25% zniżki na Fjord Nansen i 15% na resztę

Autor Wątek: [Rumunia] DN7c + DN67c = Rumunia  (Przeczytany 2018 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline sly1984



  • Pomógł: 11

[Rumunia] DN7c + DN67c = Rumunia
« dnia: Luty 22, 2015, 08:02:35 »
Pierwotnym założeniem wyjazdu było osiągnięcie Istambułu, natomiast kilka rzeczy złożyło się na to, że dojechałem do Rumunii, zaliczyłem dwie najwyższe drogi i wróciłem do Polski.

zdjęcia z wyjazdu:
https://plus.google.com/u/0/photos/118214618843723852249/albums/6059909491588248033

Dzień 1: Początek to droga pociągiem do Krakowa, niestety jak to PKP na trasie złapałem 2,5 godziny opóźnienia i przez to miałem tylko około 3 godziny na jazdę tego dnia. Zawsze na początku wyjazdu psychicznie mi kiepsko idzie, moja głowa podpowiada, że nie warto, że lepiej było siedzieć w domu a nie jechać nie wiadomo gdzie. Wynik nie zachęcał: 52 km.

Dzień 2. Pobudka jak zwykle na takich wyjazdach około 6:00. Nocleg w nowym namiocie okazał się bardzo przyjemny, spałem na polu przy lesie. Początek jak i reszta dnia bardzo słoneczna co mnie miło zaskoczyło bo zazwyczaj na wyjazdach deszcz mocno mnie goni. Tego dnia przekroczyłem granicę w Muszynce. Na trasie sporo podjazdów ale przecież to dopiero przedsmak tego co mnie czeka w Rumunii. Dystans dzienny: 191 km w czasie 9h 03 min.

Dzień 3:  Spałem po raz kolejny gdzieś na polu. Tego dnia w dobrym tempie przejechałem całe Węgry żeby późnym popołudniem wjechać do Rumunii. W głowie miałem cały czas, że już niedługo będę się zmagał z pięknymi górami. Niewiele z tego dnia mam w pamięci ponieważ trasa była płaska i dość nudna. Dystans: 200 km w czasie 9h 13 min.

Dzień 4: Poranki wyglądają ciągle tak samo, pakowanie swojego dobytku i przed 7 rano jestem już na rowerze. Niestety dnie są co raz krótsze i żeby robić koło 10 godzin na siodełku trzeba ograniczać przerwy do minimum czyli jedzenie i zdjęcia ale w sumie to właśnie taki styl jazdy bardzo mi odpowiada, lubię po całym dniu czuć, że musiałem nieźle się namęczyć żeby osiągnąć dany dystans, jak nie boli to znaczy, że było za lekko. Tego dnia przejeżdżałem przez jedno duże miasto, Cluj-Napoca. Oczywiście jak to ja, nie zatrzymywałem się za wiele żeby podziwiać architekturę bo dla mnie najważniejszym w tym wyjeździe była przyroda a zwłaszcza góry. Dzień zakończyłem na 195 km w czasie 9h 40 min.

Dzień 5: Tego dnia liczyłem, że dojadę w okolicę początku podjazdu trasą Transforgarską. Od rana jeszcze chwilę jechałem główną drogą żeby później odbić na bardziej poboczne drogi. Do 140 kilometra dużo razy wdrapywałem się na jakieś górki żeby po chwil z nich zjechać. Natomiast pod sam koniec dnia rozpocząłem wymarzoną drogę DN7c. Założyłem sobie, że chce tego dnia spać powyżej 1000 m n.p.m. i idealnie po przekroczeniu tej bariery znalazło się miejsce na namiot. Przy głównej drodze ale tam raczej to nikogo nie dziwiło. W namiocie spisałem jeszcze kilometry do notatnika i szybko usnąłem. Tego dnia zrobiłem 160 km w czasie 9h 24 min.

