Autor Wątek: Norweska majówka 2013  (Przeczytany 5783 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline mciej

Norweska majówka 2013
« dnia: Marzec 14, 2014, 15:50:20 »
Historia wyjazdu rozpoczęła się pewnego lutowego wieczoru, spoglądając na kalendarz akademicki uświadomiłem sobie, że rektor zrobił nam piękny prezent w postaci 9-dniowej przerwy na początku maja. Dużo nie myśląc napisałem do Kuby czy nie ma jakiś planów na ten dłuższy weekend. Tego samego wieczoru mieliśmy już bilety do Trondheim na wieczór 25 kwietnia.
Pierwotny plan był ambitny, zakładał dojazd autostopem na Nordkapp i z powrotem, 3200 km w 11 dni. Niezbyt dużo o tym myśleliśmy, a coś co początkowo wydawało się fajnym pomysłem okazało się szaleństwem. Po wertowaniu internetu, rzutem na taśmę, w związku z dość marną oceną norweskiej życzliwości względem autostopowiczów, zakupiliśmy bilety na nocny pociąg Trondheim-Bodo, chcąc chociaż trochę zwiększyć nasze szanse.
Po ostatnich czwartkowych zajęciach na uczelni zaczęliśmy ostatnie przygotowania do wylotu. W ramach oszczędności wzieliśmy tylko jeden bagaż rejestrowany do 30kg, co dało jakieś 170pln oszczędności na głowe. Plecaki złączyliśmy razem za pomocą klamr i pasków, całość dopełniając gustownym, czarnym stretchem. Waga całości około 29,5 kilograma, mamy tylko nadzieję że lidlowa waga lazienkowa jest dość dokładna.


Bagaż!

O godzinie 18 wylecieliśmy z Gdańska, całkowicie nieświadomi warunków jakie panowały na, nie tak dalekiej, północy kraju drwali. Spodziewaliśmy się wiosny z temperaturami dziennymi do 10 stopni, a nocnymi w okolicach 3~4. Tak przynajmniej wynikało ze statystyk norweskiego instytutu meteorologicznego z ostatnich lat. Prognozy także były optymistyczne. Jakie było nasze zdziwienie gdy z okna samolotu zobaczyliśmy zaśnieżone lasy i pola.


Lotnisko Trondheim Vaernes

Wylądowaliśmy koło 20, szybko odebraliśmy bagaż, przepakowaliśmy się i wsiedliśmy w kolejkę na głowny dworzec kolejowy w Trondheim skąd przed północą mieliśmy pojechać nocnym ekspresem do Bodo. Podróż była bardzo przyjemna, dostaliśmy w prezencie od NSB kocyki, dmuchane poduszki i stopery do uszu. Szczelnie zafoliowane koce przydały się później jako lekkie i ciepłe siedzisko, coś o czym nie pomyśleliśmy przed wyjazdem. Była to nasza ostatnia noc w cieple przed kolejnymi  7 nocami w namiocie. Obudziłem się nad ranem, oślepiony wczesnym słońcem. Po odsunięciu zasłonki przeraziłem się. Za oknem pociągu, zaraz przy torach, leżał dobry metr śniegu. Bardzo poważnie zastanowiłem się czy na pewno jestem normalny, żeby w letnich butach pchać się w środek zimy, ale cóż, bilety opłacone, powrót dopiero za 10 dni, poszedłem spać dalej. Na szczęście rano okazało się, że śnieg owszem leżał, ale w górach przez które akurat przejeżdżaliśmy. Nad brzegiem morza śniegu praktycznie nie było, zaczynał się on mniej więcej z linią 150 m.n.p.m.  Wysiedliśmy z pociągu koło 10 i udaliśmy się w poszukiwaniu sklepu sportowego gdzie moglibyśmy kupić gaz do naszej kuchenki. Dwa kartusze 230g nie były tanie bo zaplacilismy około 40pln za jeden. Wyposażeni we wszystko czego będziemy potrzebowali do końca wyjazdu ruszyliśmy w stronę głownej drogi by złapać stopa na północ. To było nasze pierwsze zderzenie z norweskim autostopem, niestety potwierdzające krążące na internecie opinie. Mimo dużego ruchu na podwózkę czekaliśmy 2 godziny. Dziewczyny wyrzuciły nas w Fauske, 50 kilometrów dalej w miejscu skrzyżowania drogi E6 z 80. Skręciliśmy na północ i szybko zorientowaliśmy się, że będzie tylko trudniej, cały ruch zmierzał na południe, czyli dokładnie nie tam gdzie chcieliśmy na tym etapie tułaczki. Pogadaliśmy troche i jako nasz dzisiejszy cel ustaliliśmy Narvik, 250km na północ. Stwierdziliśmy, że jeśli nam się nie uda to nie ma co przeć dalej na północ, bo za pewne im dalej tym ruch jeszcze mniejszy (a już tutaj był mizerny) co wiązało się z tym, że możemy nie zdążyć na pociąg powrotny. Na kolejnego miłego norwega przyszło nam czekać kolejną godzinę. Zawiózł nas już troche większy kawałek drogi, do skrzyżowania z drogą 835. Zostawił nas na przydrożnym parkingu i pojechał do pracy gdzieś na wyspie Engeloya. Do Narviku jeszcze 140 km ale jesteśmy dobrej myśli.





