25% zniżki na Fjord Nansen i 15% na resztę

Autor Wątek: Niemcy, Holandia, Zatoka Dollard i 1 740 km na siodełku.  (Przeczytany 1840 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline grendel

Niemcy, Holandia, Zatoka Dollard i 1 740 km na siodełku.
« dnia: Listopad 13, 2016, 22:12:01 »
Kilka lat namawiania przez żonę do zakupu rowerów i kilka lat moich wymówek, że: nie mamy miejsca na składowanie, że garaż nie ukończony, że nie wiadomo jaki ten rower kupić, bo podaż teraz ogromna a my się na tym nie znamy itd., itd…  Eeech, szkoda było tych lat...  ::)

W tym roku dojrzałem. Zapadła decyzja – kupujemy rowery. Na początek od mieszkających najbliżej członków rodziny pożyczyliśmy na kilka dni ich rowery by sprawdzić, czy połkniemy rowerowego bakcyla. Były to rowery, które z wyglądu wpadły mi u nich dawno temu w oko i w oparciu o te rowery zamierzałem dokonać zakupu dla nas. Jednak już po pierwszej przejażdżce plany zostały zweryfikowane. Nie takich rowerów szukaliśmy. Zaczęło się przeczesywanie otchłani sieciowej. W poszukiwaniu rowerów wygodnych, wytrzymałych, posiadających dobre opinie i umożliwiających dłuższe podróże bez jakichś modyfikacji. Zasada siadaj i jedź. Wybór padł na wyroby naszego rodzimego producenta – bydgoskiego Unibike. Wybraliśmy model Expedition (męski i damski). Przy naszych problemach z kręgosłupami (szczególnie żona - usunięte dwa dyski, bez żadnej stabilizacji) wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Był kwiecień…

Moje doświadczenia rowerowe zostały brutalnie przerwane, gdy skradziono mi Wigry 2. Wówczas prawie kończyłem już „podstawówkę” i fakt ten miał miejsce ponad 30 lat temu :o
 
Po zakupie zaczęliśmy delikatne jazdy na dystansach 8-10 km „w koło komina”. Potem kilka trochę dłuższych 25-30 km – na działkę rodziców, do znajomych. W głowie powoli powstawał pomysł jakiejś dłuższej wyprawy. W międzyczasie kompletowaliśmy sprzęt – sakwy, zabezpieczenia rowerów, liczniki, ochraniacze na buty, okulary, rękawiczki, zestawy naprawcze itd. Pomysły na wyjazd powstawały i … upadały. Miał być przejazd wzdłuż polskiego wybrzeża, miała być wyprawa do Santiago de Compostela. Ostatecznie jednak z uwagi na nie przewidziane wydarzenia (m.in. najazd samochodem przez jedną panią na moją skromną osobę jadącą rowerem) urodził się plan przecięcia Niemiec i powrotu do domu wzdłuż ich zachodniej i północnej granicy. Mieliśmy przekroczyć dystans 2 000 km. Tak też się stało. Z małą korektą – ostatecznie  nasza trasa liczyła 1 740 km. Najkrótszy dzienny odcinek to 48 km (góry), najdłuższy – 152 km.
 


14 lipca 2016 uzbrojeni w mapy niemieckich landów w darmowej nawigacji Osmand i kilka tras zaczerpniętych ze wspaniałej strony www.waymarkedtrails.org ruszyliśmy… Pierwszy kłopocik objawił się zaraz na starcie, gdy rower niemal „przewrócił się” na plecki przy wyprowadzaniu z podwórka na chodnik, po uprzednim podniesieniu przedniego koła. Cóż, cały majdan ważył 54 kg, z czego 17 kg sam rower…



Po przejechaniu ok. 500 m i lekkim zdziwieniu połączonym z krótkim stresem w związku z trzęsącą się kierownicą, nabraliśmy wprawy w technice jazdy. Będzie dobrze… No to w pedał i do przodu! Po niespełna 4 km minęliśmy granicę kraju i zaczęliśmy rozkoszować się pięknem rozbudowanej, doskonale utrzymanej infrastruktury rowerowej.





























Chociaż trafiały się też rodzynki wymagające niemałego wysiłku, przedzierania się przez ludzką ciżbę z uwagi na właśnie przybyłe wesołe miasteczko bądź nawet konieczność przeprawy promowej.













Znaczna część naszej trasy przebiegała przez pola, lasy i tereny chronione. Witały nas cisza, piękne krajobrazy i żyjące tam stworzenia.













W trakcie wyprawy noclegi odbywały się jedynie na dziko. Starałem się tak dobrać dzienny odcinek, by koniec znajdował się obok zbiornika wodnego.