Dzień 6: Rano wyglądając z namiotu trzymałem kciuki żeby pogoda się nie popsuła bo jechać taki kawał drogi i nie móc podziwiać na żywo tych widoków to byłaby ogromna kara. Całe szczęście oprócz tego, że było chłodno, koło 9 stopni dzień zapowiadał się bardzo przyjemnie i słonecznie. Startując wiedziałem, że mam do pokonania około 1000 metrów w pionie i 18-20 km. Jechało mi się bardzo dobrze, po drodze robiłem sporo przerw nie ze względu na brak sił ale trzeba było uchwycić te wszystkie piękne widoki na zdjęciach a przecież co zakręt to nowa perspektywa. Po drodze minęła mnie grupa motocyklistów z Olsztyna. Po jakimś czasie ich dogoniłem. Oni mieli przerwę na śniadanie, chwilkę pogadaliśmy i okazało się, że ich plan jest bardzo podobny do mojego czyli dzisiaj DN7c a jutro DN67c (Transalpina). Śmiałem się, że może jeszcze gdzieś na trasie się zobaczymy, co było całkiem prawdopodobne. W drodze na szczyt z przeciwnej strony minął mnie samochód z polską rejestracją, po chwili zawrócił i znowu mnie minął. Na szczycie okazało się, że podróżowała nim para z Gdańska i po wyjeździe z tunelu na szczycie podjazdu ona stwierdziła, że to jeszcze nie to i trzeba jechać dalej. Szybko zorientowali się, że jednak minęli cel i trzeba było zawrócić. Trochę pogadaliśmy, strzelili mi parę fotek z moim środkiem transportu. Przy jeziorze na szczycie podjazdy zrobiłem sobie przerwę na coś słodkiego (rogale pewnej firmy były podstawą mojej diety, wszędzie na trasie można je kupić). Mimo, że słońce pięknie świeciło po przejechaniu tunelu na drugą stronę gór musiałem założyć dodatkową bluzę, na zjeździe strasznie mi było zimno. Oglądając się widziałem nadchodzące chmury więc w głowie miałem już tylko to żeby uciekać. Jakoś nie lubię jeździć w deszczu. Zjazd był szybki, później droga zaczęła kluczyć dookoła jeziora gdzie niestety już z górki nie było. Bardzo mnie wymęczył ten zjazd, chyba bardziej niż podjazd bo psychicznie nastawiłem się, że będzie łatwo i w dół a tu okazało się, że trzeba co chwilę podjeżdżać. Popołudniu odbiłem z drogi DN7c na zachód i tu miłe zaskoczenie, gdzieś na trasie wyprzedziłem ekipę z Olsztyna i dopiero wieczorem znowu mnie dogonili. Powoli miałem swój fanklub. Dzień zakończyłem na 171 km w czasie 9h 54 min.

Dzień 7:  Wiedziałem, że ten dzień będzie trudniejszy od poprzedniego. Wczoraj na szczyt podjazdu miałem tylko około 20 km i 1000 m w pionie a dziś zaczynałem z wysokości około 500 m n.p.m. do początku podjazdu musiałem przejechać około 40 km a później wjechać na ponad 2100 m. n.p.m. ale przecież chciałem żeby wyjazd był dla mnie trudny, żebym czuł że musiałem się mocno przyłożyć aby osiągnąć zamierzony cel. Od rana słonecznie, kolejne miłe zaskoczenie, dziś rano gdzieś musiałem minąć motocyklistów z Olsztyna bo przed samym podjazdem usłyszałem za plecami dźwięk ich jednośladów i ciekawy komentarz „ kur…. jak to możliwe” chyba oni też się zdziwili, że znowu ich wyprzedziłem. Dodało mi to jeszcze więcej motywacji do jazdy bo jak widać dla innych to co robię jest to jakiś wyczyn. Na drogę DN67c wjechałem w miejscowości Novaci. Od samego początku zrobiło się bardzo stromo, wrzuciłem na najlżejsze przełożenie jakie miałem i zacząłem swoją walkę. Po kilkunastu minutach była stacja benzynowa więc uzupełniłem zapasy wody, zjadłem porcję ulubionych rogali plus wysuszyłem śpiwór. Cały czas w głowie miałem, że jeszcze mnóstwo drogi przede mną. Dobra, czas się zbierać bo nikt za mnie tego nie zrobi. Krajobraz na Transalpinie jest zdecydowanie bardziej surowy i nudny niż na drodze Transforgarskiej. Droga pnie się do góry, na razie w pełnym słońcu ale na horyzoncie już widać ciemne chmury. Po pewnym czasie dojeżdżam do wypłaszczenia, droga teraz ciągnie się kawałek grzbietem żeby za chwilę pomknąć w dół do miasteczka. Tam właśnie robię kolejny postój przy sklepie, kupuje zapas słodyczy i coś gazowanego do picia. Powoli zaczyna padać, już wiem, że ze szczytu raczej widoków nie będzie. Ubieram kurtkę i jadę dalej, zaczynają się konkretne serpentyny, plusem tych chmur w które wjechałem jest to, że nie widzę jak daleko jest do szczytu. Po około 5 godzinach od początku podjazdu docieram do przełęczy, żeby nie GPS, jakaś rodzina i ich samochód zaparkowany na poboczu pewnie bym nie zauważył, że to już tu. Niewiele widać, pstrykam fotkę mojemu jednośladowi, ubieram się ciepło na zjazd, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że za chwile znowu będzie pod górkę. Ubrany i gotowy do drogi w dół po około 2-3 minutach zaczyna się podjazd, momentalnie się gotuje w stroju przystosowanym na zjazd. Czuje się oszukany bo przecież to niesprawiedliwe kiedy ma być w dół a nadal człowiek się męczy pod górę. No dobra, za kilkanaście minut docieram do miejsca gdzie już widzę, że to koniec. Teraz tylko w dół. Przez przypadek udaje mi się osiągnąć nowy rekord prędkości – ponad 80 km/h. Po południu docieram do skrzyżowania z drogą 7a. Od tego miejsca znowu zaczyna się podjazd. Już mam trochę dosyć tego trudnego dnia ale trzeba jechać dalej. Ostatnią godzinę jadę znowu w deszczu. Szukam jakiegoś miejsca na namiot co w górach nie jest takie łatwe bo zazwyczaj z jednej strony ma się strumień a z drugiej jakieś skały. Na szczęście znajduje kawałek trawy. Swój dom rozbijam w deszczu, mokry i zmęczony wskakuje do śpiwora i szybko zasypiam. Tego dnia zrobiłem 147 km w czasie 9h 29 min. W pionie wyszło prawie 3000 m.

