na twarzy i zdecydowanie rekomendujemy bar mleczny w Słupcu. Prawdziwie domowe jedzenie za bardzo przyzwoite ceny. Polecamy!
 
 

 

 
Nieco dalej sklep ze starociami. Gosia przykleja się do szyby, ale próba sforsowania drzwi spełza na niczym. Zamknięte... Wędrujemy dalej.
 
 

 
Po chwili czeka nas dłuższe podejście. Do Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej jest dobrze pod górę. Ale my w dobrych humorach wesoło napieramy, zajadając się po drodze pysznymi poziomkami. Mimo pozorów i skojarzeń, podejście okazało się bezbolesne... :)
 
 

 

 

 

 

 

 
Po wyjściu z kościółka, czujnym okiem lustruję okolicę. Ołtarz polowy badam pod kątem noclegu. Teren jest jednak ogrodzony, a w nocy pilnuje go pies...
 
 

 
Idąc dalej już lekko z górki, zostałem zaszczycony wizytą motyla. Usiadł na mojej dłoni na dłuższy odpoczynek i chętnie pozował do fotografii.
 
 

 

 
Połać wysokiego lasu nie prowadziła nas zbyt długo. Czerwone znaki wyprowadzają skrajem pól, otwierając kolejną panoramę. Przed nami Ścinawka Średnia.
 
 

 
Na wejściu do Ścinawki zauważamy intrygującą budowlę. Nosi charakterystyczne cechy kościoła, ale ma też jakieś instalacje przemysłowe.
Gdy patrzę na okoliczne pola, wpadam na pomysł, że ta budowla to może browar, bo szachownica pól jest jakoś dziwnie pofalowana... ;-)
 
 

 

 

 
 

 
Czerwiec, więc trzeba wykarmić czerwie... Sudeckie pszczoły pracowicie powiększają zapasy, całymi rojami krążąc nad rozległymi polami.
 
 

 
Ścinawka ma Biedronkę na szlaku, jest też apteka, gdzie można zakupić niedrogie żelowe plastry na pęcherze. Przy długiej wędrówce mogą okazać się nader przydatne...
 
 

 
Dmuchawce sudeckie wyglądają jak wielkie mutanty. Nie sprawdzałem, czy aby w nocy nie świecą... ;-)
 
 

 
Żegnamy Ścinawkę ostatnim spojrzeniem. Znaki prowadzą nas w górę do lasu, by odludnymi okolicami przemierzać dłuższe odcinki.
 
 

 

 
 Po nawigowaniu wśród łąk i lasów, wychodzimy na bezkresne pola obsiane rozmaitym zbożem. Obok dróżki z daleka, niczym latarnia morska, drogę wskazuje przydrożna kapliczka.
 
 

 
Oznaczeniom w tej okolicy nie możemy nic zarzucić, choć wchodząc w pola, trzeba się bacznie rozglądać, bo drzew niewiele...
 
 

 
Szczeliniec Wielki widoczny z dala, a pola uprawne są po prostu piękne.
 
 

 

 
Kwiatuszki - choć niewielkie - także potrafią zachwycić.
 
 

 
Pejzaż na chmury, pola i drzewo, przywodzi na myśl odległe czasy. Jednak dzisiaj nie spodziewam się pędzącego dyliżansu, choć galopujące konie nieźle by się tu komponowały... :)
 
 

 

 
Wambierzyce już na wyciągnięcie ręki. Kolejne sanktuarium na które poświęcimy nieco czasu. Znaki prowadzą prosto przed wielkie schody.
 
 


 


Podziwiamy bogatą historię miejsca i bogaty wystrój. Widać, że wieki zapisały się w bogatych wnętrzach i samym miasteczku. Korzystając z okazji, przysłuchujemy się opowieściom przewodniczki.
 
 

 

 

 
Wychodzimy bogatsi o nowe wrażenia, zostawiając za sobą sprawy wieczności. Sprawy doczesne w postaci zakupów, realizujemy w pobliskim sklepie.

Objuczony w zapasy, niechętnie zbieram się do dalszej drogi. Ale wędrować trzeba, choćby po to, by znaleźć dobre miejsce na nocleg.
 
 

 

 
Za Wambierzycami czeka nas nadspodziewanie strome podejście z ambitnym atakiem szczytowym. Oczywiście wszystko to na miarę niewysokich wzniesień... :)
 
 

 

 
Z bocianiego gniazda widać już porośnięte brzegi zielonej wyspy. Naszym portem na dzisiejszy wieczór będzie Studzienno. Zasięgając języka u mieszkańców, zostajemy skierowani na łąkę niczyją, gdzie po zacumowaniu obejmujemy ten skrawek lądu w posiadanie.
Zakupione w Słupcu żarełko, powoli zaczyna wiercić nozdrza kuszącym zapachem.
 
 
 

 

 
Obóz założony, pokład sklarowany, żagle zwinięte, więc siadamy do naszej wieczerzy. Zdała by się jeszcze puszka piwa, ale dobra herbata też jest nie do pogardzenia.
 
 

 
Z poczuciem kilometrów w nogach i dobrego jadła w trzewiach, odświeżeni stacjonarną wodą z przenośnego prysznica, słuchamy cykadów na Cykladach i z błądzącymi wrażeniami rozpływającymi się pod powiekami, powoli acz sprawnie pogrążamy się w błogi sen...
 
 



wtorek, 17 czerwca 2014   GSS 09 - Studzienno - Kudowa Zdrój   

Studzienno - Kudowa Zdrój. Dystans - 31 km. Suma podejść - 780m, suma zejść - 1000m.
Na szlaku: Studzienno - 550m, Skalne Grzyby - 706m, Słoneczne Skały - 672m, Radkowskie Skały (parking) - 701m, Pod Szczelińcem - 787m, Szczeliniec Wielki - 919m, Karłów - 754m, Pod Ptakiem - 814m, Błędne Skały (skrzyżowanie) - 848m, Rozdroże pod Lelkową - 740m, Nad Jakubowicami - 635m, Kudowa Zdrój - 390m.

