Autor Wątek: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje  (Przeczytany 6363 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Szekla

Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« dnia: Wrzesień 05, 2014, 22:48:29 »
- Siema, kiedy masz urlop?
- 17.06 – 22.07
- Zajebiście. Ja mniej więcej w tym samym terminie? Jedziesz ze mną do Peru?
- … Spoko.
Mniej więcej tak właśnie wyglądał pomysł na wyjazd na drugi koniec świata. Aktualna data akurat zaczynała się zbliżać do okresu wiosennego, a ja powoli i niemrawo zaczęłam planować swój urlop. Po tej wiadomości od kolegi sprawy nabrały rozpędu.
Zaczęliśmy tworzyć wstępne plany. Wynajdywać miejsca, które koniecznie w Peru chcemy zobaczyć. Mozolnie kształtował się charakter wyprawy. Problemy ze znalezieniem taniego biletu lotniczego zmusiły nas do tego, żeby poszerzyć zakres naszej wycieczki o CHILE. O ile w Peru byłam pewna wizyty w Machupicchu, tak Chile było dla mnie niewiadomą…. Wiedziałam tylko, że taki kraj w Ameryce Południowej jest, jest dłuuuuuugi, ma styczność z Andami i w okresie letnim będzie tam zima  Ale właściwie to czemu nie….


20.06
Jesteśmy w Paryżu na lotnisku Charles de Gaulle. Przez szybę widzimy jak przygotowują naszego Boeinga 777-300 do lotu. Takim bydlęciem jeszcze nie leciałam… A podobno bywają jeszcze większe!!! Kiedy w końcu nadeszła godzina ładowania się na pokład i kiedy w końcu zajęliśmy swoje miejsca, była już noc. Nici z mojego napalenia na oglądanie oceanu z pułapu 10000m… Tym bardziej, że moja miejscówka przy oknie była centralnie na samym skrzydle  Długie nogi przeszkadzały mi w łapaniu komfortu podróży. 14h lot był dla mnie męką. Tłumaczyłam sobie, że niestety, ale takie są uroki zwiedzania świata  Nad ranem i pod koniec lotu w końcu ujrzeliśmy Andy.

W porównaniu z nimi Alpy, które widziałam podczas lotu do Hiszpanii, to popierdółka. Piękne przeżycie. Po lądowaniu czekała nas dłuuuuga odprawa paszportowa i nareszcie jesteśmy w CHILE!!!!
21.06 Santiago - Chile
Przy wyjściu z lotniska dopadł nas chłód chilijskiej zimy. 8 stopni niby nie robi wrażenia, ale po europejskich 30 to był całkiem niezły szok. Jest ponuro i mży. Łapiemy taxi za 25 000 peso. Będzie to dla mnie dramat przestawić się na walutę o takiej skali…. Przeliczenia będą trwały długo, zanim będę się orientowała ile + - dana rzecz kosztuje :P Jedziemy do centrum Santiago. Taxiarz zawozi nas do Barrio Bellavista, gdzie podobno łatwo nam będzie znaleźć nocleg. Pierwszy hotel jest caro – drogi. Fuksem trafiamy do Kombi Hostel, gdzie bierzemy łóżka za 12 000 od łebka za w miarę przyzwoite warunki.

Zimno w środku, wszędobylska wilgoć, dziwnego pochodzenia kołdra… ale za to zajebiście szybkie WiFi  Bierzemy prysznic, zostawiamy graty i ruszamy na miasto. O godz. 11 miasto sprawia wrażenie bardzo sennego. Na każdym skrzyżowaniu na czerwonym świetle dla samochodów, ludzie zbierają kasę zabawiając kierowców żonglowaniem i cudaczeniem z piłką. Na uliczkach srzedają co tylko mogą – od żarcia zaczynając, na badziewnych pamiątkach kończąc.

Pierwszym celem był dworzec autobusowy  żeby zanabyć bilety do Calamy lub San Pedro – naszego kolejnego celu podróży. Okazało się jednak, że dworzec centralny jest w cholerę daleko, co nie przeszkadzało nam w przepierdzieleniu się tam z buta. Dzięki temu mieliśmy mały rozruch i mogliśmy podziwiać to całe Chile ;-) Budownictwo w mijanych uliczkach było przeróżne. Od historycznych cudeniek, do niemalże rozwalonych do fundamentów budyneczków. Fascynujemy się wszystkim. Szczególnie tym, że niemal na każdym skrzyżowaniu jest flaga Chile, na każdym drzewie pomarańcze, a w każdym kącie pamiątki…




Na dworcu zniesmaczamy się cenami biletów i postanawiamy wyszukać czegoś na necie. Umówiliśmy się na spotkanie z Paulą, która ma nas przenocować dnia następnego (couchsurfing). Z Francuzami, którzy spali u niej w dniu spotkania udaliśmy się na wycieczkę pieszą na Cerro San Cristobal. Wycieczka finalnie miała formę stricte towarzyską, bo widoczność była fatalna. Nawet Andy – które tak strasznie chcieliśmy zobaczyć w całej okazałości – majaczyły tylko delikatnie gdzieś za chmurami.






Poświęciliśmy się więc degustacji lokalnych specjałów. Na pierwszy rzut poszedł tradycyjny napój – Mote Con Huesillo.

Namoczone płatki owsiane w wodzie z miodem, zalane sokiem z brzoskwini z całymi brzoskwiniami… PYCHOTA. Ale wygląd nieciekawy… Za każdym razem kiedy pokazuję teraz komuś zdjęcia pada pytanie: „co to, kur…, jest?!” :D W drodze powrotnej do miasta dostaliśmy od naszej gospodyni pamiątkowe breloczki – panowie z Chilijczykami walczącymi z bykami, a panie z kwiatkiem symbolizującym Chile zwącym się Copihue (Flor Chilena). Bardzo miłe. Dostała za to polską flaszkę  Spróbowaliśmy też tradycyjne empanadas – pieróg z ciasta jak na pizzę z nadzieniem: mięso wołowe, cebula, oliwki, jajko. Zaczęłam się obawiać, że po powrocie z wakacji, moja waga dramatycznie skoczy do góry :-D  A potem się pożegnaliśmy, bo zaczął nas dopadać syndrom Jet Lagu. Po powrocie do Kombi hostelu okazało się, że mamy nowych lokatorów. Zamiast 2 dziewczyn mięliśmy 2 Hindusów. Prawdziwy chilijski melting pot 
22.06 Santiago – Chile
Nasi współlokatorzy wrócili z imprezy o 4 rano… Do 5 na ulicy grały bongosy. Nie dziwne, że potem miasto śpi do 13  Zebraliśmy się po 11 wraz z końcem doby hotelowej i poszliśmy na miasto. Zapamiętałam nazwę rzeki płynącej przez miasto. Powodowała u mnie uśmiech na twarzy, a zwała się Mapocho [mapoćo] 

 Poszliśmy na kolejną widokową górkę w środku miasta. Z pałacem Neptuna i kupą bezpańskich psów.









Byliśmy tam na tyle wcześnie, że ominęliśmy tłumy, które zaczęły tam wchodzić w momencie, kiedy już schodziliśmy na dół. Widok na panoramę miasta i góry byłby cudowny… gdyby nie to, że przez smog znowu nie było widoczności. Zanieśliśmy duże plecaki do Pauli, spiliśmy kawulca i z małymi plecaczkami znowu wyruszyliśmy na miasto. W końcu udało nam się okazyjnie kupić bilety, za kwotę połowę niższą niż proponowane w dniu poprzednim – do samej Calamy w klasie „salon-cama”. Cena była podejrzanie niska, ale odważyliśmy się zaryzykować, choć do końca nie byliśmy pewnie co nas rano zastanie  Zwiedziliśmy pałac prezydencki i katedrę, potem z 2 godziny krążyliśmy po mieście szukając czegoś swojskiego, taniego i smacznego do żarcia. Trafiliśmy znowu na Bellavistę. Knajpka była OK. Na mój talerz trafiły 2 empanadas z serem, kurczak panierowany, chorrizo i frytki z serem.

A żeby nie było za sucho – degustacja lokalnego piwa Escudo Negra w mikro kuflu o pojemności 1 litra  Najedzeni i zmęczeni wróciliśmy do naszej gospodyni. W planach było robienie tradycyjnego drinka Pisco Sour (sok z limonek, cukier, białko jajka, Pisco – wódka z winogron), więc kupiliśmy butlę alkoholu. Okazało się, że nasz wybór był bardzo dobry. Ok. 21 wybraliśmy się z Paulą do sklepu po zakupy do wspólnej kolacji. Postanowiliśmy upichcić risotto z winem. Paula w mistrzowskim stylu pokazała jak przyrządzić przepyszne Pisco Sour.



 Smak nie do odtworzenia  Najedzeni jak bąki (i opici) w końcu idziemy spać.
23.06. Santiago- Calama- Chile
Pobudka, kawa i na dworzec. Na śniadanie empanadas. O 10.45 zobaczyliśmy swój autokar. Wyjebany w kosmos!

Siedzenia jak w samolocie w klasie biznes ekstra plus. Mieliśmy miejsca wykupione na piętrze z samego przodu, więc mogliśmy cieszyć się widokiem panoramicznym.

W końcu mogliśmy się napatrzeć na Andy. I pierwszy raz w swoim życiu zobaczyłam ocean. To nie bałtycka popierdółka.

Fale gigantyczne i łupiące o brzeg non stop. Niestety słońce później zaczęło grzać tak, że trzeba się było schować za zasłonkami. Noc minęła bezboleśnie i komfortowo. Po przyjeździe do Calamy zaczepił nas kierowca innego autobusu i od razu pojechaliśmy do….

24.06.2014r. San Pedro de Atacama – Chile
Pustynia była na wyciągnięcie ręki. Gdyby nie to, że szyba autobusu była ubabrana i fokus aparatu łapał plamy, to mogłaby się zebrać całkiem pokaźna kolekcja focisz ;-)



Przejeżdżaliśmy obrzeżem Valle de la Luna – Doliny Księżycowej. Widoki już zapierały dech w piersiach… Nie mogłam się już doczekać, kiedy stanę tam na własnych nogach.



Kiedy dotarliśmy do małego miasteczka na środku pustyni – San Pedro de Atacama – oczywiście od razu na dworcu dopadł nas „zaczepiacz” oferujący „najtańszy w mieście hotelik”, a i oczywiście dzięki podaniu się na niego można uzyskać zniżkę  Zdecydowaliśmy, że udamy się do centrum i znajdziemy coś na własną rękę. W informacji turystycznej dostaliśmy spis hosteli z orientacyjnymi cenami. Zdziwiliśmy się dostępną ilością możliwości… Wybraliśmy mały camping na obrzeżu i skuszeni niewielką różnicą cenową – zamiast na namiot, skusiliśmy się na 8 osobowy pokój, w którym do końca przebywało mało osób. Warunki takie se, ale…. WiFi w standardzie.

To było naprawdę szokujące niemal do końca wyjazdu… Bo mogła być bida jak piszczy, mogło nie być wody – ciepłej lub nawet zimnej… Ale niemal wszędzie było WiFi :-O Szybko się rozpakowaliśmy i wyruszyliśmy na miasteczko, które na każdej uliczce wyglądało tak samo. Niskie budyneczki, płoty lepione jakby z gliny z zatopionymi w nich butelkami i… bezpańskie psy.





