Autor Wątek: GSB- Główny Szlak Beskidzki. Part 1  (Przeczytany 4315 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline wojtekh



  • Pomógł: 9

GSB- Główny Szlak Beskidzki. Part 1
« dnia: Październik 01, 2013, 19:45:15 »
Jakoś na wiosnę znalazłem portal i przeglądając go, natrafiłem na temat poświęcony głównemu szlakowi beskidzkiemu. Od tamtej pory wizja przejścia najdłuższego szlaku w naszej ojczyźnie za jednym razem nie dawała mi spokoju. Ładnych kilka dni spędzonych przed komputerem na czytaniu relacji, wskazówek i porad. Z dnia na dzień coraz bardziej podobał mi się ten pomysł i w końcu zapadła decyzja. Nastąpiła chłodna kalkulacja czego potrzeba:
Dwa i pół tygodnia- luzik w końcu po coś się studiuje ;)
Fundusze- no właśnie pojawił się problem, przy założeniu minimalistycznym i oszczędnym 15-20 zł na dzień robiła się sumka do przyjęcia, ale zaraz, zaraz gdzieś trzeba spać.... tak więc doliczając 30zł dziennie na nocleg zrobiło się gorzej. W tym momencie zapadła decyzja o zakupie namiotu i dwa główne problemy czas i pieniądze rozwiązane, pozostało czekać na lipiec i w drogę:)

Plan zakładał wyjazd z Warszawy z samego rana 12 lipca, by po 17 dniach znaleźć się przy upragnionej kropce we wsi Wołosate. No właśnie, plany planami, a rzeczywistość swoje, w dalszej części wyjaśni się co i jak ;)

Przygotowania

Pierwsza lista sprzętu powstaje na długo przed wyjazdem, plecak na wagę i... 18,6kg bez jedzenia i wody- TAKIEGO WAŁA! Powyżej 10kg nie będę tragać. W tym momencie przyjąłem radykalną zasadę - wyjmuję pojedyncze rzeczy zadając pytanie „rzeczo ty moja, czy jesteś niezbędna?” (słowo niezbędna jest tutaj kluczowe) jeżeli pada odp „użyjesz mnie kilka razy”, albo „mogę się przydać”automatycznie powoduje skreślenie z listy, odp. „jestem ci niezbędna, będziesz używał mnie codziennie” powodowała przejście do rundy dwa(chyba nie muszę mówić, że wywaliłem ponad połowę rzeczy). W rundzie drugiej nastąpiła jeszcze drobna selekcja oraz dokupywanie brakujących rzeczy, podczas którego podstawowym kryterium była waga. Tak więc gram do grama i waga bazowa bez wody i jedzenia wyszła niecałe 7,5kg. Zdecydowanie zrobiło mi się lżej na ramionach i nie tylko ;) W trakcie wędrówki kupowałem jedzenie na jeden dzień, a wody miałem tyle żeby starczyło do najbliższego schroniska/sklepu, więc waga noszonego plecaka nigdy nie przekraczała 9kg:) No może raz jak załadowałem plecak piwem po brzegi, ale to już inna historia ;D



Z doświadczenia polecam zabrać 2 koszulki, bielizna x2, krótkie i długie spodnie,  bluza termiczna, cieniutki polarek (ja używałem do spania),  bluza (może być polar 100), kurtka p deszcz i to w zupełności wystarcza. Na szlaku jest aż nadto możliwości przeprania.

No to jazda!

Dzień 1
12.07.2013

Wstaję z samego rana, pociąg z Warszawy do Katowic mam o 6 więc trzeba się śpieszyć z porannymi obowiązkami, a pora nie ułatwia zadania, wsiadam do autobusu w kierunku dworca, w głowie robię listę rzeczy i oczywiście zapomniałem czołówki... trzeba będzie poszukać w Katowicach lub Ustroniu sklepu.
Mam pół plecaka zestawu śniadaniowego od dziewczyny ale mając w perspektywie 2,5 tygodnia w dziczy po  drodze łapię jeszcze „pracownika” z subwaya i już siedzę sobie w pociągu. Zanim na dobre rozlokuje swoje rzeczy dosiada się do przedziału jakiś facet i w takim składzie docieramy do Katowic. W Katowicach szukam busa który kursuje do Ustronia, Pan taksówkarz kieruje mnie nie na ten przystanek co trzeba więc gdy odnajduję swój busik została 1 min do odjazdu ufff :)
Pan kierowca nie kwapi się z odjazdem więc nie czekam na niego i zajmuje miejsce z tyłu z zamiarem późniejszego zakupu biletu. Zanim ruszyliśmy ludzi zrobiło się tyle, że nie dałem rady dopchać się do kierowcy, na to jedna z pań powiedziała że najwyżej zapłacę w Ustroniu. Tak też chciałem zrobić więc pogrążyłem się we śnie i obudziłem tuż przed ustroniem. Przy wysiadaniu:
-Dzień dobry, ja chciałbym jeszcze zapłacić od Katowic.
-Jaja se pan kurwa robisz?
-No nie,chciałem być uczciwy i zapłacić za bilet
-Jaja se pan kurwa robisz? A jakby była kontrola biletów?
-Panie, a widział Pan ile było ludzi w busie? Jak ja miałem tu dojść do Pana?
-A nie wkurwiaj mnie, se na wakacje przyjechał...