Kolejnym kierowcą był młody gniewny w fullcapie, słuchający jak sam mówił „Norway’s best rapper”. W pierwszej chwili chcieliśmy odpuścić, pędził jak opętany, i powiedziałem Kubie że ten to na pewno się nie zatrzyma. Usłyszeliśmy tylko pisk opon i ostrą łupankę ze środka, ale przy ograniczonych możliwościach wszystko dobre ;). Przejechaliśmy z nim może z 15 km, ale cóż to były za kilometry. Śmierć zaglądała mi w oczy przy każdym zakręcie, który młodzian bez cienia strachu pokonywał z prędkością 120km/h ;) Wysiedliśmy o odrobinkę miękkich nogach, pięknie podziękowaliśmy i ruszyliśmy w dlaszą drogę, tym razem na piechote, żeby jakoś urozmaicić czekanie na kolejny samochód (a ten pojawiał się z częstotliwością jeden na pół godziny). Po pewnym czasie złapała nas młoda nauczycielka, dowiozła nas do promu w Bognes, ale poradziła żeby nie jechać dalej na północ, bo im dalej tym mniej ciekawie. Poleciła za to Lofoty, lub okoliczne góry. Było koło 18, wiedzieliśmy już że do Narviku na pewno dziś się nie dostaniemy, więc stwierdziliśmy że odpuszczamy Nordkapp i robimy sobie wylajtowany trekking w okolicy, bo to i mniej stresu, że nie zdążymy na czas, i lepsze widoki :). No i nie wydamy ciężkich pieniędzy na prom.


Kamieniołom nieopodal Bognes, okolice naszego pierwszego biwaku

Pierwszy biwak wypadł nam w lasku nieopodal promu, zaraz koło opuszczonego kamieniołomu. Troche czasu zajęło nam poszukiwanie dobrego płaskiego miejsca, dodatkowo jak najbardziej suchego, z dogodnym miejscem do gotowania i siedzenia. Jako miastowy mam swoje wymagania ;).



Podczas gdy Kuba otwierał francuską rację żywnościową, a ja robiłem swój kuskus, zrobiło się strasznie zimno i wilgotno, tak bardzo, że po względnie udanym dniu poważnie zwątpiłem czy dam rade wytrzymać resztę wyjazdu. Mimo ciepłych wałnianych skarpet na nogach i puchu na klacie strasznie zmarzłem, szybko więc poszliśmy spać. Pierwsza noc była dość nieprzyjemna, mój słaby alpinusowy śpiwór puszczał zimno po szwach, a dopełnieniem były całe przemoczone stopy śpiwora od kondensacji na tropiku namiotu.



Na szczęście rano czułem się już znacznie lepiej, dzięki lekkiej bryzie od fjordu udało mi się względnie wysuszyć śpiwory co dawało nadzieję na przyjemniejszy nocleg. Poranek uraczył nas też pięknymi widokami.




Po śniadaniu ruszyliśmy asfaltem z powrotem na południe. Naszym celem było zdobycie dokładniejszej mapy terenu, bo niestety wgrane na GPS’a mapy zaczynały się na północ od promu w Bognes. Do najbliższej wioski podwiózł nas litwin. Niestety w wiejskim sklepie nie posiadają map, a pobliskie pole namiotowe jeszcze zamknięte, sezon rozpoczyna się dopiero w połowie maja. Nie mając dużego wyboru ruszyliśmy dalej na południe.



Pogoda była dobra, słońce jedynie raz na jakiś czas przesłaniały chmury, więc szło się całkiem przyjemnie. Zrobiliśmy sobie odpoczynek na małym półwyspie, zaraz nad brzegiem fjordu i rozkoszowaliśmy się ciepłymi promieniami słońca. Nadszedł czas żeby zdecydować jaki mamy plan na dziś, po krotkiej dyskusji i rzucie okiem na mape zdecydowaliśmy, że naszym celem jest wieś Tranoy. Nie wiedzieliśmy czy uda nam się dziś, czy jutro, ale nie miało to żadnego znaczenia, nigdzie się nam nie spieszyło. Ruszyliśmy dalej na południe, od momentu dojścia do morza na horyzoncie towarzyszyły nam Lofoty.


Lofoty daleko na horyzoncie.

Na kolejnym polu namiotowym udało nam się zdobyć przewodnik po regionie, podobno nawet wydawany w języku polskim, ale akurat się skończyły. Koljenym przystankiem była wieś Ulvsvag, gdzie skorzystaliśmy z dobrodziejstwa ciepłej wody na pętli autobusowej. Tutaj skręciliśmy z głownej drogi w drogę 81, w stronę Skutviku i pormu na Lofoty.



Pogoda zaczęła się psuć a przed nami zamajaczyły ciemne chmury. Mieliśmy nadzieje na śnieg, który byłby dużo mniej uciążliwy od deszczu. Zaczęliśmy się też zastanawiać na miejscem na nocleg bo było już po 17. Tak jak wcześniej przewidywaliśmy zaczął padać śnieg, najpierw drobny, który po pewnym czasie zamienił się w duże mokre płatki, szczelnie oblepiające mojego RIMa. Wtedy udało nam się złapać stopa, zatrzymała się pewna rosjanka jadąca do swojej dziewczyny, która akurat mieszkała w Tranoy. Po niemiłych doświadczeniach ostatniej nocy mieliśmy cichą nadzieję, że zaproponuje nam nocleg, jednak nic takiego się nie stało, a my możemy dalej z dumą nosić miano odorowca :D. Wskazała nam za to piekne miejsce na biwak zaraz nad brzegiem Morza Norweskiego.




Śnieg :P

Po cały dniu szybko rozbiliśmy Vipera, zjedliśmy obiad i poszliśmy w kimę.