Wybraliśmy się na żarło, gdzie mieliśmy okazję zjeść zupę z krewetkami i wypić piwo w 1,5 litowej butelce 

Najedzeni i opici jak bąki zaczęliśmy snuć plany na dzień kolejny. Postanowiliśmy wynająć rowery, żeby skorzystać z okolicy w jak największym stopniu.

25.06.2014r. San Pedro de Atacama – Chile
Z samego rańca wypożyczyliśmy rowery i wyruszyliśmy na podbój Atacamy. Quebrada del Diablo – Wąwóz Diabła był naszym pierwszym celem.

Żeby do niego dotrzeć musieliśmy forsować rzekę. Na tyle głęboką, że wymagała ściągania butów i brania roweru na garba. Woda była przeraźliwie zimna. Mimo tego, że jestem morsem – ściskało mnie aż w klacie jak wchodziłam do niej po kolana  Po delikatnym orzeźwieniu dotarliśmy w końcu do wrót wąwozu. Byliśmy w szoku, że można tak swobodnie przejeżdżać przez takie formacje skalne. W kontraście z wściekle niebieskim niebem, rudo brązowe skały wyglądały iście na diabelskie.

Niejednokrotnie musieliśmy zsiadać z rowerów, żeby je przecisnąć przez wąskie przejścia, albo zsiadać, bo trzeba było przejechać pod niską skałą.

Straciliśmy mnóstwo czasu na fotoseszyn, ale nadal byliśmy jeszcze w fazie dziwowania się tą południową hameryką.








Na końcu kanionu porzuciliśmy rowery i wspięliśmy się na pobliskiego pagóra, skąd można było podziwiać panoramę pustyni. Osobiście to wcięło mi język w gębie… żadne zdjęcia nie oddają tego widoku. Żaden filmik nakręcony aparatem też nie. Zdjęcia będą mi tylko przypominać to uczucie, kiedy patrzysz w dal a widzisz tylko skały i piasek. Podnosisz wzrok – a na horyzoncie widzisz wulkany.








Z zadumy wyrwały mnie kiszki marsza grające. Zmniejszyły się nam zapasy zabranego ze sobą żarcia i wody, a w planach mieliśmy jeszcze Dolinę Księżycową. Zaczęliśmy więc wracać. Niestety tą samą drogą. Przy powrotnym przedzieraniu się przez strumień napotkaliśmy na przeciwległym brzegu Japonkę, która po zaobserwowaniu naszej przeprawy – jakby raźniej ruszyła sama do wody 






Zajechaliśmy do centrum wszamać pizzę w restauracji, wykupiliśmy transport na dzień kolejny i pojechaliśmy kolejne 10km żeby w końcu dotrzeć do zapierającego dech w piersiach cudeńka obserwowanego przez okna autobusu. Mniejsza część drogi prowadziła przez drogę asfaltową.

Zadziwiający był doskonały jej stan. Można było przygrzać tempo. Wjazd do Doliny Księżycowej jest płatny. I zaraz za szlabanem z drogi asfaltowej zaczyna się droga ubita. I gdyby nie to, że jechało się pod cholerny wiatr, który niemal zatrzymywał w miejscu, to pedałowało się całkiem przyjemnie.

W końcu udało mi się dotrzeć do „białych skał” które widziałam w oddali w wąwozie diabła. Cały czas męczyło mnie pytanie, czy to sól? Po organoleptycznym spróbowaniu okazało się, że to nie sól 

 Pierwszym przystankiem było…. W sumie nie wiem jak to nazwać… Do przejścia był pętla odbijająca od głównej drogi. Wąska ścieżka przeciskająca się między skałami. W jednym miejscu konieczne było nawet użycie czołówki, bo wchodziło się jakby w małą jaskinkę. Struktura mijających skał była zadziwiająca. Nie wiem jakie minerały wchodziły w jej skład i jakie procesy musiały ją wytworzyć…. Wrażenie było…. Nieziemskie… Może dlatego dolina nazywa się księżycową 










No i w tym momencie skończyło się przyjemne, bo droga zaczęła się piąć do góry. Po 24h spędzonych w autobusie – taka dawka ruchu była zarówno i mordęgą i przyjemnością. Jedynym minusem były przejeżdżające busy, które unosiły w powietrze tumany kurzu, które nie zatrzymywały się nawet na buffie. Walący po pysku piasek jest średnio przyjemny, więc pod nosem przeklinałam busiki i ich zawartość-  tłustych, leniwych i bogatych turystów :P Zostawiliśmy rowery na parkingu i ostatni odcinek na grań pokonaliśmy pieszo. Widoki bajeczne. Gdyby nie kolor skał, faktycznie można by było mieć wrażenie, że jest się na księżycu. No i gdyby nie ta grawitacja… 








Do zachodu było jeszcze sporo czasu, dodatkowo wykupiliśmy transport już na 4.30 dnia następnego, więc pominęliśmy ostatni punt wycieczki – Anfiteatro – i wróciliśmy do San Pedro. Zdaliśmy rowery. Wygłodzeni zanabyliśmy jajca i zrobiliśmy polską jajecznicę z cebulą i pomidorami… Tego nam brakowało 

26.06.2014r. Atacama – Gejzer El Tatio – Chile
Pobudka o 3.45. Wszyscy w pokoju mruczą niezadowoleni przez sen, że ktoś się krząta. Mój kompan rezygnuje z wyjazdu, bo napiernicza go ucho. Zdrowie ważniejsze. Ja się szybko pakuję, wrzucam do plecaka puchówkę, czapkę, rękawiczki i cienki polarek tak na wszelki wypadek. I całe szczęście, że ciepłe graty zabrałam…. Bo ziąb pustyni dopadł mnie zaraz po wyjściu za próg, a już za niedługo miałam się windować na ponad 4km n.pm., a tam z pewnością nie będzie cieplej. Busik podjechał po mnie o 5. Do gejzerów El Tatio było ok 100km więc można było sobie pozwolić jeszcze na szybką drzemkę – dzięki temu droga minęła błyskawicznie. Na miejsce dotarliśmy ok 7 rano. Kierowca pocieszył nas, że jest tylko 0 stopni. Niestety przez smagający wiatr, odczuwalna była -15  Sakramucko wieje, więc zakładam na siebie puchówkę. Teoria gejzeru El Tatio jest taka, że cała płaszczatka na której się znajduje, to krater gigantycznego wulkanu. Ciekawe to to. Tym bardziej, że otoczeni byliśmy wieloma innymi zdecydowanie wyższymi wulkanami.














Przez to, że jechaliśmy w nocy i przez to, że góry są tu zupełnie inne niż te „nasze” europejskei, nie można było odczuć na jaką wysokość WYJECHALIŚMY pojazdem. Osiągnęliśmy bagatela 4300m n.p.m. Jak na razie, to najwyżej w moim lajfie. Tym bardziej, że moje dupsko wygodnie wywiózł tu busik :-P Czułam się ok. Niektórzy ludzie od samego początku narzekali na duszności i niemal nie wysiadali z busika. Płaszczatka zapełniona była gejzerami. Największe z nich pluły wodą na wysokość 1,5m. Niby tylko tyle, ale na takiej wysokości, to jednak wow. Na gejzerowni spędziliśmy ok 2h. W drodze powrotnej zatrzymywaliśmy się żeby podziwiać lokalne roślinki i zwierzaki.









Po drodze zatrzymaliśmy się w niemal opuszczonej wiosce na drobny popas.






W San Pedro jestem po 12. Nastał czas na pakowanie i oczekiwanie na busa. Wyjeżdżamy dalej na północ. Jutro powinniśmy już być w Peru. Chyba  Ach!!! Zayebali mi dzisiaj parę wełnianych skarpetek ze sznurka w ogródku… Mam nadzieję, że tej małpie obetrą stopy, spowodują ropienie i cierpienie przez wiele miesięcy!!! Wieczorem bez przygód udajemy się na przystanek i wsiadamy do autobusu do Arica’i. Kolejna noc w autobusie…

27.06.2014r. Arica – Arequipa – Chile/Peru
W Arice jesteśmy koło 7. Szybki orient i udajemy się na przystanek Colectivos (zbiorowa taksówka – samochód osobowy, który w trasę rusza dopiero jak cały zapełni się chętnymi do przejazdu do punktu B), które zawiezie nas do Tacny i przewiezie przez granicę.

 Czekamy kilka minut na komplet i ruszamy. Przejścia przez granicę bezproblemowe. Poza tym, że na śmierć zapomniałam, że w plecaku mam jabłko, za co na szczęście pogrożono mi tylko palcem… no i oczywiście skonfiskowano jabłko  Zarabiam kolejną wizę do paszportu. Kolejny punkt spełniania swoich marzeń – Jestem w PERU!!!! W Tacnie szybko łapiemy busa do Arequipy. Na miejsce docieramy już dosyć późno. Miasto jest spore i dosyć ładne.

Bierzemy więc rozklekotane taxi do Plaza de Armas za 6,5(!) Sola. Idziemy od razu do informacji turystycznej, gdzie łapiemy namiar na pobliski i tani hotelik. Bardzo przyzwoity. Pokój ze śniadaniem – 30 soli. Zostawiamy graty i ruszamy jeszcze coś zobaczyć.

Wpadamy na obiad do baru. Serwujemy sobie steka z lamy. Dziwny, ale smaczny.

Strasznie słone mięso. Spacerujemy jeszcze trochę po mieście, ale szybko robi się ciemno, więc wracamy do hostelu. Rześki prysznic w zimnej wodzie (za to rano przed wyjazdem była wrząca! Dranie! ;-) ) i kima.

28.06.2014r. Arequipa – Cabanaconde – Peru
Autobus mamy o 0800, więc o 0700 schodzimy na szybkie śniadanie, łapiemy taxi i jedziemy na dworzec. Niestety i tym razem nie udało się złapać Tico-taxi  Autobus do Cabanaconde jest prawie pełny i…. bardzo rozklekotany  Czekamy chwilę na dworcu przyglądając się z ciekawością Peruwiańczykom podróżującym z mega tobołami.





Wyruszamy punktualnie. Trasa wiedzie górskimi dróżkami. Wjeżdżamy na płaskowyż, który według wskazań GPS znajduje się na 4011m n.p.m. Wysokości osiągane tutaj zwykłym autobusem są niesamowite… Tym bardziej, że wysokości nie odczuwa się siedząc wygodnie (lub niewygodnie…) w środkach transportu.



