Autor Wątek: Niska Majówka, czyli jak Cichy i Stanley w Niskim Beskidzie gejowali...  (Przeczytany 10671 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.


forum.outdoor.org.pl

Odp: Niska Majówka, czyli jak Cichy i Stanley w Niskim Beskidzie gejowali...
« Odpowiedź #25 dnia: Czerwiec 02, 2011, 10:37:05 »

Offline BroJarek



  • Pomógł: 39
  • chłoporobotnik

Odp: Niska Majówka, czyli jak Cichy i Stanley w Niskim Beskidzie gejowali...
« Odpowiedź #26 dnia: Czerwiec 02, 2011, 11:05:48 »
to lis albo jastrząb
te rude włosy i sokoli wzrok by nawet na to  wskazywały ;D

Offline Stanley



  • Pomógł: 21
  • Człowiek potyka się o kretowiska, nie o góry...

Odp: Niska Majówka, czyli jak Cichy i Stanley w Niskim Beskidzie gejowali...
« Odpowiedź #27 dnia: Czerwiec 19, 2012, 15:03:23 »
Czas na drobną aktualizację. Się tak złożyło, że i w tą majówkę ruszyliśmy z Cichym w Beskid Niski. Plany były nieco inne, ale plany planami, a życie życiem... Poniekąd chciałem zrobić odcinek Beskidu Niskiego od Jaślisk do, dokąd się da... Co prawda tradycyjnie ograniczała mnie robota, ale spokojnie można były wykroić czas na wypad. Tegoroczna majowa eksploracja Beskidu Niskiego została uzupełniona o miły, kobiecy dodatek - Kasię (alias Kate:) ). Swoją drogą, była to jej pierwsza plecakowo-namiotowa łazęga po górach. W końcu musi być ten pierwszy raz, oby nie ostatni :)
Bodajże 28 kwietnia ruszyliśmy z Krakowa autobusem do Krosna. Od razu się zaczęło, mega korki na "czwórce", kierowca objeżdżał zatory jak się dało, jadąc nawet jakimiś fragmentami dojazdu do budowanej autostrady A4 :). W sumie pogodziliśmy się, że na autobus Krosno - Jaśliska to nie zdążymy. Gdyby nie Cichy biegnący na dworzec i łapiący już ruszający autobus, to byśmy nie zdążyli :) :) W Jaśliskach zahaczyliśmy o miejscowy sklep, gdzie kupiliśmy kilka rzeczy (jednego artefaktu nie kupiliśmy, ale o tym później). Koło sklepu siedział, tradycyjnie już, lokalny salon niezależnych. O dziwo obyło się bez wstawek: Panie, kup Pan piwko. Cichy rok temu nie mógł się opędzić od jakiegoś lokalnego filozofa...
W końcu ruszyliśmy. Celem była przełęcz Beskid, gdzie zamierzaliśmy kimać. Nie powiem, szło się dosyć długo, przy czym raz pokonaliśmy przeszkodę wodną, robiąc to raczej kabaretowo i na wesoło:



W końcu dotarliśmy do przełęczy, gdzie przywitała nas solidna wiata. Okolica obfitowała również w gałęzie, stąd też szybko nazbieraliśmy chrustu na ognisko, rozbiliśmy namioty, odbiliśmy Jagermeistera (taka dygresja, nie wiedzieć czemu najlepiej pamiętam co piłem na danej wyprawie, chyba, że jakimś dziwnym trafem nie pamiętam co piłem ;D ) i osuszając butelczynę piekliśmy jakieś jasielskie kiełbaski. Biwak przedni:









Hitem okazał się czepek lekarski przytaszczony przez Cichego. Z daleka, z czołówką na głowie każdy z nas wyglądał jak górnik, a Cichy nawet jak hippis-górnik:



Ranek przywitał nas lekko niespodziewanym odkryciem, że jednak nie wzięliśmy pewnej rzeczy. Bez niej dalsza wędrówka, przynajmniej dla damskiej części ekipy, odpadała. Brak cennego artefaktu zmusił mnie i Kate do wyprawy z cyklu: W poszukiwaniu zaginionego... . Czego to nieważne, ważne że poranny konsensus wyglądał tak. Mieliśmy z Kasią zejść do wsi Certizne, kupić artefakt i wrócić. Gdyby artefaktu tam nie było, to sms do Cichego, żeby szedł granicą i spotkamy się koło wieży widokowej, na szczycie Pasika (Paseky). Ze skwaśniałymi minami stoczyliśmy się do słowackiej wsi. Wieś spora, domów w pizdu, ale sklep jeden. W dodatku niedziela i wszystko pozamykane na cztery spusty. Dupa blada, pomyślałem, klnąc też na przedsiębiorczość naszych południowych braci. U nas w tej wielkości wsi sklep byłby otwarty... Cóż, napotkany facet powiedział nam, że najbliższy otwarty sklep to w mieście Medzilaborce, jakieś 10 km stąd. Fuck!
Asfaltowa droga ciągnęła się jak dłuuga dżdżownica. W dodatku ruch był niewielki, szansa na złapanie stopa nikła. W pewnym momencie wymamrotałem coś o mej szczęśliwej gwieździe, która chyba zgasła. W tym momencie pojawił się jadący samochód, machnąłem ręką i yes! yes! yes! Zabrała nas młoda dziewczyna, jadąca akurat do Medzilaborce :) Dotarliśmy, znaleźliśmy sklep, oczywista euro przy sobie nie mieliśmy, a terminala niet. Na szczęście obok był bankomat. Niestety, były też żebrzące romskie dzieci. Poziom mego miłosierdzia był jednak wyjątkowo niski. W sklepie kupiliśmy co trzeba (plus zapas piwa na drogę) i popatrzyliśmy na mapę. Odległość od Medzilaborce do szlaku granicznego była znaczna, miałem średnią ochotę iść kawał asfaltem do Kalinova, a stamtąd dopiero jakimś normalnym szlakiem. Szczęście boskie, była jeszcze ta dziewczyna, co nas wzięła na stopa. Grzecznie poprosiłem o podwodę do Kalinova, podparłszy ją butelką wina. Targ został dobity, ruszyliśmy.

Sam szlak Kalinov - Pasilka nudny, nic ciekawego. Jednakże zanim na dobre ruszyliśmy, to na chwilkę siedliśmy, aby spokojnie wypić zakupione, i jeszcze tak przyjemnie chłodne, piwo. Piwko skończyliśmy, plecaki wylądowały na grzbietach i... I z krzaków wyszedł jakiś Słowak z synem. Coś pogadaliśmy, takie tam, zaproponował nam kawkę :) Nie odmówiliśmy. Okazało się, że tuż za rogiem ma domek letniskowy. Był tam z żoną i dzieciakami. Fajny gość, jakoś się dogadaliśmy, na stole wylądowała butelka Lwowskiej... Wypiliśmy na jedną nogę, potem na drugą, żeby na szlaku równowagi nie stracić... Po takim umocnieniu przyjaźni polsko - słowackiej w końcu wylądowaliśmy na szlaku. Pokrzepieni kawą i procentem szybko osiągnęliśmy Pasike (847 m. n.p.m.), gdzie rozbiliśmy się, czekając na Cichacza. Zanim pojawił się i on:



zdążyliśmy ugotować i zjeść obiad. Wytrzeźwieć też ;D Generalnie na mapie stoi, że na Pasice jest wieża widokowa. No jest, przedwojenna, cała z żelaza. Po prawdzie, strach tam wyłazić. Wylazłem. Z góry zaznaczam, że nie ma po co, chyba, że lokalne drzewa straciły już liście. Wieża jest dosyć niska, okoliczne krzoki wybujały ponad nią i nie widać zbyt wiele. Szkoda...
Cichy w międzyczasie poopowiadał co tam widział. Pokazał też parę fotek. Cmentarz nieszczęśników poległych w I wojnie światowej:







torfowisko:



oraz górę o ciekawej nazwie:



Fajna trasa, nieco żałowałem, że z powodu fatalnego braku artefaktu nie dałem rady go zrobić. Cóż, bywa...