Dzisiejszy dzień zaczyna się kusząco. Zapach jajecznicy na boczku z cebulą pośród dzikiej łąki, zwiastuje dobry start. Jeszcze suszenie śpiworów i namiotów po lekkim deszczyku i można zwijać obóz.
 
 

 

 

 

 

 
Co prawda pospałbym jeszcze ze dwie godziny, ale nie jestem tu sam. Dozwolony doping robi swoje - Gosia przynagla do wyjścia na szlak, więc zakładam plecak na grzbiet i uśmiecham się na samą myśl o dzisiejszych atrakcjach.
 
 

Po naszym biwaku nie zostawiliśmy niepożądanych śladów. O naszej bytności na łące świadczyła wygnieciona trawa i piórko gęsi by Cumulus.
 
 

Opuszczamy Studzienno. Żegnają nas białe topole Józef i Maryja oraz szczekanie psa z pobliża. Nabieramy wiatru w żagle.
 
 

 

 

Mijana kapliczka zaskakuje nas pewną osobliwością. Broda Jezusa porosła mchem, nadając obrazowi niesamowitego wyglądu...
 
 

 

Czerwone znaki wyprowadzają na wygodną drogę leśną. Znajdujemy na niej dwa rowery stojące samopas, a zza zarośli słychać głosy ich właścicieli. Jednak jesteśmy wędrowcami i dalszą drogą przemierzymy pieszo. :)
 
 

Między drzewami pojawiają się charakterystyczne twory skalne. Nieomylny to znak, że zbliżamy się do skalnych grzybów. Istotnie, jest ich w okolicy urodzaj, a zaciekawieni "grzybiarze" podziwiają te niezwykle atrakcje. Także i ja przyglądam się z zaciekawieniem.
 
 

 

 

 

 

 
Opuszczamy Skalne Grzyby, ale na dzisiaj to nie koniec atrakcji. Przed nami czuć już zapach nie tylko kwiatów, ale i jeszcze jednej dużej atrakcji. A nawet wielkiej, bo niebawem czeka na nas...
 
 

 

 
 

 

...Strzeliniec Wielki.

Tak, - to niesamowite nagromadzenie tworów skalnych, popękanych, wyżłobionych, wygładzonych i ...skomercjalizowanych. Do schroniska można jeszcze dojść za darmo, ale dalej - gdzie czekają prawdziwe atrakcje - trzeba sięgnąć do sakiewki...
 
 

 

 

 

 

 

 

Strzeliniec pokazał się z dobrej strony, tym bardziej, że poszliśmy tam na lekko, niemal podfruwając. :) Pokazały się też bardzo rozległe panoramy, zatem aparat pracował wytrwale. Mimo, że miejsce leży przy Głównym Szlaku Sudeckim, sam szlak przed nie nie przechodzi. Warto jednak poświęcić odpowiednią ilość czasu, by ten dziw natury zobaczyć. Naprawdę warto.
 
 

 

 

 

 

 

 
 

  
 

 
 

 

 

Nasyciwszy się emocjonalnie w Górach Stołowych, nie zapomnieliśmy o uciechach stołu. ;-) Po zaplanowaniu dalszej marszruty, w sklepie przy szlaku odnowiliśmy zapasy.
 
 

 



Nasz apetyt na skały został nieco ostudzony wiosennym deszczykiem. Przeczekaliśmy go pod drzewem i już po niedługiej chwili wznowiliśmy wędrówkę. Przed nami kolejne dziwy natury.
 
 

 



Kolejne formacje skalne z dumą Siedzącego Psa, zapowiadały bliskość Błędnych Skał. Droga się nieco dłużyła, bo i pogoda jakoś nie mogła się zdecydować - polewać, czy pozwolić nam ujść na sucho... W sumie jednak na aurę nie narzekaliśmy.
 
 

 

 

 

 
Narzekać można było za to na oznaczenia. Fenomen Błędnych Skał polegał na tym, że zmiana (podobno tymczasowa) przebiegu czerwonych znaków, spowodowała błądzenie na maksa. Zastanawiając się "co znakarz miał na myśli" (czy raczej pracownik parkowy), dwa razy maszerowaliśmy wte-i-wewte, by wreszcie przy wtórze zgrzytania zębami i stracie trzech kwadransów, pogrzebać szansę zobaczenia kolejnej atrakcji. Czerwone znaki pokazały się już poniżej wejścia na interesujący nas fragment ścieżki.
 
 

 

 

 

 



W minorowych nastrojach, bez kolejnych fatalnych pułapek nawigacji, doszliśmy do osad ludzkich. Zgodnie z przewidywaniami i czerwonymi znakami, doszliśmy do nieco sennego kurortu. Powitała nas Kudowa-Zdrój.
 
Dobre miejsce pod namiot to podstawa. Ale jeszcze lepsza jest miejscówka pod dachem. Znaleźliśmy bardzo przyjazne miejsce z przyjazną gospodynią, zabawowym psem i rozleniwionym kotem.

Po kolacji, kąpieli i naradzie, padliśmy pokotem... :-)
 
 



środa, 18 czerwca 2014   GSS 10 - Kudowa Zdrój - Lasówka 

Kudowa Zdrój - Lasówka. Dystans - 36 km. Suma podejść - 1100m, suma zejść - 780m. 
Na szlaku: Kudowa Zdrój - 390m, Jerzykowice Wielkie - 542m, Dańczów - 427m, Przełęcz Lewińska - 533m, Przełęcz w Grodźcu - 713m, Ludowe - 675m, Duszniki Zdrój - 527m, Kozia Hala - 758m, Sołtysia Kopa - 896m, Kamień Rubartscha - 920m, Zieleniec - 883m, Lasówka - 710m. 

Nasza gospodyni z samego rana wychodziła do pracy. Zmobilizowało nas to do wczesnej pobudki i umożliwiło zakup świeżych bułeczek w sklepie, przy którym szlak skręcał, zapowiadając pierwsze podejście.
 