Kawałek dalej psuje się nam koło autobusu i ekipa musi ją zmienić. Mamy przerwę ponad 1h. Zamknięci w autobusie zaczynamy ulegać zbiorowej potrzebie opróżniania pęcherza… Ja tym bardziej, bo już trochę czasu minęło od momentu, w którym wydoiłam butlę Inca Coli :D

W końcu porozumiewając się na migi przez okno z gościem z obsługi wypuszczają nas na zewnątrz. W nos uderza ostre jak brzytwa, bo zimne powietrze. Słońce praży, ale jest bardzo rześko. Teraz mogę powiedzieć, że czuję wysokość   W końcu ruszamy. Po drodze zatrzymujemy się na przystanku w Chivay. Dosiada się mnóstwo lokalsów zapełniając każdą możliwą przestrzeń, nawet stojącą. Kobiety w charakterystycznych kolorowych kapeluszach, dzieci umorusane, toboły w tradycyjnych, kolorowych pledach. Robi się wesoły autobus. Każdy świergota w innym języku  Przejeżdżamy przez jeden z brzegów Kanionu Colca. Niestety siedzimy po stronie autobusu „od skały”, a nie „od skarpy”, więc guzik widzimy. Ale to, co udało się zaobserwować pomiędzy głowami nastrajało mega pozytywnie. Góry i skaaaaaarpa, którego dna nie było widać.



Żeby wjechać i przebywać w Kanionie trzeba zabulić 70 Soli. Opłaty skrupulatnie pobierane są przez panią w autobusie, a później bilety są kilkakrotnie sprawdzane przez pracowników Kanionu. Docieramy w końcu do miasteczka. Wydaje się malutkie i przytulne.



Przy samym rynku znajdujemy hostelik za 15 Soli. Właścicielka informuje nas, że w miasteczku na placu torro będzie dzisiaj festiwal. Szybko więc zostawiamy rzeczy i idziemy na miasto jeszcze coś zjeść. Tym razem źle trafiamy: Chicharron, czyli smażona skóra świni z kukurydzą i surówką z cebuli :D

Mimo strasznego brzmienia – skóra świni była całkiem smaczna, tylko że było jej bardzo mało, a my wygłodniali jak wilki. Trochę zawiedzeni ruszamy w stronę miejsca, gdzie odbywa się festiwal. Prowadzą nas tłumy podążającej tam ludności i muzyka. Prawie wszystkie kobiety są ubrane w kolorowe stroje, a już każda obowiązkowo na głowie nosi kolorowy ładny kapelusz. Docieramy do placu torro i jesteśmy w szoku! Rytmiczna muzyka orkiestry i walka z bykami! Świecące słońce i unoszący się kurz stwarzało magiczną atmosferę. Ludzie na trybunach siedzieli pościskani jak sardynki głośno kibicując. Mieliśmy okazję popróbować kilku smakołyków roznoszonych przez lokalsów za cały 1 sol. Smaczne, ale nadal mało.













W końcu do naszych nozdrzy dociera zapach mięcha. Skuszeni aromatem udajemy się na obczajkę. Jeszcze nie zdążyliśmy zobaczyć co i jak, a już kucharka posadziła nas przy stole i serwowała gigantyczne porcje żarcia. Ja skusiłam się na mięso z alpaki. I stwierdziłam, że alpaka oprócz wełny ma jeszcze jedną zaletę: zajebiście dobrze smakuje!  Do kompletu do mięsa serwowana jest kukurydza, ziemniaki i sałatka.

W końcu najadamy się jak bąki. Po odejściu od stołu kusi nawołuje nas jeszcze kobieta ze straganiku z piciem. Podchodzimy nieufnie, bo napój ma dziwny wygląd, bulgocze i pachnie fermentem. „ech… bieremy…. Jak się po tym nie posramy, to znaczy, że w Peru możemy jeść już wszystko…”. No i wzięliśmy. Chicha de Jora – bo tak nazywał się ów napój, okazała się bardzo orzeźwiająca i smaczna.

O zachodzie słońca byliśmy na brzegu kanionu. Żaden aparat nie odda tego wrażenia. Jest przepięknie. Udało się nam nawet zobaczyć kondora szybującego gdzieś na horyzoncie.

Planujemy zostać w kanionie dwa dni. Festiwal trwał i trwał. Aż w końcu po zmierzchu przeniósł się na rynek w postaci grania, tańców i śpiewów. Bawili się wszyscy. Aż żal się było kłaść spać, ale od rana w planach trek w dół kanionu.


29.06.2014r. Kanion Colca – Peru
Dzień niespiesznie zaczynamy po 6. Część rzeczy zostawiamy w depozycie w hostelu, żeby nie targać ze sobą wszystkich zbędnych gratów. Z racji tego, że grzeje słońce i tak dociążamy się wodą. Ja biorę ze sobą 5 litrów. Szukamy czegoś na śniadanie. Nie trzeba wiele kombinować, bo ludzie rozstawieni są na ulicy oferując za grosze kisiel z quinoa i kanapki z avocado.

Smaczne żarło i bardzo pożywne. Bardzo sprytna kooperacja ludzi. Jedni robią żarcie, a drudzy, którzy nie mają gdzie żarcia zrobić – jedzą u tych pierwszych. Do wyboru mieliśmy 3 rodzaje kisielu z quinoa. Wybraliśmy wersję o owocowym aromacie  Pożywności kisielowi dodaje to, że jest serwowany na ciepło. Więc miło rozgrzewa od środka. Przyplątał się do nas mały rudy piesek, którego później ciężko będzie od nas odgonić. A nie chcieliśmy żeby schodził z nami do kanionu.

Zaopatrujemy się jeszcze w żarło w sklepiku i ruszamy. Niestety przez zarażeniem się brakiem pośpiechu od tubylców – na trasę wchodzimy dopiero ok godziny 8.

Znowu udaje się nam zaobserwować parę kondorów szybujących nad kanionem. Ciężko jest je jednak złapać w obiektyw aparatu, bo szybują daleko. Jednak nie aż tak daleko, więc można nacieszyć oko.

Na trasie w trakcie przerwy oczywiście nie mogłam sobie odmówić przyjemności zaparzenia kawy. Bo Andy Andami…. Ale kawa musi być  A kawulec w Andach smakuje wybornie. Nawet jeśli jest zrobiony z ohydnej rozpuszczalnej 

Koło 9 zaczyna już fest grzać. Kanion przebiega tak, że niezależnie gdzie się jest, słońce praży bez litości nie dając ani grama cienia. Jedyna różnica polega na tym, że grzeje albo w mordę, albo w plecy.



Upał jest na tle nieznośny, że nawet przestaje nam się chcieć robić zdjęcia. W końcu docieramy na dno kanionu, którędy płynie rzeka Colca.

Przechodzimy przez wysoki most rozciągnięty naj jej nurtem. Bardzo frustrujące są momenty, kiedy widzisz wodę, a nie możesz do niej zejść, bo brzeg jest bardzo wysoki i stromy… Na szczęście odnajdujemy maleńką ścieżynkę prowadzącą na same dno. Wzdłuż rzeki występują liczne gejzery.



Taka trochę skrajność. Ostatnim razem widziałam gejzery na 4 tysiach, teraz gejzery są na samiutkim dnie jebitnego kanionu. Ach ta różnorodność!!!  Oczywiście nie odmówiłam sobie przyjemności wlezienia do wody chociaż po kolana. Co za ulga. Moje stopy dziękowały za tą lodowatą kąpiel. Przynajmniej do tego momentu, w którym nie wpakowałam się stopą w gorący piasek gejzeru.

Szybko wyparowałam na brzeg i z zawiedzioną miną przyodziałam obuw. Zrobiliśmy jeszcze małą przerwę na popas i dalej ruszyliśmy w gehennę pod górę. Jest naprawdę gorąco. Podłoże po którym się poruszamy jest strasznie męczące. Niby droga, ale pokryta 5cm warstwą miękkiego pyłu. Noga się zapada, a później z pyłu ją trzeba wydzierać. Najgorzej jak taką drogą przejedzie Toyota. Nie można oddychać przez dłuższy czas. Po osiągnięciu większej wysokości w końcu zaczyna wiać. Ruch powietrza przynosi delikatną ulgę. Mijamy kilka wiosek, ale każda z nich wygląda na martwą… Niepokojące jest to, że zaczyna mi się kończyć woda. Niemal 5 litrów płynów wypiłam w przeciągu krótkiego okresu czasu. Wiało dramatem, bo zostałam na 500ml rezerwie. Na szczęście w maleńkiej mijanej wiosce – Malata, znajdujemy przydrożny sklepiczek przed którym siedzi stara, szczerbata, pulchna peruwiana. Gdy nas tylko zobaczyła zapytała: cola? Nie patrząc na cenę wzięliśmy po butelce zakurzonej coca-coli, która leżąc w jakiejś piwniczce nabrała rozkosznie chłodnej temperatury. Nigdy w życiu nie piłam tak smacznej coca- coli i nigdy w życiu nie kochałam tak globalizacji  Właśnie tutaj, na środku pustkowia w Andach… popijać coca- colę… bezcenne 

Naładowani nową energią docieramy w końcu do Cosnihua. Znajdujemy nocleg w chatce, gdzie właścicielka od razu proponuje zrobienie na wieczór kolacji, na co bardzo chętnie się zgadzamy. Zaliczamy prysznic, gdzie woda podgrzewana jest dziwną maszynką podłączoną do prądu do statusu „nie jest zimna”. Prysznic był o tyle niekomfortowy, bo kable zaklejone kiepską taśmą sterczały z każdej strony. Ale po takim przemarszu przez kanion mogłabym się nawet wykąpać w bajorze  








Udaliśmy się na piwo do pobliskiego „sklepiku”. Siedząc na rozklekotanych krzesłach popijaliśmy browara i patrzyliśmy na kanion i na słońce chylące się ku zachodowi. Do rzeczywistości przywoływało nas jedynie burczenie w brzuchu  Jest przyjemnie ciepło, ale to pewnie też dlatego, że znajdujemy się o niemal 1000m niżej niż przez ostatnie dni. Przed kolacją wybieram się jeszcze na krótki spacer, bo widząc, że nigdzie nie ma świateł byłam niemal pewna, że niebo będzie wyglądać bajecznie. I takie właśnie było. Jeszcze chyba nigdy nie widziałam tak gęsto ugwieżdżonego nieba. Nie dało się nie zauważyć mlecznej drogi. Gwiazd było tyle, że aż ciężko było zaobserwować gwiazdozbiory, które pojawiają się na „miejskim” niebie (pomijając fakt, że byliśmy na południowej półkuli, gdzie gwiazdozbiory w ogóle są inne). Z zadumy wyrywa mnie nawoływanie, że żarcie na stole. Zupa z kukurydzy z łychą pikantnej salsy; kurczak, ryż, ziemniaki i 2 plasterki pomidora. Na deser herbata. Wszystko smakuje wybornie – tym bardziej, że podane z wielkim sercem i serdecznością. Idziemy wcześnie spać, bo jesteśmy wypruci. Biorąc lekcję z dzisiejszej żarówy – postanawiamy wstać przed wschodem słońca i wyjść w drogę zdecydowanie wcześniej. Jednak noc jest straszna. Nie mogę spać, przewracam się z boku na bok. Trochę przeklinam późną kolację i zadowalam się regeneracją w pozycji leżącej w ciepłym śpiworku.

30.06.2014r. Kanion Colca – Chivay – Peru
Dzień zaczynamy o 0530. Szybka kanapka z avocado, ciastka i w drogę. Mijamy Malatę, która budzi się do życia. Spora ilość ludzi krząta się już po domostwach zapewne szykując się już do pracy. Osły rżą, świnie chrumkają, a ludzie tłuką się sztućcami po talerzach. Szybko przemykamy przez wioskę i rozpoczynamy mozolone zejście do Sangale (El Oasis). Idziemy z przeświadczeniem, że całą tą wysokość, którą właśnie tracimy, po przekroczeniu rzeki będziemy musieli odzyskać. Ale taki właśnie jest urok gór. Przy Oasis na moście robimy postój.