Przewodnik przydał się jako przykrywka 8).

Wstaliśmy przed świtem, porobiliśmy troche zdjęć i zabraliśmy się za śniadanie. Ja swój standardowy zestaw, czyli owsiankę, herbatę i ciastka zbożowe, co towarzysyzło mi przez cały wyjazd, a Kuba otworzył pierwsza paczkę MRE, w której natrafił na przepysznego beef snacka, który był tak dobry, że Kuba aż go nie dokończył.




Poranek

Pogoda była piękna, świeciło słońce, wiał lekki wiaterek od morza, jednak było zimno, tak że musleiśmy się dość szczelnie opatulić bufami :). W nocy był mróz, ale tym razem nie zmar złem, włożywszy wcześniej na siebie dość dużo ubrań. Ruszyliśmy w drogę, w stronę wypatrzonej dzień wcześniej latarnii morskiej. Musieliśmy znaleźć wodę bo zapasy z dnia poprzedniego szybko się kończyły. Niestety nad samym morzem, na płaskim półwyspie próżno szukać źródełek czy strumyków, w których woda byłaby w ruchu więc zaczernęliśmy ją z jeziorka o pieknym żółtawym kolorze i potraktowaliśmy tabsami chlorowymi. To był pierwszy raz kiedy musieliśmy ich użyć, i jakoś nie było nam zbyt śpieszno, żeby używać ich znowu. Woda była ochydna, a zapachu chloru z camela udało mi się pozbyć dopiero po powrocie.


Wodopój ;p


Po chwili rusyzliśmy dalej, po jakiś 30 minutach doszliśmy do latarni, idąc najpierw na przełaj wśród niskiej roślinności, a później już wygodną drogą dojazdową. Latarnia zbudowana została na wysepce połączonej ze stałym lądem betonową kładką.






W tle Lofoty.

Ruszliśmy drogą na południe, celem na dziś był Skutvik. Była niedziela więc ruch był jeszcze mniejszy niż zwykle, ale udało nam się złapać podwózkę do Oppeid przy drodze 81, niestety nasz dobrodziej skręcał w lewo a nam droga wypadła w prawo. Poszliśmy dalej drogą, ale tego dnia już nikogo nie udało nam się złapać. Nie doszliśmy też do Skutviku, bo mojae nogi nie miały się za dobrze w starych salomonach więc poszukaliśmy noclegu na wsią Hamsund, rodzinnej miejscowości norweskiego noblisy Knuta Hamsuna.


Popiersie wygląda trochę jak towarzysza Lenina ;)

Rozbiliśmy się na małym półwyspie, w jedynym suchym miejscu jakie nam się udało znaleźć. Zaraz koło namiotu mieliśmy wygodny kamienny leżak pokryty grubą warstwą mchu, idealny do gotowania, leniuchowania i podziwiania widoków.



Ustaliliśmy, że następny dzień leniuchujemy i nie ruszamy się z miejsca, żeby dać odpocząć nogom po kilometrach przebytych niewygodnym asfaltem. Słońce schowało się za górami, a na południowym horyznocie zaczęły zbierać się chmury. Wizja deszczu i silnego wiatru sprawiła że cieszyliśmy się, że jednak nie postawiliśmy namiotu zaraz nad fiordem. Wstając rano, mając w głowie wczorajszą pogodę, spodziewałem się chmur, deszczu i dnia spędzonego w namiocie. Rzeczywistosć okazała się na szczęście inna, nad nami błękitne niebo, a fiord zamienił się w lustro odbijając góry.









To był jeden z najpiekniejszych dni tego wyjazdu, praktycznie cały dzień był ładny. Nie robiliśmy dużo, zjedliśmy śnidanie, zrobiliśmy przegląd plecaków i wysuszyliśmy troche zawilgotniałe już śpiwory. Poszliśmy także po wodę, którą zaczerpnęliśmy z pobliskiego strumienia.





Reszta dnia zeszła nam na leżeniu na kamiennym leżaku i radością z całkowitej wolności. Ustaliliśmy też, że następnego dnia idziemy wyżej w góry, w planach było przejście dookoła masywu znajdującego się najbliżej nas. Wyruszyliśmy wcześnie, według naszych obliczeń mieliśmy jakieś 30 kilometrów do przejścia, a nie wiedzieliśmy jak dokładnie będzie wyglądać trasa w górach. Po drodze weszliśmy w posiadanie zdjęcia mapy z przydrożnej wiaty która dała nam większy wgląd w topografie terenu Hamaroy.



Zdecydowaliśmy się na przejście przez przełęcz koło formacji skalnej Hamaroyskaftet (kto zna troche norweskiego to uśmieje się z tej nazwy, ale na prawde ta skała pod pewnym kątem tak wygląda :P), obejście jeziora Straumvatnet i biwak na jego północnym krańcu. Jako że jezioro miało połączenie z morzem nie wiedzieliśmy czy damy radę tamtędy przejść, więc decyzję z której strony idziemy zostawiliśmy na później, kiedy będziemy mogli ocenić sytuację na własne oczy. Przeszliśmy jeszcze kawałek asfaltem, skręcając po chwili w szutrową drogę do wsi Halsen gdzie zaczynał się znakowany szlak. Mogliśmy skręcić wcześniej na szlak przez dolinę, lecz leżało tam jeszcze sporo śniegu a nie chcieliśmy od razu skończyć z mokrymi butami. We wsi Halsen po przywitaniu z się z koniami, weszliśmy na szlak, niestety od tego momentu całkowicie zaśnieżonym.