 

 
 
 
Podejście było tylko przez chwilę i to symboliczne. Na opłotkach napotkaliśmy za to okazały budynek.
W Kudowej jest dyrekcja Parku Narodowego Gór Stołowych. Gosia poszła zgłosić problem oznakowania szlaku i dowiedzieliśmy się, że to tylko problem chwilowy. Remont szlaku. Zmiana oznakowania, - być może po remoncie wszystko wróci do normy, przynajmniej zapewniano, że sytuacja jest pod kontrolą, a oznaczenie szlaków zostanie poprawione. Pożegnaliśmy się i w dobrych nastrojach i poszliśmy dalej.
 
 

 
 

 
Jak dotychczas, od miasta nie mieliśmy kłopotów z nawigowaniem na szlaku. Niebawem miało się to jednak zmienić.
 
 

 
W Jeżykowicach Wielkich na skrzyżowaniu poprowadził nas szlakowskaz. Przed bodaj jedyną agroturystyką, szlak skręca ostro w prawo, o czym informują znaki na drzewach. Kilkadziesiąt metrów dalej mamy poważny dylemat - znaków nie widać, a ścieżka jest ogrodzona płotem... Wracamy do Agro - trzeba przejść przez ogrodzenie - mówi miła pani. No to forsujemy je po schodko-drabince. Szczeble chyba już długo nie wytrzymają, trzeba uważać.
 
 

 

 
No i są znaki na ogrodzeniu, ale od przeciwnej strony. Czyżby szlak był tu jednokierunkowy...? ;-)
 
 

 

 
Trawa już podeschła, ale nie chciałbym tu brodzić wczesnym rankiem. I tak w zacienionych miejscach trawa jest mokra od rosy. Warto o  tym pomyśleć planując przejście tego odcinka w deszczu lub wcześnie rano.
 
 

 

 
Zaletami istnienia cywilizacji są niewątpliwie sklepy. Ten w Dańczowie mijamy z plecakami zapasów. Wioskę przechodzimy szybko, z niepokojem patrząc na gromadzące się chmury.
 
 

 
Chmury okazały się niegroźne, deszcz przeszedł chyba przed nami. Przechodząc pod wiaduktem, szukamy za nim szlaku. Z braku drzew nic charakterystycznego się nie czerwieni.
 
 

 
Łąkę trzeba przejść tak mniej więcej pośrodku. Spod lasu mamy rozległe widoki na dalszą okolice, jak i na bliższe zabudowania w zaciszu pagórków. Przydrożne pola wabią pszczoły i fotografa. :) Pod lasem też odnajdujemy czerwone znaki.
 
 

 

 

 

 

 

 
Grodziec, - to jak sama nazwa wskazuje - miejsce dawnego zamczyska. Wokół sporo jeszcze reliktów z dawnych czasów, z nieźle zachowanymi murami kamiennej budowli.
 
 

 
Wychodzimy z lasu. Przed nami kolejna panorama i przepiękne łąki, kręta droga i drzewo na wzgórzu. Mistrzowie pejzażu zapewne sięgnęli by tu po pędzle i paletę.
 
 

 

 
Ciemne chmury nawracają. Obłoki gęstnieją, tworząc ciemniejący kobierzec, który zbyt dobrze nie wróży. Nie ma się gdzie schować, ale jeszcze to co wisi - nie spada...
 
 

 

 
Idąc drogą ze starego grodziska, podziwiamy piękno krajobrazu. Budowniczy zamku miał dobry gust - miejscówka jak z obrazka.
 
 

 

 

 

 
Z zapachem kwiatów polnych i przesychającego siana, przechodzimy kolejne kilometry. Za przełęczą Ludowe droga się poszerza, prowadząc pomiędzy pojedynczymi zabudowaniami. Porywy wiatru nakazują się nam pospieszyć.
 
 

 

 

 
Ten odcinek przechodzimy suchą stopą. Jednak maszyny leśne doprowadziły drogę do stanu godnego pożałowania, aż strach pomyśleć, jakbyśmy ten odcinek przebrnęli w ulewnym deszczu...
 
 

 
Jednak wszystko co nieciekawe na dojściu do kolejnego miasta, mamy już na szczęście za sobą. Przed nami Duszniki Zdrój. Miasto zadbane, poukładane, mające swój niewątpliwy urok.
 
 

 
Za alegorię do przesłania że wędrowanie jest dla baranów, Dusznikom stawiam minus. ;-) Pokorna owca się chyba też ze mną zgodzi... :)
 
 

 

 

 
Mimo wspomnianej alegorii, nie cechował nas owczy pęd do zdobywania szlaku. Przed nadciągającym deszczem schroniliśmy się do pobliskiej cukierni, gdzie pochłonąłem niewyobrażalną ilość przeróżnych drożdżówek. Kawa była równie dobra. :)
 
 

 
Za dworkiem Chopina wbiliśmy się w teren. Podejście od razu nam przypomniało, że wybraliśmy się w góry.
 
 

 

 
Na trasie trzeba było bacznie obserwować znaki, gdyż jak to bywa, odchodziły od głównej drogi bez wcześniejszego achtungu. Ponadto prowadziły trochę dziwnawo, no ale to szlak terenowy, więc mu wolno... :)
 
 

 


Po chwili znów poczuliśmy pod nogami asfalt. Tym razem na dobre. Przyszło nam deptać go przez kilka ładnych kilometrów Autostradą Sudecką.
 
 

 

 

 
Mając już dość deptania po asfalcie, dochodzimy do Zieleńca. Czas odpocząć. Najpierw w centrum miejscowości, potem po jakimś kilometrze znajdujemy spożywczak i przed dłuższym odcinkiem bez sklepów, metodycznie uzupełniamy zapasy. O dziwo - w sklepie mają piękną pieczątkę do książeczek GOT czy innych dzienników podróży. Obijamy się i postanawiamy się już dłużej nie obijać. ;-)
Czas ruszać w drogę.
 
 

 

 

 
Dochodzimy do Lasówki. Droga robi się węższa, a ruch - i tak szczątkowy - maleje niemal do zera. W okolicy choć jest kilka domów, okolica wygląda na opustoszałą. Piękne są za to z rzadka porośnięte pola, po których snują się pierwsze mgły i długie cienie.
 