W tym momencie wyszedłem z busa i poszedłem w swoją stronę, niestety są ludzie i parapety :/

Odnajduje swoje strzałki w międzyczasie kupując najtańszą czołówkę w sklepie za 29zł, pod namiot w zupełności wystarczy. Coś popyrtasiłem i zamiast podchodzić pod równicę od razu zabrałem się za czantorię więc na samym początku wtopa. Padający deszcz jednak szybko uświadomił mi, że dzisiejsze nieświadome skrócenie trasy jest całkiem przyjemne ;) Cały dzisiejszy dzień stoi pod znakiem mgły i przelotnego deszczu. W trakcie podchodzenie pod czantorię zaczyna mocniej kapać więc chowam się pod daszek napotkanej budki która w zimie obsługuje wyciągi.





Dalsza droga przeplatana jest większą bądź mniejszą mżawką, a silniejsze opady przeczekuję pod drzewami. Pierwszy postój przy schronisku na Soszowie, szybki baton i dalej w drogę, cel na dzisiaj to nocleg pod namiotem jak najbliżej Kubalonki. Dalsza droga przebiega bez zmian, widoczność maks 20 metrów, więc dosyć zdziwiony byłem jak wyłoniło mi się schronisko na Stożku. Tylko wszedłem pod daszek a na górze ktoś odkręcił prysznic, deszcz zaczął tak walić, że nawet kobieta z obsługi wyszła zobaczyć co się dzieje. Ja nie patrząc na krople deszczu wchodzę do środka i za zaoszczędzone pieniądze na bilecie bez wyrzutów sumienia zamawiam piwko i siadam w kącie. W międzyczasie  zastanawiam się nad spędzeniem nocy w schronisku, na szczęście deszcz przestaje padać bo ceny z kosmosu. Jak wychodzę na zewnątrz to deszcz już w ogóle nie pada. Spokojnie dochodzą sobie do przełęczy Lączecko i zaczynam rozglądać się za noclegiem. Jak na złość nigdzie miejsca na namiot, w pewnym  momencie odbijam w bok drogą wyjeżdżoną przez leśników znajduję kawałek wysokiej trawy ale po uklepaniu mój rigel spokojnie się zmieści. Rozkładam namiot gotuję papku i idę spać.

Dzień 2
13.07.2013


Budzik na 6, słyszę kilka kropli więc ustawiam na 6:30, jest lepiej więc zjadam śniadanie i chwilę po 7 ruszam na trasę. Staram się iść żwawo, ale jestem tak zaspany że ledwo idę, na Kubalonce chwila przerwy i ruszam dalej na Przysłop.



Pogoda jak wczoraj więc bez większych rewelacji docieram do naszego komunistycznego cudy czyli schroniska na przysłopie ;D Tutaj robię sobie drugie śniadanie i jazda dalej. Dosyć szybko brodząc po kostki w potoku płynącym szlakiem dochodzę na baranią, gdzie pogoda na chwilę się nieznacznie poprawia i można zrobić jakieś pamiątkowe zdjęcie ;)








Następnie zejście do węgierskiej górki gdzie na mapie wyczaiłem pole namiotowe. Faktycznie, tabliczka dumnie stoi ale pole zamknięte, będzie otwarte za kilka lat bo jakiś remont, szkoda, idę dalej w nadziei, że za żabnicą rozbije się na jakimś polu. Pola są i to pod dostatkiem, ale dnia jeszcze sporo więc idę dalej w nadziei na jakąś wiatę albo ambonę żeby namiotu nie rozwijać. W pewnej chwili spotykam jakąś kobitkę zbierającą chrust
-Dzień dobry, nie wie Pani czy dalej jest jakaś ambona albo wiata turystyczna żeby spędzić tam noc?
-Za godzinę drogi jest agroturystyka w Abrahamowie
-Wie Pani wolałbym omijać agroturystyki
-A namiot masz?
-Mam
-To rozbij się obok tej chatki.