Moje Salomony mimo Gore przemokły natychmiastowo przez miejsca w których membrana już się przetarła, jednak nie czułem tak bardzo wilgoci bo na nogach miałem merynosowe skarpety.



Na niebie było dużo chmur, na południu padał deszcz, ale na szczęście ominął naszą trasę. Po jakiejś godzinie weszliśmy na przełęcz i ukazało się nam zamarźnięte jezioro Straumvatnet. Na horyzoncie majaczyły Lofoty.





Ruszyliśmy w dół zapadając się w śniegu po kolana, czasami trudno było znaleźć dobrą drogą bo szlak był nie przetarty. Po pewnym czasie zeszliśmy do klimatycznego brzozowego lasu u podnóża przełęczy. Zastanawiam się jak pięknie musi tam być jesienią, może kiedyś uda mi się tam wrócić o tej porze roku.



Doszliśmy nad jezioro ale nie byliśmy w stanie dalej stwierdzić czy przesmyk można przekroczyć bez problemu. Droga po zachodniej stronie jeziora była łagodna, ale prowadziła przez niepewny przesmyk, natomiast droga wschodnia prowadziła po stromym zboczu, z co najmniej jednym uskokiem do pokodania. Decyzję podjęliśmy na pobliskim skalnym wzgórzu, za pomocą optyki aparatu stwierdziliśmy, że przesmyk może okazać się niemożliwy do sforsowania, wybraliśmy więc trudniejszą drogę wschodnią. Przejście oszacowaliśmy na 1,5 do 2 godzin. Bardzo się myliliśmy. W dolinie natrafiliśmy na parę domków letniskowych i liczne ślady bytności reniferów.



Po pewnym czasie dotarliśmy do uskoku i straciliśmy dużo czasu na znalezienie odpowiedniej drogi. Ciężkie plecaki dodatkowo utrudniały wejście ale znaleźliśmy jeden odpowiedni kominek w ścianie, który udało nam się sforsować. Dalsza droga była katrogą, łączyła przedzieranie się przez krzaki, rumowiska skalne złożone z na prawde wielkich bloków i mocno nachylone zbocze.



Przedzieranie się zajeło nam jakieś 4 godziny, musieliśmy przejść jeszcze przez bagno, które zamoczyło nam buty już doszczętnie. W końcu stanęliśmy na brzegu morza, myśleliśmy już tylko o jedzeniu i o spaniu, ale gdzie tu rozbić namiot? Jak nie skała, to ostry pochył, to sam mech i żadnych kamieni żeby przymocować namiot, lub żadnej osłony od wiatru. W końcu znaleźliśmy miejsce za skałą, zjedliśmy szybko obiad i mieliśmy zamiar iść szybko spać.





Nie poszliśmy jednak tak szybko, bo trudy dnia zostały wynagrodzone pięknym zachodem słońca nad Lofotami.





Powiesiliśmy buty i skarpety na drzewie i poszliśmy spać. Na następny dzień nie mieliśmy konkrentego planu, szliśmy na wschód brzegiem morza, popadało trochę śniegu z deszczem i wiał mocny wiatr. Doszliśmy do zabudowań i udaliśmy się w stronę drogi prowadzącej do Hamsund. Udało nam się złapać norwega jeżdżącego po kraju i mieszkającego w swojej furgonetce z całym dobytkiem. Opowiadał nam, że właśnie skończył studia i będzie wspołtworzył outdoorowy program w jednej z pobliskich szkół, a także o planach przepłynięcia swoim kajakiem przez Saltstraumen, najmocniejszy na świecie maelstrom. Podrzucił nas do Oppeid. Dalej podwiozła nas para wracająca z weekendowego wypadu na farmę. Wróciwszy do wsi Ulvsvag skorzystaliśmy z dobrze znanej nam już toalety, żeby się trochę ogarnąć i nie śmierdzieć tak bardzo w samochodach przypadkowych ludzi :P. Ciepła woda po paru dniach braku jakiejkolwiek wody była bardzo przyjemnym doświadczeniem. Po pewnym czasie udało nam się złapać stopa, którym zajechaliśmy aż do Saltstraumen, 150 kilometrów na południe.


W Slatstraumen znajduje się najmocniejszy na swiecie maelstrom. Jest to prąd powstający w wyniku różnicy poziomów, spowodowanych pływami, na akwenach połączonymi wąskimi cieśninami. W Salststraumen podczas najmocniejszych pływów woda osiąga prędkość nawet do 22 węzłów i tworzy potężne wiry, które są zagrożeniem dla mniejszych jednostek pływających.



Sam widok wirów jest oszałamiający, a norwegowie w przpływie natchnienia zbudowali nad przesmykiem jeszcze potężnym most, dopełniający widok.





Namiot rozbiliśmy za zalesionym pagórkiem, z pięknym widokiem na fiord, Bodo i okalające góry. Postanowiliśmy, że następnego dnia odpoczywamy na tym samym miejscu więc znaleźliśmy miejsce, w którym wygodnie by się nam leżakowało.