Pierwotnie zakładaliśmy dojście do schroniska na Jagodną, jednak brak konsekwencji w pilnowaniu tempa spowodował, że to w Lasówce właśnie trzeba było się rozglądać za noclegiem.
Zachęcająco wyglądała Sudecka Chata, choć jak wiele domostw w okolicy, prezentowała się dość skromnie. Jednak dobra cena potrafi zachęcić i tego wieczoru dostaliśmy spory pokój z łazienką i oknem na czeskie zamglone łąki.
 
 
 



czwartek, 19 czerwca 2014   GSS 11 - Lasówka - Marianówka

Lasówka - Marianówka. Dystans - 32 km. Suma podejść - 580m, suma zejść - 740m. 
Na szlaku: Lasówka - 710m, Przełęcz pod Uboczem - 736m, Pod Uboczem - 775m, Spalona - 738m, Schronisko Jagodna - 808m, Pod Sasinem - 775m, Ponikwa - 342m, Długopole Zdrój - 369m, Wilkanów - 407m, Marianówka - 561m.

 
Sudecka Chata mimo trochę skromnego standardu, zapewniła nam spokojny wypoczynek. Kuchnia na parterze darzyła miłym chłodem, skrzypiące schody prowadziły na piętro, gdzie w pokojach widać było jeszcze poprzednią epokę. Ale kontemplacyjny krajobraz za oknem i uderzająca cisza były nad wyraz kojące. Czas jednak było opuścić Lasówkę.
 
 

 

 
 
 

 
 
Za wsią zaczęło się łagodne asfaltowe podejście, po czym szlak na Przełęczy pod Uboczem skręcił ostro w prawo i łagodnie pod górę. Kierunek - schronisko Jagodna.
 
 

 

 
 
Przez las znaki prowadzą bezbłędnie, jest chłodno i cieniście, szumią drzewom liście. :) Choć miejscami było trochę kałuż, to jednak można mówić o komforcie wędrowania.
 
Po wyjściu z lasu uderzył nas ponętny zapach schnącego siana, ciepły powiew wiatru i kolejne uczucie spokojności. To Spalona. Jeszcze tylko podejście stokiem narciarskim i już stoimy przed ogrodzeniem schroniska.
 
 

 


 
 
 

 
 

 

 

 

 

 
 
Niedawno jedliśmy śniadanie, ale kuszące zapachy pobudziły nasz apetyt. Zamówiliśmy coś lekkiego, a przynajmniej tak myśleliśmy... Po niedługim czasie na ciężki drewniany stół wjechały dwa spore talerze, a na nich po trzy ogromne racuchy z bitą śmietaną i jagodami.  Gosia zjadła tylko połowę, drugą zachowując na później, ja zaś nadrabiając miną, zmęczyłem wszystkie trzy, niemal przy tym pękając. Dla kompletności przekazu dodam, że racuchy były pyszne!
 
 

 
 
Błogość granicząca z obżarstwem towarzyszyła nam, gdy opuszczaliśmy miłe schronisko z przyjazną obsługą. Przed nami równie apetyczna panorama zachęcała do podziwiania z marszu uroków okolicy.
 
 

 

 

 
 
Czerwone znaki prowadząc nas precyzyjnie po leśnych ścieżkach, równie bezbłędnie wiodły nas po trawiastych polanach i łąkach. W prześwitujących zaroślach błysnął nam na horyzoncie dumny Śnieżnik.
 
 

 
 
Do Śnieżnika jeszcze daleko. W kolejnym gąszczu traw i zapuszczonego na dziko sadu, wypatrzyliśmy ruiny domostwa, którego dach kryty był dachówką łupkową, tak charakterystyczną dla Sudetów. Szczyt dachu z wysoką górą w tle, walczyły o prymat na zachmurzonym niebie.
 
 

 

 

 
 
Łubin był niemal symbolem okolicy. Napotykaliśmy często jego łany, nadające głębokich kolorów przerośniętym łąkom. Gdybym potrafił przyrządzić pożywną potrawę z łubinu, bez grosza w kieszeni mógłbym przejść Sudety. ;-)
 
 

 

 

 
 
Pojawiły się wreszcie pierwsze zamieszkałe zabudowania. Jednak od nich trzeba było zejść w dół wsi jeszcze przez kilkanaście minut.
 
 

 

 
 
Do Ponikwy doszliśmy w czwartek, a zarazem w Boże Ciało. Odświętnie ubrani mieszkańcy zdążali na mszę świętą, małe dziewczynki w pierwszokomunijnych strojach zapewne sypały kwiatki w czasie procesji.
 
 

 
 
Napotkałem obok szlaku jeden z ołtarzy. Przystrojony kwiatami, wśród zieleni czekał na kapłanów i wiernych.
 
 

 
 
Mijany sklep w dniu świątecznym był nieczynny. Zasięgnąłem języka i okazało się, że w następnym miasteczku będzie sklep i powinien być czynny. Przez malownicze łąki i zielone pola, ruszyliśmy w stronę kolejnych pagórków.
 
 

 
 
Główny Szlak Sudecki ma odcinki bardzo atrakcyjne, ale są też fragmenty rzadko odwiedzane. Lawirując wąską ścieżką wśród chaszczy i wysokich traw, z uwagą wypatrywaliśmy drzew oznaczonych w dobrze znane nam barwy.
 
 

 
 
Opuszczając gąszcz, znaleźliśmy się niemal nagle w miasteczku o wyglądzie kurortu. Przywitało nas Długopole Zdrój.
 
 

 
 
Weszliśmy z upalnego szlaku do domu zdrojowego po pieczątkę. Wewnątrz panował miły chłód, sączyła się z pluskiem zdrojowa woda, a kremowe obicia kusiły swą miękkością. Siedliśmy na chwilę i ... zapadliśmy w błogą drzemkę. :) Ale przecież wędrujemy dla przyjemności... :)
 
 

Nasz Przystanek Długopole był przyjemny, ale nie da się przejść szlaku na siedząco. Z pewnym ociąganiem ruszyliśmy w dalszą drogę.
 