Orzeźwiająca kąpiel na golasa w Renie przy przepływających jego środkiem statkach wycieczkowych – bezcenna! Za wszystko inne zapłacisz kartą Mastercard…





Ale bywały zbiorniki wodne, w których nie odważyliśmy się hmm, odświeżyć…





W Niemczech ogólnie biwakowanie na dziko nie jest całkowicie legalne. Jednak podczas całej naszej trasy nie spotkaliśmy się z jakąś negatywną reakcją - czy to ze strony stróżów prawa czy osób postronnych. Ba, napotykane osoby odnosiły się do nas z wielką życzliwością, podpowiadając wręcz, że rozbicie się na jeden nocleg z zamiarem odpoczynku nie narazi nas na żadne nieprzyjemności. Było to bardzo miłe. Pomimo takich zapewnień staraliśmy się jak najmniej rzucać w oczy.



















Nie zawsze udawało się znaleźć miejsce całkowicie „incognito”. Takie sytuacje też jednak miały swój urok.











Biwaki, skutkujące dłuższą interakcją z ludźmi były dwa. Pierwszy w lekko już górzystych rejonach Hessen, gdy pod koniec deszczowego dnia, jadąc ścieżką rowerową biegnącą pomiędzy polami a autostradą wkręciliśmy się na przyczepę stojącą pod zadaszoną wiatą na polu. Pan, który pojawił się następnego dnia po jakąś maszynę rolniczą najpierw nas zaskoczył (prace w polu podczas deszczu?) a potem zaprosił i „zaeskortował” ciągnikiem do swoich sąsiadów. Okazali się nimi Polacy, którzy osiedlili się tam w latach 80-tych. Pogawędziliśmy, wypiliśmy kawę, naładowaliśmy baterie naszych urządzeń i mądrzejsi o porady dotyczące jedynie słusznej jak-najmniej-górzystej dalszej drogi ruszyliśmy dalej. Drugi przypadek zdarzył się na północy Niemiec, gdy biwakowaliśmy na drodze polnej na tyłach gospodarstwa. Gospodarz, który zwyczajowo każdego wieczora sprawdzał obejście zaskoczył nas podczas rozbijania namiotu. Nie ganiał nas za to z siekierą a zaprosił na ciepły posiłek i zaoferował pomoc w kwestii podniesienia naszego komfortu termicznego. Nie chcąc sprawiać kłopotów, za (późno)wieczorny poczęstunek podziękowaliśmy ale z pożyczonego grubego koca i zaproszenia na śniadanie skorzystaliśmy.















Gospodarz wraz z małżonką przyjęli nas bardzo ciepło. Udostępnili łazienkę i ręczniki, nakarmili, napoili, zaopatrzyli w owoce ze swojego ogrodu. Kiedy ładowały się baterie naszych urządzeń, przy kawie i domowych wypiekach wymienialiśmy się wzajemnie swoimi doświadczeniami. Gospodarze okazali się zagorzałymi cyklistami. Znacznie bardziej doświadczonymi od nas. Byliśmy pod wielkim wrażeniem oglądając fotki uwieczniające ich wjazdy na alpejskie szczyty. Mieli moc - nasze nogi po kilkudniowej jeździe w niezbyt wysokich górach w środkowych landach już były jak z budyniu…











W miejscach które wybieraliśmy na spoczynek, oprócz wspaniałych widoków:







mieliśmy także możliwość obserwowania wszelkiego rodzaju owadów i środowiska, w którym żyją.















Od zasady biwakowania na dziko były dwa wyjątki - takie jakby „pit – stopy”. To Wiesbaden i Hamm.  Zaplanowane przed wyjazdem miejsca, w których mieliśmy umówione wizyty u bliskich nam osób. Każde z tych odwiedzin trwało ok. tygodnia.















Offline grendel

Odp: Niemcy, Holandia, Zatoka Dollard i 1 740 km na siodełku.
« Odpowiedź #1 dnia: Listopad 13, 2016, 22:18:08 »
W trakcie naszej wyprawy założyliśmy sobie średni dzienny przebieg w granicach 70 -80 km. Przekładało się to na czas 5-6 godzin samej jazdy. Z domu zabraliśmy ze sobą mały zapas prowiantu na kilka najbliższych dni. Zawierał 3 konserwy (2 mięsne, jedna rybna), fixy, płatki, domowego wyrobu batoniki energetyczne i 2 słoiki dżemu, świeże ogórki i pomidory, 10 jajek, mleko, kawę i herbatę, makaron i ryż. Wytyczone przez nas odcinki drogi raz na jakiś czas przebiegały przez miasta. Chociażby ze względu na potrzebę uzupełnienia zapasów. Zakupy robiliśmy w dyskontach jak Lidl, Kaufland, Aldi czy Netto. Ceny produktów takie jak w Polsce (mnożąc EUR przez kurs) a w niektórych przypadkach nawet niższe. Płatności bezpłatną kartą z bezpłatnego rachunku w EUR. Przeliczenie 1:1. Rachunek w Alior Kantor Walutowy. Szybko i bez problemów można go założyć przez internet.