2180 m n.p.m. – teraz tylko jedyne 1000m w pionie do góry. Na razie jest bardzo przyjemnie, bo jest cień i chłód. Ale w końcu nadchodzi ten czas, kiedy znowu dopada nas słońce. Na szczęście dopada nas, kiedy jesteśmy już w ¾ drogi. Przystanęłam na chwilę by rozejrzeć się po kanionie i nagle usłyszałam bardzo głośny szum. Jakieś wielkie ciemne coś przeszybowało tuż nad moją głową. Zadarłam głowę i zobaczyłam co to za czarne coś. Kondor!!! Szybował tuż nad nami. Szybko wydobyłam aparat. Mimo tego, że był blisko ciężko było go złapać w obiektyw, bo sunął po niebie jak perszing. Z wielu prób ustrzeliłam dwa znośne zdjęcia, które oddają jego majestat. A kondor jakby wiedział – kiedy tylko schowałam aparat, usiadł gdzieś daleko na skale i obserwował okolicę w poszukiwaniu śniadania.




Po takich widokach aż raźniej było deptać do góry. W końcu dotarliśmy do Cabanaconde. Było już dosyć późno, więc stragany z kisielem były już zwinięte. Wparowałam do sklepu z zachcianką na colę i banany. Ale zobaczywszy lokalny ser moje zachcianki się zmieniły. W smaku przypominał trochę naszego oscypka – ale takiego niewędzonego.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu do autobusu, więc można było trochę odsapnąć w słonku, które bez wysiłku sprawiało wrażenie całkiem przyjemnego. W autobusie tym razem usiadłam po stronie „od skarpy”, więc przez całe 2h miałam jeszcze okazję napawać się pięknym widokiem kanionu. I widokiem skarp, od których droga nie była w żaden sposób zabezpieczona… :D












W końcu dojechaliśmy do Chivay. Małe miasteczko zarabiające na turystach. Wszystko jest tutaj droższe. Wynajdujemy mały bar, w którym jedzą lokalni ludzie, a ceny są o połowę niższe niż w barach dla turystów. Kurczak z frytkami – syta porcja. Najedzeni zabieramy się za szukanie transportu do naszego kolejnego celu podróży – Puno i jezioro Titicaca. Niestety jedyny transport do Puno jest mega drogi…. Lokalny biznes żąda od nas aż 95 Soli. Wkurzeni za takie zdzierstwo po zanabyciu biletów idziemy sobie poprawić humor na piwie  Potem wybieramy się na spacer po lokalnym bazarze. Pierwszy raz widziałam taką ilość rodzajów ziemniaków. Zielone, fioletowe, małe, duże, okrągłe, o koślawych kształtach, z tysiącem wypustek… W końcu widać, że to kraj ziemniaka. Mięso sprzedawane bez lodówek – taka lokalna masakra, bo wszędzie rozchlapana krew, flaczki i muchy. Ale dla wszystkich tutaj, to normalka.













Znajdujemy straganik, na którym pani peruwianka na bieżąco pichci jedzenie w polowych warunkach. Pachnie ładnie, wygląda ładnie…. Postanawiamy, że dnia kolejnego zjemy to obiad, a tego rodzaju posiłkodajnie zarabiają nazwę „garkuchnia”.




TO BE CONTINUED  ;D Sakramucko długo się pisze tą relację..... muszę podzielić na porcje, bo całości nie ogarnę.
Jakość zdjęć średnia, bo średni kompakt. Sorry za frywolny język  ;D
Łażę po górach by nabrać dystansu do spraw "nizinnych".

forum.outdoor.org.pl

Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« dnia: Wrzesień 05, 2014, 22:48:29 »

Offline Szekla

Odp: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« Odpowiedź #1 dnia: Wrzesień 06, 2014, 13:42:23 »
Part 2  ;D

01.07.2014r. Chivay – Puno – Peru
Nad ranem (właściwie, to w środku nocy) dostaję sms, że bank zablokował mi kartę po wypłacie w bankomacie. Radosna nowina. Rano jednak wszystko udaje się załatwić telefonem do Polski (11minut = 77zł…) i wkur….zeniem. Szybkie pakowanie i wyjście na śniadanie na miasto. Tutaj też popularne były kanapki i „kisiel”. Tym razem wybrałam wersję białą. Chyba z mlekiem i bardzo słodką. 


Wróciliśmy do hostelu po rzeczy, żeby się wymeldować. Na obiad uderzyliśmy do garkuchni. Danie główne: alpaka, frytki z cebulą, ziemniaki, marchewka i surówka z cebuli. Cały stos żarcia za 5 Soli!


W garkuchniach jedzenie jest tak tanie, że aż dziw bierze, że to im się nadal opłaca… Później świeżo miksowany sok z papaji, ananasa i pomarańczą – takie soki zostały już moim nałogiem do końca.


Czas oczekiwania na busa „zmusił” nas do krążenia po miasteczku. A jak krążenie, to i jedzenie… Do degustacji wpadła jeszcze galaretka z pianą z białek jaja, która ubijana była na miejscu i naleśnikowe krążki zrobione z ciasta ze słodkich ziemniaków.




Minęło dopiero kilka dni odkąd jesteśmy w Peru, a ja już wiedziłam, że jak będę tk wszystko kosztować, to waga po powrocie będzie spooooooro wyższa :-) O 1330 załadowaliśmy się do ciasnego busa i w drogę! Początek był cały czas pod górę. Wywindowaliśmy się na 4k m i właściwie już większość drogi przebiegała na tej lub nieco wyższej wysokości. Zrobiliśmy pitstopy na środku niczego i nad jeziorem górskim zwanym „małe Titicaca”.








Do Puno docieramy późno. Przewoźnik proponuje nam znajomy hotel, po niższej cenie. Naprawdę niższej, bo nie dość że płaci za taksówkę, to jeszcze płacimy 25Soli, gdzie regularna cena pokoju wynosi 38$. Nie po raz pierwszy przekonujemy się, że ceny w Peru są względne. Recepcjonistka od razu proponuje nam wykupienie wycieczki następnego dnia po jeziorze Titicaca. Korzystna cena i to, że jest już późno – a nie chcielibyśmy marnować następnego dnia na szukanie – powoduję, że z miejsca się decydujemy. Teraz na spokojnie i bez stresu możemy się wybrać podziwiać miasto. Niestety na uliczkach panuje straszna nagonka na turystów. Nie można przejść 5m, bo już na twarzy ląduje ci menu restauracji, a naganiacz kulawym angielskim próbuje przekonać, że to właśnie jego restauracja jest jedyna i niepowtarzalna w całym Peru! Moje wkurzenie sięga zenitu, więc wybór żarłodajni pada na mojego kompana. Na pocieszenie dostajemy Pisco Sour w gratisie.

02.07.2014r.
Rano oczywiście nie zadzwonił mi budzik. Chciałam wstać o 0600, bo 0645 mieliśmy wyjazd. Ocknęłam się o 0625 więc wszystko w biegu. Nienawidzę się śpieszyć z rana. Pochłonęłam kawałki pizzy, które mi zostały z wczorajszej kolacji i do boju. Do portu podwieziono nas busem, zbierając po drodze też innych chętnych. Było całkiem niedaleko. Załadowaliśmy się na barkę. Czas oczekiwania umilił nam lokalny grajek, który opuścił pokład tuż przed startem.


Poranek nad jeziorem był bardzo zimny. Słońce świeciło, było przejrzyście – w sam raz do podziwiania gór wpadających do wody. Płynęliśmy cały czas po zatoce. Ale skoro tak wielka jest zatoka, to jak olbrzymie jest jezioro Titicaca?! 










Przewodnik upominał nas cały czas, żeby nazwę jeziora wymawiać [titihaha], bo „kaka” to zupełnie co innego :-) Po 1h40min docieramy do Uros – słomianych, pływających wysp na których żyją ludzie. Powitały nas bose, pulchne i uśmiechnięte Peruwianki.




Dziwne wrażenie chodzić po takiej słomianej wyspie. Stawiając krok zapada się pomiędzy łodygi trzcin.



Usiedliśmy na słomianych ławkach, a szef wyspy – Dino – opowiedział nam jak wyspy są zbudowane – wszystko w języku Ajmara. Żywotność takiej wyspy to 30lat!




Potem mieliśmy okazję przepłynąć się słomianą łodzią odpychaną przez prowadzącego od dna długim kijem. Potem kilka chwil na zakup pamiątek. Ceny różne, wiele wyższe niż na lądzie. Mimo tego zdecydowałam się na zanabycie poszewki na poduszkę z kalendarzem Inków.














Niespiesznie ładujemy się na barkę i ruszamy w kolejny 2h rejs na kamienną wyspę Taquia. Siadamy na ławkach na dachu barki, gdzie poznajemy Francuzów z Gujany Francuskiej i Ekwadorczyka z USA. Opowiadają o przygodach na Machupicchu, gdzie byli dnia poprzedniego, a gdzie my zamierzamy się udać w dniach kolejnych. Na pogaduchach droga minęła szybko. Dobiliśmy do wyspy.


I od razu można było zauważyć, że ludzie ubierają się tutaj zupełnie inaczej. Mężczyźni noszą dwa rodzaje czapek. Kawalerowie noszą czapki czerwono białe, a żonaci czerwone.


Kolory kiecek kobiet też miały jakieś znaczenie, ale przewodnik za bardzo mieszał angielski z hiszpańskim i nie skumałam różnic :-)


Wdrapaliśmy się na szczyt wyspy. Titicaca leży na wysokości 3800m n.p.m., szczyt wyspy na 4000m n.p.m. Mieliśmy chwilę przerwy na ryneczku na którym nic poza widokiem na panoramę jeziora nie było.








Potem mieliśmy przerwę na lunch, gdzie zaserwowano nam rybę z jeziora i Mate de Coca – herbatę z liści koki.




Właściciel restauracji pokazał nam też roślinkę z której można zrobić naturalny szampon. Zmiażdżył ową roślinkę kamieniem, a następnie za pomocą jej soków uprał kawałek ubabranej w gówienku wełny osiągając efekt śnieżnobiałego produktu.




Taras skierowany był w stronę jeziora. Z tego miejsca Titicaca wyglądało jak morze. Można było zobaczyć majaczący na horyzoncie brzeg należący już do Boliwii.


Zeszliśmy na drugi skraj wyspy, gdzie czekała na naj już nasza barka.




Rejs powrotny do Puno trwał 2h 40min. Po dobiciu do portu od razu pojechaliśmy na dworzec autobusowy kupić bielty do Cusco. I wybraliśmy się na gigantyczną kolację do garkuchni za 6 soli. Nie mogąc się zdecydować wybrałam menu mixto, czyli mix wszystkiego, co aktualnie było serwowane.