 

 
 
Wędrując przez park, obejrzeliśmy szczelinę w drzewie, powstałą zapewne po uderzeniu w nie pioruna. Ale jeszcze dalej natrafiliśmy na kolejny zastanawiający widok. Kościół mieszkalny z restauracją.
 
 

 
 
Weszliśmy - a jakże. Wyszło w czasie odwiedzin na jaw, że był to faktycznie kościół, który jednak popadł w ruinę. Został wykupiony i odremontowany w dawnym stylu, ale z nowym przeznaczeniem. Dzięki temu został ocalony od całkowitego zniszczenia.
 
 

 
 
Lekko okrężna droga leśna połączona z ścieżką przyrodniczą, wyprowadziła nas z cichego lasu na leniwe połacie pól i łąk. Brodziliśmy pośród falujących łanów zbóż, przerośniętych z rzadka chabrami i makami.
 
 

 

 

 

 
 
Gdzieś tutaj szlak powinien odbijać w lewo, ale brak drzew nie ułatwiał pracy znakarzom a nam nawigacji. Ja stwierdziłem, że równie dobrze możemy iść prosto do drogi asfaltowej i cofnąć się nią w lewo, aż do spotkania ze szlakiem. Gosia próbowała ustalić punkt wcześniejszego skrętu i choć mieliśmy przypuszczenia, to znaku informującego o tymże skręcie nie zauważyliśmy.
 
 

 
 
Nawigacja "po mojemu" załatwiła sprawę. Po chwili doszliśmy do małego skrzyżowania, gdzie szlak przecinał drogę. Dalej poprowadziły nas czerwone znak, błękit nieba i biel obłoków.
 
 

 
 
Szlak wiódł polami w stronę Iglicznej, na której przycupnęło Sanktuarium Marii Śnieżnej z pobliskim schroniskiem, a w tle na lewej flance dumnie szczycił się Śnieżnik.
 
 

 
 
Na przedmieściach Wilkanowa powitały nas ruiny jakiejś okazałej budowli. Okazał się nim siedemnastowieczny pałac - letnia rezydencja hrabiowskiej rodziny von Althann z Międzylesia. Ciekawi byliśmy jak wygląda reszta tej miejscowości...
 
 

 
 
Jednak dalej było już lepiej. Kościół w rozkwicie, a nieco dalej sklep spożywczy, - czynny i wystarczająco dobrze zaopatrzony. Dostaliśmy jeszcze po zakupach na pożegnanie informacje o przebiegu szlaku, po czym ruszyliśmy w stronę Marii Śnieżnej.
 
 

 

 

 
 
Bielejące ściany sanktuarium stanowiły doskonały punkt nawigacyjny, a oznaczenia na drzewach informowały, że można stąd wędrować szlakiem św. Jakuba. My jednak nawigowaliśmy za czerwoną barwą.
 
 

 

 
 
Z kilometrami w nogach i zmęczeniem popartym świadomością finałowego podejścia, zdecydowaliśmy pozostać w mijanej Marianówce. Górę zostawiliśmy na kolejny dzień, a sami znaleźliśmy polecaną przez spacerowiczów agroturystykę. Cena i warunki okazały się bardzo korzystne, zwłaszcza pod kątem przepierki, która już dłużej nie mogła czekać.

Sen też nie zwlekał z nadejściem... :)
 
 



piątek, 20 czerwca 2014   GSS 12 - Marianówka - Kąty Bystrzyckie 

Marianówka - Kąty Bystrzyckie. Dystans - 35 km. Suma podejść - 1300m, suma zejść - 1350m. 
Na szlaku: Marianówka - 561m, Igliczna - 776m, Międzygórze - 583m, Schronisko na Śnieżniku - 1213m, Przełęcz Śnieżnicka - 1126m, Żmijowa Polana - 1049m, Przełęcz Pod Jaworową Kopą - 1129, Czarna Góra - 1187m, Przełęcz Puchaczówka - 895m, Przełęcz Pod Chłopkiem - 744m, Kąty Bystrzyckie - 557m.


Agroturystyka w Marianówce jest oddalona jakieś 500 metrów od szlaku. Z uwagi na przyjazną wędrowcom ofertę, zasugerowaliśmy, by przy skrzyżowaniu ze szlakiem postawić informację o obiekcie. Dla ceniących smak komfortu, ta miejscówka powinna się znaleźć w obszarze zainteresowania.
 
Ranek zapowiadał się nienajgorzej - chmury osłaniały od spiekoty, ale jeszcze nie straszyły deszczem. Spojrzeliśmy zatem za siebie i weszliśmy na szlak.
 
 

 
Trasa wiodła zakosami, bowiem Igliczna miała dość znaczną wybitność. Ale takie podejście było dobrym rozruchem na poranek i szybko nas rozgrzało, tym bardziej, że temperatura w tych dniach była wysoka. Jednak wśród drzew panował leśny mikroklimat.
 
 

 
Doszliśmy do drogi utwardzonej, a ta już bez zbędnych zakrętów doprowadziła nas do gmachu schroniska i bielejącego tuż za nim kościoła Marii Śnieżnej.
 
 

 
Sanktuarium przypominało bardziej fortecę niż obiekt łatwo dostępny. Ogrodzenie z bramą otwieraną elektrycznie i mnogość kamer monitoringu świadczyły, że nie każdy może tu się dostać. Najazdu biednych pątników nie stwierdziliśmy...
 
 

 

 
Tuż poniżej stało sobie schronisko. Bez ogrodzenia, bez kamer, za to otwarte dla wędrującego człowieka. Po krótkiej pogawędce z miłym gospodarzem, zaopatrzeni w pieczątki, opuściliśmy zasieki religii i otwartość ludzką...
 
 

 

 
Celem pośrednim było Międzygórze, czyli po podejściu na górę, trzeba było zejść do miejscowości, za którą wyrastała następna góra.
 