Ela (jak się później okazało) i jej towarzysz Kazik byli na tyle mili, że w końcu pozwolili mi przenocować na stryszku, a wcześniej uraczyli mnie winkiem, swoim gazem żebym mógł zrobić sobie kolację i rozmową przy ognisku. Ten nocleg będę wspominał do końca życia. Dzięki takim osobom ludzie kochają góry. Ela i Kazik jeżeli to przeczytacie to jeszcze raz bardzo dziękuję :)
Spało się wybornie!

Dzień 3
14.07.2013

Wszystko co dobre szybko się kończy, niechętnie opuszczałem tą cudowną chatkę tak więc na szlak ruszam dopiero po 9. Idzie się całkiem przyjemnie dlatego pierwszy odpoczynek dopiero na hali Rysiance. Tutaj korzystając, że herbata prawie za darmo (2,5zł) zamawiam takową z cytrynką i konsumuje drugie śniadanie, które nieco się przeciąga ale w końcu udaje się wyjść dalej. Niestety daje o sobie znać stare porzekadło, że trzeci dzień jest kryzysowy. Idzie się dobrze ale każdy przystanek powoduje, że za cholerę nie chce się wstawać i iść dalej. Dlatego kolejny postój dopiero na hali miziowej, szybko nabieram wody z kranu, krótki odpoczynek i dalej w drogę. Szybkie tempo powoduje że na przełęczy glinne jestem przed 16, a do planowanego noclegu zostało tylko ok godziny. Nie jestem mocno zmęczony ale stopy po prawie 3 dniach w mokrych butach są nieźle zmasakrowane więc długą chwilę siedzę na schodkach i kombinuje jak przetrwać do jutra i nie musieć schodzić asfaltem w dół do sklepu. Niestety kalkulacja zapasów jedzeniowych w plecaku zmusza mnie do zakupów, na szczęście jakieś małżeństwo oferuje, że podwiezie mnie do Korbielowa. Grzecznie wsiadam do samochodu ciesząc się, że przynajmniej w jedną stronę nie muszę drałować :) Szybkie zakupy w pierwszym napotkanym sklepie i ruszam do góry tym razem na nogach. Dochodzę na przełęcz utykając na jedną nogę, mokre buty są złe! Szybka operacja na palcach stóp i ruszam dalej, już niewiele zostało :) Powolnie maszerując, rzucając na każdą nierówność słowami na „k” modle się żebym za zakrętem znalazł jakąś bacówkę. I oto w okolicach Beskidu Krzyżowskiego, a raczej za niż przed (straciłem trochę orientację i nie wiem dokładnie gdzie jest to miejsce) z lasu po lewej stronie wyłania się polanka, a na polance wymarzona bacówka, nie da się jej przeoczyć, krzycząc i śmiejąc się wbiegam do środka, bacówka ledwo stoi jednej ściany nie ma a druga w części zastawiona starymi drzwiami, ale jest dach miejsce na ognisko i przede wszystkim sucho :) Za jasnego zbieram trochę drewna rozpalam ognisko i otwieram wtargane na plecach piwo, jest bosko. Później szybka kolacja i spać.





Dzień 4
15.07.2013

Nad ranem budzi mnie przeraźliwy chłód i deszcz. Budzik mam na 6 ale patrząc na pogodę nastawiam go na 7, o 7 dalej leje więc rozpalam na nowo ognisko i grzejąc się przy ogniu zjadam śniadanie i czekam na przerwę w deszczu żeby wystartować. W końcu przestaje padać ale zimno jak cholera, zakładam wszystkie ciuchy jakie mam i jakoś idę, oby do markowych szczawin!

Pogoda do dupy, leje non stop, a ja z zimna nie mogę ruszyć palcami. W końcu spotykam jakąś wiatę zdejmuję plecak i wyjmuję palnik żeby rozgrzać trochę palce. Dobre 10min trwa aż uda mi się zmontować kuchenkę i odpalić, ale było warto, po 5 minutach grzania dłoni pakuję wszystko i ruszam dalej. Dłonie ciepłe, ale o reszcie ciała nie można tego powiedzieć. Leje coraz bardziej, na szczęście docieram do markowych Szczawin a tam na termometrze temp 6 stopni...
Wchodzę do schroniska zamawiam gorącą zupę i pierwszą myślą jest zostać tam na noc, plan był dotrzeć do krowiarek, ale w takiej temp nie chce nocować pod niebem. Byłem przygotowany na temp do ok 10-15 stopni ale niestety w Polsce nawet w lipcu może być dupcia :( Po zupie nieco rozgrzany nabieram ochoty żeby iść dalej, ale nie mam ochoty rozkładać namiotu w deszczu, więc szybki kontakt telefoniczny z dziewczyną, ale nie była mi w stanie powiedzieć czy na krowiarkach jest wiata dlatego dla bezpieczeństwa zostaje na noc w schronisku. Wieczorkiem ciepły prysznic kolacja i obserwacja deszczu raz ulewnego raz nieco mniej, od jutra ma być lepiej, oby.