03.07.2014r. Puno- Cusco- Peru
O 0600 pobudka, szybkie pakowanie i jazda na dworzec. Tam zjedliśmy kanapkę z serem, a później od 0830 do 1530 jechaliśmy autobusem w stronę Cusco. Cały czas przez góry. Można było obserwować jak zmienia się ich charakter. Wprawdzie to nadal nie dżungla, ale stoki są już bardziej porośnięte roślinnością. Taksówką podjechaliśmy na Plaza de Armas i znaleźliśmy hostelik. Zadanie nr 2 to znaleźć transport do Machupicchu. Po dłuższych poszukiwaniach udaje się zakupić bilety do hydroelektrowni. Pytam się sprzedawcy jakie miejsce w Cusco mógłby polecić na zjedzenie czegoś dobrego. Bez zastanowienia kieruje nas na targowisko San Pedro. Jest tam dosłownie wszystko. Garkuchnie, sokodajnie, pamiątkownie, owoce, pieczywo, sery, rzeźnie, medycyna naturalna i wiele, wiele innych rzeczy, które nawet ciężko opisać :-)
























Kierujemy się do garkuchni, gdzie za 4,5 sola jemy zupę i full drugie danie. Potem dajemy sobie czas na krzątanie się po straganach, a finalnie lądujemy na szklanie świeżo robionego soku. Płaci się za cały dzban zmiksowanych owoców. Jedną szklankę wypijam na miejscu, a pozostałą część zabieram na wynos mając tym sposobem podwieczorek i kolację, bo mus owocowy jest bardzo sycący. Nastał już zmrok, więc wybieramy się na spacer po mieście, kończąc na browarze.


 Ja proszę o podgrzanie piwa, a potem do kufla ładuję cukier i sok z limonki robiąc tym samym prowizorycznego grzańca. Kelner dziwnie na mnie patrzy, ale sami grzańca nie serwują, a ja mu przeta po hiszpańskiemu nie wytłumaczę, że coś mnie w gardle drapie i się próbuję leczyć :-) W naszym hosteliku też jest maszynka do podgrzewania wody na prąd. Tym razem naprawdę działa i podgrzewa wodę do temperatury „bardzo ciepła”.

04.07.2014r. Cusco – Peru
Dzisiaj mnie rozłożyła angina. Nie mam na nic siły i ochoty. Leżę cały dzień w łóżku kurując się prochami, które mieliśmy w podręcznej apteczce.

05.07.2014r. Cusco – Peru
Niestety choroba się rozwija, więc postanawiam udać się do lekarza, bo Machu coraz bliżej i chyba bym się załamała, gdyby dotarciu tam przeszkodził jakiś bakcyl.  Informacja turystyczna kieruje mnie do kliniki dla turystów, która jest bliziutko nas. Kobieta na miejscu ni hu hu nie mówiła po angielsku, ale kaleczonym hiszpańskim i językiem migowym udało się dogadać i zadzwoniła po lekarza. Lekarz na szczęście okazał się anglojęzyczny. Saturacja 98%. Pada wyrok - Angina. Wersja bezgorączkowa. Lekarz proponuje mi zastrzyk, żeby gigantyczną dawką leku szybko zatłuc bakcyle, a potem normalna terapia antybiotykiem. Zgadzam się i w moim zadzie ląduje gigantyczna strzykawa leku, któru utrudnia chodzenie, a na długi czas uniemożliwia siadanie :D Usługa + leki kosztowała mnie 203 sole, ale po powrocie do Polski nie był żadnego problemu, żeby kwota została zwrócona przez ubezpieczyciela. Miałam wykupione ubezpieczenie z towarzystwa Uniqua. Z minuty na minutę czuję się coraz lepiej. Po 2 godzinach nie mam już czopów ropnych na gardle. Wiedząc, że nie będę w stanie usiedzieć w taxi – do hotelu poszłam pieszo. Zaliczyłam przy okazji spacer, śniadanie i skusiłam się na pamiątkową fajkę z kości lamy.








Po południu udajemy się na dworzec kupić bilety na dalszą trasę, po powrocie z Machu. W planach kierunek na wybrzeże. W drodze powrotnej wysiadam przy innej pamiątkowni, żeby w końcu zaopatrzyć się w gadżety materialne, które zostaną mi przypominajką tego wyjazdu. W końcu wraca do hostelu i padam, bo trochę za bardzo się chyba zachłysnęłam szybkim powrotem do lepszego samopoczucia.

06.07.2014r. Cusco – Aguas Calientes – Peru
0730 meldujemy się w wyznaczonym  miejscu czekając na busa do Aguas Calientes. Czujemy się lekko zaniepokojeni, że zostaliśmy wykiwani, bo spóźniał się już pół godziny. Ale na szczęście przewoźnik pojawił się niespiesznie i zabrał nas na pokład. W końcu ruszamy krętymi uliczkami wspinając się do góry i wyjeżdżamy za miasto. Przejeżdżamy przez różne pagórki. Serpentyna za serpentyną.


Wjeżdżamy na przełęcz na 4600m, przejeżdżamy na drugą stronę góry, a tam…. DŻUNGLA! Pełno drzew, traw, krzaków i wody. W oddali majaczą ośnieżone szczyty. Droga jest kręta, siedzenia niewygodne i wyrzuca na boki na każdym kroku.




Chwilę przed najgorszymi zakrętami zjadłam pomarańczowego banana, który smakował jak marchewka, bo musiałam zażyć leki. I zrobiło mi się naprawdę niedobrze. Nie mam problemów z chorobą lokomocyjną, a tu centralnie myślałam o puszczeniu pawia. To tylko takie zobrazowanie tej ilości zakrętasów ;-) W końcu zjechaliśmy z drogi asfaltowej na pylastą. Mniej zakrętów, ale więcej kurzu w powietrzu. Dobrze, że istnieją buffy. Krótka przerwa w Santa Teresa i docieramy w końcu do hydroelektrowni. Tam zdobywamy szybkie info gdzie się kierować i ruszamy na 2h marsz wzdłuż torów przez dżunglę. Jest już późne popołudnie. Gdy tylko weszliśmy w las, można było poczuć jego specyficzny zapach. Powietrze jest gęste, momentami aż lepkie. Czuć zapach kwiatów, owoców, mieszający się z zapachem bystro płynącej rzeki Urubamba, a niekiedy zgniłych roślin. Łańcuszek ludzi rozciąga się tak, że każdy może iść przez dżunglę sam i ją przeżywać w osobności.














Po 2h 4min docieram do Aguas Calientes. Szybko znajdujemy mały hostelik Quechu, który jest na obrzeżu miasteczka, a przez okno każdego pokoju widać góry.

07.07.2014r. Machupicchu
Przed 3 w nocy budzi mnie deszcz. Myślę sobie: o nie…. Proszę…. Tylko nie to… będzie lało, a my nie zobaczymy gór i Machu, bo będzie tonąć w chmurach… Drzemię do rana wkurzona i trochę zawiedziona, ale słyszę, że powoli przestaje kapać. O 4 już nie pada. Zbieramy się szybko i ruszamy. Przed wejściem na szlak wiodący pod górę do Machu stoi już pokaźna ilość chętnych do wejścia. Strażnik jest jednak nieugięty i wpuszcza nas dopiero gdy zegar wskazuje 5. Przy świetle czołówek ruszamy do góry. Jest stromo, ale schodki są dobrze wyprofilowane. Mimo wczesnej godziny, najgorsza okazuje się duchota. Powietrze można ciąć nożem. Miałam wrażenie, że nie można było zaczerpnąć powietrza. Albo raczej, że wciąga się do płuc gęstą parę wodną, która z tlenem ma niewiele wspólnego. Po 54 minutach wspinaczki melduję się pod bramą Machupicchu. Oczywiście jest jeszcze zamknięta, bo otwierają ją dopiero o 6 rano. Na górny parking zaczynają docierać pierwsze autobusy.  Chociaż tyle, że jesteśmy w kolejce przed tymi leniami :-) Gdy wchodzimy na Machu – ruiny jeszcze śpią. Panuje półmrok, a wędrujące chmury tworzą magiczną atmosferę. Panuje aż boląca uszy cisza. Nie widać ludzi łażących i próbujących wetknąć wszędzie swoje ciekawskie nosy.
















Robimy kilka zdjęć i kierujemy się w stronę Waynapicchu, gdzie wejście mamy na 0700. Jest 0630 więc mamy trochę czasu na resta. Chmury zakrywają nasz kolejny cel. Może to i dobrze, bo nie byliśmy świadomi w co się właśnie pakujemy :-)




Wchodzimy na wąskie ścieżki pomiędzy skałami a roślinami. Są jak korytarze, więc w sumie i tak spomiędzy nich nic nie widać. Dalej nie wiemy, czy wychodząc na szczyt uda się nam cokolwiek zobaczyć.




Momentami ścieżka jest tak stroma, że trzeba sobie przy podejściu pomagać rękoma, a nawet przechodzić pod skałą na czworaka.




Dochodzimy do pierwszego „balkonu” i już wiemy, że mamy szczęście.


Świeci słońce, a ruiny ukazują się raz za razem pomiędzy mgłami.




Robimy foty i idziemy na szczyt. Chmur już prawie nie ma, widok czysty i przejrzysty. Bajka. Ciężko aż stamtąd odejść.




W końcu ruszamy i postanawiamy pójść trasą do wielkiej komnaty. W połowie drogi już żałujemy, bo błyskawicznie straciliśmy wysokość i wiedzieliśmy, że do wyjścia znowu trzeba będzie ją odzyskać. Komnata okazała się niczym specjalnym, a my znowu zaczęliśmy się wspinać plując sobie w brody, że to zeszliśmy.


Po dotarciu do wyjścia byliśmy szczęśliwi, że to już koniec wspinaczki. Bo o ile chodzenie po górach jest spoko, to chodzenie po górach w dżungli, to dramat :-) Ruszyliśmy na zwiedzanie części ruin, których nie zdążyliśmy zobaczyć rano.


Milion ludzi wyszło już na ścieżki. Ciężko było znaleźć choć kawałek ruin do obfocenia na którym nie znalazłby się inny człekokształtny.
















Znaleźliśmy miejsce przy Inkas bridge na terasie, gdzie za zaułkiem nie było ludzi i można było dychnąć na chwilę, usiąść na zadzie i obserwować góry. Pogoda była naprawdę piękna. Trochę chmur, ale generalnie słonko. Można było wysuszyć bluzki z potu ;-)






Niestety na taki wysiłek 1,5l wody to za mało. Skończyły nam się zapasy, grzało dalej, więc opuściliśmy rejon. Przed wejściem do ruin rozstawiony był „fastfood”, gdzie turyści mogli się zażerać do woli za straszne pieniądze. Cola z lodem smakowała wybornie, szkoda tylko, że kosztowała 4 razy więcej niż normalnie. Ruszyliśmy na dół podziwiając tym razem za dnia piekło, przez które zmierzaliśmy o świtaniu. Setki schodów, skały, korzenie… Dotarliśmy do naszego hostelu, wykąpaliśmy się i władowaliśmy do łóżek na zasłużoną drzemkę. Za oknem słychać było peruwiańską muzykę, zza firanki widać było góry na wyciągnięcie ręki. Kosmos.


Tej nocy spało mi się bardzo przyjemnie. Bo zrealizowałam jedno ze swoich marzeń. Widziałam Machupicchu na własne oczy!!!