 

 
 
 

 
Po drodze kolejna atrakcja - wodospad Wilczki o wysokości 22 metry. Najwyższy w masywie Śnieżnika i drugi w paśmie Sudetów. Kiedyś był jeszcze wyższy, ale piętrzący wodę głaz został wymyty w jednej z powodzi. Mimo to imponuje swą niezwykłością i pięknem,  Skały i zieleń dodają mu egzotycznego posmaku.
 
 

 

 

 
Międzygórze ma charakter kurortu. Upakowane między zboczami gór, nie pozostawia złudzeń co do atrakcyjności otoczenia.
 
 

 

 
W miasteczku można się zaopatrzyć w Gieesie i obić w oddziale PTTK. To nam wystarczyło, ale pewnie znalazłyby się inne sklepy bądź atrakcje.
 
 

 

 
Gieesowskie zakupy poddaliśmy konsumpcji tuż za biurem PTTK. Okazało się, że stoliki pod parasolami przynależą do otwieranej knajpki, ale miły gospodarz uśmiechnął się tylko, pozwalając nam posilić się na terenie ogródka.
 
 

 

 
Powoli wychodząc z Międzygórza, wyłapujemy lokalne ciekawostki, jakim była doskonale utrzymana stara chata. Mijane pensjonaty nie zasłużyły na fotkę... ;-)
 
 

 

 
Wreszcie stanęliśmy u podstawy Śnieżnika. W tym miejscu kończyła się dolina, a zaczynało konkretne podejście. Od tego miejsca można liczyć przewyższenie i czas. My zaś liczyliśmy, że pogoda wytrzyma. :)
 
 

 
Szlak szybko nabrał przyjemnego górskiego charakteru. Skały niczym kości i korzenie jak nabrzmiałe żyły prowadziły nasz wśród szczeciny lasu.
 
 

 

 
   
 

 
Ostatnie podejście i widać już budynek schroniska pod Śnieżnikiem. Pogoda tylko jakby na nas czekała, bo ostatnie metry pokonujemy w lekkim deszczyku, stopniowo przybierającym na sile.
 
 

 

 
W środku rojno było i gwarno. W końcu Śnieżnik to znana góra, więc można się było spodziewać sporej frekwencji. Aż strach pomyśleć, co się tu dzieje w letnie wakacje.
 
 

Przed wyjściem po raz pierwszy na GSS założyłem coś cieplejszego na górę. To prototyp bluzy Zmierzch od firmy Kwark. Pani Kasia zaproponowała, bym w górach ocenił przydatność tego modelu wykonanego z PowerStretchu. No ale w lecie trudno o warunki do rzetelnej oceny warstwy termicznej, więc na miarodajną ocenę "Zmierzchu" trzeba będzie jeszcze poczekać. Tymczasem bardzo dziękuję pani Kasi za tę formę wsparcia.
 
Mogę wstępnie stwierdzić, że PS (PowerStretch) jako elastyczny, ma dzięki temu niemal konstrukcję MuscleMapping, co w moim przypadku oznaczało także BrzucholMapping. :-) Tym bardziej, że u Exosa (plecak), pas biodrowy ma wąski pas, pięknie rzeźbiąc sylwetkę. ;-)

Deszczowa pogoda wymusiła założenie poncho, więc dodam, że PS nawet mokry, termicznie zabezpiecza przedramiona wystające spod wspomnianego poncho. Z bluzą "Zmierzch" łączę duże nadzieje na zimniejsze miesiące.
 
 

 
Wędrowaliśmy w transie w jaki wprowadził nas monotonnie siąpiący deszcz i po pierwszym odcinku na Przełęczy Śnieżnickiej nie zauważyliśmy, że szlak lekko odbija w lewo, na wprost prowadząc jedynie ścieżką rowerową. Mimo zaanonsowania "braku czerwonych", przeszliśmy tak ze dwa kilometry, ale mapa nie dawała złudzeń, że nawet jakiś skrót nas przeprowadzi. Trzeba było zawrócić, co w deszczowej pogodzie nie poprawiło humorów.
 
 

 
 

 
Pod Czarną Górą znowu trzeba było uważnie poszukiwać "czerwonych". Kolejna konfrontacja z mapą i już wspinamy się na masyw Czarnej.
 
 

 

 
Piękne chmury i opary ścieliły się nisko i szybko przesuwały. Co jakiś czas uwidaczniały Igliczną z białymi ścianami Sanktuarium, by po chwili całkowicie owionąć nas białą wilgotną watą.

Siedząc na kamieniach z piękną choć mglistą panoramą, wsunęliśmy po drożdżówce. Nadchodzące odgłosy burzy przynagliły nas do dalszej drogi.
 
 

 

 
Na szczycie Czarnej Góry bez trudu odnaleźliśmy wieżę widokową. Jednak krążąca wokół burza nie zachęcała do wejścia pod wysoki daszek. W rzęsistym deszczu, poszukując niezbyt konsekwentnie malowanych znaków, chcieliśmy szybko opuścić wyższe partie masywu. Pioruny słychać było niepokojąco blisko, a deszcz padał obficie, zamieniając stromą ścieżkę w śliską rynnę. Na szczęście obyło się bez ślizgów, a to dzięki kijkom, które w tej sytuacji sprawdziły się wybornie.
 
 

 
Po zejściu z masywu Śnieżnika do Przełęczy Puchaczówka, zobaczyliśmy całą okolicę spowitą chmurami, mgłami i oparami. Deszcz na szczęście ustał, jednak buty co i rusz informowały o wilgoci pod stopami.
 
 

 
Przy starej kapliczce zeszliśmy z asfaltu na kolejne niewielkie podejście. Jeszcze przez chwilę można było podziwiać okolicę i zostawiony za nami, spowity mgłami Śnieżnik.
 
 

 
Przywitał nas tajemniczy, mroczny las. Jedynie w zielonych przeziorach pojawiały się smugi słońca, które wreszcie nieśmiało zaczęło wyglądać zza chmur. Gdybym spotkał tu Golluma, pewnie uwierzyłbym i w trole... ;-)
 
 

 

 
Nie zapisaliśmy się do partyzantki, więc wychodzimy z lasu. Przed nami pojawiają się opuszczone gospodarstwa, straszące popadaniem w ruinę.