Dzień 5
16.07.2013

Wstaje o 6 za oknem kiepska pogoda chmury takie że widoczność 10metrów albo mniej, na szczęście nie pada. Wczoraj skróciłem dystans więc dzisiaj trzeba nadrabiać, miałem mieć dzisiaj luźniejszy dzień więc powinienem dać radę dojść do Jordanowa. Szybkie śniadanie i w drogę na najwyższy szczyt gsb Babią Górę. Idzie się szybko, na górze wyprzedzam czas ze strzałek o 30min, ale że pogoda do dupy szybko schodzę na dół.



Schodząc spotykam dwie dziewczyny robiące ankietę o Parku narodowym, kogo jak kogo, ale ankieterek w górach to bym nie szukał ;D Zrobiłem ankietę, chwilkę pogadaliśmy i dalej na dół. Wraz ze spadkiem wysokości pogoda się poprawia i wychodzi słońce, na sokolicy nawet jako takie widoczki więc krótki odpoczynek, niestety babia dalej w chmurach.





Na krowiarkach słońce pełną parą i stonki dzieciaków idących na babią. Wiata oczywiście też stoi, piękna, duża wiata, szkoda że o niej nie wiedziałem wczoraj;/ nic to, po krótkim postoju ruszam dalej. Cel schronisko na hali krupowej, niecałe 2h i siedzę na werandzie schroniska jedząc drugie śniadanie i grzejąc się na słońcu zabawiam tam dobrą chwilę, a ruszam dalej tylko dlatego że chleb na kanapki się skończył ;D
Teraz już szybkie zejście do bystrej, gdzie robię zakupy, wypijam piwko pod sklepem i uginając się pod ciężarem plecaka który zapakowałem 3 kolejnymi browarami kieruje się szlakiem aż do torów kolejowych. Przy torach odbijam ze szlaku, ponieważ dzisiaj planuję spać na działce wujostwa w Jordanowie a wiem jak tam trafić tylko torami kolejowymi, tak więc po godzinie dreptania wzdłuż torów docieram do dzisiejszego miejsca noclegowego. Szybkie ognisko kolacja i spać do namiotu.


Dzień 6
17.07.2013

Wstaje nieśpiesznie o 7 o 8 ma przyjechać wujek z dziadkiem i tak od słowa do słowa, od piwa do piwa robi się....


Dzień 7
21.07.2013

No i zasiedziałem się ;) Z powodu, że musiałem wrócić do Warszawy przed końcem lipca, zrobienie całości szlaku było dla mnie nierealne, postanowiłem że dojdę do Rytra, czyli zrobię połowę trasy, a druga połowa może za rok  ;)
Rano dziadek podwozi mnie do Skawy na stację i ruszam w dalszą drogę. Odcinek drogi między Jordanowem a Rabką, wspominam kiepsko, szlak idzie po polach i z tego powodu gubiłem go kilka razy i musiałem walić na azymut, ale zawsze natrafiałem na magiczne czerwone znaczki :)
Za Rabką jedyna stonka podczas wycieczki, bliskość schroniska na Maciejowej i Starych Wierchach spowodowała, że na szlaku było bardzo tłoczno i hałaśliwie :(
Na Starych Wierchach chwila odpoczynku i wio na Turbacz gdzie przy schronisku rozbiłem namiot z zajebistym widokiem na tatry :)



W rzeczywistości widoki dużo lepsze :(


Dzień 8
22.07.2013

Pobudka o 7 i w sumie oprócz walki z owcami bez żadnych rewelacji mija mi dzień aż do Lubania.