08.07.2014r. Aguas Calientes – Cusco / Peru
Nad ranem budzi mnie deszcz. Jest pochmurno, mgliście i nieprzyjemnie. Uśmiecham się pod nosem, że dzień wcześniej mieliśmy szczęście. Odsłaniam zasłony, podziwiam to, co na zewnątrz i buszuję trochę po necie. O 0900 wymeldowujemy się i idziemy standardowo do garkuchni zjeść jakieś śniadanie i spić kawulca.




A potem niespiesznie ruszamy wzdłuż torów do hydroelektrowni. Pod koniec trasy zatrzymujemy się nad rzeką i wylegujemy się na wielkich głazach. Mamy dużo czasu, więc możemy nacieszyć się jeszcze dżungląi poobserwować drzewa, za którymi już zaczęłam tęsknić.


O 1200 zbieramy się i idziemy do punktu kontaktowego. Jemy tam jeszcze obiad. Oczywiście moja ciekawość bierze górę i kuszę się jeszcze na spróbowanie grenadili. Bardzo smaczny, choć w smaku podobny zupełnie do niczego,  owoc-glut :-) Po 14 dopadamy naszego busa. Udaje mi się załapać na przednie siedzenie koło kierowcy, więc mam okno do swojej dyspozycji. Kręcę kilka filmików po jakiej trasie jedziemy. Do tej pory jak je odpalam, to jeży mi się włos na głowie. Wąskie ścieżynki, a kierowca na nich ciśnie ile fabryka dała i jeszcze wyprzedza. Trąbiąc przy tym nie wiadomo na kogo i na co. Gdy przekroczyliśmy pułap 4000m, wjechaliśmy w chmury. Na 3m nie było nic widać. W busiku zapanowała cisza, a ktoś z tyłu rzucił dla żartu „hey! Guys! It was really nice to meet you!” Przez trudne warunki do Cusco docieramy bardzo późno. Wracamy do hostelu i od razu idziemy spać.
Łażę po górach by nabrać dystansu do spraw "nizinnych".

Offline Szekla

Odp: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« Odpowiedź #2 dnia: Wrzesień 06, 2014, 21:50:51 »
Part 3  ;D

09.07.2014r. Cusco- Ica/ Peru
Do 1500 działamy w rozproszeniu. Idę na śniadanie na targowisko San Pedro. Trafiam do kobity, która za 5 robi mi jajecznicę z 3 jaj, litrową kawę na mleku i gigantyczny kawał drożdżowego ciasta. Mmmmm…. :-) Plątam się jeszcze po straganach dokupując czapki z wełny alpaki. Idę uzupełnić paszę na podróż a potem na browara. Piwo niby piwo, ale Cusquena negra wybitnie przypadła mi do gustu. Idziemy wszamać obiad, a potem upolować ciasto czekoladowe… Właściwie nie wiem skąd się na takowe wzięła chęć :-) Trafiamy na mecz Argentyna- Holandia, więc czas mija w kibicowej atmosferze. O 1740 ładujemy się do autobusu, który jednak nie był tak zajefajny jak na zdjęciach z folderu. Męczę się strasznie na swoim siedzisku. Niestety w każdym autobusie odległości między czymkolwiek były ni to w pipkę, ni to w oko – za mało miejsca, żeby siedzieć wygodnie, a jak się rozłożyło fotel, to nogi nie sięgały barierki, albo fotela. Albo może to ja mam dziwne upodobania spać w autobusie w różnych dziwnych pozycjach :-) W końcu przesiadam się na wolną dwójkę, zwijam się w kłębek klinując jakoś dziwnie nogi i przesypiam do rana. Jak suseł.

10.07.2014r. Ica / Peru
Ica miała być naszym miejscem przesiadkowym w drodze do Paracas. Tico- Taxi podwozi nas do busfirmy, gdzie oferują nam przejazd za kosmiczną kasę. Pada decyzja, że zostajemy w Ice na jeszcze jeden dzionek i bez tobołów na spokojnie znajdziemy transport. I to był strzał w 10. Na innej busstacji znajdujemy babkę z biura turystycznego, która składa nam dwie wycieczki, w tym jedną do Paracas. Wszystko w sumie o wiele tańsze niż sam przejazd zaproponowany przez poprzednią firmę. Jeszcze dzisiaj po szybkim obiedzie wyruszamy na objazd peruwiańskich winnic, gdzie oprócz procesu produkcji win i pisco możemy też degustować lokalne wyroby. Sami byśmy tu na pewno nie dotarli. Jedna z odwiedzanych winnic była najstarszą w regionie. Wiele z nich zostało niemal doszczętnie zniszczonych podczas trzęsienia ziemi, które nawiedziło Peru w 2007r.
















Potem jedziemy w miejsce, gdzie kiedyś podobno były czarownice. A pamiątką po nich jest La Palmera de las Siete Cabezas – palma o 7 pniach (właściwie, to o 6, bo lokalsi starannie pilnują, żeby było tylk6), które nie rosną pionowo, tylko wiją się jak węże – wrastając i wyskakując z ziemi. Ilość pni ma znaczenie w legendzie, ale nie pamiętam jej szczegółów. Przewodnik opowiadał to strasznie kulawym angielskim miksując go z hiszpańskim. Ciekawe zjawisko.








Kolejny przystanek to laguna na środku pustyni – Huacachina. Niemal każda miejscówka miała swoją legendę. Tutaj zaraz za miastem wyrastają potężne góry piaskowe, na których można poświrować na sandboardzie albo na pojeździe zwanym sandbug.




Wracamy już dosyć późno, więc idziemy na szybką kolację. Pani zamiast podwójnej porcji frytek podaje mi jedną porcję frytek z dwoma jajkami sadzonymi… Ja pier… Nienawidzę hiszpańskiego :-)

11.07.2014r. Paracas / Peru
O 0630 zabiera nas bus spod hotelu. Trochę krążymy po Ice zbierając ludzi na wyjazd na Islas Ballestas. Pogoda jest ciekawa, bo mży i jest bardzo duża wilgotność – a prawdziwy deszcz nie padał tu od wieeeeelu, wieeeelu lat. Sorry, taki klimat :-) Po 0800 meldujemy się w Paracas. Jest pochmurnie, mgliście, ale ciepło. Idziemy od razu do portu, gdzie szybko kupujemy bilety i ładujemy się na sporą łódź motorową. Zajmuję miejscę na lewej burcie. Kiedy ruszyliśmy już nie było tak ciepło. Pęd powietrza wychładzał, więc w ruch poszła puchówka. Ocean był bardzo spokojny – w sumie w końcu taka jego nazwa :-)


Pierwszym przystankiem był El Candelabro de Paracas. Gigantyczne coś wyryte w ziemi, zwrócone w kierunku morza. Właściwie nie wiadomo po co to służyło i kiedy zostało zrobione. Jest tak usytuowane, że nie oddziałują na niego wiatry i inne niszczące siły. Wielkość to bagatela 170x150m – widać go z daleka, dlatego przypuszczano, że jedna z jego funkcji, to punkt odniesienia nawigacyjnego.






Po obfoceniu ruszamy dalej na Islas Ballestas. Wyspy są skaliste. Mają wiele jaskinek, łuków i tworów wytworzonych przez wiatr i wodę. Są obsiedziałe przez przeróżne gatunki ptaków. Nawet pingwiny Humboldta, które de facto na wolności widzę pierwszy raz.










Nagle coś się kotłuje przy pobliskiej skale. Plum. I wielki lew morski zaczyna się gramolić na skałę i wspinać z całkiem niezłą gracją. Jak dla wszystkich, to wyglądał jak foka. Ale przewodnik szybko wyjaśnił, że foki nie potrafią się wspinać.




Wyspa jest domem dla tysięcy ptaków, które robią dużo guano. Z guano budują nawet gniazda. Guano z wysp zbierane jest raz na 8 lat (ostatni raz miało to miejsce w 2011 roku) i sprzedawane jako nawóz. Za każdym razem ze skał zdzierane jest wiele tysięcy ton guano…




Opływamy wyspy i powoli wracamy. Po dotarciu do portu odbieramy z busika nasze rzeczy, znajduje nas hotel za 25soli, gdzie finalnie zostajemy, bo jest bardzo przyjemnie. Idziemy do miasteczka, które wygląda jak normalna nadmorska (nawet polska) mieścina. Wcinamy na śniadanie kanapkę z omletem, a potem idziemy szukać rowerów na dzień kolejny. Rowery też nas znajdują same za 30soli/dzień. Idę na spacer po plaży. Woda jest o wiele cieplejsza niż w Bałtyku, ale plaża strasznie syfiasta. Szukam muszelek, karmię pelikana zdechłymi rybkami… ech te nadmorskie aktywności :-)




I w sumie na tym kończą się pobliskie atrakcje. Wieczorem wychodzimy na paszę. W końcu przychodzi pora na Ceviche – czyli surowa posiekana ryba zalana sokiem z limonki z cebulą i solą – pozostawiona do zamarynowania. Bardzo odświeżające i smaczne. Na 2 danie smażona ryba z ryżem.

12.07.2014r. Paracas / Peru
Po 0800 śniadanie w stylu Americano. Jajecznica, 2 bułki, marmolada, kawa i świeży sok z papai. Dobra dawka węgli przed rowerowaniem. Około 0900 ruszamy na trasę. Najpierw ok. 10km mozolnie ciśniemy przez pustynię. Jest pochmurnie, a od oceanu czuć świeżą bryzę, więc jedzie się przyjemnie. W końcu docieramy do pierwszej plaży, ale nie schodzimy na nią, tylko zostajemy na wysokiej skarpie, bo stąd widać skaczące w wodzie delfiny! Niestety są na tyle daleko, że aparat prawie ich nie łapie.




Kolejnym punktem programu jest El Cathedral. Charakterystyczna formacja skalna, albo raczej to, co z niej po trzęsieniu ziemi w 2007r. zostało. Kiedyś była symbolem tego rejonu. I widziałam ją kilkakrotnie w jakiś programach przyrodniczych czy turystycznych. A teraz zostały z niej ruinki, które przypominają tylko o dawnej świetności.




Linia brzegowa jest tu zupełnie inna niż nad Bałtykiem. Ląd klifami wpada do wody i ciężko znaleźć zejście na wąską plażę.


W końcu dopadamy jedno, a ja znowu nie mogę sobie odmówić przyjemności zmoczenia choć nóg. Woda jest ciepła, a plaża…. Cóż… nie jest pokryta piaskiem, tylko gigantyczną ilością zmiażdżonych muszelek. Musiało ich tam być zyliardy!!! Kawałek dalej przy zatoce brzeg jest skalisto kamienisty. Ocean wywalił tam wiele muszelek, piór, kości, dziobów, trucheł ptaków i lwów morskich…. Pełen obraz tego, co żyje w oceanie. I w porównaniu z tym Bałtyk sprawia wrażenie morza prawie martwego. Co ciekawe, na tyle padłych zwierzaków – w powietrzu nie unosił się zapach zdechlizny.


















W końcu docieramy do Lagunili, gdzie zjadamy wielką grillowaną rybę. Po resztki zgłasza się pelikan, który podchodzi naprawdę blisko i mimo pokracznego wielkiego dzioba, z wielką gracją łapie resztki ryby, nie dając się zrobić w bambuko, kiedy podrzucamy mu też kukurydzę. Zarabia przy tym sporą serię zdjęć i filmików.