Cichy zjadł lunch :P i ruszyliśmy dalej. Szlak jak szlak - krzoki, krzoki, krzoki:





Czasem w krzakach kryły się jakieś skrzaty:



Pogoda dopisywała, ciepło, aż miło. W pewnym momencie aż za miło się zrobiło. Wody mieliśmy nawet sporo, ale obiadek, temperatura zrobiła swoje. Przy szlaku nie było żadnych źródeł, stąd też przed noclegiem musieliśmy nieco pokombinować. Stanęło na tym, że zeszliśmy nieco szlakiem zielonym w okolice Dołżycy. Rozbiliśmy się przy rzece, na jakiejś polanie pełnej ściętego drewna. Gałęzi na opał nie brakowało, stąd też powtórka z rozrywki: ognisko, namioty, jeno z flaszką było gorzej. Tzn. na początku była pełna, potem jakoś zrobiła się pusta. Ciekawe czemu...
Rankiem wraz z Kate zeszliśmy do Dołżycy, tak w poszukiwaniu sklepu. Świeży chleb mile widziany. Mieliśmy fart, trafiając na obwoźny sklep, w którym uzupełniliśmy zapasy. Ruszyliśmy dalej. Szybko osiągnęliśmy Przełęcz Radoszycką, posiedzieliśmy chwilę w tamtejszej wiacie (ktoś w końcu mógłby usunąć śmieci), potem doszliśmy do Przełęczy Łupkowskiej. Zdziczałe jabłonie, stojący samotnie słup, wymarła wieś. Przy okazji gorąco jak diabli. Zatrzymaliśmy się na obiad.
Na Szczołb (764 m. n.p.m.) dotarliśmy dosyć szybko, potem dalej, przez Koszarkę, Beskid, Głęboki Wierch. Trasa jak trasa, krzaki:



Jednak się i coś widokowego trafiło:







Szliśmy, szliśmy i szliśmy... Czas mijał, słońce powoli zniżało się ku zachodowi, barwiąc i krzaki, i polanki:







W tym miejscu chciałbym zauważyć, że czas etapu Szczołb - Wysoki Groń (1,40 h) podany na Bieszczady wydawnictwa ExpressMap  jest zdecydowanie zaniżony, chyba że jakiś złośliwy kobold się przyplątał. Szliśmy prawie cztery godziny, a naszego tempa nie oceniłbym jako słabe. Przeciętne, ale nie słabe. Chcieliśmy dotrzeć do jakiegoś źródła, albo do niebieskiego szlaku i zejść w okolice Zubeńska, gdzie jest rzeka. Schodziliśmy prawie po ciemku. W końcu rozbiliśmy namioty przy nowo zbudowanej drodze, na polanie ładnie wyczyszczonej przez drwali. Tym razem tylko ognisko, alko i kiełbach już nie było...
Rano kąpiel w rzece (nawet niespecjalnie zimna) i dalej. Zanim wyszliśmy pogadaliśmy z Cichym. On mógł zostać dłużej w górkach, to stanęło na tym, że pójdzie szybciej, bo chciałby dojść do Kremenarosa. Ja z Kate chciałem dotrzeć tylko do Balnicy i stamtąd odwrót do grodu Kraka :(
W takiej sytuacji niespecjalnie nam się spieszyło, szliśmy powoli, relaksacyjnie. Trafiła się i jakaś polana widokowa:







Trasa dłużyła się znacznie, ale w końcu dotarliśmy do Balnicy. Akurat trafiliśmy na ciuchcię, jakby czekała na nas. Cichemu telefonicznie pożyczyliśmy raz jeszcze szerokiej drogi i jak najmniejszej ilości nieprzewidywalnych przygód, zakupiliśmy piwko i ruszyliśmy wygodnym środkiem transportu w okolice Cisnej. Gejowizna. Muszę tu dodać, że widok turystów łażących po okolicach Balnicy w klapkach i zdumionym głosem stwierdzających, że są na granicy polsko-słowackiej... Bezcenny...
Dotarliśmy do Majdanu. Ludzi w cholerę, już pogodziłem się z tym, że będziemy spać w namiocie, ale trafiliśmy na domek obok Cisnej, gdzie jacyś mili ludzie z Warszawy udzielili nam gościny. Spoko towarzystwo, jakiś fotograf-artysta, jego znajomi. Wieczorem pojechali fotografować, ja z Kate uderzyłem w kimono. Ranek pobudka, autobus do Sanoka, stamtąd do Krakowa i tak skończyła się nasza epopeja. Cichy dał znać, że idzie, a gdzie doszedł i co widział - to w wolnej chwili zarzucę appendix do wyprawy :)
Generalnie polecam ten fragment Beskidu Niskiego i Bieszczad z bardzo prostej przyczyny. Nie lubię tłoku na szlaku, a tu przez niemal trzy dni spotkaliśmy z 6-7 osób. Poza tym biwak, ognicho, pieczona kiełbasa, nieprzewidywane problemy (artefakt), które potem odwracają się w radosne przygody... I like it ;D ;D ;D. Bonusem było to, że Kate kondycyjnie spisała się na medal i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zaszczyci mnie swoim towarzystwem w trakcie takiej łazęgi :)

Offline czis



  • Pomógł: 18

Odp: Niska Majówka, czyli jak Cichy i Stanley w Niskim Beskidzie gejowali...
« Odpowiedź #28 dnia: Czerwiec 19, 2012, 15:41:31 »
Ano przeszedłem i ja parę lat temu ten kawałek Niskiego, nawt gdzieś relacja jest :) piękne tereny jak dla mnie....... zresztą ja zawsze chętnie wracam w Niski

Offline kubi

Odp: Niska Majówka, czyli jak Cichy i Stanley w Niskim Beskidzie gejowali...
« Odpowiedź #29 dnia: Czerwiec 19, 2012, 16:27:45 »
zresztą ja zawsze chętnie wracam w Niski
ja sie nie moge napatrzec za kazdym razem jak tam jestem....
"Wszystko jest w Górach, najważniejsze żeby w Nich być, bo tu odzyskuje się równowagę." - Dybel

| POMOC DLA RODZINY DYBLA |

Picasa & Wikiloc

Offline mikron

Odp: Niska Majówka, czyli jak Cichy i Stanley w Niskim Beskidzie gejowali...
« Odpowiedź #30 dnia: Czerwiec 19, 2012, 17:34:26 »
Przełęcz Łupkowska zawsze przywodzi mi na myśl poszukiwania tamtejszych torów widmo,które jak się później okazało biegną tunelem... ;D ;D
Bardzo fajne okolice,trzeba będzie znów tam zawitać :)
Tam, gdzie kończy się szlak,zaczyna się przygoda.

Offline Stanley



  • Pomógł: 21
  • Człowiek potyka się o kretowiska, nie o góry...

Odp: Niska Majówka, czyli jak Cichy i Stanley w Niskim Beskidzie gejowali...
« Odpowiedź #31 dnia: Czerwiec 21, 2012, 16:04:31 »
ja sie nie moge napatrzec za kazdym razem jak tam jestem....
Ja też, zwłaszcza jesienią :)

Przełęcz Łupkowska zawsze przywodzi mi na myśl poszukiwania tamtejszych torów widmo,które jak się później okazało biegną tunelem... 
Gdybym nie wyczytał w necie, też pewnie szukałbym torowiska ;D

forum.outdoor.org.pl

Odp: Niska Majówka, czyli jak Cichy i Stanley w Niskim Beskidzie gejowali...
« Odpowiedź #31 dnia: Czerwiec 21, 2012, 16:04:31 »