Jakoś nie mamy wielkiej ochoty na rozbijanie namiotów, choć w mijanej osadzie znajduje się spora wiata z kominkiem i nieśmiało kusi. Jednak obłapiająca nas wilgoć skłania do poszukiwań noclegu pod dachem.
 
 

 
Kąty Bystrzyckie są spokojną miejscowością. Cicho tu i spokojnie, nawet sklepu brak. Pytamy po domach, ale albo cena nie zachęca, albo nie chcą nas na jedną noc. W skansenie Gottwaldówka napotykamy troje starszych Niemców - dwie kobiety i mężczyznę w wieku emerytalnym. Zapraszają nas do kuchni, częstują kawą, a starszy pan gdzieś znika, wracając po chwili ze swojską żubrówką. Rozgrzewamy się, prowadząc sympatyczną rozmowę. Kobiety nie dowierzają, że już kilkanaście dni jesteśmy na szlaku, ale nasze opowieści rozwiewają wątpliwości. Atmosfera jest bardzo przyjemna, a starszy pan poszedł zadzwonić do właścicieli by dowiedzieć się o nocleg dla nas. Jednak po chwili przychodzi wyraźnie zmartwiony i oznajmia łamana polszczyzną, że jest mu bardzo przykro, ale do wolnego pokoju mają przyjechać goście i nie ma wolnych miejsc. Niemki są zasmucone, bo moje gadulstwo rozbudziło ich ciekawość i pewnie byśmy długie rozmowy jeszcze ciągnęli, ale skoro tak, - zbieramy się do wyjścia, żegnając się serdecznie.
Po chwili, obserwując grę świateł zachodzącego słońca, maszerujemy dalej, ale droga nam się jakoś ślimaczy.
 
 

 

Wreszcie docieramy do agroturystyki, którą okazuje się być Dom Skowronki, którego właściciele zawiadują ...Gottwaldówką! Okazuje się, że na poddaszu drugiego budynku znajdzie się pokój na tę noc.
Humory momentalnie się nam poprawiają, a zapytani o możliwość zakupu chleba, dostajemy od gospodyni kilka pachnących pajd i trochę doskonałego ciasta drożdżowego! Piękny przykład serdecznej gościnności. Córka miłej pani - sama równie sympatyczna - podwiozła nas z powrotem do Gottwaldówki, gdzie rozgościliśmy się w pokoju z łazienką, w której stał kaloryferek-olejak, więc można było osuszyć buty.
 
Po gorącym prysznicu lekka kolacja i mocny sen. A spało się smacznie... :)
 
 
   



sobota, 21 czerwca 2014   GSS 13 - Kąty Bystrzyckie - Lądek Zdrój 

Kąty Bystrzyckie - Lądek Zdrój. Dystans - 10 km. Suma podejść - 40m, suma zejść - 150m. 
Na szlaku: Kąty Bystrzyckie - 557m, Lądek Zdrój - 427m.


W starych murach Gottwaldówki spało się tak smacznie, że nad ranem nie chciało się wstawać. Wszystko co mokre, wyschło idealnie, śniadanie smakowało wybornie, a pogoda zdawała się być akceptowalna.

Opuściliśmy zatem mieszkalny skansen z nutką nostalgii i trochę okrężną drogą skierowaliśmy się w stronę Lądka Zdroju.
 
 

 

 

 

 
Lądek Zdrój to właściwie dwie osobne miejscowości, ale znane pod tą łączną nazwą. Miejscowość przywitała nas ruchliwą drogą asfaltową i przyjemnym chłodem, a raczej brakiem upału i smażącego słońca.
 
 


W pięknym rynku był akurat targ staroci, który obeszliśmy, podziwiając spore zasoby eksponatów przeznaczonych do sprzedaży. Niewątpliwie niejeden kolekcjoner lub miłośnik starzyzny, znalazł by tu coś dla siebie.
 
 

 
Czas jednak był się zbierać w drogę powrotną. Gosi kończył się urlop, więc może jeszcze rzutem na taśmę doszlibyśmy nieco dalej, ale i tak nie do końca. Musieliśmy jeszcze wrócić do Świeradowa po samochód i nim udać się kolejne kilkaset kilometrów, co odjęło nam półtora dnia wędrówki.

Gdyby w pobliżu było lotnisko, moglibyśmy "latać jak orzeł, a lądować jak Wrona" :)
 
 

 
No i stanęliśmy na okazję. Do Kłodzka zabrały nas cztery Niemki podróżujące wynajętym busem. Nigdy bym obywateli tego sąsiedniego kraju nie podejrzewał o takie gadulstwo, ale chyba im się ode mnie udzieliło. Gdyby nie to, że i one jechały do Kłodzka, pewnie wysiedlibyśmy gdzieś daleko za Odrą... :)
 
 

 
W Kłodzku zatrzymaliśmy się na dobrą kawę i deser. Po kilkunastu dniach wędrówki złożyliśmy i przytroczyliśmy kijki. Był to widoczny znak, że wędrowanie zostało na ten czas zakończone.
 
 

 
Z Kłodzka do Świeradowa jest jeszcze ładny kawałek drogi, a my postanowiliśmy dojechać tam okazją.

Po południu nie zanosiło się na szybki powrót, ale to, co się wydarzyło, zasługuje na osobny opis w szczegółach. Wspomnę tylko, że jechaliśmy chyba siedmioma pojazdami, w tym jednym busem rozkładowym i jednym autobusem podmiejskim, a także wypasionym Audi, TIR-em, Beemką, jakimś Fiatem (Palio czy podobnym) Mercedesem Vito i jeszcze jakąś skromną osobówką.