Na zejściu zagapiłem się i pogubiłem szlak z racji, że kierunek marszu się zgadzał nie zawracałem tylko kontynuowałem drogę i w końcu doszedłem do Krościenka od dupy strony ;) W Krościenku zakupy i myślałem, że nie wstanę... zdecydowanie przesadziłem z ilością piwa w plecaku, z tego powodu zmniejszyłem ciężar bagażu pod sklepem o 0,5kg ;) do tego zjadłem trochę prowiantu i już byłem wstanie podnieść plecak. Zaraz za Krościenkiem droga ostro wznosi się na Dzwonkówkę i zdecydowanie zapamiętam ten fragment, cholernie ciężki plecak ciążył straszliwie, ale jakoś udało się wejść na górę. Potem przełęcz Przysłop i rozglądanie się za noclegiem. W pewnym momencie zauważyłem pewną małą polankę, rozbiłem namiot wypiłem pozostały w plecaku balast, zjadłem kolację i szybko zasnąłem.







Dzień 9
23.07.2013

Wstaję bardzo późno bo o 9, do Rytra zostało bardzo mało a ja mam jeszcze dwa dni więc leżę do 14-15 w namiocie i dopiero pod wieczór zwijam majdan i udaje się do schroniska na Prehybie gdzie na polu rozbijam namiot, zjadam jakiegoś schroniskowego kotleta i wegetuję do wieczora :) Jak się szybko okazało kotlet był kiepskim pomysłem...

Dzień 10
24.07.2013

Budzę się w nocy, jest mi straszliwie zimno, a do tego kotlet chce mnie opuścić. Oczywiście schronisko pozamykane na 4 spusty i nie można skorzystać z toalety. Zdecydowanie jest to najmniej sympatyczne schronisko jakie napotkałem po drodze :( Nic to, załatwiwszy co miałem załatwić trzęsę się z zimna dalej, ubieram wszystko co mam zawijam się kocem nrc i wegetuję do rana. Rano nie jest lepiej, wymioty i gorączka, generalnie cieszę się że do Rytra już blisko. Wolnym tempem docieram do stacji PKP gdzie rozwiązując krzyżówki czekam 6h na pociąg do Warszawy. W pociągu miła niespodzianka bo do Warszawy mam cały przedział dla siebie więc wyciągam śpiwór i idę spać. Tak docieram do Warszawy gdzie kończy się moja przygoda :)


Podsumowanie

Pomimo, że nie zrobiłem całości szlaku za jednym razem to nie jest mi z tego powodu jakoś źle, spędzenie na błogim lenistwie kilku dni też ma swoje uroki ;) Drugie pół prawdopodobnie zrobię w przyszłym roku, albo za dwa... kiedyś na pewno! Szlak nie jest może wybitnie urokliwy, wiele razy dziwiłem się, że poprowadzono go w sposób lekko mówiąc kontrowersyjny ale jest w nim coś przyciągającego, jednak fakt że jest najdłuższy w Polsce robi wrażenie ;) Planowałem przejście w 17 dni, robiłem powiedzmy ok 30km dziennie, dla mnie był to dystans po którym wieczorem stopy były nieźle zmęczone, gdybym miał drugi raz planować przejście całości założył bym sobie czas 21 dni. Jest to czas, w którym nawet największy ślimak i osoba bez kondycji przejdzie go bezproblemowo, a w trakcie wędrówki można zrobić sobie dzień wolnego na czilałcik ;)
« Ostatnia zmiana: Październik 15, 2013, 15:07:54 wysłana przez uysy »

forum.outdoor.org.pl

GSB- Główny Szlak Beskidzki. Part 1
« dnia: Październik 01, 2013, 19:45:15 »

Offline crimson



  • Pomógł: 123
  • rocznik '89

Odp: GSB- Główny Szlak Beskidzki. Part 1
« Odpowiedź #1 dnia: Październik 01, 2013, 19:53:28 »
to nie kotlet Ci zaszkodził, to Tyskie, jakbyś wypił lepsiejsze piwo problemu by nie było ;)
nie jestem całkowicie bezużyteczny, przecież zawsze mogę służyć za zły przykład

stormbringer coming time to die

Offline Piotrek



  • Pomógł: 80

Odp: GSB- Główny Szlak Beskidzki. Part 1
« Odpowiedź #2 dnia: Październik 01, 2013, 20:11:27 »
Fajna relacja, a pogoda i sraka nie. :D 

Offline Yatzek

Odp: GSB- Główny Szlak Beskidzki. Part 1
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 02, 2013, 01:03:16 »
Kotleta to się je w Krynicy z nogami w fontannie!  :D

Przygoda jak się patrzy, materiał do opowieści i wspomnień jest, doświadczenia na drugą część trasy zdobyte.
Teraz tylko przepakować się i na drugi rok ruszać na dzikszy odcinek.
A tego co już przeszedłeś - gratuluję!

Tylko z tym zimnem i sraczką trochę przesadziłeś...  ;)
Wędrówką życie jest człowieka...