Dzień 8: Poranek chłodny i mokry ale po wyjeździe z doliny pogoda się poprawia. W miejscowości Sebes rozstaje się z drogą DN67c, na razie jest całkiem płasko ale od około 45 km zaczyna się stopniowo pod górkę, żeby na koniec dnia wjechać na ponad 1300 m n.p.m. całkowicie się nie spodziewałem takiego zakończenia. Ostatnie kilkanaście kilometrów to już szutry i kamienie, później po takiej samej nawierzchni zjazd na rowerze ze sztywnym widelcem i oponach o szerokości 32 mm odbija się mocno na moich nadgarstkach. Nocleg na wysokości około 1000 m n.p.m. gdzieś za wioską na świeżo skoszonej łące. Żeby tam się dostać musiałem sforsować drewniany płot, dobrze, że rower mam dość lekki. Pierwszy raz na tym wyjeździe wieczorem po włączeniu telefonu nie miałem zasięgu. Tego dnia wyszło 175 km w czasie 9h 24min.

Dzień 9: Poranek bardzo rześki, było około 6 stopni, pierwsze 20 km to ciągłe podjazdy i zjazdy aż wreszcie zaczęło się naprawdę w dół, prędkość średnia zdecydowanie wzrosła. Niestety popołudniu zaczyna lać, przekraczając granicę z Węgrami jestem już cały mokry i nie mam ochoty jechać dalej, na szczęście umiem ze sobą negocjować i toczę się do przodu, pod wieczór dojeżdżam co miasta Debrecen i kawałek za nim przy głównej drodze i ścieżce rowerowej rozbijam namiot za krzakami na fajnej trawie, dopiero po chwili okazało się, że jest to nie ogrodzona czyjaś posiadłość ale było na tyle daleko do domu właściciela, że zza drzew mnie nie było widać. Wynik na dziś to: 217 km w czasie 9h 56 min.

Dzień 10: Od rana zanosi się na deszcz, zaraz po złożeniu namiotu już nie tylko się zanosi ale zaczyna się konkretna ulewa. Oj w takich warunkach to ciężko u mnie z motywacją tym bardziej, że Węgry nie rozpieszczają rowerzystów ciągłymi zakazami. W takiej pogodzie miałem gdzieś zakazy i w ogóle tym się nie przejmowałem. Popołudniem przekraczam granicę ze Słowacją starając się zrobić jak najwięcej kilometrów, żeby już jutro dotrzeć do Zakopanego. Pod wieczór zaczynają się już konkretne podjazdy a do tego tak leje, że świata nie widać, jestem cały mokry, jest mi zimno i marzę już tylko o ciepłym śpiworze. Po 212 km w czasie 9h 56 min rozbijam namiot w mega ulewie. Ciuchy lądują w worku wodoszczelnym bo nie mam zamiaru zrobić kałuży w namiocie. Całą noc deszcz testuje wodoodporność mojego schronienia.