Następnego dnia poszliśmy do pobliskiego supermarketu po obiecane pocztówki, pare do wysłania, pare dla siebie na pamiątkę. Oprócz gazu to jedyne rzeczy, które kupiliśmy na wyjeżdzie. Póżniej okradliśmy pobliski hotel z 5 litrów wody z kranu i byliśmy gotowi na kąpiel słoneczną :D. Następnego dnia musiliśmy dostać się do Heggmoen, wsi położonej głęboko w dolinie po drugiej stronie fiordu. Mieliśmy tam umówiony nocleg przez CouchSurfing, głownie po to żeby się umyć i nie smierdzieć nazajutrz w pociągu. Sielankę przy śniadaniu zakłociła nam ulewa szybko nadchodząca od strony morza, która zmusiła nas do szybkiego pakowania i ubrania nieprzemakalnych ciuchów. Na szczęście równie szybko jak przyszła to sobie poszła i nie zmokliśmy. Na drugą stronę fiordu, do samego wylotu doliny podwiózł nas pewnien miły starszy pan, opowiadał nam jak to jeździł po całej Norwegii z przeróżnymi kapelami rockowymi. Polecił nam także okolice Molde, jako najpiękniejszy norweski region – do sprawdzenia. Dowiedzieliśmy się też dalaczego jest tak słabo z autostopem u nich, otóż zdarzały się przypadki porwań i kradzieży aut, dlatego nawet norweska policja i rząd odradzają branie autostopowiczów. Na szczęście nie wszyscy brali to sobie do serca, a może po prostu prostu swoim wyglądem wzbudzaliśmy zaufanie 8). Podziękowaliśmy za podwózkę i ruszyliśmy drogą w dolinę, mieliśmy jakieś 8 kilometrów do celu, na niebie były chmury, ale nie było już groźby deszczu.



Dolina do której weszliśmy jest bramą do przepięknego parku narodowego Sjunkhatten, którego niestety nie mieliśmy okazji bardziej poznać. W górach leżało dużo śniegu, także nie zapuszczaliśmy się zbyt wysoko. Jako, że godzina była jeszcze wczesna, minęliśmy miejsce naszego noclegu i poszliśmy w stronę jeziora Heggmovatnet. Niestety nie udało nam się do niego dojść bo droga była mocno zasypana śniegiem, a na koniec podróżny nie chcieliśmy mieć jeszcze raz przemoczonych nóg. Znaleźliśmy nasłonecznioną skałę i zjedliśmy na niej wczesny obiad, po czym zadzowniliśmy do naszego gospodarza z pytaniem czy jest już w domu. Nie mieliśmy problemu ze znalezieniem dobrego domu, bo we wsi były całe 3 i bezobsługowa elektrownia. Zapukaliśmy do drzwi, które otworzył nam Torgny, typowy norweg z nordycką brodą. Zaprosił nas do środka, pokazał pokój i łazienkę i zaprosił na wieczorną kolacje. Od razu wybebeszyliśmy plecaki ze wszytkiego co było chociaż trochę mokre, żeby mogło sobie wyschnąć w domowym cieple, ale najlepszy był i tak gorący prysznic. Po tygodniu bez prysznica, człowiek jakby bardziej go docenia, tak samo jak inne małe domowe wygody. Poszliśmy potem dotrzymać towarzystwa Trognyemu, wyżłopaliśmy dużo norweskiego piwa i gadaliśmy o wszystkim, podróżach, skiturach w pobliskich górach, robocie, o tym jak zerwali internet przewożąc kurnik, pozbawiając tym samym kontroli nad pobliską elektrownią. Już praktycznie w nocy zjedliśmy kolację i poszliśmy spać. Wstaliśmy późno bo koło 12 i zebraliśmy się do wyjścia, dziś mieliśmy pociąg z Bodo do Trondheim, a następnego dnia wylot do Gdańska. Torgny podwiózł nas do wylotu doliny, podziękowaliśmy za nocleg i powiedzieliśmy, że pewnie go jeszcze odwiedzimy. Do Bodo dotarliśmy szybciej niż zakładaliśmy, przez co mieliśmy dużo czasu na zwiedzanie miasta. Ogólnie nie bardzo jest co tam oglądać oprócz starej twierdzy. Większość czasu spędziliśmy na szukaniu sklepu gdzie kupilibyśmy nowy stretch, lub worek na bagaż i na siedzeniu na dworcu. Koło 19 wsiedliśmy do dobrze znanego nam pociągu, rozsiedliśmy się i zapadliśmy w sen. O 8 byliśmy już w Trodnheim i mieliśmy znowu cały dzień na zwiedzanie. Tronheim jest dużo ciekawszym miastem niż Bodo, w końcu to pierwsza norweska stolica. Po wyjściu z dworca zaczeliśmy szukać miejsca gdzie moglibyśmy zrobić sobie śniadanie i zawędrowaliśmy aż pod największą atrakcję turystyczną, katedrę Nidaros. Na kamiennych ławkach przed głównym wjeściem zaczęliśmy sobie gotować wodę, co zwróciło uwagę przewodniczki jednej z grup. Zrobiła nam z uśmiechem na twarzy pare zdjęć i powiedziała, że znajdziemy się w najnowszym przewodniczym newsletterze ich oragnizacji.





Obeszliśmy właściwie całe stare miasto, razem z twierdzą Kristansena kawałek dalej, sławnym starym mostem, oraz miejscową uczelnią techniczną.







Widzieliśmy także jedyną na świecie windę rowerową :P




Twierdza Kristiansena.


Klasztor Munkholmen, kiedyś miejsce pogańskiego kultu, miejsce egzekucji, więzienie, a na końcu klasztor.

Zrobiliśmy sobie jeszcze rundkę po miejscowej politechnice i udaliśmy się spowrotem na dworzec, na kolejkę na lotnisko. Tam oprzyrządziliśmy nasz bagaż do wylotu i spokojnie poczekaliśmy na odprawę i lot do domu.