Wraz ze wzrostem przejechanych  kilometrów rosło w nas przekonanie, że lepiej jest nadłożyć drogi i jechać polami niźli przebijać się ścieżkami rowerowymi przez miasto. I nie chodzi tylko o czas na robienie fotek, o światła na skrzyżowaniach, o deptaki którymi rowery należy prowadzić w określonych porach dnia ale przede wszystkim o znaczną ilość przebywających tam bez żadnego wyraźnego celu obcych nam kulturowo muzułmańskich imigrantów. Nie chcę się bawić w sędziego ale to chyba nie z powodu ADHD oczka chodziły im bardzo szybko… Niemniej jednak przez takie miejscowości jak Halle, Erfurt, Frankfurt nad Menem, Moguncja, Koblencja, Bonn, Aachen, Dortmund, Duisburg i sporo jeszcze innych przejechaliśmy.

















Na przygotowanie posiłków, z uwagi na nasze potyrane kręgosłupy wybieraliśmy miejsca, w których można usiąść i - w przypadku dni deszczowych - które posiadały jakiś daszek.







Źródło ognia w kuchni stanowiła chińska myśl techniczna, czyli palnik wielopaliwowy BRS 8B.





Postawiliśmy na benzynę jako najtańsze i najbardziej dostępne paliwo. Butla w zestawie mieści 460 ml substancji. Stan uzupełnialiśmy na stacjach paliw. Korzystaliśmy z uprzejmości kierowców tankujących swoje pojazdy, ponieważ najmniejsza odmierzana przez dystrybutor dawka wynosiła 2 litry. Zawsze posiadałem odpowiednią kwotę na 0,5 litra paliwa ale tylko raz zdarzyło się, że osoba te pieniądze przyjęła.



Przez całą wyprawę jechało się nam naprawdę komfortowo. Nawet w miejscach (niewielu), gdzie ścieżek rowerowych nie było, zachowanie kierowców i ich uwaga, by nie wyrządzić nam żadnej szkody była ogromna i dała się zauważyć.

Z tych wszystkich przejechanych kilometrów najbardziej urzekła nas trasa z biegiem Renu, wijąca się doliną między pasmami wzgórz. Niesamowite widoki, ogromna ilość zamków po obu brzegach i nieprzerwany ruch statków wycieczkowych i barek, odbywający się w obu kierunkach rzeki. A woda w rzece czyściutka. Ale nie może być inaczej – ten odcinek wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

















Następne w kolei miejsce warte zainteresowania to punkt, w którym łączą się granice trzech państw: Niemiec, Belgii i Holandii. Znajduje się na wysokości 327,5 m npm i stanowi jednocześnie najwyższy szczyt Holandii.











Wspomnę jeszcze o Holandii po terenie której zrobiliśmy ok. 100 km. Infrastruktura rowerowa również na najwyższym poziomie (istnieje nawet oznakowanie poziome na ścieżkach). Ale zasady jazdy są odmienne od niemieckich. Na skrzyżowaniach na terenie Niemiec jadąc ścieżką rowerową i przecinając drogę publiczną nie musisz nawet zwalniać. To dlatego, że znak drogowy dla kierowców „Ustąp pierwszeństwa przejazdu” znajduje się zawsze przed ścieżką. W Holandii jest inaczej. Znak ten znajduje się za ścieżką a przed skrzyżowaniem z drogą publiczną. Kilka razy niewiele brakowało, bym wjechał bocznymi drzwiami do wnętrza samochodu. Cóż, jak to szybko można przyzwyczaić się do dobrobytu…  ;D











Były też miejsca (przy drodze publicznej) które swą prostotą zachwyciłyby spore grono miłośników…





Holandia to doskonałe ścieżki rowerowe, plantacje konopii indyjskich, wiatraki oraz niezliczona ilość kanałów i podnoszonych mostów. Co nas mocno zastanowiło - była też bardzo duża ilość domków wystawionych na sprzedaż. Zdarzało się, że na co drugim trawniku widniała tablica informująca o sprzedaży.