Dzień 11: Wstaje o 5:30 żeby w miarę szybko dotrzeć do Zakopanego, wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy jak trudny będzie to dzień. Od rana co chwilę jakiś deszcz plus dużo gór. Na mapie nie wyglądały one na takie groźne. Cały dzień jest non stop góra – dół. Jak brakuje mi motywacji to powtarzam sobie, że te 10 godzin to nic w porównaniu do tylu ile już przejechałem, na chwilę pomaga. W okolicy granicy w myślach kombinuje jak tu wrócić do domu. Polski Bus raczej nie zabierze mnie z tak brudnym nie opakowanym rowerem, pociągi nie jeżdżą. No cóż, najpierw „kolacja” w MC na Krupówkach a później będę myślał. Okazuje się, że o 19:05 jedzie autobus do Krakowa, kierowca godzi się żebym wrzucił rower do bagażnika. W Krakowie jestem przed 22:00 a o 2:00 mam pociąg do Warszawy. Pani w kasie informuje mnie, że nie może mi sprzedać biletu bo miejsca na rower już się skończyły i nie wiadomo czy się zmieszczę. Zdziwiło mnie to bo do tej pory myślałem, że PKP nie ma w swoim słowniku określenia „nie zmieści się”. Pociąg okazuje się w miarę pusty. Przed 8 rano jestem w stolicy a za chwilę mam pociąg już bezpośrednio do domu. I tak w pustym przedziale rowerowym kończy się moja przygoda z Rumunią.
Łącznie przejechałem około 1870 km.

forum.outdoor.org.pl


Offline chmurek



  • Pomógł: 13

Odp: [Rumunia] DN7c + DN67c = Rumunia
« Odpowiedź #1 dnia: Luty 22, 2015, 21:59:19 »
Fajna relacja , fajne zdjecia  . Podziwiam za samozaparcie w tej samotnej wyprawie .

Offline Ivan

Odp: [Rumunia] DN7c + DN67c = Rumunia
« Odpowiedź #2 dnia: Luty 23, 2015, 10:54:47 »
Podane dzienne odległości spowodowały u mnie opadnięcie szczęki ;) I to po górach! Gratulacje!

Takie małe pytanko sprzętowe: Widzę, że rower ze sztywnym widelcem, a drogi miejscami kiepskie. Nie bolą ręce? Też jeżdżę na sztywniaku i jest OK, ale mam stalową ramę, która ponoć tłumi drgania lepiej niż alu. No i nie wybieram się na takie mordercze odległości! Chętnie kupiłbym nowy rower - alu ze sztywnym widelcem - ale sprzedawcy straszą mnie, że będą bolały nadgarstki bo alu nie tłumi wstrząsów. Większość poleca rowery z amorem. Nie bardzo chcę im wierzyć, nigdy mnie nie bolały ręce na rowerze...

Offline sly1984



  • Pomógł: 11

Odp: [Rumunia] DN7c + DN67c = Rumunia
« Odpowiedź #3 dnia: Luty 24, 2015, 09:11:53 »
Ten sztywny widelec to niby karbon (chiński). Wcześniej miałem amortyzator ale i tak cały czas jeździłem na zablokowanym. Akurat ręce nigdy mnie nie bolą po jeździe. Co do sztywności aluminium to ja jakiejś dużej różnicy nie widzę. Teraz jeżdżę na stalowym rowerze Specialized AWOL i na dziurawej drodze tak samo telepie jak na aluminiowym :)

Odp: [Rumunia] DN7c + DN67c = Rumunia
« Odpowiedź #4 dnia: Marzec 17, 2015, 16:53:03 »
sly1984 zazdroszczę tej transalpiny, to mój cel na przyszłość, do tej pory jeździłem rowerem po zachodniej Rumunii.

Mam pytanko - czy spory jest ruch samochodów na drodze (chyba 1F jechałeś) do Klużu?

PS niezłe przebiegi dzienne

forum.outdoor.org.pl


 

25% zniżki na Fjord Nansen i 15% na resztę