Przylecieliśmy do Gdańska późnym wieczorem. Tak zakończyła się nasza majowa podróż po Norwegii, jutro powrót na zajęcia.

Na tym na razie kończę relację, informacje praktyczne dotyczące kosztów, jedzenia i sprzętu wrzuce niebawem. Więcej zdjęć znajdziecie TU.

forum.outdoor.org.pl

Norweska majówka 2013
« dnia: Marzec 14, 2014, 15:50:20 »

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #1 dnia: Marzec 14, 2014, 23:47:21 »
Fajny wypad, podobało mi się :)

Offline mciej

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #2 dnia: Marzec 18, 2014, 17:04:10 »
Garść obiecanych informacji praktycznych :P

Koszt wyjazdu
Głównym kosztem wyjazdu był transport, za samolot Gdańsk-Trondheim-Gdańsk zapłaciliśmy około 240pln na głowe, za przejazdy z lotniska do Trondheim i z Trondheim do Bodo zapłaciliśmy 350 pln w dwie strony. Należy pamiętać, że kupowaliśmy najtańsze bilety MiniPris, bez możliwości zwrotu i zmiany miejsca, które są średnio 3 razy tańsze od normalnych biletów. Ogólnie z tego co rozmawialiśmy z jednym z norwegów to jakakolwiek komunikacja zbiorowa się nie opłaca, bo praktycznie zawsze bedzie taniej przejechac samochodem, nawet samemu. Nie wydawaliśmy pieniędzy na promy, które też są drogie. Prom w Bognes to wydatek około 50 złotych w jedną stronę.

Koszty na miejscu
Całe jedzenie zabraliśmy z Polski, więc nie musieliśmy kupować nic na miejscu, nie kupowaliśmy nawet wody. Naszymi jedynymi wydatkami były pocztówki (10NOK/5pln/sztuka), znaczki, gaz do kuchenki (2x230g, 60 NOK/30pln sztuka w sumie 60 pln), worek na śmieci i taśma do pakowania bagaży w drogę powrotną.

Jedzenie
Do jedzenia mieliśmy różne podejścia. Kuba żywił się wojskowymi racjami żywnościowymi, jedną francuską, jedną polską, na resztę dni miał MRE, z których zajumałem mu łyżki :P. Dodatkowo miał różne dopełniacze na śniadanie, parę batonów, kisiele. Była to nasza pierwsza styczność z takimi produktami więc nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Najlepsze były MRE, chociaż cała paczka ma coś koło 1200 kcal, na 650 gram wagi. Dużo, licząc, że do przeżycia musimy zjeść takie dwa dziennie. Dodatkowo zajmują dużo miejsca, bo popakowane są w kartoniki. Większość dań głównych była smaczna, jednak często zdarzały się niezjadliwe dodatki, jak wspomniany w relacji beef snack. Na drugim miejscu była racja francuska, całkiem zjadliwa, lecz popakowana w puszki. Na ostatnim była racja polska która była bardzo średnia i bardzo ciężka, w jej skład wchodziła duża ilość puszek. Ja natomiast podszedłem do sprawy inaczej, chcąc jak najbardziej zmniejszyć wagę, czas przygotowania i konsumpcję gazu. Usiadłem więc do tabel kalorycznych i zacząłem sobie kompletować menu, które da mi mniej więcej 2500 kcal o wadze maksymalnie 700 gram. Moje dzienne menu wyglądało tak:
ŚNIADANIE
-owsianka nesvita,
-paczka ciastek zbożowych belvita,
-herbata z cukierem ;).
Śniadanie szybkie w przygotowaniu i jak dla mnie dosyć smaczne, wystarczy tylko zagotować mniej więcej 0,7 litra wody i gotowe, zajmuje maksymalnie 5 minut.
W trakcie marszu miałem do dyspozycji dwa batony musli (Nestle i Bio, najsmaczniejsze jakie znalazlem) oraz mieszankę orzechy nerkowca/rodzynki/suszone banany (koło 450 kcal/100gram). Mieszanki miałem na cały wyjazd około kilograma, jednak na początku jej nie ruszałem bo nie miałem takie potrzeby.
OBIAD
-100g kaszki kuskus,
-2 kiełbasy myśliwskie, lub 1/4 kiełbasy krakowskiej, mocno przesuszone.
-gorący kubek na bogato knorra,
-herbata z cukrem.
Menu dobierałem tak żeby było smacznie, jedzenie nie znudziło mi się przez 11 dni, może dlatego że zmieniałem codziennie smak zupek i owsianki. Ani razu na wyjeździe nie byłem głodny, a jedzenie na cały wyjazd ważyło koło 6,5 kg, czyli trochę mniej niż 600 gram na dzień. Wspólnie z Kubą stwierdziliśmy, że mój system żywienia był lepszy, o ile nie nudzi nam się takie monotonne jedzenie zbyt szybko. Na jedzenie wydałem coś koło 180 złotych. Na początku rozważałem liofy, jednak wtedy wydałbym dwa albo trzy razy więcej.
Gotowanie.
Do gotowania też mieliśmy różne podejścia, głownie ze względu na niepewność Kuby czy dostaniemy na miejscu gaz. W związku z tym ja paliłem na norweskim gazie, a Kuba na kostkach esbita. Na kostkach trudno było mu zagotować wodę szybciej niż w 10 minut, jednak do podgrzewania gotowych dań w puszce sprawdzało się dobrze. W drugiej części wyjazdu już głownie obaj na gazie.


Koszt całego wyjazdu wynosił w moim przypadku około 800 pln, co jak na 11 dni w Norwegii nie jest wielką kwotą.