Praktycznie każda piędź ziemi jest tam zagospodarowana. No i dla takich jak my kłopocik jest. Bardzo trudno jest znaleźć miejsce dzikiego biwaku. Rzutem na taśmę, trochę na wariata wjechaliśmy do małego miasteczka ze stawem. Staw ten przeznaczony był do celów rekreacyjnych. Objechaliśmy go w połowie i rozbiliśmy się natrafiając szczęśliwie na kawałek w miarę prostego podłoża. Miejsce osłonięte było od strony wody trzcinami a od drogi bardzo gęstymi, wysokimi krzewami. Byliśmy już tak styrani poszukiwaniami, że żadne robactwo nie było nam straszne. A drobne muszki latały (i wlatywały) wszędzie… Był to nasz jedyny nocleg w Holandii. Holenderskimi ścieżkami dojechaliśmy nad Morze Północne a konkretnie do Zatoki Dollard.







Kilka kilometrów dalej, ze wschodu kiwały nam niemieckie wiatraki. Ruszyliśmy w tamtym kierunku  z nieukrywanym zadowoleniem. Na niemieckiej ziemi jest znacznie łatwiej w kwestii znalezienia odpowiedniego miejsca na dziki biwak  :D. Jak się później okazało, ten pierwszy biwak po wyjeździe z Holandii miał być jednocześnie ostatnim biwakiem na dziko pod namiotem a przedostatnim w całej naszej wyprawie. Miał miejsce na tyłach gospodarstwa, o którym już wyżej wspomniałem. Stamtąd dojechaliśmy do Bremen i… tam zakończyła się nasza rowerowa wyprawa. Powodem było to:



Van kupiony wieczorem po niezłej cenie. Do zakupu takowego przymierzałem się od dawna. Zostanie poddany drobnym modyfikacjom, by w przyszłości służył nam zarówno jako samochód do codziennej jazdy ale także jako camper. Do auta zapakowaliśmy cały nasz mandżur i spędziliśmy w nim noc. Było cieplej niż pod namiotem  ;D. Następnego dnia w wydziale komunikacji dokonałem jego czasowej rejestracji i ruszyliśmy już na czterech kołach do domu. Tak dobiegła końca nasza wyprawa. Był 22 sierpnia.





Na zakończenie tej relacji jeszcze kilka fotek obrazujących to, co zobaczyliśmy i co przeżyliśmy  8).



































My rowerem w czasie burzy przez pole w poszukiwaniu jakiegoś dachu nad głową a na polu w busie łowcy burz.





Ale bywało zgoła odwrotnie. W oczekiwaniu na okno temperaturowe. Bo na zewnątrz 28 st. C. W cieniu…





Natknęliśmy się też na prywatne liceum.





A takie coś spotkało mnie (tylko mnie) trzy razy…



Oto jedna z przyczyn.



Podsumuję krótko - i my i rowery przeszliśmy tę próbę pozytywnie.  Ale opony w moim modelu (a może tylko egzemplarzu) są do doopy.  >:(

Offline Shwarc

Odp: Niemcy, Holandia, Zatoka Dollard i 1 740 km na siodełku.
« Odpowiedź #2 dnia: Listopad 13, 2016, 23:45:53 »
Fajny ten nocleg na wozie, tylko co wy tacy wstydliwi? ;)

Offline grendel

Odp: Niemcy, Holandia, Zatoka Dollard i 1 740 km na siodełku.
« Odpowiedź #3 dnia: Listopad 13, 2016, 23:51:14 »
My natury nieśmiałej. Niezwyczajni w eksponowaniu własnej facjaty.  ;D

Offline misiak76



  • Pomógł: 38

Odp: Niemcy, Holandia, Zatoka Dollard i 1 740 km na siodełku.
« Odpowiedź #4 dnia: Listopad 16, 2016, 10:23:45 »
Fajna wyprawa. Trochę tych wycinanek miałeś ;)

Wysłane z mojego ONEPLUS A3003 przy użyciu Tapatalka


Offline grendel

Odp: Niemcy, Holandia, Zatoka Dollard i 1 740 km na siodełku.
« Odpowiedź #5 dnia: Listopad 16, 2016, 12:01:25 »
Nam też się podobała. A gdy wieźliśmy już z powrotem dupki autem, to przez pierwsze kilkadziesiąt km dziwna cisza między nami zapadła... Rozkoszowaliśmy się tym, co przeżyliśmy. I żal było tych 500-600 km, które miały być jeszcze przejechane wzdłuż wybrzeża, by zamknąć na mapie ten okrąg... Nic to, w głowie kiełkuje kolejny pomysł. To będzie petarda! Być może już za pół roku.

Wycinanek owszem - było sporo. Ale wszak nie chodzi tutaj o prezentacje naszych paszczęk  ;D

forum.outdoor.org.pl


 

25% zniżki na Fjord Nansen i 15% na resztę