To już końcowa stacja, więc ruszamy w drogę powrotną. Po drodze zajeżdżamy jeszcze do muzeum flory i fauny Paracas, gdzie w oodali udaje się nam się zobaczyć flamingi.


Zaczyna się rozpogadzać i na ostatniej asfaltowej prostej świeci już słonko. Tym razem dyktowałam sobie swobodne tempo na rowerze, więc do hotelu wracam rześka.

13.07.2014r. Paracas/ Peru
W związku z pewnym „niedomówieniem”, o 12 okazało się, że zostajemy jeszcze jeden dzień w Paracas. Nie czekając na zbawienie, zebrałam się i ruszyłam na spacer w stronę Pisco. Dosyć szybko z drogi zgarnęło mnie colectivo i za 3 sole zabrał do położonego 15km dalej Pisco. Nie znając niemal słowa po hiszpańsku – dowiedziałam się, gdzie jest port, lotnisko, soyuz (przystanek autobusowy, z którego dnia kolejnego pojedziemy do Limy) i co najważniejsze – miejsce, z którego w Pisco zabierze mnie colectivo w stronę Paracas. To było dosyć istotne, bo w różnych miejscach miasta zbierają cię colectivo do różnych miast. Wysadzono mnie przy Plaza de Armas – sporo dalej od mojego przystanku i dosyć dużo czasu zajęło mi odtworzenie trasy dotarcia do punktu zbiornego. Pisco jest brzydkie i brudne. Podobno stało się takie właśnie po trzęsieniu ziemi w 2007. Ciasne, zakurzone uliczki, takie same budynki z licznymi straganami, gdzie każdy chce zarobić na czymkolwiek. Spędziłam tam więc niewiele czasu, zjadłam obiad i wróciłam na wybrzeże. Po drodze w sklepie kupiłam browary i w piłkarskiej atmosferze obejrzałam w hotelu finał mistrzostw świata. Trzymam się kontynentalnego patriotyzmu i kibicuję Niemcom, którzy finalnie wygrywają – yay! Wieczorem wybieram się na ceviche.


14.07.2014r. Paracas – Lima/ Peru
O 0800 wyjście z hotelu. Szybkie śniadanie nad brzegiem oceanu. Idziemy na skraj drogi, gdzie szybko łapię colectivo. Jedziemy do Pisco. Driver wysadza nas przy stacji colectivos, które jadą na Soyuz – stacja przy drodze panamerykańskiej, którą będziemy jechać do Limy. Czekamy 5min na komplet w samochodzie i ruszamy. Busy do Limy jeżdżą na okrągło. Nie zdążysz na jeden, to max za 30min jedzie kolejny. Podróż do Limy trwa 3-4 godziny. Droga prowadzi głównie przez wybrzeże. Mieścin po drodze jest niewiele. Dlatego jak autobus wjeżdża do stolicy, to jestem w wielkim szoku. Prawie 9milionowe miasto, wiele wysokich budynków, mnóstwo dobrych dróg i miliony samochodów. Na końcowej stacji czekamy 30min zanim odbierze nas Efrain, u którego się zatrzymamy. Bardzo pogodny i otwarty człowiek, z którym można rozmawiać niemal bez końca. Zabiera nas do mieszkania, gdzie zostawiamy tylko plecaki i ruszamy na miasto. Podróżujemy różnymi środkami transportu. Taxi, autobus, „crazy bus”, metropolitano. Odwiedzamy tradycyjną restaurację, gdzie kosztujemy wielu dań. Kompot z fioletowej kukurydzy, żeberka z baraniny, alpakę i zupę z kury. Wszystko przepyszne i pięknie wyglądające – rzuciliśmy się na żarło tak szybko, że już nic nie zostało do obfocenia. Później zwiedziliśmy trochę miasta. Strasznie długa tura, bo miasto olbrzymie.

15.07.2014r. Lima / Peru
O 0530 pobudka. Ruszamy z Efrainem nad ocean, gdzie umówił się ze swoim kumplem Andym na surfowanie. Panuje jeszcze półmrok, a na plaży już gwar. Wielu ludzi przygotowuje swoje pianki i deski do działania. A wielu z nich surfuje tuż przed pracą. Fale jednak nie są wybitnie wielkie, więc nie ma wielkiego widowiska, ale generalnie fajny motyw.


Andy rzuca nas do miasta. Tam wcinamy szybkie śniadanie – kanapkę z kurczakiem i napój maca. Podobno bardzo pożywny. Zwiedzamy Plaza de Armas – plac Martina, gdzie akurat odbywa się jakieś święto wojskowe, muzeum jedzenia peruwiańskiego, kościół franciszkanów, gdzie schodzimy do katakumb.














Potem jedziemy na wzgórze z krzyżem, żeby zobaczyć panoramę Limy. Widoczność nie jest dobra, ale można zobaczyć ogrom Limy. Miasto nie ma końca. Warszawa przy tym, to popierdółka. Zapalamy świeczki- bo każdy kto jest tutaj pierwszy raz powinien to zrobić, cykamy foty i jedziemy na dół.




Jedziemy na „osiedle”, gdzie w malutkiej cevicherii jemy lunch – zupę rybną z małżą, chica morada i ceviche de conchas negras. To ostatnie bardzo ciekawe – czarne ceviche zrobione nie wiem z czego i chyba nie chcę wiedzieć :-)


Potem mieliśmy wrócić do domu, żeby trochę odpocząć, ale zajechaliśmy do mamy Efraina, która przekonała go, żeby pożyczyć od siostry samochód. Tak też zrobiliśmy, tylko musieliśmy najpierw odebrać jej córkę ze szkoły, co zajęło nam czas prawie do 19. Zajechaliśmy do domu wziąsć prysznic, a potem Efra zabrał nas na wieczorny objazd Limy. Z jednego skraju na drugi wzdłuż wybrzeża. Lima nocą jest piękna, bo nie ma korków i można jeździć po niej szybko. Ocean nocą jest dziki. Nie widać go, ale słychać jak buzuje. Z objazdu wróciliśmy po 1.

16.07.2014r. Lima/Peru
Rano pojechaliśmy na śniadanie, a zaraz po tym na ruiny Pachamac. Nie są tak spektakularne jak Machu, ale również olbrzymie. Wyrastają na środku pustyni i są w bardzo bliskim sąsiedztwie miasteczka. Przypuszczalnie wiele z tych domów częściowo zbudowanych jest z materiałów rozkradzionych z ruin.


Po obiekcie można się poruszać samochodem. I dobrze, bo dystans do pokonania jest spory. Najpiękniejsza, bo największa jest świątynia słońca. Na szczycie zaczepia nas strażnik, który pyta skąd jesteśmy. A potem opowiada nam legendę o powstaniu dwóch wysp-skał widocznych z naszego miejsca na oceanie. Tym miłym akcentem kończymy wizytę w Pachamac.










Jedziemy nad ocean, gdzie w budce na plaży wcinamy kolejny rodzaj ceviche. Podane w małżowych muszelkach. Ciekawe i bardzo smaczne. Potem idziemy na spacer wzdłuż plaży, gdzie możemy przypatrzeć się śmiesznym krabom pomykającym po skałach.


Zjeżdżamy na obiad do centrum, potem serwujemy Pisco sour na ganku nad oceanem.


Efra robi nam niespodziankę i zabiera wieczorem do parku fontann. Niestety byliśmy tam może 15min, bo alarmowo musieliśmy pojechać po jego mamę, żeby zawieźć ją na imprezę, na którą oczywiście nas wkręciła.






Miejscem była lokalna fabryka, a impreza była dzienkczynna dla jakiejś „dziewicy”. Niemal każdy ma tu jakąś swoją Maryję dziewicę, której za coś dziękuje. Tym oto sposobem cały czas są jakieś święta. Zostaliśmy zaproszeni na posiłek, który okazał się zupą – najbardziej obrzydliwą, jaką kiedykolwiek jadłam w życiu :D Po wyrwaniu się stamtąd pojechaliśmy po przyjaciółkę Efry – Rosemary i pojechaliśmy na kilka drinków na miasto. Przyjemne lokale, a ceny drinków… europejskie :-)

17.07.2014r. Lima – Paryż
Dzień minął pod znakiem pakowania. Mieliśmy jeszcze czas żeby pobuszować trochę w pamiątkowni. Tym oto sposobem do mojej szafy trafił sweter z wełny alpaki. Błąkaliśmy się jeszcze po mieście by finalnie dotrzeć na lotnisko, które od centrum położone jest baaaaardzo daleko. Czekając na samolot ogarnął mnie smutek. To już koniec podróży. Pora wracać do rzeczywistości…




To już koniec relacji. W końcu się zebrałam, żeby złożyć wszystko do kupy. Dziękuję za uwagę. Jeżeli ktoś ma jakieś pytania, to zapraszam  ;D ;D ;D
Łażę po górach by nabrać dystansu do spraw "nizinnych".

Offline Szekla

Odp: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« Odpowiedź #3 dnia: Wrzesień 20, 2014, 09:22:13 »
Wrzucam kilka filmików z podróży. Jakość taka sobie, bo kręcone zwykłym aparatem fotograficznym. Nie raz słychać pracujący zoom i inne niedociągnięcia, tudzież durne komentarze. Ale i tak filmiki pokazują trochę więcej niż zdjęcia  ;)


Atacama widziana z Wąwozu Diabła

Jeden z gejzerków na El Tatio

Festiwal w Cabanaconde

Festiwal w Cabanaconde 2 Ta muzyczka towarzyszyła festiwalowi non stop... Ten sam beat przez all fucking day. Wchodził w ucho i śpiewał się sam w myślach do momentu opuszczenia kanionu  ;)

Jazda rozklekotanym busem wzdłuż Kanionu Colca

Jezioro Titicaca

Machu Picchu widziane z Huayna Picchu

Panorama z Machu Picchu

Drogi w Peru  :)

Wybrzeże w Paracas z motorówki

Ruta rowerowa wzdłuż wybrzeża w Paracas
Łażę po górach by nabrać dystansu do spraw "nizinnych".

Offline kuzon

Odp: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« Odpowiedź #4 dnia: Wrzesień 21, 2014, 05:01:07 »
Swietna wycieczka! Chile i Peru, to jedno z moich marzen z dziecinstwa.
"Życia nie mierzy się ilością oddechów, ale ilością chwil, które zapierają dech w piersiach.”
 - Maya Angelou

Offline Szekla

Odp: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« Odpowiedź #5 dnia: Wrzesień 21, 2014, 08:28:04 »
Swietna wycieczka! Chile i Peru, to jedno z moich marzen z dziecinstwa.

Dzięki  :) Nie pozostaje mi nic innego jak powiedzieć catch your dreams! Jeszcze niedawno nikt by mi nie wmówił, że będę się szlajać po Ameryce Południowej. Potwierdzam w 100% że najtrudniejsze w podróżowaniu jest wyjście za próg własnego mieszkania!


Informacje praktyczne:
Kilka rzeczy, których nauczyliśmy się będąc na miejscu, oraz te (jak np. koszty) których w miarę skrupulatne notowanie pozwoliło na orientacyjną wycenę całej wycieczki.