Sprzęt
Jako namiot posłużył nam HiMountain Viper, może nie były to idealne warunki dla niego, ale był lekki i pod ręką, raz mocno się zapocił mocząc nam śpiwory, ale w umiarkowanym deszczu ani tropik ani podłoga nie przemokły. Na następny podobny wyjazd myślę, że raczej dwupowłokowy namiot sprawdziłby się lepiej.
Spaliśmy w śpiworach puchowych, ja w Alpinusie z mojej szafy, który okazał się zdecydowanie za zimny (komory przeszywane) i dosyć mocno musiałem się docieplać. Na początku rozważałem combo z alpinusa i mckinleya ale bym się nie zapakował na wyjazd wtedy. Ogólnie zmarzłem tylko raz, ale na pewno muszę zaopatrzyć się w coś porządniejszego. Kuba spał w climberze 600 małacha, komfort cieplny miał cały czas.
Jeśli chodzi o wagę plecaka to mój załadowany Kestrel 48 bez wody ważył 10,5 kg, czyli 12,5 z wodą, pod koniec wycieczki już bliżej 6 jak zjadłem wszystko to co miałem. Zaznaczam jednak, że nie nosiłem namiotu, który był w plecaku Kuby. Jego plecak bez wody ważył 19 kg, z wodą 22, czyli ledwo zmieściliśmy się w limicie wizz'a. Duża waga plecaka Kuby wiązała się głownie z ciężkimi racjami żywnościowymi. Reszta sprzętu to z grubsza to co mam wypisane w szafie.

Autostop
Jeśli chodzi o podróż autostopem to raczej należy wybrać się w sezonie gdy jeździ więcej turystów, bo zatrzymują się dużo chętniej niż norwegowie. Musieliśmy czekać często nawet godzinę, żeby ktoś się zatrzymał, nawet w ruchliwych miejscach.

Jakbyście mieli jeszcze jakieś dodatkowe pytania to walcie śmiało, na pewno o czymś zapomniałem :P.

Offline szukamzony



  • Pomógł: 3

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #3 dnia: Marzec 18, 2014, 19:11:36 »
o kurde, nieźle przemyslane no i cena za jedzenie robi wrazenie, byłem juz 3 razy w norwegi a to przejazdem/przelotem a to na jednodniówke i chyba zawsze najwieksze koszty do transport; sam chcialbym wybrac sie na trekking 4 dniowy kolo bergen po czym dojazd do stavanger i powrót do Polski, ale przyznam ze nie sadzilem ze AŻ 11 dni w Norwegii i mozna zamknac sie w takiej kwocie korzystajac z komunikacji tamtejszej, super relacja no i jest kolejny cel jessli chodzi o Norwegie :D, waga plecaka ---> SZOK

Offline iwonapro



  • Pomógł: 79
  • "Jak zjesz wykładowcę to kto da Ci wykształcenie?"

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #4 dnia: Kwiecień 17, 2014, 11:33:32 »
Co oznacza to słowo (Hamaroyskaftet)? Nie intryguj tylko gadaj!

Dzień z przekraczaniem bagna świetny!

Offline mciej

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #5 dnia: Kwiecień 22, 2014, 23:09:10 »
W północnej Norwegii słowo skaftet potocznie oznacza męskiego członka, wiec Hamaroyskaftet można sobie przetłumaczyć jako Hamaroyski członek :P Obchodząć skałe do okoła musze powiedzieć że coś w tym jest ;). A dzień owszem fajny, ale po 3 godzinach w chaszczach nie było nam tak bardzo do smiechu, ale ślady reniferów dawały nam nadzieje że jakoś może stamtąd wyjdziemy :P

Offline Doczu



  • Pomógł: 80
  • Cham nikczemnego wzrostu

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #6 dnia: Maj 14, 2014, 05:56:46 »
Bardzo fajny trip. Norwegia kusi mnie co raz bardziej.
Co do zywności, to powszechnie jednak francuskie racje uznawane są za najlepsze, no ale to pewnie kwestia gustu. Beef snack to przysmak i chyba najlepszy element MRE :)
Co do Bodo - jak to nie ma co tam oglądać ? Kurcze ten kościół nawiązujący do Katedry Notre Damme jest rewelacyjny. Zastanawia mnie tylko co tam tak mało, a nawet brak) ludzi ?
Co to w niedzielę o poranku tam byliście czy jak ? Wygląda jak wymarłe miasto :)
Trzeba będzie chyba w przyszłym roku pomysleć nad tą Norwegią, bo jak trafi się w pogodę, to widoki zapierają dech.
A swoją drogą - był ktoś na Lofotach ? Recki żadnej na Odorze nie widzę, a strasznie urokliwa kraina. Bardzo mnie kusi.

forum.outdoor.org.pl

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #6 dnia: Maj 14, 2014, 05:56:46 »

Offline lex

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #7 dnia: Maj 14, 2014, 08:13:18 »
Zastanawia mnie tylko co tam tak mało, a nawet brak) ludzi ?
Co to w niedzielę o poranku tam byliście czy jak ? Wygląda jak wymarłe miasto :)
W skandynawii już tak jest. Oni są inni ;D
wolność to outdoor i bokserki

całowanie w rękę nagiej kobiety jest stratą czasu

Gang Albanii

Offline Doczu



  • Pomógł: 80
  • Cham nikczemnego wzrostu

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #8 dnia: Maj 14, 2014, 08:22:51 »
W skandynawii już tak jest. Oni są inni
No to wiedziałem, ale skala zjawiska mnie zaskoczyła ;D