Ciekawostka polegała na tym, że w żadnym miejscu nie machaliśmy nawet pięciu minut. Dwa samochody zawróciły po nas specjalnie (!), a miły gość z wypasionej Audi, przez CB złapał TIR-a, do którego na stację paliw nas podrzucił i przekazał. Ludzie podpowiadali gdzie wysiąść, gdzie przejść, gdzie się ustawić na następny etap. Ze Szklarskiej już nie spodziewaliśmy się nic złapać, a tu dwoje studentów się zatrzymało, ale jechali niedaleko. Zaproponowaliśmy dorzucenie się na przejazd do Świeradowa i podrzucili nas pod sam parking, gdzie musieliśmy wrócić po samochód. Normalnie rewelacja! Taka przyjazność i tak skumulowana uczynność była dla mnie bardzo budująca i tą drogą gorąco dziękuję tym wszystkim, którzy nas podwozili stopem w kierunku Świeradowa.
 
 Wielkie dzięki!

 


niedziela, 22 czerwca 2014  Podzwonne dla GSS - powrót...


Wracając, postanowiliśmy jeszcze odwiedzić kilka atrakcji dostępnych po drodze. Samochód dawał nam już tę niezależność, a czas zaoszczędzony przez sprawnie podwożących nas kierowców w dniu poprzednim, pozwolił na rozplanowanie całego dnia na taki właśnie przejazd.

To jednak już nie należy do opisu Głównego Szlaku Sudeckiego, więc tego wątku nie rozwijam.
Tym niemniej pobliskie atrakcje warto było przy takiej okazji odwiedzić.
 
 

Na koniec, zanim wskoczyliśmy na autostradę, spojrzeliśmy za siebie. Panorama Karkonoszy, Rudaw Janowickich i zieleń pól obudziła w nas zwykły żal z kończącej się przygody.

Wrócimy dokończyć Szlak, ale Sudety i spotykani serdeczni ludzie z pewnością będą bodźcem do powrotu w te strony.
To zastanawiające, jak takie ogromne góry mogą się zmieścić w tak małych sercach.
A może się nie mieszczą, może je po prostu tym sercem kochamy...
 
 

 Do zobaczenia Sudety!

« Ostatnia zmiana: Październik 03, 2014, 18:41:56 wysłana przez Yatzek »
Wędrówką życie jest człowieka...

forum.outdoor.org.pl

Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
« dnia: Październik 03, 2014, 18:28:52 »

Online misiak76



  • Pomógł: 38

Odp: Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
« Odpowiedź #1 dnia: Październik 07, 2014, 11:28:49 »
Siema relacja :) Aż mnie nogi świerzbją aby też zaliczyć ten szlak ;)

Offline xgh0st



  • Pomógł: 0

Odp: Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
« Odpowiedź #2 dnia: Luty 28, 2015, 20:41:26 »
Świetna relacja, nie wiem jak doczekam czasu kiedy będę się mógł wyrwać na takie wyjście. Odrealnić się trochę na te n-dni, gdzie jedynym problemem są bolące stopy, gdzie coś zjeść, i gdzie zalec na sen.

Offline iwonapro



  • Pomógł: 79
  • "Jak zjesz wykładowcę to kto da Ci wykształcenie?"

Odp: Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
« Odpowiedź #3 dnia: Marzec 01, 2015, 11:11:11 »
Rewelacja. Nareszcie beskidowcy poznali się na Sudetach :)
W tym kamieniołomie obok Betlejem spaliśmy z crimsonem i nocnym ze dwa lata temu i wiaty nie było.
To nie Skalnik tylko Ostra Mała. Skalnik jest znacznie mniej atrakcyjny i znajduje się 5 sekund w kierunu północnym, północno wschodnim czy jakoś tak.

Offline Yatzek

Odp: Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
« Odpowiedź #4 dnia: Marzec 01, 2015, 17:28:17 »
(..) To nie Skalnik tylko Ostra Mała. Skalnik jest znacznie mniej atrakcyjny i znajduje się 5 sekund w kierunu północnym, północno wschodnim czy jakoś tak.

Tak, teraz po Twojej poprawce odrobiłem zadanie domowe, spojrzałem na mapy i potwierdzam - Skalnik jest doskonale widoczny z Ostrej Małej, patrząc na północny wschód.
Dzięki Iwona, tym samym lepiej poznaję przebyte okolice. :)
Wędrówką życie jest człowieka...

Offline iwonapro



  • Pomógł: 79
  • "Jak zjesz wykładowcę to kto da Ci wykształcenie?"

Odp: Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
« Odpowiedź #5 dnia: Marzec 01, 2015, 20:15:15 »
Też kiedyś myślałam, że byłam na Skalniku. Dopóki nie wlazłam na niego drugi raz. Mapa mówila, że jestem na miejscu, a wspomnienia, że to nie tu :)

Jeszcze ten dmuchawiec - kozibród wielki ;)

Offline Ivan

Odp: Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
« Odpowiedź #6 dnia: Marzec 02, 2015, 11:51:30 »
Fajne szlaki bo często skałka wystaje. Lubię takie miejsca, nie to co zakrzaczone Bieszczady ;)

forum.outdoor.org.pl

Odp: Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
« Odpowiedź #6 dnia: Marzec 02, 2015, 11:51:30 »

Offline menel

  • działkowicz z szafą na plecach


  • Pomógł: 1

Odp: Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
« Odpowiedź #7 dnia: Maj 01, 2019, 10:12:57 »
Yatzek, impreza bardzo przyjemna, szkoda tylko, że nie przeszliście całości. Tytuł relacji w błąd wprowadza. Wybacz moją uszczypliwość.  Kiedyś obiecywałem sobie, że nie podejmę się przejścia tego szlaku i niestety, zmieniłem zdanie. Podejmę rękawicę.
"Jak się człowiek umyje, to czar i blask od niego bije"

Offline Yatzek

Odp: Główny Szlak Sudecki 2014 - Yatzek i Gocha
« Odpowiedź #8 dnia: Maj 02, 2019, 12:21:26 »
No i jednak szlak dokończyliśmy w następnym roku.
Dalszy ciąg jest na moim blogu - wpis http://ginvilla.blogspot.com/2015/05/gss-14-ladek-zdroj-paczkow.html i kolejne.
Nie traktuję Twojego komentarza Menelu jako uszczypliwość, a jedynie jako wytknięcie braku uzupełnienia relacji tu na forum.
Pozdrawiam!
Wędrówką życie jest człowieka...