Podróż tam i na zad
Do Berlina pociąg z Wawy - 120 PLN
Samolot (Berlin - Paryż - Santiago - Lima - Paryż - Barcelona(!!!) ) - ok. 2 800 PLN - co ciekawe, bilet do Barcelony był o wiele tańszy, niż do samego
             Paryża.... Lądując w Paryżu anulowaliśmy lot do Barcelony i zostaliśmy 2 dni w stolicy Francji. Dużo i mało. Mało, bo ja wyszukiwałam loty,
             za 6 tysięcy.... a dużo, bo znam ja fizycznie osobę, co poleciała do Peru za 1 200 PLN.
Samolot (Paryż - Warszawa) - ok. 250 PLN

CHILE
Waluta : peso chilijskie 1000 CLP = 5,46 PLN (kurs z dnia 21.09 - w czasie wyjazdu peso było tańsze)
             Do Ameryki Południowej najlepiej zabrać dolary i wymieniać na miejscu. Generalnie w większych miastach nie ma problemów z bankomatami.
             Jeżeli w ofercie Twojego banku wypłata z bankomatów na całym świecie są darmowe, to jest to dobra opcja. Nie da się uniknąć wymiany
             chociaż części gotówki np. na lotnisku - tyle, żeby dojechać do centrum taksówką)

Przykładowe koszty:
           - taxi z lotniska - 25 000 CLP
           - hostel - 12 000 CLP
           - metro - 630 CLP
           - autobus do San Pedro (1700km) - 31 000 CLP
           - wstęp do Doliny Księżycowej - 3 000 CLP
           - wycieczka na gejzer El Tatio - 16 000 CLP
           - wstęp na gejzer - 5 000 CLP
           - hostel w San Pedro - 6 000 CLP / doba (pole namiotowe było niewiele tańsze)
           - wypożyczenie roweru - 5 000 CLP / dzień
  W przeliczeniu i podsumowaniu - transport + wycieczki + noclegi kosztowały nas w Chile ok. 700 PLN + koszty jedzenia. Jedzenie w miarę tanie.
  Mając możliwości gotowaliśmy sami, bo wychodziło o wieeele taniej niż w barach. Produkty takie jak wszędzie. Tylko ichnie owoce i warzywa
  w porównaniu z Polszą tanie jak barszcz ;-)

PERU
Waluta : Nowy sol peruwiański 1 PEN = 1,14 PLN Historia taka sama jak w Chile. Przy granicy dobrze jest wymienić tylko część gotówki
             (np. pozbywając się peso chilijskich), a potem w większym mieście dobrać gotówkę  z bankomatu.

Przykładowe koszty :
           - autobus Tacna - Arequipa - 15 + 2 PEN (+2, +1... do każdego biletu zakupionego na dworcu trzeba było w osobnym okienku dokupić jeszcze
             jeden bilecik za właśnie ok. 1-2 PEN... Inaczej groźna pani nie wpuszczała na płytę dworca. Nazwaliśmy to zdzierczą opłatą manipulacyjną)
           - nocleg Arequipa (hotel na wypasie) - 30 PEN
           - taxi przez całe miasto - 6 PEN
           - bus Arequipa - Cabanaconde - 17 + 2 PEN
           - wstęp do Kanionu Colca -  70 PEN
           - nocleg w kanionie - 10 PEN
           - bus Chivay - Puno - 95 PEN
           - całodzienna wycieczka po Titicaca - 35 PEN
           - wstęp do parku w Paracas - 12 PEN
           - wizyta u lekarza + lekarstwa - 273 PEN
           - wstęp na Machu Picchu - 150 PEN (bilety najlepiej kupić z dużym wyprzedzeniem przez internet. Niecały miesiąc przed wyjazdem
             sprawdzałam z ciekawości ile biletów jeszcze zostało do zakupienia - było 0!) Wtedy zostają już tylko bielty w biurach turystycznych z   
             kilkukrotną przebitką.

            W niektórych miejscach (jak np. w Chivay) transport jest wywindowany do granic możliwości i nastawiony do zdzierania kasy z turystów...
            Można było taniej wrócić do Arequipy, a potem na jezioro Titicaca, ale nie chciało się już nam spędzać kolejnej doby w autobusie... Ceny
            biletów na Machu, albo do Kanionu są inne dla turystów z zewnątrz Peru. Dla Peruwiańczyków bilety są połowę tańsze. Jedzenie w Peru jest
            bardzo tanie. Klasyczne śniadanie - kawa + jajko, albo kawa + kanapka ok. 5 PEN. Śniadanie peruwiańskie - czyli rosół ok. 3 PEN. Obiad zupa
           + 2 danie 4 PEN (ceny z targowisk, gdzie jedli lokalsi. w restauracjach o wiele wyższe, ale też nie ma tragedii). Taksówki bardzo tanie. Lepiej
           jednak zanim się doń wsiądzie ustalić z kierowcą ile będzie kosztował transport. Nie trzeba się martwić o szukanie hoteli, bo wystarczy, że się
           z plecakiem wysiądzie z taksówki, a już kilku naganiaczy przedstawia ofertę hoteli różnych klas. Można wybierać, wybrzydzać i się targować.

           Finalnie w Peru transport + wstępy + noclegi wyniósł ok. 1000 PLN

JĘZYK
Po angielsku można się porozumieć tylko w większych miastach. No i z innymi turystami. Językiem roboczym jest język hiszpański. Nie ukrywam, że ja ani pół słówka po hiszpańskiemu nie znałam. Miałam ze sobą rozmówki i uczyłam się na bieżąco. Poza tym język migowy, rysunkowy i zapisywanie np. ceny na kartce :-) Trochę ciężko, ale się da :-)

INTERNET
Zarówno w Chile, jak i w Peru... Może być problem z bieżącą wodą, ale Wi- Fi jest niemal wszędzie. Dzięki temu mając niesprecyzowane plany, albo szukając dodatkowych atrakcji można się posiłkować wiedzą zawartą w Internecie :-)

PRZEWODNIKI
Trochę tego na rynku jest. Wkraju czytałam różneknigi, ale ze sobą zabrałam tylko  "Peru i Boliwia" wyd. Pascal praktyczny przewodnik autorstwa Sławomira i Katarzyny Adamczak - uciełam pół książki dotyczącej Boliwii. Nie mieliśmy żadnego przewodnika o Chile, bo znalazłam tylko lonely planet za 70 dych i stwierdziłam, że to trochę za dużo....

UBEZPIECZENIE
Ja miałam wykupione z Uniqua. I w sumie się przydało. Korzystałam z usług medycznych w Cusco. Klinika dla turystów jest droga... Trzeba zapłacić z własnej kieszeni, ale po powrocie do kraju nie było problemów, po przedstawieniu rachunków, ze 100% zwrotem.

JEDZENIE
Tanie, proste i pyszne. Wróciło mnie z wyjazdu kilka kg więcej ;-) Nie należy się bać jedzenia w garkuchniach. Jedzenie tam jest najsmaczniejsze i najtańsze. Dobrze jest się rozglądać za miejscami, gdzie jedzą lokalni ludzie. Polecam koktajle z owoców.

AKLIMATYZACJA
W Peru i Chile jest generalnie.... wysoko  ;D rozsądnym jest zaplanowanie jakiegoś względnego procesu aklimatyzacji, bo 4k m n.p.m. to standard. My zaczęliśmy od płaskiego wybrzeża Chile i powoli windowaliśmy się do góry poprzez Atacamę i później Andy w Peru - na koniec zmowu wracając na wybrzeże. Spotykaliśmy ludzi, którzy zaraz po przylocie udawali się na Machu Picchu albo Titicaca i jechali na lekach. Albo na liściach koki, bo podobno to najlepsze lekarstwo na chorobę wysokościową  ;)



To chyba wszystko, co na chwilę obecną mi przychodzi do głowy.
Łażę po górach by nabrać dystansu do spraw "nizinnych".

Odp: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« Odpowiedź #6 dnia: Wrzesień 24, 2014, 23:16:50 »
Znakomita lektura - pozwoliła mi się nie zanudzić w czasie kiblowania na lotnisku w Helsinkach :)
Bardzo smakowite te różne potrawy, ale przez te opisy strasznie zgłodniałam :) Jak ta herbata z koki? Bo piłam taką z torebki i smakowała prawie tak samo paskudnie jak napar z liści pokrzywy.

forum.outdoor.org.pl

Odp: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« Odpowiedź #6 dnia: Wrzesień 24, 2014, 23:16:50 »

Offline crimson



  • Pomógł: 123
  • rocznik '89

Odp: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« Odpowiedź #7 dnia: Wrzesień 25, 2014, 20:18:33 »
wyjazd mega, zajebiaszczo opisany, w końcu znalazłem chwilę, by przeczytać i bardzo fajnie się czytało, tym bardziej, że pewnie nigdy tam nie dotrę ;D, osobiście podoba mi się idea litrowych butelek piwa, a wsysnąć takie po całym dniu łażenia, to musiała być czysta przyjemność,

kawał dobrej roboty, pogratulować wypadu :)
nie jestem całkowicie bezużyteczny, przecież zawsze mogę służyć za zły przykład

stormbringer coming time to die

Offline Szekla

Odp: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« Odpowiedź #8 dnia: Wrzesień 26, 2014, 11:17:37 »
Jak ta herbata z koki? Bo piłam taką z torebki i smakowała prawie tak samo paskudnie jak napar z liści pokrzywy.

Też miałam wątpliwą okazję picia takiej herbatki z torebki.
Smak miała dla mnie rozpuszczonego w gorącej wodzie kurzu...

Ale herbatka z zasuszonych całych liści, albo z liści świeżych była już całkiem sympatyczna. W smaku podobna zupełnie do niczego :-)



Podziękował  :) Najlepszą opcją na taki wypad jest prowadzenie codziennie dziennika. Chociaż hasłowo. Bywało, że niemal siłą zmuszałam się do szrajbnięcia choć kilku słów po zakończonym dzionku. Alem teraz z tego rada :)  - bo dzięki temu pamięta się o wiele więcej niż przeglądając tylko zdjęcia.
osobiście podoba mi się idea litrowych butelek piwa
Też jestem zdania, że Biedronka powinna zwiększyć swoje 650ml  8)
Łażę po górach by nabrać dystansu do spraw "nizinnych".

Odp: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« Odpowiedź #9 dnia: Wrzesień 26, 2014, 20:25:31 »
No to trzeba będzie spróbować liści w postaci niespreparowanej... A dziennik, o tak, koniecznie, zawsze zabieram ze sobą ultralekki zeszyt 16-kartkowy. Jak czekam aż mi obiad nasiąknie to mam co robić - taki wieczorny rytuał :)

Odp: Chile i Peru - czyli dumka na dwa kraje
« Odpowiedź #10 dnia: Wrzesień 27, 2014, 22:22:28 »
Zazdroszczę i jednocześnie gratuluję :) ja ten sezon to raczej spisuję na strat bo w górach mało co bywam (raz że żona w ciąży więc główny partner wypraw odpadł, dwa że pogoda w tym roku jakoś nie zgrywa się z moim wolnym czasem, a trzy że właśnie praca....). Ale z przyjemnością oglądam zdjęcia innych :) Super wyprawa.