Offline mciej

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #9 dnia: Maj 14, 2014, 08:45:07 »
Na Lofotach był prosiakt http://www.forum.outdoor.org.pl/podroze-po-calym-swiecie/norwegia-kraina-reniferow-(od-lofotow-az-po-nordkapp-i-kawalek-dalej-)/ :P
Francuska racja była ok, ale była popakowana w puszki co znacząco podniosło jej wagę i to byla jej najwieksza wada. W sumie mi to bez rożnicy bo wole mój system żywienia. Co do Bodo, to jest to miasto praktycznie nowe, zaczęło się rozbudowywać razem z boomem naftowym i jest raczej mało klimatyczne, katedra też większego wrażenia na nas nie zrobiła. A zdjecia katedry w relacji są z Trondheim, i tam już na prawde warto się wybrać :P Ludzi mało bo i taki okres że turystów mało, a też byliśmy tam właśnie w niedziele rano i dopiero ludzie powoli wstawali :P

Offline Doczu



  • Pomógł: 80
  • Cham nikczemnego wzrostu

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #10 dnia: Maj 14, 2014, 11:58:57 »
o widzisz. Dzięki za linka do relacji prosiakt'a. przeoczyłem jakoś.
Co do racji żywnościowych to ja jednak przedkładam walory smakowe nad ciężar, choć oczywiście jeśli brac pod uwagę wagę takich racji to MRE chyba wypada najlepiej.
Polskie racje też są niezłe. Swego czasu zamawiałem z Arpolu konserwy bo były przepyszne i w trakcie konsumpcji przywoływały wspomnienia z woja, ale cena przesyłek wzrosła i już nie opłacało się brać takich ilości jakie ja brałem.
Co do Bodo, to mów co chcesz - mnie ta Katedra się bardzo podoba. No ale wiadomo - rzecz gustu. Ta katedra to także nowy budynek stylizowany na ... x wieczny ?

Offline prosiakt



  • Pomógł: 30
  • nie jest tak źle , mogło być gorzej ...

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #11 dnia: Maj 14, 2014, 20:36:50 »
Skoro o mnie mowa  ;)

Na lofotach byłem w sumie 2 razy i z checia by msie jeszcze raz wybrał .
jedna relacja jest , ta która mciej podał .
drugi raz byliśmy w styczniu na zorzy polarnej , i jak narazie mam tylko fotki z samej zorzy , nie przygotowałem jeszcze z całego pobytu :
https://picasaweb.google.com/110707170585295247140/AuroraBorealis?authuser=0&feat=directlink
pojechaliśmy tam typowo pod namiot , zeby zobaczyć zorze , nie robiliśmy wiele kilometrów , takż żeby tylko pochodzić i przemiscicić sie w ciagu krótkiego dnia . byliśmy jakies 5 dni , żywnośc mieliśmy ze sobą , to co zawsze , kuskus , z suszonym miesem i warzywami , pure , z tym samym , kaszki dla dzieci , suszona kiełbasa , troche sera i gorace kubki w wersje deluxe , zalewa sie szklanka wody i wychodzi gesty sos/zupa z drobnym makaronem - dobre to zeby sie dopchac i bardziej sycace niż zwykłe kubki.

to tak na szybko

Co do samego bodo - to miasteczko jak kazde inne , spokojne i pustawe. dla nas ciekawe było tylko wzgórze z którego można było oglądac panorame na miasto i okolice .
moge jeszcze dodac ze trudno nam było znaleźć butle campingaz , primusy były , w koncu w jakimś supersamie udalo nam sie zakupić zwykły mały palnik z butlami ( pasującym do primusów ) za małe pieniądze jakies 10 Funtów po przeliczeniu ( jak na warunki Norweskie , gdzie MSR kosztował w przeliczeniu ok 100 funtów ).
 i ten palnik uratował nam du..ę  bo juz mieliśmy kupowac wielki znicz/ swiece  żeby podgrzewac wodę ;)

Offline Doczu



  • Pomógł: 80
  • Cham nikczemnego wzrostu

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #12 dnia: Maj 14, 2014, 20:54:53 »
Kufa. Zorze czaderskie. Posrałbym się ze szczęścia.
też właśnie myślę, żeby się na zorze wybrać ale i landszafty wysepkowe mnie także jarają.
Mam kolejny cel w życiu. Dzięki. W stosownej chwili zgłoszę się po więcej info.

Offline oli

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #13 dnia: Maj 26, 2014, 14:45:22 »
Dzięki za relację. Czyta się bardzo dobrze, zdjęcia piękne. Tylko tak nie narzekaj na stopa, bo z tego co piszesz (mało samochodów, puste drogi), to jednak nieźle Wam szło. A skład - dwóch facetów. Czekanie godzinę czy dwie to nie jest źle :)

Pozdrawiam i szukam biletów do Norwegii.

Offline marcinw7982



  • Pomógł: 0

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #14 dnia: Wrzesień 18, 2014, 07:25:41 »
Nad wybraniem na Nordkapp myślałem od dłuższego czasu, dopiero oglądnięcie programu Galileo "Autostopem na Nordkapp" zainspirowało mnie do zdobycia północy w ten sposób.
Zapraszam do lektury "Autostopem na Nordkapp 2014", podróż odbyłem samotnie, głównie drogą lądową. http://witaodkrywaswiat.blogspot.com/  

forum.outdoor.org.pl

Odp: Norweska majówka 2013
« Odpowiedź #14 dnia: Wrzesień 18, 2014, 07:25:41 »